Mądrości, które wyniosłem z gier w 2018 roku

Wojna jeszcze nigdy nie była tak niezabawna

W słynnej piosence było chyba trochę inaczej. Mniejsza z tym. „Cannon Fodder 3” tytułowej piosenki nie ma. Niby jest rzut izometryczny i resztki dawnej zabawy, ale w porównaniu z cudną jedynką, startu nie ma. 7 godzin potrzebne na skończenie gry było przyjemnym doświadczeniem, choć bez szału. Rosyjskie studio Burut odpowiedzialne za tę produkcję (znani z dwóch części „Ubersoldier”) oficjalnie nie padło (wciąż działa ich strona internetowa – choć nie zmieniła się od lat), ale zważywszy, że od 7 lat, niczego nowego nie przygotowali, można uznać ich za martwych, a trzecie mięsko armatnie za ich ostatnią produkcję.

A propos martwych ludzi – za takowych uznaje się chyba wampiry, nieprawdaż? „Necrovision” (plus „NecroVision Lost Company”) zaczyna się zwyczajnie – pierwsza wojna światowa, okopy, a tu nagle syf i wampirze kły. Z czasem okaże się jednak, że to nie wampiry są tutaj największym zagrożeniem. Polskie studio Farm51 (byli pracownicy studia People Can Fly) przygotowali całkiem fajną otoczkę fabularną i sprezentowali naprawdę porządną strzelaninę. Z przeciwnikami tej pozycji mi zdecydowanie nie po drodze, choć rozumiem, że nie wszystko poszło tak jak trzeba. Gra w momencie premiery nie była dobrze zoptymalizowana pod różne sprzęty, wciąż jest problem z detekcją kolizji i celowaniem, a poziomy gra ma zdecydowanie za długie (szczególnie Rozdział 9 daje w kość – 50 minut latania smokiem) – spokojnie można było przyciąć je o połowę. Ale rozgrywka, wystarczająca na 13 godzin oferowała setki dupków do ubicia, mnóstwo secretów (wyjątkowo świetnie przemyślane znajdźki), dobry voice-acting, niezły feeling strzelania, plus 3 zakończenia. Minus, że zależy one od… poziomu trudności wybranego na początku gry. Chybiony pomysł, tym bardziej, że zakończenia są diametralnie od siebie różne. Osobiście żałuję, że nigdy nie powstała kontynuacja, wszak Farm51 napisało całkiem ciekawą opowieść, która aż prosi się, by dać jej ciąg dalszy (szczególnie biorąc pod uwagę fabularny cliffhanger poziomu „normal”). Może za 100 lat? If you know what I mean… kweh!

W CI Games źle się dzieje. Po klapie trzeciego Snipera studio musiało przejść restrukturyzację, wycofało się z rynku AAA, a ich akcje na giełdzie dziś można kupić za żenująco niską kwotę. Patrząc na to co zaprezentowali w „Enemy Front” specjalnie się nie dziwię. Prawdę mówiąc, gdyby nie 40-minutowy ‘Battle: LA’, ich produkt dzierżyłby pałeczkę najgorszej gry ogranej przeze mnie w roku 2018. Owszem, fajnie jest narysować na ścianie kotwicę (znak Polski walczącej), minąć polskie tablice, czerwone skrzynki na listy, czy drewniane klocki z literkami, którymi, moje pokolenie, bawiło się w czasach PRLu), cała reszta to jednak przykład wyjątkowego partactwa scenarzystów i grafików. Gdyby Szkopy były tak durne jak tutaj, wygralibyśmy wojnę przed 17 września – SI jest fatalne. Ale który baran projektował otocznie? Wysadzasz pociąg, idziesz sprawdzić skąd wyjechał i zauważasz, że tunel jest zablokowany – to skąd ten pociąg właśnie wyjechał? Biegniesz za samochodem – nagle widzisz opuszczony szlaban – jak przejechał ten samochód i dlaczego ten szlaban stanowi punkt nie do przejścia? W szpitalu operują rannego – machając nad nim rękami!! Plus wybuchające beczki co kilka kroków. Czy warszawscy powstańcy ustawiali na ulicach wybuchające beczki, w które później strzelał amerykański Jankes – bohater gry? I jak to możliwe, że nie ma problemu z amunicją, nawet tą do wyrzutni rakiet? Kto to do cholery projektował? Toć już wystarczyło obejrzeć „Szeregowca Ryana” (o porządnym researchu nie wspominając) i spróbować akcji ze skarpetkami. Końcowym strzałem w pysk jest żałosne, urwane zakończenie bez żadnego podsumowania tej opowieści, czy chociaż przedstawienia faktów, co naprawdę stało się z Warszawą pod koniec 1944 roku. CI Games zaprzepaściło dobrą szansę. Sprawiło, że nie potrafię ich poważnie traktować.

Zupełnie inne podejście mają dwie gry, które stawiam w czołówce najlepszych opowieści ogranych w tym roku. „Radiant Historiao wojnie opowiada bez ogródek – cierpią żołnierze, cywile, giną ojcowie, mężowie, miasta zostają zniewolone. Ty dostajesz szansę na odkręcenie małych i wielkich tragedii. Dzierżysz w rękach księgę, dzięki której możesz przemieszczać się w dowolne miejsce na linii czasu, w wydarzenie, które przeżyłeś i naprawiać błędy historii. Całość oczywiście wiąże się z uratowaniem świata ulegającemu degradacji, ale to normalka dla większości japońskich erpegów. A tutaj nawet niby mało znaczący element układanki może doprowadzić do późniejszej katastrofy. Nie wiem, czy kupisz takie na wskroś deterministyczne podejście twórców, ale zaręczam, że wypada całkiem fajnie. Z czasem fabuła przypomina tu losy pewnej postaci z „Final Fantasy X”, przy czym twórcy „Radiant Historii” oferują nam szczęśliwe zakończenie. Te jest jednak obwarowane licznymi dodatkowymi zadaniami pobocznymi (zważywszy, że możesz cofać czas, nie przegapisz niczego), więc tylko od ciebie zależy, co stanie się z tym światem i z tobą. Podoba mi się takie podejście.

Jeszcze mocniej prezentuje się „Spec Ops: The Line”. To już niezwykle mroczna wędrówka do jądra ciemności i bezsprzecznie jedna z najlepszych fabularnych strzelanin w historii. To, co zaczyna się niczym rutynowa misja, zmierza w kierunku psychodramy o PTSD z niezapomnianymi, wstrząsającymi scenami, jak choćby ta z fosforem. Owa drama przypomina raczej znakomity, antywojenny ‘Homefront’, niż pozycje w stylu ‘Call of Duty’, w których beztrosko postrzelasz. Coraz bardziej popadając w obłęd, męczony kolejnymi halucynacjami dostrzeżesz, że nie ma już wyjścia. Raz wessany w tryby wojny zostaniesz bezlitośnie zmielony. Nawet na ekranach tytułowych zamiast prostackich komunikatów typu „naciśnij R1, by strzelić” dostaniesz komentarze w stylu „Nie potrafisz zrozumieć, czy może nie chcesz?”, „Czy w ogóle pamiętasz po co tu przybyłeś?”, „To wszystko twoja wina”, „Czujesz się już jak bohater?”, „Ilu Amerykanów już dziś zabiłeś?”. Tu nie może być szczęśliwego zakończenia. The horror… the horror.

Utknąłem w krainie kontynuacji

Zapewne wiecie, że „Painkiller” dzieli się na Dobro powstałe za Adriana Chmielarza i Zło powstałe później (nie licząc remake’u od Farm51). Obiecałem sobie kiedyś, że daruję sobie cały ten szatański pierdolnik, ale pewnego dnia zły demon Jahwe skusił mnie na ogranie tych kaszanek. Początek nie zapowiadał jeszcze takiej katastrofy. „Painkiller Overdose” miał być radosnym modem chłopaków z Mindware Studios z Czech, ale wydawca poczuł zapach mamony i stwierdził – „chłopaki, zróbmy z tego komercyjny produkt, Hail Satan!”. Słowo ciałem się stało i mogliśmy niedługo później paradować jako demon Belial, który wkurzony siedzeniem w zamknięciu przez tysiące lat postanowił zaszaleć. O dziwo grało się całkiem fajnie, choć pozycja okazała się typowym mission-packiem. Ale ta przynajmniej nie przypominała jeszcze bezmyślnego półproduktu, raczej mniej ciekawego, młodszego brata, który znajdzie amatorów strzelania takich jak ja.

Po demonicznej przygodzie Czesi zmajstrowali jeszcze „Dreamkiller”, o laseczce, wnikającej do snów swoich pacjentów, która przestraszyła mnie topornością rozrywki i okropnymi dialogami („Nie martw się, Alicja wskakuje do dziury… skopać tyłki”). Czesi najprawdopodobniej są też fanami polskiej polityki, gdyż jedną z pacjentek jest osoba wyglądająca jak Krystyna Pawłowicz, która cierpi z powodu tego, że zamknęli ją w psychiatryku. Pacjentka okazała się być bardziej odporna niż Mindware Studios, które zostało zamknięte w 2011 roku.

Wracamy do diabelskich przygód. Właściciel praw do marki JoWood zlecił stworzenie kolejnego dodatku ekipie Homegrown Games z Austrii, a ci wypluli, a w zasadzie wyrzygali na rynek „Painkiller: Resurrection”. Produkcję upośledzoną, gdzie główny bohater dysponuje trzema one-linerami, które w kółko powtarza („This is madness” słyszałem setkę razy), sekrety są absurdalne i bez opisu niemożliwe do zlokalizowania (a nawet wtedy trzeba wykazać się umiejętnościami wiewiórki), a karty tarota często niemożliwe do zdobycia. Bo jak tu zabić wszystkich wrogów na planszy kiedy oni czasem… sami wybuchają. Bez powodu. Zapytajcie Morfeusza, kto tak kod gry im spierdolił. Homegrown zdechło po premierze dodatku, a wydawca JoWood niewiele później, w 2011 roku.

Ale to jeszcze nie koniec demonicznej przygody. W kolejce czeka „Painkiller: Redeption”. To już w zasadzie mod, stworzony przez grupę polskich fanów, którzy podpisali się jako Eggtooth. Ciasne pomieszczenia zapełnili dziesiątkami wrogów, więc największym wyzwaniem gry stało się to, by nie zabić się samemu, wystrzeliwując rakietę zbyt blisko przeciwnika. Oczywiście pojawił się chciwy developer-wydawca DreamCatcher Interactive, który stwierdził „wydajemy”. Po wydaniu gry zdechł (po 15 latach funkcjonowania), z kolei chłopaki z Eggtooth przystąpili w Internecie do pyskówki z graczami, którym nie odpowiadał poziom tej produkcji. Obiecuję, że to już prawie koniec demonicznej historii.

Jeszcze tylko „Painkiller: Recurring Evil”, też od grupy fanów, tym razem z Rosji (Med-Art). Ta 3-godzinna gra może poszczycić się między innymi tym, że nie trzeba pokonać końcowego bossa. Po uszczupleniu mu połowy energii włącza się animacja końcowa. Błagam – dość!!

Przejdźmy do czegoś miłego – do gry całkiem porządnej, ale będącej jednocześnie moim największym rozczarowaniem 2018 roku. Pierwsza Mafia to mistrzostwo fabularne, a i gameplayowi nie można niczego zarzucić (chyba, że ktoś próbował w to grać na konsolach, kweh!). Mistrzowskie nawiązania do gangsterskich filmów Scorsese, Leone i DePalmy, świetnie nakreślone postaci, ich losy, wspaniałe, zróżnicowane misje, zabójczy finał. Mafia szybko stała się pozycją kultową. Dlatego „Mafia II” zwyczajnie musiała rozczarować, poprzeczka została postawiona zbyt wysoko. Wciąż cieszy, że developer postawił na singlową rozgrywkę z dobrze napisaną fabułą (co już nie udało się w trójce), problem w tym, że nie jest ona tak fascynująca jak wcześniej. Najgorzej prezentuje się pierwsza połowa gry – początkowe kilka godzin to wyjątkowo słaba rzecz, dopiero późniejsze misje prezentują się ciekawiej. Zapomnijcie jednak o poziomie pierwszej części. Niestety takie uczycie towarzyszyło mi do samego końca. DLC w postaci „Betrayal of Jimmy” oraz „Jimmy’s Vendetta” to szereg misji do wykonania na czas, bardziej przypominające starego ‘Drivera’ niż Mafię i spokojnie możecie je sobie darować. Nieco lepiej (bo postać fajniejsza) prezentuje się „Joe’s Adventures” uzupełniająca w jakimś tam stopniu fabułę drugiej Mafii. Wciąż – bez żalu sobie odpuśćcie. Na deser jeden z fajniejszych dialogów:

– Chodź ze mną, będę się znęcać nad Luką. Poznęcamy się razem!

– Spasuję.

– Rozumiem, nie możesz znieść widoku krwi.

– Nie mogę znieść widoku Luki!

Na deser wyjąłem DSa i zaliczyłem cztery smocze przygody („Dragon Quest IV/ V / VI/ IX”). To jedna z tych gier, że jeśli miałeś kiedyś z serią do czynienia, wiesz czego się spodziewać po innych częściach. Jeśli ci się nie spodobało, nie licz że będziesz zachwycony innymi. Jeśli ten świat cię zassał, inne odsłony też pokochasz. Najbardziej z wyżej wymienionych czterech spodobała mi się odsłona piąta – jedna z najbardziej „rodzinnych” gier w historii z epickiem wręcz sznytem. Akcja gry dzieje się bowiem na przestrzeni… 20 lat. Przyznacie, że rzadko mamy do czynienia z czymś takim. A jednak to działa – bohaterowie starzeją się, obserwujemy ich wzloty i upadki, widzimy jak zmienił się przez lata otaczający świat i zamieszkujący w nim ludzie. Przyznam, że byłem pod wrażeniem – zdecydowanie nietuzinkowa rzecz.

Podobnie z „Oddworld: Stranger’s Wrath”. Głupio się przyznać, że nigdy nie ograłem przygód Mudokana Abe’a i to dopiero moje pierwsze spotkanie z tym universum. Świetny western będący miksem strzelaniny i platformówki z nietuzinkową postacią, z którą chętnie obaliłbym butelczynę whisky w saloonie. Gra została, jakiś czas temu, porządnie odrestaurowana do wersji HD, a dotarcie do niej nie stanowi problemu. Polecam zagłębić się w ten nietuzinkowy świat. Nie pożałujecie.

Grając, szczerze się śmiałem

Pamiętacie „Shadow Warrior Origin”? 3D Realms po sukcesie Duke’a wypluło na rynek przygody Lo Wanga, jednak gra na przestarzałym silniku Build nie odniosła większego sukcesu i tytułem kultowym się nie stała. W magazynie ‘Secret Service’ numer 51, zgarnęła notę 5/10, a lada moment na rynku ukazał się rewelacyjny ‘Quake 2’ i o ‘Shadow Warrior’ nikt już nie pamiętał. Ograłem tę pozycję dopiero w tym roku i szczerze mówiąc do nieśmiertelnych przygód Duke’a się nie umywa, choć jakiś fun zapewnić może. Dla fanów dość trudnych shooterów z lat 90, gdzie równie ważne jak strzelanie jest znalezienie wyjścia, jak znalazł (raz, po 30 minutach kluczenia, poddałem się i sprawdziłem materiał na JewTube – shame on me!). Zauroczyły mnie natomiast niezwykle pomysłowe secrety. Możecie tu spotkać Czarodziejkę z Księżyca i Larę Croft (nawet je zastrzelić), jest zabójczy królik ze św. Graala Pythonów („This is no ordinary rabbit!”), jest żart z Mortal Kombat („test your might”). Można się pośmiać.

Polskie studio Flying Wild Hog tworząc remake „Shadow Warrior” miało ułatwione zadanie na tyle, że nie porywało się na tytuł kultowy, mogli więc sobie poszaleć i wykreować świat od nowa. Wzięli tylko szkielet oryginału i bohatera, do nich przygotowali rozbudowaną fabułę, nakreślili rys psychologiczny naszego protagonisty i jego relację z pradawnym demonem udowadniając, że nawet radosna, bezpretensjonalna strzelanina nie musi zadowalać się kadłubkową fabułką i samą rozwałką. Choć sama rozgrywka z siekaniem kataną setek wrogów też prezentuje się cudnie. Aha – tu też odnajdziesz dziesiątki secretów w tym laski z anime, czy szalonego królika, z którym stoczysz walkę na śmierć i życie. Na deser kilka ciasteczek z wróżbą i ich mądrości – smacznego!

„You never too old to learn something stupid”

“All your cookie are belong to us”

“Never hit a man with glasses, hit him with a baseball bat”

“ Cookie 404: fortune not found”

“The early bird gets the worm, the second mouse gets the cheese”

“Some mistakes are fun to make it only once”

Na deser ograłem ich wcześniejszą pozycję „Hard Reset”. Nawet dwa razy, łykając wszystkie secrety, wybierając różne drogi customizacji broni. Świetnie się bawiłem. Obecnie Dzikie Świnie, są dla mnie, obok Techlandu i Redów, moją ulubiona polską ekipą. Oby tak dalej chłopaki!

Nie lubię filmowego Deadpoola (choć dwójkę nawet polubiłem) – dla mnie to mało śmieszna chała. Co innego gra „Deadpool” – toć to perełka absurdu, strefa campu. Gameplay to siódma woda po kisielu, ale to jedna z tych produkcji, gdzie będziesz chciał zobaczyć, co jeszcze pojebanego przygotowali twórcy gry. Weźmiesz udział w musicalu z ukochaną Deadpoola – Śmiercią (która nie może skonsumować z nim związku, gdyż drań nie może umrzeć), otworzysz skrzynki z ‘God of War’, ponabijasz się z ET, japońskich erpegów, gier 8-bitowych, komiksowych dymków (po których można skakać), czy posłuchasz absurdalnych one-linerów Deadpoola („That’s the jump buton. Congratulations. Dick!”) wymawianych głosem Nolana Northa, który ogrywa tę postać lepiej niż drewniak Reynolds. Średnia gra ze świetna postacią.

Skakałem też Mario po bloczkach, łbach żółwi i Gumbasów („New Super Mario Bros”). Przypomniałem sobie jak powinna wyglądać staroszkolna platformówka. Trzeba iść w prawo, a księżniczka i tak będzie w innym zamku. Urocze. Nawet zaliczyłem to cholerstwo na 100%.

Chaser” z kolei nauczył mnie, by unikać zgubnych nawyków. Wszedłem do nowego pomieszczenia i zostałem posłany do piachu, gdyż koleś kampił z karabinem w prawym rogu. Nie ze mną te numery! Nauczony doświadczeniem, do następnego pomieszczenia wszedłem kierując lufę w prawy kąt – znów zginąłem! Wróg kampił tym razem w lewym kącie. Wystrzegajcie się nawyków. Bądźcie przygotowani na każdą sytuację. Every day is a diffrent day. Blaaah! Spadam stąd!

 

Ilość ukończonych gier w 2017 – 62 (wliczyłem kilka DLC)

Czas spędzony przy grach – około 800 godzin

Gra roku – Bordelands 2

Crapiszon roku – Battle: Los Angeles

Największe zaskoczenie – Shadow Warrior (od Hogów)

Największe rozczarowanie – Mafia II

Sceny warte zapamiętania – szarża na ciebie kilku setek wrogów jednocześnie w „Serious Sam 3”, scena z gazem fosforowym w „Spec Ops: The Line”, mroczna przeszłość Claptrapa w „Claptastic Voyage”, pościg za wrogiem trójkołowym rowerkiem w „No One Lives Forever 2”, smutne zakończenia „Inversion” oraz „I’m Alive”

Sex, videogames & rock’n’roll!

Inne artykuły:

Indycza Ferma | Double Dragon Neon, Splosion Man, ... Dzisiaj przejdziemy do dalszego etapu reaktywacji moich cyklów na Retro Na Gazie. Indycza Ferma miała do tej pory jeden, jakże udany i bardzo emocjona...
Recenzja | WWE SmackDown! – Here Comes the P... Niesamowitym faktem jest to, że choć 2K Sports z roku na rok stara się, aby kolejne odsłony serii WWE 2K były jeszcze bardziej realistycznymi bijatyka...
Mega Recenzja | Time Pilot (2018) Atari Powód naszego dzisiejszego spotkania jest wielce radosny i jednocześnie bardzo grywalny. Time Pilot - jedna z moich ulubionych multikierunkowych strze...
O Grifter 4 artykuły
Miłośnik kina i gier wideo. Chce skończyć w życiu 1000 gier i obejrzeć 10 000 filmów. Po wypełnieniu zadania hibernuje się na kolejne tysiąc lat.