Legendy Salonów Gier | Kung-Fu Master

Legendy Salonów Gier ArcadeWitam serdecznie w nowym minicyklu na Waszej ulubionej retrowitrynie w internetach! Przeglądając ostatnio zawartość Retro Na Gazie – stwierdziłem, że cholercia, czegoś mi tu jednak brakuje! Gdzie są do jasnej ciasnej opisy praojców i pramatek naszego hobby? Gdzie recenzje automatowych hitów, protoplastów całych gatunków,  w które z natchnieniem zagrywamy się do dziś? No, nie ma! Więc trzeba to jak najszybciej zmienić! Z dzisiejszym dniem powołuje do życia nowy minicykl „Legendy Salonów Gier”, w którym to będę przedstawiał ulubione automaty arcade z mojej młodości (z naciskiem na lata 80-te i początek 90-tych) czyli najpewniej spotkacie tu także swoje najukochańsze tytuły z początków naszej branży. Historyczno – rozrywkowa eskapada po największych, najbardziej wpływowych i najbardziej pamiętnych tuzach naszego hobby zwanego graniem. Hity pokroju Bomb Jack, Moon Patrol, Green Beret, Black Tiger czy Gauntlet zostaną Wam zaprezentowane w swoim czasie, wraz z krótką historią, moimi wspomnieniami dotyczącymi danego tytułu, oceną dzisiejszej grywalności pozycji, oraz trzygroszówką mojego RetroDruha – w premierowym odcinku, znanego skądinąd – Ciapo! W części multimedialnej wpisu (górnolotność górą!) znajdziecie: graficzną prezentację automatu, pewnikiem jakąś reklamę, ciekawy i intrygujący podkład muzyczny do lektury, jak i screeny zarówno z oryginału, oraz paru najciekawszych konwersji. Dosyć pierniczenia! Zaczynamy od protoplasty wszelkich chodzonych bijatyk, swego czasu niesamowicie wysportowanego Mistrza Kung-Fu! Łoooodaaa!


KUNG-FU MASTER

IREM / DATA EAST (1984) – AUTOMATY ARCADE

GŁÓWNY PROJEKTANT: TAKASHI NISHIYAMA

akcja – bijatyka

Kung Fu Master Cabinet

Automat Kung-Fu Master w całej okazałości + Hit Franka Kimono = Zabójcze Combo!

LEGENDA

Nie rycz, mała, nie rycz
Ja znam te wasze numery
Twoje łzy lecą mi na koszulę
Z napisem: „King Bruce Lee Karate Mistrz”*

Ja w klubie disco mogę robić wszystko
Wyciągam damy spod opieki mamy
I małolaty spod opieki taty
Na bramce stoję, nikogo się nie boję
Ja jestem: „King Bruce Lee Karate Mistrz”KUNG-FU-MASTER2

Pierwszą legendą jaką Wam tutaj zaprezentuję będzie trochę posiniaczony, poobijany i pełen kontuzji wszelakich, stary, siwiuteńki już mistrz wschodnich sztuk walki, który w 1984 roku, będąc w sile wieku podbił serca graczy na całym świecie, a później nawet i Polskę! Większość starszych wyjadaczy pewnie z rozrzewnieniem wspomina tą wyraźnie inspirowaną i w rzeczy samej będącą hołdem dla Bruce’a Lee – scrollowaną, chodzoną mordoklepkę pod tytułem Kung-Fu Master? Jeżeli ktoś nie kojarzy tytułu, może nakreślę na szybko jego tło fabularne? Przywódca lokalnego syndykatu zbrodni, niejaki Mr. X (między nami – kawał jucha, a reszta dziada!) – porywa ukochaną naszego bohatera – Thomas’a i więzi w swojej wypełnionej złoczyńcami i pułapkami Wieży Śmierci… Nie załamujcie jednak rąk! Tomasz nie jest byle wymoczkiem i na niejednym turnieju kung-fu wgniatał przeciwników w matę oraz na niejednej zadymie przetrącał karkom karki! Nie zważając na wszelkie niebezpieczeństwa dziarsko wyrusza odbić swoją lubą, nie przejmując się zupełnie faktem, iż dla swego bezpieczeństwa – Pan Xwynajął pięciu najgroźniejszych zakapiorów, broniących każdego piętra jego posiadłości. Są to w kolejności: walczący pałką, skorumpowany gliniarz, rzucający bumerangami chiński odpowiednik błazna, wielki jak wieżowiec czarnoskóry zapaśnik, pomarszczony staruch używający magii oraz szybki i precyzyjny jak skalpel, tajemniczy mistrz karate – zwany w moim salonie gier Pinokiem! Czy czegoś Wam to nie przypomina? Jeżeli nie, to Ciapo w swojej trzygroszówce parę akapitów niżej przedstawi filmowy pierwowzór tejże historii…

WSPOMNIENIA

Gdy trzeba będzie ja ciebie obronię
Znam parę chwytów, ciałem zasłonię
Ciosy karate ćwiczyłem z bratem
Ja jestem: „King Bruce Lee Karate Mistrz”

Już ci mówiłem, mała, nie rycz
Mam w sobie dzikość żółtej pantery
W tej dyskotece nie ma frajera
Co by podskoczył lub ze mną zadzierał
Ja jestem: „King Bruce Lee Karate Mistrz”KUNG-FU-MASTER1

Moje pierwsze spotkanie z Mistrzem Kung Fu nastąpiło, a jakże, w moim ulubionym i pierwszym salonie gier, do którego cichaczem wymykaliśmy się z przyjaciółmi (pozdrowienia dla Siwego Dyma i Czajki) jeszcze w czasach kiedy dopiero stawaliśmy się nastolatkami – czyli w połowie mojej ulubionej, ósmej dekady zeszłego stulecia. Dla tych bardziej zorientowanych w lokalizacji okrytego złą sławą miasta Sosnowiec – w dużym, kwadratowym i blaszanym salonie gier zlokalizowanym kiedyś za głównym wiaduktem, tuż przed samym centrum (kierunek z Katowic).

Pierwsze co usłyszałem (dobrze czytacie – nie mogłem nic zobaczyć, gdyż automat był zbytnio oblegany) były odgłosy walki naszego młodziana z niezliczonymi oprychami, a w szczególności „WÓDA!”. Tfu, tfu, co ja mówię – „ŁOOODAAA!” czyli okrzyk Tomasza, jaki wydawał w czasie swojego najlepszego ataku – kopniaku z wyskoku – mogącego położyć nawet trzech bandziorów jednocześnie! Sama „łoooda” stała się zarówno znakiem firmowym Kung-Fu Master’a, jak i synonimem jego nazwy (obok drugiego najpopularniejszego określenia – „karateki”), a sama gra bardzo szybko została najbardziej obleganą maszyną w growym przybytku. Kinowe Wejście Smoka oraz wcześniejsze hity z Bruc’em Lee dostępne na VHS spowodowały wśród polskiej młodzieży ogromny głód na wschodnie sztuki walki i wszystko co było z nimi związane, cieszyło się niesamowitą popularnością w szaroburym świecie PRL-owskiej rzeczywistości…

Moje początkowe próby pomocy Tomaszowi kończyły się zdecydowanie zbyt szybko – spotkaniem pierwszej pary nożowników… Później za pomocą rad starszych graczy dochodziłem coraz dalej i wyżej. Pierwszy boss okazał się nie wartym splunięcia przeciwnikiem po zastosowaniu podpatrzonej u innych graczy taktyki walki, lecz następne piętra przynosiły już niespodzianki, których się nie spodziewałem. Trujące motyle, a nawet smoki wyskakujące z dzbanów! Trochę wschodniej magii jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Każdy kolejny szef do zabicia to była lekcja pokory… Wpiernicz, obicie ryja, łomot – zwał jak zwał – dostawałem nieraz… Samemu wykombinować odpowiednią strategię na mistrza broniącego wyższego piętra było niezwykle trudno… Najlepszym sposobem na jego pokonanie było podglądanie! Tak jest – podglądanie bardziej doświadczonych ode mnie mistrzów kung-fu w akcji i stosowanie ich stylu walki…

TRZY GROSZE OD GRACZA

Ciapo: Kung-Fu Master to gra, której nie ogrywałem za bardzo na automatach, gdyż moja przygoda z nimi zaczęła się dopiero od następnej generacji automatowych gier. Zdarzało się jednak, że czasami zagościła na salonie, więc mogłem się jej przyjrzeć. Ogrywałem ją za to namiętnie na poczciwym C-64 i była to jedna z miliona ciekawych gier na ten komputerek.


Założenie jest proste i wygląda na inspirowane filmem Gra Śmierci (The Game of Death) z Bruce’m Lee. Jakiś zakapior porywa naszą ukochaną i zamyka ją na najwyższym piętrze swojego dojo. Naszym zadaniem jest przedarcie się przez kolejne piętra, co nie jest takie proste ze względu na niekończące się zastępy różnego rodzaju przeciwników rzuconych przez głównego złego przeciwko nam, a schodów prowadzących na następne piętro zawsze strzeże jakiś większy zakapior. Co prawda nie stanowią oni jakiegoś trudniejszego wyzwania, jeśli wie się jak do nich podejść. Gra jest można powiedzieć prekursorem gatunku znanego później jako beat’em up. Poruszamy się z lewa na prawo, albo z prawa na lewo (tak żeby nie było za nudno) i częstujemy przeciwników kopniakami i pięściami. Do dyspozycji mamy tylko proste ciosy, kopnięcia, podcinki i możemy też podskoczyć z kopniakiem. Gra mimo swojej prostej mechaniki i niewielkiemu wachlarzowi zagrań potrafi być mocno trudna. Przynajmniej dla mnie. Pewną rzeczą, która zapada w pamięć po zagraniu w Kun-Fu Master jest odgłos wydawany przez naszą postać podczas ataków. Jest to ewidentne nawiązanie do mistrza Bruce’a Lee!

ROZ(G)RYWKA

Gdy ja dołożę, wtedy nie daj Boże
Reanimacja nawet nie pomoże
Po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie
Ja jestem „King Bruce Lee Karate Mistrz”

Nie rycz, mała, nie rycz
Ja znam te wasze numery
Twoje łzy lecą mi na koszulę
Z napisem: „King Bruce Lee Karate Mistrz”KUNG-FU-MASTER3

Jak już zdążyliście przeczytać lub zrobiliście retrospekcje własnych wspomnień – to wiecie, że Kung-Fu Master to pierwowzór wszelakich chodzonych mordobić, jednakże wędrówkę naszego protagonisty obserwujemy z boku, bez możliwości zmiany planów walki (dopiero w późniejszych bijatykach stanie się to standardem), kierując naszym bohaterem tylko w lewo bądź prawo. Za pomocą dwóch przycisków ataku odpowiadających za uderzenie pięścią i kopnięcie demolujemy napierających na nas z dwóch stron osiłków. Łącząc je z wychyleniami gałki równoznacznymi z kucnięciem i skokiem wykonujemy dodatkowe, śmiertelne szlagi – uderzenie pięścią w klejnoty, fangę z powietrza, podcinkę i powalające wroga (a nawet trzech naraz) kopnięcie z wyskoku.

„Trzech na jednego to banda Łysego!” – podstawowi złoczyńcy to leszcze, których strącamy z piętra jednym uderzeniem – ale już w grupie, gdy nas otoczą są niebezpieczni!  Kiedy przycisną bohatera z każdej strony do utraty tchu – pozostaje nam szybkie, naprzemienne machanie wajchą w lewo i prawo (niczym w olimpiadach) – aby wyrwać się z ich śmiertelnego uścisku. Urozmaiceniem i utrudnieniem rozgrywki są nożownicy, atakujący przeważnie parami, rzucający swoimi błyskotkami naprzemiennie celując w głowę, bądź nogi naszego herosa. Na szczęście szybko nauczycie się ich sekwencji ataków i unikniecie zgonu – te gagatki są bardziej odporne i wytrzymują już dwa nasze ciosy… Na trzecim piętrze po raz pierwszy spotkacie upierdliwych karłów, którzy za wszelką cenę chcą z nami przećwiczyć pozycję 69 skacząc nam kolanami na twarz…  Nie tak prędko, moi mili! Podskok w miejscu powoduje strącenie ich za pomocą dyńki! Na końcu każdego piętra oczywiście czeka nas śmiertelna walka z każdym, ze wspomnianych wcześniej przeze mnie, bezwzględnych zarządców miejscówki, którzy dysponują taką samą ilością energii życiowej, jak nasz biedny, wierny Tomasz na starcie…

Kung-Fu Master Arcade Flyer

Reklama gry nie należy do najpiękniejszych, ale klimatu jej odmówić nie można!

Oprócz nieustannej walki, na kolejnych piętrach czekają na nas także mordercze pułapki, które bardzo szybko potrafią posłać do grobu niczego nie spodziewającego się intruza… Magiczne dzbany spadające z sufitu, z których po rozbiciu wypadają jadowite węże bądź zionące ogniem chińskie smoki, lewitujące szklane kule – wybuchające na tysiąc ostrych jak brzytwa kawałków czy hodowane przez psychopatycznego entomologa motyle zabójcy… Kluczem do przetrwania tych momentów będzie przede wszystkim refleks pantery oraz szybkość jastrzębia – poprzez swoisty taniec połączony z uderzaniami zadawanymi w odpowiednim czasie, możemy bez szwanku wyrwać się śmierci. Im wyżej wejdziesz Drogi Graczu, tym więcej przeciwników i pułapek spotkasz wymieszanych ze sobą jednocześnie, abyś czasami się nie nudził, lub zbyt szybko nie uratował swojej umiłowanej Sylwii. No, ale żeby dostać od niej całusa – musisz pokonać twardego jak drewno i prężnego jak bambus szefa szefów – Pinokia, który jest naprawdę wymagającym przeciwnikiem i pewnie nie raz złoi Ci skórę… Po uwolnieniu miłości swojego życia (bo przecież dla innej by Tomasz nie ryzykował?) bohater zaczyna swoją przygodę od początku, a twórcy jeszcze bardziej zatruwają mu życie większą ilością wrogów i przeszkód. Tradycyjne dla gier tego okresu – zapętlenie.

Jakże się trzyma nasz Mistrz Kung-Fu w dzisiejszych latach, kiedy na karku przybyło mu ponad trzydzieści wiosen? Zadziwiająco żywotnie! Natychmiastowa grywalność i prostota rozgrywki połączona z czytelną grafiką oraz intuicyjnym sterowaniem powoduje, że chętnie wracam do tego tytułu po latach. Sama rozgrywka po opanowaniu wszystkiego jest może za krótka, ale początki branży mają swoje żelazne reguły. Poziom trudności po zapętleniu także potrafi dać w kość i zupełnie zmienia nam cel gry. Późniejsze rozgrywki w Kung-Fu Master to już nie ratowanie kobity, tylko pobijanie własnych, wyżyłowanych rekordów – a to potrafi dać cholerną frajdę! Ci, którzy podobnie jak ja – wychowali się na tym klasyku – mogą dodać medal do retrometru i dalej trenować kung-fu w pocie czoła. Dla pozostałych niech oceną będzie trochę zmieniony refren, równie legendarnego przeboju innego klasyka, Franka Kimono:

KUNG-FU MASTER (AUTOMATY ARCADE)

Twoje monety lecą do automatu
Z napisem: „King Bruce Lee Kung-Fu Mistrz!”

Retrometr

W ORYGINAŁ ZAGRAMY:

M.A.M.E. – emulator automatów / Irem Arcade Classics – PS1


KONWERSJE

W tej rubryce cyklu będę przedstawiał zawsze najbardziej udane konwersje każdego omawianego hitu lub takowe, z którymi spędziłem najwięcej czasu. Podobnie jak cytowany przeze mnie wcześniej kolega, oprócz namiętnego łupania na automatach, zagrywałem się gorliwie w najłatwiej dostępną wówczas wersję Kung-Fu Master, czyli port na Commodore 64. Oczywiście nie obyło się tutaj bez cięć w grafice (wszelkie postacie cierpią na znaczną pikselozę) oraz w oprawie dźwiękowej (gdzie okrzyki a’la Bruce?), ale grywalność jest zbliżona do oryginału i chyba to najlepsza z edycji na 8-bitowe komputery. Gdybym miał ją ocenić w retrometrowej skali – zasłużyłaby na żółte światełko.

Posiadacze 8-bitowych konsol, a w szczególności NES’a (w Polsce sklonowanego pod kryptonimem Pegazus) byli zaś wniebowzięci kapitalną i wierną oryginałowi wersją na ich uroczą maszynę. Mimo, że postacie są tutaj zdecydowanie mniejsze oraz brzydsze niż w oryginale, to całość zachowuje jego miodność, głównie dzięki prostej, acz eleganckiej grafice, zbliżonym efektom dźwiękowym i świetnej detekcji kolizji. (Na japońskim rynku znana jest pod tytułem Spartan X). Sporym zaskoczeniem jest dla mnie edycja na Atari 7800, która wygląda wybornie, niestety nigdy w nią nie grałem. Polecam obejrzeć poniższy filmik, prezentujący wszystkie powyższe, oraz wiele mniej udanych konwersji naszego czempiona!

Kung-Fu Master – wszystkie domowe konwersje.

Inaczej się sprawy mają z wydaną w 1990 roku, pod tym samym tytułem grą na GameBoy’a – posiadam w zbiorach i nawet pograłem chwilę, więc powiem Wam jedno: bardzo dobra pozycja, która jest jednocześnie portem, remakiem i jakby kontynuacją w jednym! Zanim zakrzykniecie oburzeni- niemożliwe! – zerknijcie na obrazek z rozgrywki – prawda, że zachęcający? Ja zaś w przyszłości, jeżeli gospodarz pozwoli – zrecenzuję ją gościnnie w nowym cyklu Daak’aRetroKieszeni! Do kolejnego przeczytania!

Kung Fu Master Gameboy

Thomas w  czerni i bieli także wygląda atrakcyjnie!


NOWINKI Z PRZESZŁOŚCI

* – Piotr Fronczewski aka Franek Kimono aka Legenda Disco daje radę! „King Bruce Lee, Karate Mistrz” – wiem, że karate to nie kung-fu – ale nie mogłem się oprzeć pokusie umieszczenia tego wielkiego polskiego przeboju z tamtych lat. Pasuje jak ulał!

– Na azjatyckich plakatach grę reklamował sam Jackie Chan!

– W amerykańskim wydaniu NES’owego portu gra nazywa się po prostu: Kung-Fu.

– Nieoficjalną kontynuacją tego tytułu na automaty jest Vigilante (1988) wydane oczywiście przez Irem. 

– Z kolei następną, tym razem na japońskiego NES’a (Famicom’a) jest umiejscowiony w klimatach postapo – Spartan X 2 (Irem 1991).

– Oficjalny sequel zatytułowany Super Kung-Fu Master zmierzał na automaty, ale został skasowany…

– Gra doczekała się także rzeszy bardzo udanych naśladownictw, osadzonych w odmiennych realiach: wojennych – kultowy, przynajmniej w moich stronach, Green Beret (Konami 1985) oraz fantasy – rajcowny i heroiczny Trojan (Capcom 1986) – ale to już zupełnie inna historia…

– Drogi RetroGraczu, jeżeli chciałbyś w tym cyklu opisać swoją ulubioną grę z młodości – nie widzę przeszkód, kontakt mailowy: centrala@retronagazie.eu

O RetroBorsuk 104 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.