Publicystyka | Dlaczego Nintendo jest zajebiste?

ninsroqminiPodczas tegorocznych E3 Nintendo nie dostarczyło.  Nikt nie jest w stanie zaprzeczyć rzeczywistości, a fala hejtu wylana na nowego Metroida czy Star Foxa dowodzi tego, że nawet wieloletni fani czują się oszukani. W ich ślad idą też internauci, którzy uwielbiają obwieszczać fakt, że Nintendo is doomed. Więc na przekór trendom chciałbym napisać, dlaczego uwielbiam firmę z Kioto.

Swoją przygodę z grami Big N zacząłem – jak niemal wszyscy obywatele Polski urodzeni przed 1995 rokiem – od poczciwego Pegasusa. To właśnie tam po raz pierwszy odkryłem przygody Mariana, które okazały się czymś więcej niż tylko grą. Nie przesadzę jeżeli powiem, że miałem prawdziwy szał na uniwersum Super Mario Bros. Oglądałem maniakalnie serial animowany i niesławny film, puszczany ze zużytej kasety VHS. Lepiłem z modeliny podobizny hydraulika i Goombasów. Nawet miałem gdzieś czerwoną czapkę z charakterystyczną literą M. Następnie przyszedł czas na pierwszego GameBoya z Super Mario Landem… a potem poszło już z górki. GameBoy Color. GameBoy Advance. Nintendo DS. Gamecube (plus zaległe Nintendo 64). Wii. 3DS, a ostatecznie także i Wii U. Mój romans z tymi konsolami to historia pełna zwrotów fabularnych, radości i frustracji, rozczarowań i zachwytów. Pamiętam jak dzisiaj święta 2007, gdy spędziłem bite dwa tygodnie (nawet po 12 godzin dziennie!) na katowaniu nowo otrzymanego DS Lite. Z drugiej strony pamiętam również moje cholerne rozczarowanie, gdy przez blisko rok mój 3DS kurzył się z powodu braku gier. Mógłbym mnożyć takie przykłady… ale sądzę, że już zaczynacie czuć bluesa. Nintendo nigdy nie było idealne – ale nikt taki nie jest. A ojcowie Mariana mają kilka niezaprzeczalnych atutów, które pozwalają mi wybaczać ich liczne grzechy.

9e470ee00ea6110ed08b0bb4a46faa64

Jakie jest wasze pierwsze skojarzenie gdy słyszycie wspomnianą nazwę na literę N? W moim przypadku jest to obietnica przeżycia przygody innej niż wszystkie. Odczuwam podniecenie za każdym razem, gdy zasiadam do flagowego tytułu na jakąkolwiek konsolę od Iwaty i spółki. Nintendo nie zaoferuje mi kolejnej gry o amerykańskim żołnierzu na wojnie. Nie zaoferuje mi również przepakowanego testosteronem herosa który jest tak męski, że prawdopodobnie mógłby jednocześnie rzezać wrogów i bzykać dziwki przy okazji rozwiązując sudoku.

Japoński koncern zaoferuje mi za to  niespotykane nigdzie indziej światy – obojętnie, czy mówimy o krainie rur kanalizacyjnych i muchomorów, alienopodobnym świecie Metroida, czy o zżerającej wszystko różowej kulce. Od gier komputerowych oczekuję tego samego co od dobrych książek – zabrania mnie w światy odmienne od tego widzianego w codziennym, smutnym jak jasna cholera świecie.

A Nintendo tworzy światy z duszą. Kompletnie absurdalne i wyglądające jak efekt deadline’u na zbyt wielkim haju… ale być może właśnie dzięki temu tak rajcujące. Kto wie, może to po prostu udany powrót do czasów, gdy bohaterowie liczyli zaledwie kilka pikseli i uparcie parli w prawą stronę ekranu? A może po prostu przesyt grami, które uparcie silą się na dojrzałość. Patrzcie na mnie, poważną grę XXI wieku – jestem obowiązkowo mroczna, krwawa i ponura jak polski emeryt na zasiłku. Nie może być inaczej, bo przecież wszystko odbiegające od tego skrzywionego kanonu jest klasyfikowane jako gra dla dzieci… no, ewentualnie hipsterski indyk. Tylko, że to ostatnie brzmi jak obelga.

Fakt jest taki, że w zalewie kolejnych FPS-ów, czy gier gearsopodobnych to właśnie gry od Nintendo oferują mi wessanie się w inny, często powalony świat. I chwała im za to.

134230312176Te wszystkie abstrakcyjne realia niosą za sobą również inny ważny element w postaci pomysłu na sam gameplay. Mario dotąd napierał w prawo i skakał po ceglanych blokach? Niech teraz też skacze, ale dla odmiany zmieńmy prawa grawitacji i dodajmy proste puzzle. I niech to wszystko dzieje się w kosmosie, bo tam z fizyką bywa różnie. Zelda polegała na przemierzaniu dungeonów i rozwiązywaniu zagadek logicznych? Świetnie – niech teraz robi to samo, ale dzięki zamianie bohatera w graffiti staną się one jeszcze bardziej pomysłowe. Albo w ogóle nastawmy grę na kooperację kilku graczy, którzy jednocześnie będą ze sobą rywalizować. Gracze chcą nowego IP? To niech będzie to gra strategiczna, w której będziemy walczyć o przeżycie na obcej planecie. Jak to zrobimy? To oczywiste – będziemy kierować armią małych marchewek o różnych umiejętnościach, co zmusi gracza do kombinowania. I stwórzmy też sieciową strzelaninę, ale nie kolejnego klona Battlefielda. Nasza gra będzie o zamienianiu się w ośmiornice, zamalowywaniu plansz i strzelaniu farbą! Takie przykłady można by mnożyć.

Nintendo idzie naprzeciw trendom aktualnej branży, jednak w przeciwieństwie do szumnych developerów niezależnych robi to bez zadęcia i z fantazją. Tą samą, którą mogliśmy odczuwać grając w największe hity na NES-ie, SNES-ie i całej reszcie.

splatoon_orange_wallpaper_by_garymotherpuckingoak-d7njkay

To zabawne, że to właśnie Big N jest uznawane w obecnych czasach za synonim znienawidzonego casualu. Bo czy kolejne bliźniacze FPS-y z automatyczną regeneracją zdrowia i wspomaganiem celowania nie są bardziej „kałżalowe”? Dlaczego typowa filmowa gra TPP miałaby być bardziej wymagająca i mniej obciachowa do chwalenia się przed kumplami? Bo ma szaro-burą oprawę i realistyczniej oddaje zabijanie przeciwników?

Wsadźcie sobie w dupę taki hardkor.

Nintendo po dziś dzień jest dla mnie najbardziej zasłużonym reprezentantem całego poletka konsolowego. To właśnie koncern z Kioto stworzył branżę jaką znamy – i w przeciwieństwie do pozostałych graczy nie boi się pokazywać swoje korzenie. W czasach gdy upadła Sega, zaś Sony i Microsoft patrzą panicznie na słupki sprzedaży  (żerując na tej bardziej naiwnej części graczy) Nintendo nadal zaskakuje. Nie potrzebuje marginalizowana kolorowych gier i stawiania na piedestale kolejnego CoD-a z ekskluzywnym DLC. Nie potrzebuje też ciągłego wmawiania swoim klientom, że wprowadza kolejne wątpliwe zmiany „for da plejerz”. Pewnie – czasem pomysły Ninny są bardzo nieporadne, jednak równie często okazują się genialnym strzałem, takim jednym na milion. To właśnie dzięki temu Nintendo jest tą sama firmą, która bawiła graczy 5, 10 i 25 lat temu. Czego nie da się powiedzieć o reszcie konkurencji.

I niech będzie takie aż do końca. I jeden dzień dłużej.