CV gracza | Czarny Ivo

czarny Ivo cv graczaDawno, dawno temu, kiedy świat był jeszcze młody i niewinny, narodził się Czarny Ivo. Dzieci biegały wtedy beztrosko po dworze malując kredą po chodnikach, grając w kapsle, czy czyniąc z trzepaków narzędzia nieskończonych możliwości, w kontekście uciech i zabaw.

 
 

Uczestniczył w tym wszystkim i nasz bohater, ale pewnego dnia coś się zmieniło. Niczym blok skalny w Odysei Kosmicznej 2001, w jego domu pojawił się Pegasus. Nie była to, jeśli pamięć nie myli, żadna okazja. Po prostu, któregoś dnia wrócił ze szkoły, a on już tam stał. Magiczny sprzęt, który przekazywał na ekran telewizora rozpikselowany obraz opowiadający historie o uprowadzonych księżniczkach, złowieszczych potworach, paskudnych kosmitach, dzielnych szeryfach, a nawet hydraulikach. A na losy tych wszystkich postaci miał wpływ on sam. Dzierżąc pada w dłoni zaczął brać czynny udział w heroicznych czynach. Tylko od niego zależało, czy obroni ludzkość przed złym najeźdźcą, a wybranka jego serca złoży na jego policzku dziękczynnego buziaka. Świat się zmienił. Od kiedy wcisnął legendarny kartridż „168 in 1” w elektryczny pysk Pegaza i rozbrzmiała melodyjka menu głównego (która później okazała się być muzyczką wyciągniętą z innej gry o tytule Booby Kids), Czarny Ivo wiedział, że gry już na zawsze staną się nieodzownym elementem jego życia.

Lata 90’te to okres mojego dzieciństwa. Biegało się wtedy po dworze, uskuteczniało różne zabawy, oglądało filmy na VHS’ie (w moim przypadku szczególnie te z Jean Claude van Damme’em), kupowało zabawki G.I.Joe i TMNT, ale też ostro ciorało na Pegasusie. Co jakiś czas dostawało się od rodziców nową gierkę, wymieniało na jakąś z kolegą, wypożyczało na parę dni ze sklepów, czy po prostu patrzyło się jak ktoś gra, gdy nieprzewidziana była kanapowa (czy raczej dywanowa) kooperacja lub ktoś po prostu tak dobrze grał, że nie chciało mu się wcinać – no chyba, że skusił „ej daj spróbować!„. Dopatrywałbym się tutaj zalążka internetowych „lets playów”, które moim zdaniem wypaczyły ideę i przybrały patologiczne kształty.

To Pegasus, przede wszystkim, ukształtował mnie jako gracza i pewnie dlatego dziś preferuję proste gierki z wartką akcją, stawiające wymagania zręcznościowe. To wtedy poznałem nieśmiertelną, legendarną Contrę, w którą regularnie gram do dziś, serię Megamana, Tanki (Battle City), Battletoadsy i całą masę produkcji opartych na popularnych wtedy animacjach – Duck Tales, Teenage Mutant Ninja Turtles, Darkwing Duck, Tiny Toons, G.I. Joe i wiele innych. Za dzieciaka wręcz myślałem, że to coś naturalnego, że w przyrodzie muszą jednocześnie istnieć seriale, zabawki i gry z danym bohaterem. Najlepsze, że to były naprawdę świetne szpile i idealne uzupełnienie przygód widzianych w telewizji.

czarny Ivo cv gracza

Oryginały spotykają piratów

Pamiętam, że gry stanowiły wówczas naprawdę ważny element mojego życia. Podczas każdego z wyjazdów w góry, czy nad morze z rodzicami obowiązkowym codziennym postojem były wozy drzymały. Prosiło się tatę o parę drobnych i wtedy on miał czas na odpoczynek i piwko, a ja szybko pozbywałem się moniaków w paszczach automatów. Gdy monety się skończyły to i tak dobrze było jeszcze trochę zostać, by popatrzeć jak inni grają. To była magia, niczym patrzenie w szklane kule pełne przygód.

Po Pegasusie miałem krótki romans z Amigą 500. Podejrzewam, że jakiś koleś chciał się jej po prostu pozbyć za grosze, bo jej czas mijał, a że to już był „komputer” tata chętniej mi go nabył. Na przyjaciółce totalnie rozwaliła mnie grafika. Toż to ja miałem pod dachem swojego domu idealną automatową wersję Street Fightera 2! Do tego zawładnęły mną tak genialne gierki jak Another World, Ruff n Tumble czy Settlers 2. W ogóle osadnicy byli chyba pierwszą strategią z jaką miałem kontakt i muszę przyznać, że całkiem mi podszedł ten gatunek, ale nie żebym jakoś specjalnie o niego zabiegał. Amiga jednak szybko poszła do piwnicy gdzie spoczywa do dziś, a jej miejsce zajął sprzęt nie z tego świata – PlayStation.

Ależ to był przeskok jakości z dwóch do 3 wymiarów. Załączone do konsoli demo, gdzie można było obracać modelem dinozaura, było zwiastunem, że czasy się zmieniły. Ten bydlasty gad wyglądał jak żywcem wyjęty z Parku Jurajskiego. Same gry to już istna bajka. Crash Bandicoot, Spyro, Gex, Mortal Kombat Trilogy, Street Fighter Alpha i gra, w którą byłem 4 lata za młody by grać – Resident Evil 2. To był wesoły okres w podstawówce, bo tak jak każdy na początku okresu nauki miał Pegasusa, tak pod koniec szkoły miał PlayStation, a że Verbamity miały się dobrze, dostęp do gier był szeroki i powszechny. Z tym, że ja akurat grałem na oryginałach, bo kampania antypiracka skutecznie wystraszyła mnie, że może się uszkodzić konsola, a moi rodzice nie mogliby pozwolić sobie na kupno kolejnej – nie ryzykowałem. Nie byłem osamotniony w legalnym graniu, bo mój dobry kolega, z którym gram do dziś również odrzucił pirackie dobra. Mieliśmy umowę między sobą, że nie dublujemy kupionych gier, tak żeby można było się wymieniać. Trzeba było niektóre produkcje wcześnie zaklepywać, żeby mieć pierwszeństwo. Jemu przypadł Crash 2 i 3 oraz Tekken 3, ja natomiast miałem między innymi Gexa, Dead or Alive oraz Resident Evil 2 i 3 – seria którą obydwaj pokochaliśmy. Do dziś jak jest okazja to razem gramy w kolejne odsłony, lecz od części szóstej postawiliśmy na niej krzyżyk i wątpię, by nadchodząca „siódemka” miała coś zmienić. Wracając do RE2 to nigdy nie zapomnę pierwszego zetknięcia z lickerem, czy starć z tyrantem w płaszczu. Dla 12-latków to był naprawdę horror i pamiętam, że podczas jednego z posiedzeń, sokiem czy wodą, zamoczyliśmy koledze całe łóżko skacząc spazmatycznie ze strachu.  Zapomniałem dodać, że był to też okres, w którym zacząłem czytać prasę branżową. Ja skupiłem się na Neo plus, kolega na PSX Extreme. W wakacje natomiast czytałem chyba wszystkie możliwe czasopisma jakie tylko były na rynku, niektóre chyba powstawały tylko na okres letni, bo często szybko znikały z rynku.

czarny Ivo cv gracza

Prasa branżowa

Po PlayStation przyszła epoka PC i tu zaczął się smutny okres dla konsolowego grania. Przez długie lata konsole przestały dla mnie istnieć. W liceum wszyscy mieli kompy, a prawie nikt nie miał żadnej konsoli. Odkryłem trochę gatunków, które ciężko było uświadczyć na konsolach, w szczególności RTSy. Uwielbiałem StarCrafta i WarCrafta (choć wiem, że te akurat trafiły odpowiednio na N64 i PSX), ale w szczególności zagrywałem się w Diablo 2. Dobre 6 lat ciorałem jak uzależniony zombie w tę jedną grę, z małymi odskoczniami na Baldura, Broken Sword czy Dawn of War. Gdy zakończyła się era Diablo, oddałem swoje życie kolejnemu zjadaczowi czasu – World of WarCraft. Na szczęście tutaj poświęciłem tylko 2 lata życia. W tym czasie mój „kolega od Residenta”, był wierniejszy starej szkole i kupił sobie GameCube’a. Pograliśmy trochę razem w RE Zero i czwórkę. Przyznam, że uznałem wtedy przygody Leona za durne i pozbawione klimatu. Oczywiście były dobre elementy, ale… wypadanie złota z pokonanych „zombie”, spotykanie co jakiś czas sklepikarza i zwiększanie poziomu posiadanej broni? No co to za bzdura? Co to jest Mario, że monety wypadają? Ja się wychowałem na znajdywaniu odpowiednich części żeby wzmocnić shotguna, na zbieraniu różnego rodzaju prochu, żeby specjalną maszynką kombinować z robieniem różnego rodzaju naboi, a tu takie głupoty.

W końcu gdy okres dorastania dawno przeminął, człowiek poszedł na studia, do serca zaczęła pukać nostalgia. Dowiedziałem się o emulatorach i uznałem, że fajnie było by pograć w te wszystkie hity sprzed lat. Zaraz odświeżyłem miłość z Megamanem. Kurde, nie miałem pojęcia, że wyszło aż 6 części! A co to za dziwna Contra? Wow! Była część druga? Kto o tym kiedyś mógł wiedzieć? Zacząłem chłonąć kolejne ROMy, odgrzebywać zapomniane skarby i w pogoni za informacjami trafiłem na Angry Video Game Nerda. Byłem pod wrażeniem jego kolekcji i w sumie nie zdawałem sobie sprawy, że można zbierać takie rzeczy. Gdy szedłem do liceum Allegro dopiero raczkowało, a opowieści, że np. zamiast komórki ludzie dostawali kartofla w pudełku były dość powszechne. No, ale od tego czasu świat poszedł do przodu, postanowiłem dać szansę aukcjom. Dodatkowo cieszył mnie fakt, że ciągle miałem swoje sprzęty. Jakoś moja mama nie była zwolennikiem wyrzucania starych rzeczy i tak zachował się mój pierwszy Pegasus, czy PSX. Zacząłem kupować pierwsze kartridże. Z początku umieszczałem je w pudełku po butach, ale z czasem przybywało ich coraz więcej i zaczęły migrować do szafek, czy w końcu do większych pudeł. Trafiłem też przy okazji na forum.pegasus-gry.com gdzie dowiedziałem się sporo ciekawych rzeczy o samych grach i sprzęcie, a także bzdur „jak należy kolekcjonować”. Fora tematyczne to zawsze miecz obusieczny.

Głód 8 bitów powoli ustępował, ale na jego miejscu zaczął burczeć nowy – głód wszystkiego innego co przegapiłem przez lata. Tak naturalną drogą po Pegasusie i NESie przyszedł czas na SNESa. Przede wszystkim byłem ciekaw kontynuacji moich ulubionych serii, więc szybko zaopatrzyłem się w 16bitową Contrę, Żółwie Ninja i Megamana, ale też nie zabrakło miejsca na nowości jak Donkey Kong Country czy killery w postaci Super Metroida i Zeldy. Za jakiś czas trafiła się okazja tanio nabyć GameCube’a z paroma gierkami. Szybki rekonesans i w moje ręce wpadła fioletowa kostka od Nintendo. Najważniejszym argumentem przy tym zakupie była cała rodzinka ekskluzywnych Residentów (choć jak wiadomo, ostatnio straciły ten przywilej). Strasznie też byłem nagrzany na Ikarugę. Kiedyś kolega pokazał mi na YouTubie filmik prezentujący to „pociskowe piekło” i od razu się zachwyciłem. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ta kosmiczna rzeżnia trafiła na domowe konsole i to właśnie na świeżo zdobytego GaCka. Oprócz tego, gdy już odkryłem piękno serii Zelda, szybko wyposażyłem się w WindWakera i Twilight Princess. Gry wybitne, ale preferuję jednak te klasyczne „2D”. W międzyczasie uzupełniłem nieco braki na PSXa. W końcu miałem swojego Crasha Bandicoota, już nie dzielonego z kolegą! Zawitał do mnie także Spyro, odświeżyłem znajomość z Sir Danielem Fortesque, ale i poznałem kilku nowych bohaterów takich jak Andy z Heart of Darkness czy Alucard z Castelvanii SotN. Wielką gratką też był pistolet świetlny – Gun Con. Zawsze, żałowałem że nie miałem takiego cacka na Pegasusie i nigdy nie ustrzeliłem żadnej kaczki, lecz teraz mogłem rozwalać bandziorów w Time Crisis niczym w salonie gier. Można powiedzieć, że część swoich pragnień spełniłem.

czarny Ivo cv gracza

Po latach, w szufladzie Sega i Nintendo już nie toczą wojen

Następnie, w imię nie rozdzielania rodziny, do wesołej gromadki dołączyło Nintendo 64, ale choć parę gierek wpadło, to jest to dla mnie teren wciąż mało zbadany. Zachwyciłem się i ukończyłem Mario 64, ale Donkey Kong, Banjo Kazoie i Ocarina, choć ruszone, wciąż czekają na lepszy czas. No, ale nie samym Nintendo człowiek żyje i przyszła pora na wielkiego konkurenta – Segę. Jako pierwszy legendarny Dreamcast, ale niestety niewypał, bo trafił mi się egzemplarz z umierającym laserem i nie idzie mu czytanie płyt. Sonic Adventure smutny czeka, aż w makaronie znów zapłonie gorąca salsa. Spróbowałem więc z kartridżami i w domu zawitał MegaDrive (tu na zakup nieświadomie nakręcił mnie jeden z komentujących – Jana84). Świetna rzecz i tylko trochę, moim zdaniem, ustępująca, mimo wszystko, SNESowi. Problem napotkałem dopiero przy kupnie gier (a przynajmniej tych które mnie interesowały), bo stały się już absurdalnie drogie i nie wiele ich u mnie stoi. Co mnie jednak bardzo cieszy udało mi się zdobyć moje ukochane Żółwie Ninja i Rocket Knight Adventures. Później kupiłem okazyjnie PS2, ale podzielił los Dreamcasta i na razie nie che mi się grzebać w ich bebechach. Nie zabrakło też miejsca na nowe gry i tak zagościło u mnie PS3 i N3DS (pierwsza i jedyna konsolka przenośna).

czarny Ivo cv gracza

Stare łączy się z nowym

Okres ostrego kolekcjonowania trwał około 5-6 lat. Nie zebrałem jakiś wielkich ilości gier, bo raczej fundusze mam małe i dziś mój zbiór liczy trochę ponad 200 egzemplarzy. Początkowo każdą nowo zakupioną grę dokładnie ogrywałem. Później, gdy ilości zaczęły przybierać charakter bardziej hurtowy, sprawdzałem tylko czy działają, a jeśli pochodziły ze sprawdzonego źródła, od razu lądowały na półce/w pudle. Zaczęło mi takie podejście trochę doskwierać, bo z czasem zauważyłem, że bardziej zależało mi na samym zbieractwie i polowaniu na białe kruki niż na grach. Uznałem to za snobizm i strasznie płytkie podejście. Zbierać tylko po to, żeby pochwalić się na jakimś forum co wyrwałem na aukcji, napawać się pochlebnymi komentarzami, a potem… pustka i kolejne polowanie z coraz lżejszym portfelem w ręku? Żałosne. Z resztą za co zbierać pochwały? Że coś kupiłem? Takie samo osiągnięcie jakbym kupił ładne kredki na bazarze. Kupowałem coraz mniej i żal mi było nawet małych kwot na kolejne pudełko, no bo znów kupię „na zapas”, bo wiadomo że kiedyś całkiem zabraknie tego towaru, i znów będzie stało i się kurzyło. Dlatego ostatnio zaczynam „domykać” swoje kolekcje. Na każdą z posiadanych platform brakuje mi dosłownie kilku gier, które mam nadzieję kiedyś zdobyć lub pogodzić się z ich brakiem. Choć są też platformy, na które nic nie mam (PS2, DC) czy takie, które dopiero są w planach (Atari 2600, Xbox360, Vectrex) i okres hurtowych paczek pewnie jeszcze wróci. Lecz teraz bardziej skupiam się na kupowaniu gier na PS3 i 3DSa. Zasada jest taka, że po nabyciu gry przechodzę ją i dopóki nie padnie ostatni boss nie kupuję kolejnej. Akurat powyższe combo jest na tyle atrakcyjne, że konsola Sony zaspokaja potrzebę ogrywania produkcji „nowożytnych”, a z kolei ta od Nintendo w produkcje zasilane duchem starej szkoły. Niskie koszty są kolejnym bardzo silnym atutem. Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle nie ruszam gier z mojej kolekcji, bo mogłoby to tak zabrzmieć. Jak najbardziej mam swoje piwne soboty z kolegą, który również bardzo lubi retro i konsekwentnie tydzień w tydzień (w miarę możliwości) ogrywamy stare legendy z dupami na dywanie jak za dawnych czasów.

To będzie dość oczywiste stwierdzenie, ale jeśli już kolekcjonujemy gry to lepiej kupić nawet nową grę, po której przejściu będziemy mieli jakieś wspomnienia z nią związane, aż urosną one do rozmiarów bardzo osobistej nostalgii, niż przepłacać za jakiś „uznany” szmelc, o którym w sumie nic nie wiemy. Gry to w ogóle nie tylko heroiczne opowieści ,czy rywalizacja nabijania punktów, to też ludzie, którzy razem z nami w tym uczestniczą. Taki jest mój życiorys gracza. Pozdrawiam wszystkich z odciskami na kciukach!! ;-)

czarny Ivo cv gracza

Mozaika wspomnień

Inne artykuły:

Recenzja | MediEvil 2 „Cóż za okrutny chichot historii! Dokładnie w 500-ną rocznicę po pierwszej katastrofie jaką był „oddech nieumarłych”, który ożywił umarlaków w spokojn...
Akta retronagazie.eu | Szybcy się wściekli Konkursowe akta nadjechały z impetem, choć nieco spóźnione (korki były). Część z Was pewnie pamięta mini konkurs z okazji 2 urodzin RnG, dotyczył ymy...
Recenzja | Mike Tyson’s Punch Out!! Dawno temu, jak byłem jeszcze małym szkrabem, Mike'a Tysona znałem przede wszystkim z jego zamiłowania do uszek bez barszczu. Dopiero z biegiem czasu ...
O Czarny Ivo 24 artykuły
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), Hack n’ Slash, Mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, N64, GC, SMD, PSX, PS3, 3DS do renowacji: PS2, DC i Amiga 500.