Legendy Salonów Gier | Green Beret

Legendy Salonów Gier ArcadeWitam serdecznie wszelkich miłośników kina akcji lat 80-tych, a w szczególności wielbicieli jednoosobowych dywersyjnych misji militarnych na terenie wroga w rozpikselizowanej oprawie! Witam także naszych kochanych emerytów wychowanych na automatach arcade z pierwszej połowy lat 80-tych, którzy pewnie z nostalgią wspominają naszego dzisiejszego bohatera. Zielony Beret (zwany w niektórych krajach Rush’n Attack) był jednym z najczęściej spotykanych automatów w mojej miejscowości, w mojej młodości. Nie mam pojęcia jak w innych rejonach naszej pięknej ojczyzny, ale zakładam, że także mieliście z nim kontakt. No jeśli nie z samym automatem, to pewnie słyszeliście o bohaterskich czynach głównego bohatera omawianej dzisiaj przeze mnie gry? O niesamowitym męstwie trochę zwichrowanego Kapitana oddziału komandosów, który sam przeciw wszystkim wyrusza na ratunek swojego oddziału zniewolonego przez paskudnych ruskich! No, nie jest do końca taki samotny – towarzyszy mu przecież jego najwierniejszy przyjaciel – ostry jak brzytwa, zimny jak lód i szybki jak błyskawica nóż bojowy, zwany przez naszego wojaka przyjacielsko Długim John’em. Pewnie niejednokrotnie stojąc w Salonie Gier, rzuciły Wam się w uszy rosyjskie przekleństwa, czy gardłowe jęki konających żołnierzy wroga, kiedy Długi John wraz ze swoim panem wykonywali najbrudniejszą robotę. Wiele razy pewnie czuliście smród palonego ogniem ludzkiego mięsa, kiedy Kapitan naciskał na spust znaleźnego w boju miotacza ognia, bądź pancerfausta. Zdarzyło się Wam pewnie i nieraz pomagać naszemu komandosowi w jego samobójczej misji, walczyć ze spadochroniarzami-karatekami, wściekłymi psami wojny, niezliczonym oddziałami wroga, helikopterami czy laserowymi brygadami śmierci. Tak w tym wielkim przeboju od Konami i prekursorze gatunku run’n gun zarazem, przeżyjecie po raz pierwszy podobne przygody co Arnie i Sly na wielkim ekranie. Przed Wami, inspirowany chodzonymi mordoklepkami (Kung-Fu Master), wprowadzający do rozgrywki broń palną (w skromnych ilościach, ale zawsze) pierwowzór bieganych strzelanin – niezapomniany Green Beret! Dla mnie tym bardziej niezapomniany, gdyż poniekąd dzięki niemu – moja rodzina powiększyła się o paru członków, o czym przeczytacie poniżej!


GREEN BERET / RUSH’N ATTACK

KONAMI (1985)

akcja – bijatyka – run’n gun

Green Beret Arcade Cabinet Good

Automat Green Beret / Rush’N Attack oraz Green Beret Main Theme – Purple Heart Remix

LEGENDAgreenberret1

Dzisiaj rano w końcu udało mi się uciec. Torturowali nas już trzeci dzień próbując wydusić współrzędne naszej starannie ukrytej bazy wypadowej oraz cel tajnej misji, których na szczęście nie znałem nawet ja… To miała być tylko misja rozpoznawcza… Przynajmniej oficjalnie. Tylko my wiedzieliśmy, że w oddziale jest z nami dwóch wyborowych snajperów, a prawdziwym celem jest ten psychopata Władimir Władimirowicz Putinowicz.  Niestety ruskie już na nas czekały… Zaraz, zaraz… Wytyczne misji znała też ta ruda i zimna suka Olga Yebanova! Nigdy jej nie ufałem, w odróżnieniu od Majora Johnsona, który ją hołubił i potajemnie posuwał… Wystawiła nas. Snajperzy zginęli od razu. Bez tortur. Byli zbyt niebezpieczni. Trzech z moich chłopaków, także zostało zarżniętych niczym prosiaki. Niech Bóg ma w opiece ich dusze. Kiedy na osobności chcieli posłać mi kulkę w łeb miałem dla nich niespodziankę. Ciebie Mój Przyjacielu! Szybko zapoznałeś się z ich czerwonymi gardłami. Dogłębnie! Nie wydusili nawet jęku…

Green Beret Knife

Taaaak! Ostry Długi Johnie! Tylko Tobie mogę w pełni zaufać! No, oprócz moich braci z oddziału… Będą ich torturować do jutra, a wieczorem zrobią pokazową egzekucję. Nie mogę ich tak zostawić! Nie będę mógł spojrzeć w oczy ich rodzinom! Cholera, że też nie mam żadnej spluwy… Ale mam ze sobą Ciebie… Słyszysz mnie Mój Przyjacielu? Nie rób takiej niewinnej miny… Przecież wiem jak bardzo lubisz spijać krew. Co tam szepczesz? Zabijmy ich wszystkich?! Tylko ja i Ty?! Zabijmy ich, tak jak tych trzech dzisiejszego ranka… To samobójstwo Mój Przyjacielu… Widziałeś ilu ich jest? Tajga nas ochroni? Tak myślisz? Wierzę Ci – nigdy mnie nie zawiodłeś! Widzę, że się uśmiechasz. Nigdy wcześniej nie leżałeś mi tak dobrze w dłoni, a ja nigdy nie byłem tak szybki jak dziś! Czujesz tą adrenalinę Mój Drogi Johnie? Czujesz ten gniew? Ciebie też tak wypełnia? To będzie dobry dzień Mój Przyjacielu! Najlepszy dzień na śmierć!

WSPOMNIENIA

Pierwsze nasze wspólne spotkanie z Kapitanem i Długim Johnem odbyło się potajemnie w moim ulubionym Salonie Gier w Sosnowcu za wiaduktem. Ten kto był, wie o co chodzi, a ten kto nie był niech żałuje! Potajemne, gdyż nie chciałem aby ktokolwiek widział jak początkowo kaleczę bohaterską misję odważnego i szalonego żołnierza, a musicie wiedzieć, że Green Beret był tytułem wielce obleganym przez salonowych mistrzów – więc ryzyko wystawienia się na pośmiewisko tłumu było znaczne. Kiedy ulubiony przybytek graczy świecił pustkami i nikt nie patrzył, do automatu podchodziłem ja i trenowałem! Trenowałem aby dorównać mojemu starszemu o dwa lata koledze Robertowi, który zapętlał przygody Zielonej Beretki niezliczoną ilość razy. Niestety w tamtych czasach nigdy nie osiągnąłem jego poziomu, byłem zbyt słaby – ani razu nie udało mi się uratować moich towarzyszy broni – czwarta plansza (końcowa) okazywała się dla mnie za trudna…

greenberret2

Po latach jednak dzięki pomocy MAMY i dalszym, żmudnym lecz rajcownym ćwiczeniom wreszcie oswobodziłem moich kamratów z rąk komuchów, co więcej, w najlepszym podejściu uczyniłem to trzykrotnie na jednej blaszce! No takiego wyniku to już nie powstydziłbym się w moim ulubionym saloonie. – Masz w domu Green Beret? Taki jak w salonie? Ile razy kończysz? Ja najwięcej kończyłem cztery razy! – chwaląc się, zapytał kolega Robert i pod pretekstem bicia rekordu odwiedził moją ówczesną norę. Pretekstem, gdyż prawdziwym celem wizyty była chęć zobaczenia przez niego mojej starszej siostry, w której był zakochany po uszy… Pech chciał, że akurat wtryniła mi się do pokoju kiedy on grał, zaś dalszą część historii zostawię dla wtajemniczonych. Napomknę tylko, że poniekąd dzięki Green Beret mam teraz szwagro-kumpla Roberta i kochanego chrześniaka Szymcia. Niezłe jajca, co?

TRZY GROSZE OD GRACZA

Szwagier: Witajcie! Tu szwagier Borsuka, pisać za bardzo recenzji gier nie umiem, bo masarz ze mnie i masażysta mojej żony jednocześnie, a nie recenzent. Kiełbasę dobrą czy szynkę mógłbym Wam polecić, albo piwo jakie do zapicia, a z gier? No tutaj to się tak nie znam, jak mój szwagier, zatrzymałem się na latach stareńkich, kiedy to w masarni robiliśmy trzy rodzaje kiełbas ino, parówki bez mięsa i szynkę na export. Wtedy to chodziłem do salonów gier (nie z Borsukiem, bo to gówniarz dwa lata młodszy był i wstyd było go zabierać ze sobą) i trochę grałem w swoje ulubiene gierki. Bomb Jack, Phoenix, Gorf – wiecie klasyka – no i Green Beret. Było paru wymiataczy sosnowieckich co myśleli, że są lepsi ode mnie. Śmigło był najlepszy i dłuuugo musiałem czekać, aż skończy partię. Ale do czasu! Później tylko oglądał moje plecy w rankingach na ekranie tytułowym, kiedy czterokrotnie zapętlałem Green Beret. Co ja będę tu się rozgadywał. To najlepsza gra jaka kiedykolwiek powstała i po dzień dzisiejszy jest lepsza od najlepszej swojskiej kiełbachy! Nawet od takiej co sam zrobię – czyli moja ulubiena i koniec! Żołnierzem zasuwamy w prawo, szlachtujemy nożem ruskich, unikamy min, zbieramy broń palną rożnego rodzaju (ulubieny – miotacz ognia), niszczymy największą przeszkodę na końcu poziomu (w pierwszym – ciężarówka wypełniona komandosami, w drugim psy, dalej helikoptery i na końcu miotacze ognia) i ratujemy naszych kumpli masarzy. Eee to znaczy komandosów. I powtórka i żyłujemy wyniki! Grać, nie marudzić – nie ma nic lepszego od tej gry! No, z wyjątkiem mojej żony…

Green Beret NTSC Flyer

Amerykańska reklama z amerykańską rodziną z lat 80-tych. Pani chyba urwała się z gangbangu…

ROZ(G)RYWKA

Rozgrywkę tego całkiem grywalnego po dziś dzień klasyka obserwujemy z boku w bardzo porządnej (jak na rok wydania oprawie graficznej), zaś wszystkie muzyczki budują świetny klimat i od razu wpadają w ucho, my zaś nucimy je pod nosem nawet po skończonej rozgrywce. Do dyspozycji naszemu komandosowi oddano tylko nóż, a naprzeciw niego postawiono tabuny wrogów: zwykła piechota, komandosi atakujący kopnięciem z wyskoku, wojskowe psy, spadochroniarze, elitarne jednostki z granatami, pancerfaustami czy miotaczami ognia. Ale nie martwcie się. Nasz wojak to prawdziwa fachura w posługiwaniu się bronią białą. Uderzenia nożem wyprowadza z prędkością ponaddźwiękową, także w pozycji leżącej jak i z wyskoku. Wszyscy wrogowie są na przysłowiowe jedno pchnięcie. Trzeba się jednak uwijać jak w ukropie gdyż atakują nieraz ze wszystkich stron. Na szczęście nasz heros po zaszlachtowaniu pojawiających się co pewien czas wspomnianych elitarnych żołnierzy może na chwilę sam wejść w posiadanie ich broni. Jest ona tylko kilkukrotnego użytku, ale jakże ułatwia przeżycie! Za pomocą miotacza spalimy cały ekran wrogów czy min zagradzających nam drogę. Wolniejszym panzerfaustem zabierzemy do grobu nawet kilkanaście istnień, zaś granatami możemy bombardować będących parę platform niżej wrogich żołnierzy.

greenberret3

Celem gry jest oczywiście uwolnienie przez naszego protagonistę swoich towarzyszy broni uwięzionych w obozie wroga. Droga do nich nie jest wybitnie długa, gdyż przedzieramy się tylko przez cztery plansze, ale za to wojska nieprzyjaciela tutaj tyle, co w przysłowiowych Chinach! Na końcu każdego z poziomów walczymy ze skomasowanym i niekonwencjonalnym atakiem jednostek wroga. Pierwszy etap kończy się ciężarówką wypełnioną zarówno zwykła piechotą jak i komandosami. Drugi – atakiem komandosów wraz ze swoimi ogarami osaczającymi nas z każdej strony. Końcowi przeciwnicy na trzecim i czwartym poziomie to już nie w kij dmuchał! Najpierw nalot helikopterów, później atak uzbrojonego w najnowsze miotacze ognia komanda śmierci… Jak to w grach z tamtych lat bywało – po uwolnieniu naszych kompanów – cała gra zapętla się wprowadzając więcej utrudnień. Zwiększona liczebność komandosów, psów, jednostek strzelających i tym podobnych zagrożeń.

Nierówną walkę naszego szaleńczo odważnego Kapitana polecam wszystkim retrograczom, którzy poszukują prostej pod względem mechaniki i rozgrywki, a jednocześnie wciągającej i naprawdę ładnej graficznie gry z tamtych czasów. Dodatkowo świetnie oddającej klimat Zimnej Wojny, jak i kina akcji lat 80-tych. Dla Konami duże piwo za wprowadzenie do prostej bijatyki (a raczej szermierki) arsenału strzeleckiego – dało to podwaliny pod całkiem nowy gatunek – bieganie z bronią (run’n gun). Jeżeli graliście w nią w młodości i dodatkowo macie kogoś w swoim towarzystwie, z kim możecie pobijać wzajemnie własne rekordy, tym więcej radochy będziecie mieć z zarzynania czerwonych. Wtedy do oceny końcowej dołóżcie medal. Jeżeli zaś nigdy wcześniej nie pomagaliście Zielonemu Beretowi w jego samobójczej misji, nie martwcie się, trochę treningu i czeka Was kawał cholernie dobrej retro-rozrywki!

GREEN BERET / RUSH’N ATTACK (AUTOMATY ARCADE)

Samobójcza misja w centrum ZSRR! To musiało wypalić!

Szwagry dają medal dla jej weteranów. Dla kadetów ciągle bardzo dobra.

Retrometr

W ORYGINAŁ ZAGRAMY:

M.A.M.E. / NDS / XBOX 360

Konami Collector’s Series: Arcade Advanced (GBA)


KONWERSJE

Zielony Beret w akcji na wszystkich platformach.

ATARI XL/XE (Imagine / De Re Software – 1986): Pamiętam jakby to było dzisiaj, gdy kupowałem swoje pierwsze, własne kasety z grami na Atarynę w Składnicy Harcerskiej. Kiedy zobaczyłem na jednej z nich tytuł Green Beret – moje oczy zalśniły i pędem w podskokach pobiegłem do nory. Zaprosiłem także mojego przyjaciela Czajkę, abyśmy wspólnie mogli kontemplować się jego wspaniałością. To co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy po dłuuuugim wczytywaniu przeszło nasze najśmielsze oczekiwania! Syrena alarmowa zawyła jak w pierwowzorze, jednakże zamiast jakiejkolwiek fajnej muzyczki w tle naszych działań, lub chociaż w przerywnikach, dostaliśmy bębnienie oszalałej kapucynki. Grafika gór, rakiet, wszystkich wozów bojowych czy innych jednostek zmechanizowanych wroga udających tło jest niczego sobie, ale wszelkich postaci? No, ja przepraszam, panowie z De Re Software (odpowiedzialni za konwersję) – ale szanujmy się trochę! Jednokolorowi, rozpikselizowani żołnierze poruszający się praktycznie bez klatek animacji i nasz magik, który atakuje swoim nożem nie poruszając ręką. Nóż wyrasta mu po prostu z brzucha… Szkoda, że nie z rozporka, co chociaż dodałoby grze bardziej rozrywkowego sznytu. Napalony wojak w akcji na Wschodzie – brzmi nawet jak tytuł dobrego pornola. „Cios” naszym ostrzem jest tak chwilowy i bliskiego zasięgu, że poziom trudności wzrasta niemiłosiernie i zabicie kilku wrogów atakujących nas jednocześnie z wielu stron to nie lada wyzwanie. O uderzeniach z wyskoku zapomnicie po pierwszym ich wykonaniu… Niegrywalny i niedopracowany crap. Największe growe rozczarowanie mojego życia. Retrometr nie posiada takiej oceny w skali, abym mógł docenić wysiłek twórców tego portu…

COMMODORE 64/128 (Imagine – 1986): Świetnym lekarstwem na zgagę po wcześniejszej nieudanej konwersji i motorem napędowym zakupu Komody była właśnie ta – napisana bezpośrednio przez speców z Imagine, a nie wynajętych leszczy. Zdecydowanie bardziej kolorowa, z ładnie animowanymi, choć także trochę za bardzo rozpikselizowanymi wojakami, ale przynajmniej dającymi się kroić na plasterki podobnie jak w pierwowzorze. Postać sprawnie zadaje ciosy, co przy świetnej detekcji kolizji i przeniesionej nawet z automatów, krótkiej animacji zgonu przeciwników daje nam satysfakcję z walki. W grze usłyszymy większość muzyczek i dżingli znanych z oryginału i dodatkowo – kapitalny motyw przewodni (napisany specjalnie dla tej wersji przez Martina Galway’a), który możecie odsłuchać poniżej. Podsumowując – świetny i bardzo grywalny kawałek kodu – co najmniej zielone światło w retrometrze.

Green Beret Commodore Poster

Reklamy konwersji były bardziej widowiskowe, wręcz wybuchowe!

Ekskluzywnie dla Komody: Martin Galway – Green Beret All Themes

ZX SPECTRUM (Imagine – 1986): Kolejny raz Imagine udowadnia, że jeżeli za coś biorą się samemu wychodzi to świetnie! Biorąc pod uwagę ograniczenia sprzętowe i trójkolorową oprawę graficzną (czarny, niebieski, biały) popularny Spektruś dostał najlepszą możliwą konwersję. Zawstydzającą wręcz wiele mocniejszych od siebie sprzętów, co zresztą możecie zobaczyć na filmiku. Postacie są najbardziej zbliżone wyglądem do automatowych odpowiedników, zaś ich animacja jest bardzo płynna. Mechanika gry i sama rozgrywka, są żywcem przeniesione z pierwowzoru! No, może minimalnie przesadziłem, ale gdyby to zależało ode mnie dałbym jej nawet medal!

NES (Konami – 1987): Jednak najlepszą edycję wydało dopiero w 1987 roku samo Konami, na popularnego i u nas NES’a (przemianowanego na Pegazus’a) wydając bardzo wierną pod względem oprawy graficznej, muzycznej jak i samej mechaniki grę – dodatkowo wprowadzając pewne zmiany. Jeżeli nie jesteś purystą wiernym tylko oryginałowi i akceptujesz różnice, jakie w rozgrywce wprowadza ta wersja to atakuj śmiało. Nie znajdziesz lepszej pod względem oprawy na żadną 8-bitową platformę. A w czym tu namieszali twórcy? Po pierwsze dodano kooperacyjny tryb dla dwóch graczy – świetny ruch! Po drugie zmieniono cel naszej misji – teraz musimy wykraść plany tajnej broni sowietów. Po trzecie – zabrano miotacz ognia (a wraz z nim przeciwników w niego wyposażonych), a w zamian oddano do dyspozycji pistolet z nieskończoną amunicją (czasowy) oraz gwiazdkę dającą chwilową nieśmiertelność. I najważniejsze zostawiam na koniec – wraz z tą wersją otrzymaliśmy dwie dodatkowe plansze i nowe elitarne jednostki wroga. W środku naszej przygody trafimy na lotnisko Armii Radzieckiej, gdzie za szefów robią odrzutowi żołnierze na jetpackach, zaś na samym końcu misji do wnętrza bazy nuklearnej, gdzie z kolei rozbroimy rakietę jądrową! Nie w kij dmuchał takie dodatki plus oprawa i mechanika rodem z Salonów Gier. Zielone światło to minimum w retrometrze.

XBOX 360 (Digital Eclipse – 2007): Po prostu pixel perfectowa konwersja plus, uwaga, edycja „ulepszona” graficznie (dołożono padający śnieg, ładniejsze widoczki) i dźwiękowo (zremixowana ścieżka dźwiękowa). Dwa w jednym dla miłośników tego hiciora.

Resztę portów pozostawiam Wam do obejrzenia samemu, dodam jedynie, że wiele z nich charakteryzuje się niestety kiepską płynnością scrollingu (nawet czasami jego brakiem) i bardzo ubogą kolorystyką.


 NOWINKI Z PRZESZŁOŚCI

Missing In Action (Konami 1989 – Automaty Arcade) – jest duchowym następcą omawianego dziś przeboju. Niezła, lecz nie rewelacyjna wariacja na temat pierwowzoru, z trochę koślawą animacją postaci. Miłośnicy oryginału mogą spróbować.

Rush’n Attack: Ex-Patriot (Konami / Vatra Games 2011 – PS3 / X360) – to zaś oficjalny sequel wydany w cyfrowej dystrybucji. Niestety zmieniający dynamiczną grę akcji w żmudną i monotonną komnatówkę. Przeciętniak tylko dla najtwardszych komandosów. Nie polecam.

– wersja na Game Boy’a Colora (którą możecie podziwiać na filmie) nie została komercyjnie wydana.

– najbardziej udane konwersje wchodziły w skład hitowej składanki Konami Coin-Op Hits wśród takich ówczesnych tuzów jak: Mikie, Hyper Sports czy Yie Are Kung-Fu i wydanej na wiele różnych systemów.

Konami’s Collector’s Series: Arcade Advanced (Konami 2002 – GBA) – zawiera pixel perfectowe konwersje następujących hitów: Green Beret, Scramble, Gyruss, Time Pilot, Frogger i Yie Are Kung-Fu. Polecam.

– The Vindicator! (Ocean 1988 – C64/AMSTRAD/SPECTRUM) – oczywiście bez wiedzy autorów oryginału, był na niektórych reklamach nazywany Green Beret II.

O RetroBorsuk 85 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.