Gramy Na Gazie | Xenophobe – Video (recenzja, przejście gry, ciekawostki)

Gramy Na Gazie powraca w drugim sezonie! Ktoś się za nami stęsknił? Jeżeli tak to zapraszamy do seansu i lektury. Dzisiaj wspólnie zabawimy się w kosmicznych marines! I naprawdę będziemy ogrywać grę rarytas… Prawdziwego białego kruka, przynajmniej jeżeli chodzi o Atari XL/XE, gdyż na inne platformy nasz dzisiejszy szpil jest bezproblemowo dostępny. A na Małej Atarynie? Oficjalnie nie został nigdy wydany, co więcej nie istnieje wersja plikowa tej gry. To jakim cudem udało nam się w nią zagrać? Cartridge widmo z tą produkcją podesłał nam nasz znajomy z forum Atari Online – niejaki ccwrc – i chwała mu za to! Nie bądźmy skąpi, w zamian przesyłamy mu: pół tira najlepszej śląskiej kiełbasy i beczkę kiszonych ogórów! Żeby miał czym przegryzać whiskacza, którego teraz pewnie popija delektując się naszym najnowszym filmem… Widowisko science fiction, które wam dzisiaj zaprezentujemy nosi tytuł Xenophobe i jest przedstawicielem bardzo rzadkiego na Atarynie gatunku run and gun z widokiem z boku. Po polsku – chodzona strzelanka z możliwością przechodzenia jej z kumplem, czyli w kooperacji. Tradycyjnie z filmu, jak i z poniższego tekstu dowiecie się o jej genezie, konwersjach, jakości, oraz o samych zawirowaniach związanych z atarowską edycją. Zacznijmy jednak od bohaterów naszego dzisiejszego szpila…


STRACH MA GADZIE OCZY!

czyli CHRZCICIELE KOSMOSU…

Soundtrack do wpisu: Doom Eternal Mix – Best of Darksynth / Synthwave / Hellsynth. Kanał: The 80’s Guy

Chrzciciele Kosmosu w akcji! Nawracają, odprawiają egzorcyzmy… Głównie ogniem i ołowiem! (autor: Balance Sheet).

W tej części galaktyki nazywali ich Jankami Chrzcicielami. Starszego przezywali Dużym Janem, ze względu na wiek pewnie, gdyż był mniejszy od młodszego – Małego Janka. I pewnie w każdej innej części wszechświata także ich tak zwano, jednak nigdy w ich obecności. W sumie to nikomu nawet nie przyszłoby na myśl, żeby z nich żartować. Szczególnie w ich towarzystwie? O, co to to nie! Szanowano ich wszędzie, za ich trudną pracę, lecz nie za bardzo lubiano. Gdziekolwiek by się nie pojawili – oznaczało to jedno – kłopoty! I to takie duże, naprawdę, przez wielkie kurwa jego mać K! John Larks i John Bors – dwóch czyścicieli, tępicieli, eksterminatorów, anihilatorów, pogromców, łowców – krwiożerczego, paskudnego, kosmicznego ścierwa. Zwano ich rożnie. Przeszkoleni do walki z najgorszymi potwornościami jakie spotkać może człowiek w trakcie podboju wszechświata. Egzorcyści kosmosu, którzy poświęcali życie na walkę z najgorszymi diabelstwami naszego wymiaru. Innych wymiarów także, ale to ściśle tajne dane, więc cicho sza! Nie, nie, nie! Nie, walczyli Biblią i krzyżem, nie deklamowali kazań wypędzających demony, nie chlapali kosmicznych potworów święconą wodą… Nie byli tacy łagodni… Ich profesja dawno odbiegła od jej prawdziwej definicji… Nawracali opętańców i inne stwory po prostu przez ich unicestwienie. Chrzcili to skurwysyństwo ogniem! Laserem, ołowiem, prądem… Swoim arsenałem. W zależności od potrzeb. I byli bardzo skuteczni…

Planeta Xenos – wylęgarnia gadziego plugastwa. Zakaz lądowania! (autor:QAuZ)

Akurat znowu dostali rozkazy przeprowadzenia inspekcji Kseno Pogranicza. Odległego o lata świetlne zadupia, gdzie swoje kosmiczne bazy miały tylko wielkie wydobywcze korporacje. W tym płacąca im FIRMA. Pewnie gdyby nie bogate złoża surowców na pierścieniach planety Xenos – nie byłoby tu ludzkiej duszy. Miejsce z gatunku tych, gdzie psy dupami szczekają, ale robota płatna dobrze jak nigdzie indziej… Ale jakie do cholery psy?! Wszystkie organizmy żywe na tej niegościnnej planecie zostały już dawno zeżarte przez wiecznie nienasycone Ksenosy. Zresztą tam nikt nie ląduje, wydobycie trwa tylko na orbitalnych pierścieniach tej wylęgarni robactwa…. Kseno-pieprzona-fobia, to już powszechna choroba w całej galaktyce! Ale jest się czego bać… Gadopodobne monstra, które potrafią zainfekować i zreplikować każde DNA we wszechświecie. Pojedynczego osobnika zarażają twarzołapem, który przez otwory w czaszce wstrzykuje zarodniki – ksenokomórki replikanty – w żywiciela. Najpierw działają po cichu, pod przykrywką, pod skórą, komórka po komórce podmieniają organizm, na którym pasożytują, zaczynając od jego mózgu i jaźni. Kiedy zaczynają podbój – pozostają w ukryciu, udając organizmy żywicieli – dopóki nie opanują danej społeczności, kosmicznej bazy, planety… Kiedy wiedzą, że mają przewagę liczebną, zrzucają fałszywą skórę i zaczynają rzeź! Krwawą jatkę, nie oszczędzając nikogo, ani niczego! Najgorsza zaraza we wszechświecie! Trudno jest z nimi walczyć, powiadam wam, gdyż nawet posiłkują się zmarłymi. Tych, w których żyłach nie zastygła jeszcze krew – po prostu podmieniają i uzupełniają w ten sposób szeregi swojej armii. Bardziej ostygłe zwłoki najzwyczajniej zjadają lub składają w nich swoje jajopodobne kokony, z których wylęgają się kolejne twarzołapy… Nasi najlepsi naukowcy twierdzą, że to ostatnie, najdoskonalsze  stadium w ewolucji kosmicznych ksenodrapieżników. Ksenomorfy to przy nich milutkie kociaki…. Jeżeli agresji Ksenosów nie powstrzyma się w zarodku – walka z nimi jest bardzo kosztowna. Wymaga wielu głowic jądrowych i poświęcenia całych planet, a nawet układów gwiezdnych…

Dorosłym Ksenosem ludzkość straszy swoje dzieci… Słusznie! (autor:aaronisimscompany)

Chrzciciele są tańsi. Kiedy wylądowali w głównym hangarze bazy wydobywczej o nazwie Miner 2049, umiejscowionej na najdalszej orbicie Xenosa – przywitano ich chłodno. Zresztą dla nich brak oklasków, czy aplauzu to nie była nowość, to nie teleturniej do cholery, tylko kontrola ewentualnego skażenia! – Profesor Bishop, dowódca bazy, zaprasza do siebie… – powiedziała chłodno, bez żadnych emocji, zimna suka o urodzie płaskiej modelki, która najprawdopodobniej była androidem. Możliwe, że najzwyczajniej w świecie była po prostu tylko zimną, brzydką suką… Towarzyszyło jej sześciu zbrojnych, tutejszych wojaków naprędce skleconej policji, których prześmiewczo chrzciciele ochrzcili „Strażnikami Galaktyki”, uzbrojonych w lekko zdezelowane blastery. Kiedy jechali windą, bardziej doświadczony i zaprawiony w bojach Larks wciągnął mocno powietrze w nozdrza po raz pierwszy… Bors wiedział co to oznacza. Popatrzył jak jego towarzysz sięga ukradkiem pod poły długiego czarnego płaszcza i odbezpiecza dwa pistolety laserowe, które zwisały w kaburach po obu jego bokach. Zawsze śmiał się z Larksa, wielkiego miłośnika ziemskich retro filmów zwanych westernami, który nawet swoje szybkostrzelne laserowe gnaty wzorował na koltach sprzed tysiącleci. Wiecie, tylko z wyglądu, gdyż pod względem możliwości – były to jedne z najbardziej śmiercionośnych zabawek w galaktyce… Sam wolał większy kaliber, wielolufowy, obrotowy laserowy minigun, który właśnie także potajemnie odbezpieczył…

Miner 2049 – najbardziej oddalona od planety Xenos orbitalna stacja wydobywczo – badawcza. (autor:Redan23)

– Tedy proszę – zimna suka wskazała im drogę przez dziwnie pusty korytarz, prowadzący ponoć do gabinetu dowódcy Bishopa. Dziwnym wydawał się fakt, iż nie spotkali po drodze nikogo, żadnego żywego ducha na najbardziej zaludnionej bazie w tym zakątku kosmosu… A szli już dobre kilka minut. Hmm. Na co natrafią gdy dojdą do celu? Życzliwego nadzorcę tego miejsca, czy raczej wielkiego mecha zabójcę? A może zwyczajne miny przeciwpiechotne ukryte w podłodze… Kiedy wyczuwający pułapkę Bors sprawdzał na wszelki wypadek, czy aby wszystkie granaty implozyjne wiszą u jego paska, nagle odezwał się Larks – Droga damo, jeżeli pozwolisz, to najpierw zapragnęlibyśmy coś przekąsić, może w tutejszej kantynie? Oczywiście jeżeli nie masz nic przeciwko, to był bardzo wyczerpujący lot… – Cwana bestia! Przecież nikt, oprócz gwiezdnych generałów nie mógł sprzeciwiać się prośbom chrzcicieli! Zagryzła nerwowo zęby, spuściła głowę i poprowadziła ich do kantyny, w której o dziwo biesiadowali chyba wszyscy mieszkańcy tego orbitującego złomu… Oczywiście, policjanci przebierańcy nie odpuszczali ich na krok…

Skąd Bishop wytrzasnął to babsko? (autor:Estookin)

Larks dobrze wiedział co robi. Ksenosy nie tolerują żadnych używek, alkoholu, papierosów, narkotyków, niczego, co zatruwałoby ich doskonały do zabijania organizm. Nie potrzebują seksu, zabawy, rozrywki, odpoczynku, lenistwa… Nigdy nie pozwalają sobie na chociaż odrobinę szaleństwa! Tylko prokreacja przez replikację, konsumpcja jedzenia, a raczej obżarstwo i powolne zakażanie reszty zdrowych osobników innego gatunku. Z miną robota, bez żadnych uczuć, wyprani z emocji… Kiedy weszli do wielkiej knajpy, Larks wciągnął powietrze w nozdrza po raz drugi… – Drogi Johnie, zajmę stolik gdzieś z tyłu, dla mnie to co zawsze – powiedział Bors, zauważając znak przyjaciela i oddalił się ostrożnie w głąb tawerny… Wszędzie, dosłownie wszędzie biesiadowali górnicy, naukowcy, piloci, wojskowi, ich żony oraz nieliczne dzieci. Piękny widok! Wszyscy zajadali się uśmiechnięci od ucha do ucha, głośno mlaskając. Cudowny piknik! Tylko do cholery pokażcie mi kosmiczną kantynę bez żadnego pijaka? Ściana trunków najlepszej jakości za barem, a żaden z górników nawet na nią nie spojrzy? Dlaczego nikt tutaj nie kopci marsjańskich cygar, wenusjańskiej marihuany, albo najzwyklejszych ziemskich szlugów. Przecież według ich czasu jest piątkowy wieczór, jutro laba do cholery! Dlaczego więc przy barze dziwki nie sprzedają swojego ciała spragnionym uciech za dzienną wypłatę?

Zdziwili się, że bar na tej stacji to projekt słynnego Alexa Medvedieva…

John Bors zajął jedyny wolny stół w samym rogu kantyny, wciskając się maksymalnie w kąt. Ostrożności nigdy nie za wiele, lepiej mieć za plecami tylko stalowe ściany… Potajemnie pod blatem przełączył tryb ognia w swoim laserowym minigunie na pełen automat. Wcześniej, gdy zmierzał do tej gościnnej loży, ukradkiem przykleił nanoładunki wybuchowe przy największych skupiskach biesiadników. Przezorny zawsze ubezpieczony, aktywują się za pomocą hałasu. Odgłos jego wystrzałów będzie wystarczający… Udając, że czyści broń wycelował w Larksa, zimną sukę i sześciu zbrojnych gliniarzy, którzy byli chyba największym zagrożeniem. Ułożył działo na kolanach, palec na spuście, a niedopalonego papierosa w ustach. Po czym odpalił peta i czekał… – Dwie szklanki najlepszej whisky proszę! – zamówił u spoconego barmana drugi z chrzcicieli – Albo nie, dwie setki wódki, ziemskiej jeżeli macie, najlepiej polskiej i najmocniejszej! Piła pani ją kiedyś? Wybornie trzepie po łepetku! – uśmiechnął się i mrugnął do niej szelmowsko, po czym mocno klepnął w chude plecy. Nerwowo przełknęła ślinę i oparła się o blat bez słowa. Na pięć minut zaległa grobowa cisza, gdyż barman zniknął! Zagubił się bidulka w półkach alkoholi i zanim znalazł odpowiedni trunek, wszyscy biesiadnicy przestali już ruszać żuchwami… Pół sali patrzyło się teraz wzrokiem seryjnego mordercy na jednego z Johnów, drugie pół na drugiego. – Pięknie się tutaj urządziliście! I jakież cudowne przyjęcie zorganizowaliście nam na powitanie… – zaśmiał się Larks – Nie spodziewałem się! A możliwe, że jednak spodziewałem? Wypijmy za to, moja droga! – uniósł swoją szklankę wódki, a drugą popchnął po blacie w kierunku zimnej suczy… – Na zdrowie! – powiedział, powąchał trunek, uśmiechnął się, wypił duszkiem i wciągnął mocno powietrze nozdrzami po raz trzeci. – Pieprzona dziwka! – przeklął…

Mały Janek zawsze lubił wielkie spluwy! (autor: Vokasheen)

Po czym szybkim ruchem ręki niczym kowboj, sięgnął pod płaszcz i odstrzelił jej głowę! Przez nanosekundę dało się słyszeć syk wszystkich gości, a wytrawny obserwator zapewne zauważyłby ich gadzie języki! Larks rzucił się do tyłu na plecy trzymając w obu dłoniach swoje laserowe spluwy, strzelając w locie do uzbrojonych policjantów. Zanim wylądował na posadzce, Bors już trzymał zaciśnięty do czerwoności palec na spuście swojego miniguna i kosił wszystko niczym ponury żniwiarz. Na wszelki wypadek włączył też na sobie małą, sferyczną, energetyczną barierę ochronną. W tym momencie wybuchły nanoładunki i rozsmarowały na ścianach kilkudziesięciu biesiadników pozostawiając po nich mokre, zielone plamy. – Larks, skurwiel, nigdy się nie myli! – pomyślał Bors, kiedy rzucili się na nich. Niektórzy jeszcze w ludzkich ciałach uzbrojeni w noże, widelce czy stołki. Inni przepoczwarzali się w trakcie biegu. Ich ludzkie głowy pękały fontanną zielonej krwi na dwie części, niczym dynie, a w ich miejscu pojawiał się mniejszy, spiczasty i uzębiony pysk Ksenosa. Przeważnie jednak bardzo szybko znikał odstrzelony laserem chrzcicieli… Niektórzy z gości zrzucali ludzką skórę niczym węże i atakowali w swojej najbardziej zabójczej formie – to dorosłe, w pełni wykształcone drapieżniki. Ci zaś, którzy wewnętrznie nie zdążyli do końca podmienić ludzkiego ciała wyglądali niczym maszkarony z najgorszych koszmarów. Zwisająca z boku gadziej – urwana ludzka głowa, człowiecza skóra poprzebijana od wewnątrz ostrymi łuskami lub szponami, nie wykształcony do końca jaszczurzy ogon wystający z odbytu… Menażeria mutantów! Wszystkie te karykaturalne ciała, niektóre z urwanymi kończynami, bryzgające zieloną juchą i śluzem – rozrywało na strzępy wielkie działo Borsa, zaś szczęśliwcy których to ominęło – dostawali postrzał od drugiego z łowców. Larks cały w zielonej krwi, szorował plecami podłogę posyłając zabójcze serie ze swoich pistoletów w każdym z kierunków, z których nadchodziło zagrożenie. Pierdolony laserowy John Wayne! Strzał w prawo i lewo jednocześnie, za plecy dwoma rękami, albo kręcił się niczym wiatrak mając zamiast skrzydeł rozgrzane do czerwoności lufy!

Wyszło szydło z worka, a raczej bestie z ludzi! (autor: Caveatscoti)

Ich pociski rozrywały powietrze w kantynie jeszcze długo po tym jak zostali w niej sami. Wszystkie kosmiczne ścierwa leżały zmasakrowane na posadzce, rozsmarowane na ścianach, suficie, zwisały bezwładnie przewieszone przez blat baru. Larks ze smutkiem popatrzył na hektolitry zmarnowanego alkoholu wylewającego się z potrzaskanych butelek, po czym zakrzyknął – Wyłącz to cholerstwo! Wyłącz już armatę! Chciałbym w końcu wstać… Bors posłusznie zdjął palec ze spustu i wtedy dopiero usłyszeli syreny alarmowe. Jeżeli są tu jeszcze jacyś Ksenosi, pewnie szykują już komitet powitalny! – Pomóż mi! – zakrzyknął ponownie starszy z łowców – Nie mogę wyswobodzić się spod tego gadziego mięsa! Boże, ileż tego ścierwa… Mały Janek dźwignął kolegę na równe nogi, popatrzył na niego, po czym ryknął śmiechem – Buhehehe. Zielonyś jak Ksenos! Albo roślinny mutant z planety Flora. Gdybym nie wiedział, że to ty, pewno bym cię zdjął… – Bardzo śmieszne. Tylko kto wtedy grałby z tobą na wakacjach w atarowskie retro gierki? – Zaśmiali się oboje, a Larks z wyrazem zniesmaczenia wytarł swą twarz z zielonej mazi i strącił z płaszcza ludzkie oraz gadzie resztki, poprzyklejane do niego niczym pijawki. – Brrr! – otrzepał się jak mokry pies. – Gruuuuba impreza! Ale nie czas na świętowanie! Bors, ile pięter ma ta baza? – Skanery pokazują, że trzy, jesteśmy na najwyższym. – Dobra, tutaj mamy pewnie już spokój, czyścimy resztę! Idziemy razem, czy każdy na własną rękę? – Duży Janie, nie musisz mnie niańczyć, w tym pomieszczeniu wybiłem pewnie ze trzy razy więcej gadzin niż ty… – Dobra, dobra! To nie zabawa w bicie rekordów! Ale skoroś taki hardy to bierzesz zbrojownię, dolną kondygnację! Ja dokonam odbioru jakości laboratoriów naukowych na drugim piętrze. Pamiętaj wszystkie wartościowe dane kopiujesz… Zresztą, pieprzyć to! Skoro Miner 2049, kosmiczna stacja najbardziej oddalona od planety Xenos – jest zakażona jak sam skurwysyn – wszystkie inne na jego orbitach także… Nie ma się co cackać! Znajdziesz włącznik autodestrukcji tej kupy złomu – wysadzaj! Synchronizujemy teleportery ze statkiem matką! Teraz, raz, dwa, trzy, gotowe… Plan akcji prosty jak budowa spluwy. Zabijamy wszystko co spotkamy, uruchamiamy samozniszczenie i spierdalamy do siebie. Później czyścimy pozostałe orbitalne bazy z zalęgniętych tam diabelstw! Wiesz dobrze, że gdyby nie chciwość FIRMY, która chce tutaj kontynuować wydobycie, nakazałbym zniszczyć cały ten latający złom pociskami jądrowymi! Wszystko jasne?! Co tam tak liczysz? – Puzzle ze ścierwa układam… Wow! Położyliśmy tu prawie dwustu chłopa! To znaczy gada! No, plus minus trzydziestu, bo trochę zdekompletowani… W ile? Siedem minut? Chyba nasz nowy rekord?! – Larks chwycił się za głowę… – Lepiej policz ile granatów ci zostało, debilu pieprzony…

Mission complete? Statek matka już czeka na naszych herosów! (autor: cyberdyne101)

Materdyjo, znowu historyjka rozrosła mi się w trakcie pisania! Kiedy jednak czytałem ją celem przycięcia, stwierdziłem, że jednak szkoda pozbawiać was przyjemności przeczytania jej w całości. Przecież przymusu lektury nie ma, kto zechce przewinie sobie tę sztampową, jednakże emocjonującą historyjkę, opartą luźno na fabule i rozgrywce gry Xenophobe. Aby nie przedłużać tego wpisu, który najpewniej będzie rozmiarów mastodonta – przechodzimy do kolejnego punktu, czyli…


ZZA KULIS + CIEKAWOSTKI

TĘSKNOTA. Musze wam się potajemnie przyznać i pewnikiem Larek to potwierdzi, że bardzo stęskniliśmy się za Gramy Na Gazie. No i oczywiście za naszymi widzami, którzy napędzają nas do działania – swoimi komentarzami, zarówno na kanale mojego przyjaciela, jak i na naszej stronie internetowej. Fajnie. A jeszcze lepiej jest spotkać się z profesorkiem w Borsuczej Norze i oddać się całodniowej, rozpikselizowanej orgii filmowej – oczywiście grając na Atari! Naprawdę cieszę się, że poznałem tego retro zgreda, z podobnym do mojego hobby.

Szkoda, że atarowska Ksenofobia nie ukazała się na premierę. Może byłaby tak pięknie wydana jak na inne kompy?

UNIKATOWOŚĆ WERSJI XL/XE. Zanim przejdziemy do dania głównego czyli filmu oraz recenzji, może napomknę na szybko jak to się stało, że Ksenofobia wyszła oficjalnie na wszystkie inne platformy, zaś na Małą Atarynę jest to prawdziwy rarytas kolekcjonerski wydany tylko na cartridgu. Dodatkowo nie posiadający wersji plikowej! Larek o wszystkim opowiedział w naszym filmie, chyba, że zdążył zadusić go gumowy cyc! Jejciu, co ja gadam… Celem niezależności wpisu od filmu przypomnę wam, jak to szło.. Chyba tak… Firma Atari wykupiła od Midwaya prawa do konwersji Xenophobe na wszystkie swoje domowe systemy i rozpoczęła pracę nad grami. A raczej zleciła to wewnętrznym i zewnętrznym studiom developerskim. Przyjemność ta w przypadku Ataryny spotkała kalifornijskie BlueSky Software w 1989 roku, odpowiedzialne później między innymi za Vectormana czy Park Jurajski na Segę Megadrive. Czyli chłopaki jak chcą to potrafią, a jak im się nie chce to odwalają kaszankę wszechczasów pokroju Supermana 64 na Nintendo 64. Takie kozaki czy prawdziwki z nich! Wersja na Atari 8-bit została przeniesiona z Atari 7800 i była jej bardzo wierna, pozbawiona tylko paru elementów. Poniżej macie opis portu z tej konsolki – to sobie zerknijcie. Gra była gotowa do wypuszczenia na rynek, niestety na przeszkodzie temu stanęło samo Atari, które z dnia na dzień przestało wspierać wydawanie gier na swoje niekochane, 8-bitowe dziecko. Jednocześnie wraz z Xenophobe zarżnięto inne gotowe i całkiem grywalne projekty – na przykład atarowskie Commando, ale o tym opowiem wam kiedy indziej…

A może tak cudnie jak na przenośnego Lynxa?

Produkcja ta przez prawie 20 lat pozostała tylko rzewnym wspomnieniem i marzeniem małoatarowskiej braci… Do czasu gdy w 2007 roku, pewien jegomość wystawił na Ebayu prototypowy kartridż zawierający tego białego kruka! Radości nie było końca, gdy okazało się, że nie jest to growy Latający Holender i Ksenofobia istnieje naprawdę. Atarowcy rzucili się do licytacji, którą wygrał jeden z największych czeskich miłośników Małej Ataryny niejaki Fandal. Niektórzy z was pewnie dobrze go znają, gdyż prowadzi on kapitalną stronkę poświęconą grom na 8-bitowe Atarynki czyli A8.fandal.cz. Strach Przed Ksenosami kosztował naszego czeskiego kolegę ponad 2 400 dolarów, więc sami przyznacie, że kwotę niebagatelną! Celem odzyskania chociaż części z zainwestowanych funduszy postanowił on odsprzedać prawa do dystrybucji tego tytułu – firmie Video 61 & Atari Sales, która sprzedaje ten rarytas w cenie 34,95 dolca za sztukę. Fandal otrzymuje w zamian – jakiś procent od sprzedaży każdego egzemplarza i obie strony są zadowolone.

A tak no cóż. Wydanie jest ponoć dosyć lipne (kserowane kartki, brak pudełka), ale lepiej późno niż wcale! My otrzymaliśmy sam kartridż.

Ze względu na poniesiony koszty nie udostępnił on darmowego obrazu kartridża do sieci (pliku z grą) i żeby zagrać w tę wersję Xenophobe musimy nabyć kartridż. Ma to sens z perspektywy Fandala, czyli człowieka, który sporo zainwestował w ten szpil. Możliwe, że kiedyś zwrócą mu się jego nakłady. Chociaż patrząc na stronę internetową firmy, której powierzył dystrybucje oraz jakość wydania – nie byłbym tego taki pewien… A jak Gramy Na Gazie dorwało ten rzadki okaz? Dzięki uprzejmości wspomnianego na wstępie ccwrc, udzielającego się na Atari Online, który wcześniej zakupił to cacko. Nieprzymuszony przez nikogo – zadzwonił do mnie pewnego wieczoru i zaproponował przysłanie tej strzelanki. Dzięki temu, moi drodzy – macie niepowtarzalną możliwość obejrzenia filmiku z przejścia tego zapomnianego i egzotycznego tytułu. Możliwe nawet, że pokazujemy to pierwsi w polskich czy światowych internetach? Jeszcze raz dziękujemy, grę pocztą odeślemy, a teraz zaprezentujmy pierwowzór…


AUTOMAT XENOPHOBE

Oryginalnie Strach Przed Ksenosami wydała w 1987 roku znana głównie z flipperów oraz późniejszego Mortal Kombat – firma Bally Midway w 1987 roku – oczywiście na automaty arcade. Muszę się przyznać, że nigdy nie spotkałem tej produkcji w żadnym z salonów gier, w których bywałem za młodu. A odwiedziłem ich naprawdę wiele. Może pochwalcie się w komentarzach, czy mieliście przyjemność wcielić się w łowców Ksenosów w swojej młodości? Już sam wygląd oryginalnej automatowej budy musiał przyciągać spragnionych wrażeń młodocianych, a szczególnie możliwość kooperacji z dwoma kumplami. Było to wówczas prawdziwą rzadkością. Na polowanie na Ksenosów mogliśmy wyruszyć w trójkę, gdyż ekran monitora przedzielony był w poziomie na trzy odrębne płaszczyzny, ukazujące osobno akcję dla każdego z graczy. I oczywiście wyposażony w trzy dżojstiki, dosyć futurystycznie zaprojektowane, z osadzonymi na ich szczycie dwoma przyciskami i spustem pod palcem wskazującym. Należy docenić ten fakt, gdyż umożliwiało to śmiałkom eksplorowanie kosmicznej bazy w sposób zupełnie dowolny, niezależny od siebie. Nasi bohaterowie nie musieli przebywać ciągle na tym samym ekranie i każdy z nich mógł prowadzić swoją krucjatę w zupełnie innym miejscu mapy, spotykając się tylko przelotnie. Oczywiście największe szanse na przeżycie tej jatki – dawała kooperacja i synchroniczne zabijanie gwiezdnego ścierwa…

Automat świetny, poster reklamowy jako całość – mocno średni.

Niestety dosyć wąski ekran rozgrywki, przeznaczony dla pojedynczego herosa – spowodował pewne ograniczenia. Xenophobe to bardzo prosty w założeniach run and gun przedstawiony z profilu, zupełnie pozbawiony elementów platformowych, czy wspinaczkowych. Nasza przygoda ogranicza się tylko do przemierzania zbudowanej z komnat orbitalnej stacji i nieustannej walki z hordami wrogów. Maszerujemy w poziomie z lewa na prawo (lub odwrotnie), eksterminując wszystko co się rusza, a każde piętro po pewnym czasie ulega zapętleniu. Kiedy znajdziemy windę, możemy jednak przedostać się na kolejną kondygnację kompleksu. Naszym celem jest zmniejszenie skażenia robactwem do poziomu akceptowalnego (istnieje taki?), co w rzeczywistości wymusza konieczność zabicia około 90% wszystkich paskud. Możliwe jest także wysadzenie naszej bazy, a także opcja dla leniwych łowców – poddanie jej kosmicznym najeźdźcom. W każdym z tych scenariuszy – o dziwo – przechodzimy do kolejnego etapu, jednak tylko w pierwszym – otrzymujemy najlepsze bonusy. Oczywiście, często w prostocie gier arcade tkwi ich siła i grywalność – myślałem więc, że w przypadku Ksenofobii będzie podobnie… Szczególnie, że po drodze autorzy udostępniają nam masę znajdziek oraz fundują parę ciekawych pomysłów. A parę idei to raczej wyciągnęli z dupy, za przeproszeniem…

Grafika oraz design wrogów w 1987 roku musiały się podobać.

Szkoda jednak, że 80% przedmiotów, które znajdziemy w trakcie rozgrywki to tylko rupiecie, które tylko zwiększają nasz wynik punktowy na koniec misji. Na szczęście wpadną w nasze łapy nowe giwery, pożywienie zwiększające energię, czy kilka pomocnych fantów, ale o tym napiszę wam szerzej w atarowskiej recenzji gry. Zestaw klamotów jest praktycznie identyczny w każdej konwersji. Spluw znajdziemy cztery, (z czego tylko dwie nadają się do satysfakcjonującego użytku) oraz podręczne granaty implozyjne. Mało, ale zawsze to jakieś urozmaicenie. Bardzo fajnie, że rasa Ksenosów jest wzorowana na popularnych wówczas, a kultowych i przerażających do dzisiaj – ksenomorfach. Dokładniejszy opis zwierzyńca także znajdziecie pod koniec wpisu. Dodam tylko, iż na automatach pojawia się nieobecna w wersji atarowskiej Królowa Ksenosów. Cholernica rzuca w nas kokonami oraz próbuje zniewolić urokiem osobistym – czytaj promieniem z oczu. Podoba mi się grafika, specyficzna dla firmy Midway, pokazana w hi-resie i jak na swoje lata naprawdę szczegółowa oraz fakt, że do tej niebezpiecznej misji możemy zwerbować bohatera z bodajże dziewięciu dostępnych. Po trzech na gracza, ale różnią się oni tylko wyglądem.

Rozgrywka dla trójki śmiałków i każdy może iść gdzie chce? Nowatorskie!

Niestety gra nie wytrzymała do końca upływu czasu i szczególnie jej gameplay – brzydko się zestarzał. Włóczenie się w kółko po bardzo podobnych miejscówkach i ciągłe strzelanie do tych samych bestii – powoduje znużenie. Pamiętajcie, że nie traficie tutaj na żadne elementy platformowe, ani nie spotkacie wielkiego bossa… A wierzcie mi, że trzeba się tu nachodzić, a raczej poruszać w przysiadzie, gdyż taktyka ostrzału z kucek – jest gwarancją sukcesu w walce. Nasza postać potrafi także strzelać na skosy, jednakże autorzy nie potrafili tej umiejętności odpowiednio wykorzystać w rozgrywce i spokojnie możemy się bez niej obejść. Powiem wam, że Xenophobe jest wyjątkowo łatwe przy ostrożnym załatwianiu przeciwników (w ciągłym schyleniu) i pewnie autorzy to zauważyli. Więc jak postanowili utrudnić nam życie? Wprowadzając koszmarne, po prostu beznadziejne sterowanie kontekstowe! Oczywiście spust odpowiada za prucie ołowiem (a raczej laserem), ale pozostałe dwa przyciski (lewy i prawy) mają zmienne funkcje, które są zależne od sytuacji na ekranie. Lewy przycisk odpowiada za skakanie, wstawanie i wyswobodzenie się z macek. Zaś prawy za schylanie, rzucanie granatami, zbieranie broni oraz przedmiotów, albo odrzucanie twarzołapa. Ja pierniczę, kto to wymyślił?! Zamiast skupić się na ekranie akcji,  patrzymy bardziej na funkcje przypisane w tej chwili do lewego i prawego fire – aby nie popełnić jakiegoś głupiego błędu. Jest to zupełnie nieintuicyjne! To miała być walka z krwiożerczymi potworami z kosmosu, a nie z debilnym sterowaniem. Weźcie to pod uwagę patrząc na ocenę poniżej… Zauważcie też, że w lutym 1987 roku miał premierę Gryzor aka Contra w wydaniu na automaty. Porównajcie sobie złożoność rozgrywki tych tytułów, różnorodność krajobrazów, grywalność i pomyślcie jeszcze o wymyślnych bossach jakich sprzątniecie w hicie Konami. Teraz włączcie sobie Xenophobe i dobrze się bawcie… Co już wam się nie chce? Tak myślałem… Gdyby chociaż sterowanie było normalne…

XENOPHOBE – AUTOMATY ARCADE

Retrometr

Świetnych gier na automaty nie brakuje. Nie traćcie czasu na Xenophobe.


KONWERSJE

Ksenosi na Amidze. Kolorki fajne, a jak z miodnością? Dajcie spokój…

AMIGA i ATARI ST. Wydane przez firmę MicroStyle konwersje na komputery 16-bitowe są najbardziej wierne oryginałowi pod względem oprawy video ze wszystkich dostępnych. Dodatkowo w  trakcie rozgrywki można posłuchać nowej muzyki, która jednak zbytnio nie zachwyca.Występuje tutaj znana z automatów możliwość strzelania na skosy oraz wybór kosmicznych marines. Wiadomo, że w domowych wersjach Xenophobe nie uświadczycie trzyosobowej kooperacji – więc ekran podzielono tylko na dwie równe połowy i bawimy się ino w tandemie. Bawimy – to jednak zbyt dużo powiedziane… Grafika – w porównaniu z najlepszymi przedstawicielami tego gatunku na Przyjaciółce – powoduje tylko uśmiech zażenowania. Grze brakuje dynamiki, różnorodności – po prostu grywalności.  Świetna trylogia Turricana, kapitalne Ruff’n Tumble, czy wyborny Jim Power zjadają na śniadanie wszystkich Ksenosów razem wziętych. Nawet mniej znany, ale niezły Rubicon, czy bardzo średni Borobodur są zdecydowanie lepszymi szpilami. A w przypadku Atari ST? Konwersja jest niemal identyczna jak na Amisi, tylko mniej kolorowa. Atarowcy niech wezmą pod uwagę, że kilka z tytułów, które wymieniłem linijkę wcześniej – wydano na ich sprzęt i lepiej w nich niech poszukają miodu. Uwierzcie mi – nie będziecie mieć radochy z 16-bitowej Ksenofobii. Tylko dla zagorzałych fanów oryginału.

Port na Atari ST. Bardziej stonowane barwy. Słabo grywalny szajs…

COMMODRE 64 i AMSTRAD. Tutaj sprawa ma się zdecydowanie lepiej niźli w przypadku 16-bitowców. Nie dość, że konkurencja w przepadku bieganych strzelanek na 8-bitach jakby mniejsza (chociaż na Komodę ciągle spora) – to widać, że twórcy starali się jednak dobrze wykorzystać możliwości tych maszynek i dostaliśmy porządne gry, w których znajdziemy trochę frajdy. Wersja na Amstrada jest bardziej kolorowa, jednak jej akcja przedstawiono w zdecydowanie mniejszym okienku niż na Komciu. Duże pole akcji na C64 powoduje jednak jakby większą pikselozę wszelkich obiektów, ale rozgrywka zdaje się być dynamiczniejsza niż na Amstradzie. W obu przypadkach w trakcie przygody przygrywa nam naprawdę wyborna, wręcz przebojowa muzyka, która świetnie motywuje do walki. W obydwu wersjach możemy strzelać na skosy, jak i wybierać na początku naszego śmiałka z kilku dostępnych. Powiem tak – Xenophobe w obu tych przypadkach nie jest tytułem rewelacyjnym, ale jeżeli za młodu takie edycje wpadłyby w moje łapska – grałbym w nie na maksa! Z wypiekami na twarzy czyściłbym kosmiczne bazy z pasożytniczego ścierwa. Minimum żółte światło w retrometrze. Za te porty odpowiada także MicroStyle.

Na Komcia – to całkiem porządna gra, tylko trudna.

ZX SPECTRUM. Niespodzianka! Bardzo fachowa wersja! Oprawa graficzna jest tutaj zadziwiająco dobra i stylistycznie bardzo zbliżona do oryginału z Wozów Drzymały. Fakt, że zaprezentowana tylko w dwóch kolorach jednocześnie na ekranie, ale nasi żołnierze kosmosu, stwory z gwiazd, pomieszczenia oraz przedmioty są jakby w wyższej rozdzielczości. Dzięki czemu udanie przypominają automatowe pierwowzory. Wybór rasy naszej postaci jest tutaj obecny, ukośne strzelanie także. I o dziwo wszystkiemu przygrywa kapitalna muzyczka! Jeżeli w swoim życiu miałbym jeszcze spędzać czas z jakąkolwiek adaptacją Xenophobe w wersji na 8-bit – to wybrałbym port na Speccy. Ocena – minimum żółte światełko.

Wersja na Spektrusia pozytywnie zaskakuje. Zobaczcie w akcji to docenicie.

NES. Przepraszam, ale co to jest? Autorzy tej wersji czyli Sunsoft – chyba robili ją za karę i nie widzieli na oczy oryginału. Albo uznali, że zrobią własną, bardziej grywalną grę pod identyczną nazwą? Pomysł mieli może i dobry, ale wykonanie? Katastrofa! Sterujemy jakimś szczypiorem i strzelamy do zupełnie innych stworów, a nawet dział albo moździerzy wysuwających się z sufitu. Gdzieniegdzie pojawia się kapiący na nas jadowity śluz. Dzięki niektórym nowym pomysłom – mogło się to udać, gdyby zatrudniono jakiegoś grafika, coby ładnie narysował to wszystko. Gra wygląda jak najgorszy ruski hack na Pegaza dorwany z bazaru! Omijać.

What the fuck?! To edycja na zegarek? Nie na NESa…

ATARI LYNX. Bardzo kolorowa, wysoko oceniana i grywalna wersja na przenośną konsolę Atari. Rysiek otrzymał jedną z lepszych wariacji, z rozgrywką pełnoekranową. Oprawa graficzna zaprojektowana została naprawdę ze smakiem, pojawiają się ozdobniki na dalszym planie w postaci  posągów Obcych, czy pierwszoplanowe elementy wystroju wnętrz – na przykład prycze czy lampy. Jest nawet atakująca nas Królowa Ksenosów! Strzelanie na skos oraz wybór protagonisty – obecne. Dodano ciekawe intro oraz nowe, cieszące oko ekrany podróży pomiędzy kosmicznymi stacjami. Tak, w ten port KsenoFobii zagrałbym z przyjemnością gdzieś na plaży, w parku czy w pociągu! A jakbym spotkał kumpli z Ryśkami, moglibyśmy grać nawet w czterech! Wiem, nie te czasy…

Przenośna konsola Atari dostała port lepszy niż wszystkie inne maszynki…

ATARI 2600. Pitfall w kosmosie?! Ale jaja. Chociaż pierwszy rzut oka na ekran gry to sugeruje – daleko jej do grywalności tego pamiętnego klasyka Activision. Piksele wydłubują nam oczy, bestyjki zrobione z jednokolorowych duszków, do tego często migotają. Postać maszeruje przez jeden pokój kilkadziesiąt sekund, a odgłosy strzelania powodują ból bębenków usznych. Gra w sam raz do umieszczenia w nowej reedycji plastikowego badziewia zatytułowanego Atari Flashback. I niech się Sikor nie obraża – A2600 stać zdecydowanie na więcej. Kaszanka.

Pitfall in Space! Nowy hit od Activision! Żartowałem…

ATRI 7800. Wersja praktycznie bliźniacza w stosunku, do przedstawionej w naszym filmie. Jednak występują w niej drobne różnice w stosunku do małoatarowskiej. Przede wszystkim wydaje mi się, że kolorystyka została tutaj lepiej dobrana, barwy bardziej stonowane i pomieszczenia przez to wyglądają naturalniej. Chociaż może jest zbyt sterylnie, jakby w szpitalu? Hmm. Także niektóre spluwy zostały ładniej zobrazowane, a ozdobniki w pokojach mają więcej szczegółów. Minimalnie, ale jednak. W tej edycji pojawia się na przykład krata zabezpieczająca windę. Nie mamy tutaj wyboru herosa i sterujemy tylko łysym zakapiorem, który przypadł mi do gustu zdecydowanie bardziej, niźli wszyscy bohaterowie z poprzednich edycji razem wzięci. Strzelanie na skosy nieobecne, bo i niepotrzebne. Odnotowano, że wredne biczysko – Królowa Obcych – pokazuje tu nieraz swe wdzięki! Ogólnie – do tej wersji można zastosować ocenę, którą przyznamy Xenophobe w adaptacji na Atari XL/XE.

Na Atari 7800 oprawa jest bardzo czytelna. Dobra adaptacja.


XENOPHOBE

ATARI / BLUE SKY SOFTWARE (1989)

RUN AND GUN – STRZELANINA CHODZONA

FILM DOTYCZY WERSJI NA: ATARI XL/XE

Także na: Commodore 64, ZX Spectrum, Amstrad, Atari 7800 i inne

Okładka Lęku Przed Obcymi na A7800 przedstawia kobitkę. Gdzie się ona podziała, hę? A na poważnie – też fajny projekt. Z jajem.

OPIS. Zanim przejdę do recenzji chciałbym zaznaczyć, że najpierw zagrywałem się w atarowską konwersję Xenophobe, a dopiero później zawiodłem się na beznadziejnym sterowaniu dostarczonym nam w oryginale z salonów gier. Więc w żaden sposób nie byłem uprzedzony do tego tytułu, co więcej – pokładałem w nim wielkie nadzieje! Głównie dlatego, że brakuje mi chodzonych strzelanin na Atarynie i po screenach wnioskowałem, że będę miał do czynienia z jednym z najlepszych przedstawicieli tego zaniedbanego gatunku. O samej rozgrywce mogliście już poczytać powyżej, ale przypomnijmy na szybko. Dwójka międzyplanetarnych żołdaków wyrusza z misją zapobiegnięcia inwazji Ksenosów. Ich celem jest wyczyszczenie orbitalnych stacji z tego potwornego ścierwa, które tam się rozpanoszyło. Ekran akcji jest przedzielony na pół, zaś rozgrywkę ukazano z boku. Kosmiczna baza ma budowę komnatową, eksplorujemy ją i zabijamy wszystkie poczwary spotkane na naszej drodze. Opcje przejścia poziomu są następujące: wybicie do nogi czy macki wszystkich kosmitów, no, prawie wszystkich (przejście następny poziom, bonus w postaci energii życiowej, premia punktowa za znalezione artefakty). Wysadzenie bazy poprzez jej system autodestrukcji za pomocą znaleźnego klucza (awans na kolejny etap, brak dodatkowej energii, bonusy punktowe) lub sukces nieprzyjaciela czyli opanowanie kompleksu (ewakuujemy się na kolejny poziom, brak bonusów energii oraz punktowych). Przyjrzyjmy się przedmiotom, jakie możemy znaleźć w trakcie naszej przerażającej wędrówki.

Rozpoczynamy! Spokojnie jak na wojnie…

Najbardziej poszukiwanymi przez nas znajdźkami będą oczywiście narzędzia zagłady, czyli wszelakie spluwy w ilości czterech sztuk. Fazer, mały pistolecik laserowy, z którym zaczynamy przygodę – niestety nie tak skuteczny jak laserowe kolty Johna Larksa z opowiadanka powyżej… To nie jest broń, z którą chcielibyście wyruszyć na safari pełne potworów… Dużo lepszym eksterminatorem jest jego większy brat, czyli karabin laserowy. Z tym szybkostrzelnym cacuszkiem o dużym zasięgu – możemy już zabawić się w prawdziwego deratyzatora gadziej plagi. Najbardziej uniwersalna broń w grze i moim zdaniem po prostu najlepsza. Kolejnym wartym uwagi gnatem jest działo elektryczne, porażające bestie błyskawicami średniego zasięgu, zadające jednak większe obrażenia. Tym wybuchowym kijem także warto wspomóc się w trakcie wędrówki. Zupełną ciekawostką jest rozpylacz, antygadzi dezodorant, którego trujące wyziewy są najbardziej zabójcze dla stworów, jednakże jego metrowy zasięg powoduje, że nie jest skuteczny na większe stada Obcych. Zupełnie nie rozumiem wprowadzenia w tej grze całkowicie nieskutecznej walki na pieści (tak dobrze czytacie) gdyż uwaga – Ksenosi potrafią wytrącić nam broń! Umiejscowienie bokserskich ciosów w rozgrywce miało chyba tylko wprowadzić element rywalizacji z innymi graczami. Skutecznie wyprowadzona partnerowi fanga w ryj – powoduje upuszczenie przez niego spluwy. Zapewne między-drużynowe pojedynki o najlepszego gnata miały dostarczyć rozrywki? Nie dostarczają… Zresztą wyobraźcie sobie, że wyzywacie do walki na gołe pieści kosmicznego potwora, krwiożerczego niczym ksenomorf…  Życzę powodzenia! Nasz arsenał uzupełniają granaty, rozrywające na strzępy każdy rodzaj Ksenosów, jedyną ich wadą jest skromny obszar wybuchu… W trakcie zabawy w kosmicznego czyściciela – znajdziemy także pożywienie uzupełniające nieznacznie energię życiową w postaci: hamburgerów oraz jakichś kartonów z żarciem kosmonautów. Wartymi uwagi fantami pozostają jeszcze nóż (z automatu zabijamy chwytające nas z sufitu macki), oraz klucz (do systemu autodestrukcji). Reszta znalezisk to tylko rupiecie, punktowane po zakończeniu etapu…

Gadziny zaskoczone od tyłu! Fajnie, że kolorystyka pięter jest zmienna.

Fabuła jak i sama gra – są silnie wzorowane na ówczesnym hicie kinowym czyli kultowym Obcym Decydujące Starcie (1986), zaś Ksenosi to taka bez-licencyjna podróbka prawdziwych Obcych. W ich szeregach znajdziemy oczywiście facehuggery (twarzołapy) wykluwające się z kokonów i skaczące nam do facjaty. Te maleństwa szybko wysysają z nas życiodajną energię. Żeby strącić takiego delikwenta musimy wykonywać szybie, gwałtowne ruchy, ale najlepiej jeśli nasz kompan pomoże nam i zestrzeli robala. Upierdliwe są pancerniki, które zwijają się w kulę i w tej odpornej na pociski formie próbują nas staranować. Nie dość, że zabierają nam zdrowie to nieraz wytrącają arsenał. Czekamy, aż niemilec rozwinie się do swojej pełzającej postaci i szprycujemy do oporu laserem. Turlającego się pancernika możemy także zniszczyć granatem. Najgroźniejszym jednak przedstawicielem gatunku drapieżców jest dorosły osobnik, podobny z wyglądu do wielkiego gada, który nie dość, że potrafi atakować nas wręcz i uderzać barkiem to dodatkowo pluje trującą wydzieliną. Tych należy likwidować jak najszybciej. Gdzieniegdzie spotkacie także wiszące z sufitu macki, które jednak są dosyć łatwe do ominięcia lub odstrzelenia. Seria pocisków z wyskoku załatwi sprawę, albo schowany w kieszeni nóż…

Na każdym piętrze zadyma!

PLUSY. Największą zaletą Xenophobe jest bez wątpienia klimat żywcem wyciągnięty z filmu Aliens – czyli ciągła akcja z domieszką horroru w klimatach science fiction. Kocham to! Oczywiście fakt, że gra reprezentuje chodzone strzelaniny, gatunek rzadko spotykany na Atarynie to także wielki plus. Podoba mi się oprawa graficzna, która na początku robi świetne wrażenie oraz fakt, że pokoje są bardzo kolorowe i mają odmienny wystrój. Pozwiedzamy między innymi: laboratoria, magazyny, ludzkie kwatery, kantyny czy nawet pomieszczenia z oknami widokowymi. Drapieżniki z Xenosa także zaskakują fajnym zaprojektowaniem, jednak po pewnym czasie stwierdzamy, że przydałaby się tutaj większa różnorodność bestyjek. Przynajmniej jeżeli chodzi o sposób walki z nimi. Pierwsze wrażenie zwierzyniec jednak sprawia wyborne! Udanym pomysłem jest rozmnażanie się wrogów i ich ewolucja w groźniejsze osobniki, więc lepiej dokładnie sprzątać piętra. Przeciwnicy poruszają się swobodnie po mapie, nie tylko zaś po ekranie gdzie my urzędujemy – i program o tym pamięta. Na oklaski zasługuje też fakt, że w późniejszych levelach atakują nas prawdziwymi hordami, tak dużymi, że biedna Ataryna nie nadąża za akcją i delikatnie chrupie.

Wyrzuć go przez śluzę powietrzną! Ups, sorki. to nie Aliens…

Tylko głupcy nie doceniliby kooperacji i gdybym za małolata miał w kolekcji Xenophobe – ja i mój kuzyn wielokrotnie wcielalibyśmy się łysych grabarzy kosmicznego ścierwa. O, a propos łysych chrzcicieli z kosmosu – podoba mi się wygląd tych twardzieli. Lepszy niż jakieś kaczory, blondyny czy inne leszczyny z oryginału. Nasze zakapiory różnią się tylko kolorem skafandra (no i jeden ukrywa łysinę pod opaską), ale przecież w pierwowzorze wybór herosa był tylko umowny i dotyczył wyłącznie jego prezencji. Sterowanie także udoskonalono w stosunku do niegrywalnego, znanego z automatów. Nie jest ono doskonałe (o czym w minusach), ale przynajmniej dzięki niemu walczymy z Ksenosami, a nie z dżojem… Wypadło z rozgrywki strzelanie po skosie, ale żadna to strata. Efekty dźwiękowe spełniają swoją funkcję, nie wryły mi się w pamięć jakoś szczególnie, ale też nie zauważyłem aby mi przeszkadzały. Przy pierwszym kontakcie gra wręcz zachwyca i obiecuje nam niezapomnianą kosmiczną jazdę pełną grywalności… Aha zapomniałbym – w przypadku samotnej akcji, spodobał mi się scrolling pomieszczeń pomiędzy przechodzeniem z komnaty do komnaty. Niby popierdółka, a cieszy. W przypadku wspólnej jatki – pewnie z powodu ograniczeń sprzętowych – został on wycięty.

No i po chłopach… Jednego zapładnia twarzołap, drugiego przytula macka…

MINUSY. Większość wad tej produkcji, które tutaj wymienię – wynika bezpośrednio z prostoty automatowego oryginału i jego mechaniki. Przede wszystkim – Ksenofobia zbyt szybko odkrywa przed graczem wszystkie karty, całość atrakcji. Niestety. Co z tego, że udostępniono nam tutaj wiele kosmicznych baz, kiedy wszystkie są praktycznie identyczne, w każdej z nich działamy ciągle według tego samego schematu i nie wprowadzają one żadnych urozmaiceń do nieskomplikowanej rozgrywki. Fakt, że dochodzi możliwość poruszania się windą i więcej pieter danego kompleksu, ale naprawdę – widzieliście jeden etap tej gry – widzieliście wszystko… Pomimo, że zachwalałem zróżnicowanie pomieszczeń, to jednak utrzymane są one w podobnej stylistyce, z powtarzalną kolorystyką i po pewnym czasie mamy złudzenie jakbyśmy chodzili w kółko po tych samych pokojach. Gdyby nie winda nie wiedziałbym, że zapętliliśmy z Larkiem całe piętro… Orbitalne stacje nie różnią się praktycznie wcale wystrojem, klimatem ani scenografią – tylko ilością kreatur do ubicia. To szczególnie boli, bo przecież mogłyby mieć inny układ pomieszczeń, lub nawet generowaną losowo mapę obszaru, który penetrujemy. Większą ilość wind, piętra składające się z odmiennej ilości izb, jakieś otwierane kluczami wrota… Dało się to uatrakcyjnić! No, ale przynajmniej jest wiernie automatowemu oryginałowi…

Dwóch na dwóch! Banda łysych na bandę gadzin!

Wspomniana wcześniej powtarzalność, wręcz jeden schemat rozgrywki to największa skaza tego fajnego tytułu. Nie mamy tutaj żadnych opcjonalnych celów misji, typu znajdź jakiś przedmiot, skopiuj dane z komputera, zniszcz serwer. Nie byłyby one trudne do zaimplementowania, a tak niestety – ciągle robimy to samo w podobnych okolicznościach przyrody nieożywionej i ożywionej. Rozgrywka wygląda tak: znajdź karabin laserowy (gdyż najlepszy), idź ciągle w prawo (lub lewo), wejdź do komnaty, kucnij, wystrzelaj wszystko, podążaj dalej i powtarzaj ten schemat do oporu – aż znajdziesz windę i zapętlisz piętro. Zjedź na niższą kondygnację i zrób replay. Na kolejnym piętrze – tak samo… Wiecie, jakby walka była bardziej wymagająca, albo zróżnicowana, gdyby zmuszała nas do uzupełniania amunicji, planowania, unikania różnorodnych ataków wroga. Gdyby po prostu wymagała od gracza pewnych umiejętności? A tak po początkowym zachwycie powoduje znużenie i zniechęcenie na dłuższą metę. Witalność tracimy głównie w momentach wejścia do pomieszczeń, kiedy przez chwilę bohater samoczynnie zmienia ekran. Jeśli akurat przeciwnicy ulokowani są blisko drzwi – stracimy energię choćbyśmy byli Johnem Rambo czy innym gierojem. Nie mamy na to wpływu…

Windą do nieba? Raczej do piekła!

Co jeszcze? Sterowanie nie jest idealne, chociaż jak wspomniałem, lepsze niźli w automatowej budzie. Postacią nie możemy przejść bezpośrednio z kucek do skoku jednym ruchem dżoja, tylko najpierw wstajemy i dopiero wtedy kolejnym wychyleniem – skaczemy. Czyżby nasi galaktyczni tępiciele drapieżców mieli kije w dupie? Szkoda, bo większa responsywność postaci zdynamizowałaby akcję. Irytuje także rzucanie granatów – przypisane do kombinacji dół plus fire. Powoduje to, że często robimy to bezwiednie i niespodziewanie. Przydałby się także wskaźnik stanu posiadania tych wybuchowych zabawek. Słuchając konwersji Xenophobe na inne 8-bitowe mikrokomputery – zazdroszczę im świetnej muzyki. Ubolewam, że nie ma takowej na Atarynie. Ilość narzędzi zagłady, a raczej fakt, że połowa z nich to popierdółki – także rozczarowuje.

No, chrzciciele kosmosu – udało się! Ekran podsumowujący misję.

KIEDYŚ. Wraz z moim przyjacielem, profesorem Larkiem po raz pierwszy wyruszyliśmy na to kosmiczne safari.

TERAZ. Byliśmy na początku zachwyceni! Run and gun w naszych ulubionych klimatach. Po prostu pięknie! Niebezpieczni Obcy i ładna grafika otoczenia – cudownie. Do tego kooperacja – będzie medal jak w mordę strzelił! Dokładniej, to jeden z nas strzelił nawet w mordę Ksenosa! Ato ci heca. Jednak czym dłużej graliśmy – emocje opadały. Pojawiło się znużenie. Ciągłe przemierzanie podobnych pomieszczeń plus bardzo schematyczna walka… To nie jest to co międzygalaktyczni łowcy lubią najbardziej… Cholera! Ten tak długo wyczekiwany przez nas hit – jednak trochę rozczarowuje. Żeby było jasne – to ciągle dobra gra, która przy odpowiednich zmianach w gameplayu byłaby absolutnym killerem. Okazuje się, że strach ma tylko wielkie oczy, i nie ma się co lękać gadów z kosmosu, gdyż najgorszym wrogiem gracza w Xenophobe jest najzwyklejsza w świecie nuda… Mocny tytuł na jeden, krótki wieczór. Raczej nie będziecie często do niego wracać, a tym bardziej go masterować… A potencjał był ogromny.

ArSoft CORPORATION i Retro Na Gazie prezentują:

Gramy Na Gazie – XENOPHOBE (1989) Atari XL/XE

Retrometr

BORSUK: Larek, ale numer! Dzwonił do mnie ten kolo, z Atari Online i prześle nam Xenophobe! Czadzik, nie?! Tak, tego białego kruka. Świetną strzelankę science fiction z Obcymi. Mówię Ci, tam jest kooperacja, razem sobie postrzelamy do kosmicznego ścierwa! Będzie ubaw po pachy. Pięknie wygląda na screenach. Będzie najlepsza gra na Atarynę! Ale pogramy! Już szykuję kanapki. Wpadasz?!

LAREK: Za stary jestem na wpadanie, ale przyjadę! Od razu nakręcimy. Dawaj, jedziemy. Ooo, super! Ksenosy jakieś, kosmiczne bazy, ratatatatata! Osłaniaj mnie, rzucaj granatem! Łoo, nawet twarzołapy są. Kapitalna. Rozdzielamy się, teraz ty czyść to piętro, a ja jadę niżej. Ciekawe co w następnej planszy? Hmm, bardzo podobna. Czekaj, byliśmy tu, czy nie? Ile już przeszliśmy tych poziomów, bo się zgubiłem? Wiesz, wysadzajmy te bazy, będzie szybciej. Zapętliliśmy już, czy nie? Borsuk? Borsuk! Nie śpij!


STEROWANIE

Aha, tutaj się ukryła ta kobitka z okładki! To pani instruktor! Poniżej jej porady.

EKRAN TYTUŁOWY: LEWO, PRAWO – wybór poziomu trudności.

FIRE DŻOJ 1 – gramy pierwszym graczem – górne pole walki, FIRE DŻOJ 2 – gramy drugim bohaterem – dolny ekran rozgrywki. FIRE w każdej chwili po śmierci – kontynuacja, dołączenie się do akcji.

NA GWIEZDNYM POLIGONIE:

LEWO, PRAWO – marsz, FIRE – strzał, GÓRA i SKOSY – skoki (musisz stać), DÓŁ – kucanie. W TRAKCIE KUCANIA: LEWO I PRAWO (albo dolne skosy) – poruszanie się w pozycji schylonej, GÓRA – wstawanie, DÓŁ – zebranie przedmiotu / broni.

DÓŁ + FIRE – rzut granatem.


PS. Bardzo udaną recenzję Xenophobe autorstwa Urborga znajdziecie także na Atari Online w tym miejscu. Polecam.

PS2. Screeny z wersji Atari XL/XE w wykonaniu Larka, reszta obrazków pochodzi głównie z Atarimanii oraz MobyGames.

PS3. Ilustracje do historyjki pochodzą z Deviant Art.

O RetroBorsuk 105 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.