Magiel | Gra na Halloween

retromagielDawno nie maglowaliśmy żadnego tematu na naszej witrynie, więc czas nadrobić zaległości. Z okazji zbliżającego się właśnie Święta Zmarłych, przemianowanego przez zachodnią kulturę na bardziej rozrywkowe i złowrogie Halloween, postanowiliśmy przypomnieć wam ulubione przez naszą redakcję gry oparte na szeroko pojętym horrorze.

Zaznaczam, że przedstawimy tutaj nie tylko gry horrory, ale także takie, w których występują wszelakie straszydła. Zwierzyniec poczwar u nas bogaty gdyż we wpisie (oprócz naszych zgredów) wystąpi niezła menażeria! Rozkładające się zombiaki, spragnione krwi wampiry, zapchlone wilkołaki z wielkimi kłami, rogate demony z piekielnych czeluści, duchy do poduchy, drapieżni kosmici z kosmosu czy inne maszkarony i potwory. Oj, normalnie strach się bać! Celem dodania otuchy i zachowania równowagi znajdzie się tutaj także miejsce dla pogromców tych bestii. W naszym przeglądzie gier, które straszą, lub w których występują straszaki – przemierzymy całą historię branży gier. Od ery automatów arcade i 8-bitowych sprzętów (głównie Atari XL/XE, oraz Commodore 64), poprzez 16-bitowe maszynki do grania (w większości Amiga i Atari ST oraz konsole Snes czy Sega Megadrive) poprzez nowsze czasy plejstejszynowej rewolucji i wczesnych komputerów PC. Wiadomo, że nie wyczerpaliśmy tutaj tematu do końca, ale ze względu na wielkość wpisu postanowiliśmy zostawić pole do popisu naszym czytelnikom w komentarzach, którzy pewnikiem przedstawią nam swoje ulubione tytuły nawiązujące stylistyką do Halloween. Zaznaczam też, że wpis w żaden sposób nie deprecjonuje Święta Zmarłych i proszę go potraktować jako dobrą rozrywkę i nostalgiczną zabawę. Jako, że tytuły, które tutaj opisujemy – często i gęsto posiadały ograniczenie wiekowe 18+, zdarza się, że przeklniemy tutaj raz, czy dwa… No, może pięć! Zapraszam do lektury i powspominania razem z nami w komentarzach – waszych ulubionych gier, które straszyły was w młodości (Borsuk).


RepipRepip: OK drodzy Panowie, jak wiecie idzie Halloween, wiecie też że to nijak „nasze” święto, ale branża gier to globalna sprawa, a Halloween wiąże się z bardzo specyficznym tematem i stylistyką. Krótka piłka z mojej strony, co polecilibyście retro-graczom z gier które można nazwać „Halloweenowymi”? Macie jakieś szczególnie upodobane tytuły? Idziemy na imprę pomiędzy nagrobkami o północy na cmentarz gier video! Zanim jednak ochoczo tam wskoczymy zacznę od starego cytatu z Borsuczej Nory – Zombie, Ghule i Smoki:

… a tu nagle, jebudu, ktoś spod łóżka mi wyskoczył! Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, a w piżamie czuję mokro… Starość, nie radość, a zwieracze trochę w życiu przeszły! Zapaliłem światło, patrzę zaspany – Kowalska spod Trójki! Troszkę niedożywiona widzę, pewnie przyszła znowu pożyczyć cukru… Zaraz zaraz, przecież ona nie żyje od dwóch miesięcy! Wpadam do kuchni po miecz do krojenia bochnów chleba, a tam ghul pije żur! Nie do wiary, w każdym pomieszczeniu jakieś poczwary! Skok przez okno opanowany mam od dziecka, więc udała się ucieczka… Migiem do szopy, tam mnie nic już nie zaskoczy… Przez próg krok, a tam smok!

No to teraz możemy przejść przez bramę, zaklęcie zadziałało!

avatar wojtWojT: To żeś przywalił jak dzik w sosnę… z takich tytułów to na początek kojarzą mi się dwa. The Adams Family (Ocean Software, 1992) – zarówno w wersji na Commodore 64 jak i na Amigę. Mimo, że nie miałem zbyt dużego sukcesu w tej gierce, to jednak dość dobrze ją wspominam – bo to typowy platformer, czyli mój ulubiony gatunek. Drugi to Frankenstein na Amigę (Zeppelin Games, 1992) – tutaj miałem nawet oryginała w pudełeczku i z krótką instrukcją. Gra bardzo sympatyczna – zasuwało się po planszy garbatym pomocnikiem doktorka – Egorem – i przynosiło się części ciała potrzebne do złożenia i ożywienia potwora. Tą grę akurat ukończyłem…

Frankenstein to nie  najwyższych lotów tytuł, ale… jest cmentarz, są duchy, jest poduszka… można grać albo spać…

Czarny IvoCzarny Ivo: Oj, na Halloween to na początek nie mogę polecić nic innego jak dobrze znaną, kochaną i oklepaną Castlevanię. Całą trylogia na NES’a! Jedynka i trójka typowo platformowe, z tym że część trzecia zdecydowanie bardziej rozwinięta. Możliwość werbowania nowych postaci i wybierania różnych ścieżek po drodze do tronu Draculi. Tak samo na SNES’a – Super Castlevania IV to fajny szpil. Zdecydowanie najłatwiejsza z całej serii, jednak nie znaczy to, że łatwa. Też są miejsca, że trzeba się napocić. Dalej bardzo dobra odsłona z konkurencyjnej Segi Mega Drive – Castlevania The New Generation. Zwiedzany świat został rozszerzony na różne europejskie miasta, więc dzięki czemu miejscówki są bardzo różnorodne i ciekawe, ale tu już wraca wysoki poziom trudności – jak w całej serii. W ogóle wspólny mianownik wszystkich części to wysoki poziom trudności i świetny klimat starych horrorów. Spotkamy tu wampiry, potwora Frankensteina, meduzy, szkielety, zombie, wilkołaki, gargulce, ponurego żniwiarza czy nawet … nietoperze!

Castlevania The New Generation na Megadrive urzeka grafiką oraz bestiariuszem.

RepipRepip: Ja polecę na początek moim konikiem, czyli MediEvil (PSX, SCEE Cambridge, 1998)MediEvil 2 (PSX, SCEE Cambridge, 2000), tym bardziej że w tym roku dziadek Sir Dan ma już 20 urodziny i kieruję się prosto do jego krypty. Burtonowska stylistyka to kwintesencja Halloween, a tej jest pod dostatkiem w tych tytułach. Jedynka to średniowieczna mieścina Gallowmere pełna cmentarzysk, ruin, jaskiń, pól uprawnych ze zmutowanymi dyniami, a nawet psychiatryk pełen oszołomów. Druga część to wiktoriańska Anglia i nawiedzony Londyn, po którym szaleje Kuba Rozpruwacz, wampirzy lord, czy ponętna mumia. Oj, wypijemy dziś kielicha z Sir Danielem wspominając stare czasy! Ten to sobie potrafił radzić, jak nie miał nic pod ręką to wyrywał własną i okładał nią przeciwników, jak się gdzieś nie potrafił wcisnąć to sadzał czachę na dłoń niczym w rodzince Addamsów i zasuwał na palcach do przodu. Humoru było tutaj dużo, dużo również było sieczki, ale i nie zapomniano o zagadkach. Jedyny mankament? Chłopak jest trochę sztywny i sterowanie mocno nawala, ale pograjcie chwilę i to przejdzie.

MediEvil recenzja PSX

Jak nic tytuł akurat na Halloween, o którym mógłbym godzinami opowiadać, warto posłuchać muzyki jeśli nie macie na czym zagrać. Klimat jednorazowy i wyjątkowy – Sir Dan nie ma dolnej szczęki, a wciąż nuci tę melodię!

Medievil Soundtrack – The Enchanted Earth / The Sleeping Village

avatar wojtWojT: Nie wie nic o Hallowen ten, co nie biegał w majtach po cmentarzu i nie tłukł zombiaków i kościotrupów. Czyli wiadomo – Ghosts’n Goblins (Capcom, 1985) i Ghouls’n Ghosts (Capcom, 1988). Dwa tytuły podobne do siebie i… tak samo psujące nerwy i powodujące, że chciałoby się jednak odpuścić i położyć na cmentarzu… Nie wiem jak dla was, ale dla mnie Ghost n Goblins to była i jest jedna z najtrudniejszych gier, w której bardzo długo próbowałem sukcesu i jeszcze nigdy jej nie przeszedłem… Chciałem ją pokonać na automatach (oj, dużo kasy poszło tam…) i na C64 i na Amidze. Młodszy brat – Ghouls n Ghosts, już mnie tak nie wciągnął, może dlatego, że pierwowzór mnie zmiażdżył trudnością i bałem się kolejnej porażki…

Trzeba pobiegać w majtach po cmentarzu… tu w wersji Arcade, która najwięcej krwi mi zepsuła…

RetroBorsukBorsuk: O co to za rozkładające się party zombiaków?! Trzeba je rozkręcić. Oczywiście, że latałem w samych gaciach po nekropoliach różnorakich i to wielokrotnie. Raz nawet kobitka po pałki zadzwoniła i zgarnęli mnie na 24 godzinki za te ekscesy, ale to stare czasy… A na poważnie bieganie w majciochach i walka z zombiakami – czyli jedna z moich ulubionych serii gier wszechczasów Ghosts’n Goblins to dokładnie tak jak wspomina WojT – arcytrudne wyprawy! Pierwszą część swego czasu ukończyłem na jednej blaszce zarówno w wersji salonowej jak i amigowej oraz na Commodore 64! Kozak, ze mnie, co nie? No ale to było dawno temu…

Skoro już jesteśmy przy tym kulcie, który był wielokrotnie wałkowany na naszej witrynie na przykład TAM oraz TUTAJ, może wspomnę o jednej z nowszych części przygód Króla Artura czyli Ultimate Ghosts’n Goblins (Capcom, 2006). To jeszcze więcej tego samego czyli trudnej jak cholera platformówki 2D (w pięknej oprawie 2,5D) połączonej z zarzynaniem potworów bronią rzucaną oraz elementami metroidvanii. Tak dobrze czytacie. Nikłe, bo nikłe ale naleciałości są… Gra jest świetna i jej największymi atutami są: czaderska oprawa graficzna i wspaniałe muzyczki, wieeeele broni plus ekwipunek do zbierania, który często daje naszemu bohaterowi dodatkowe umiejętności. Bestiariusz też jest ogromny, klasyczny z poprzednich odsłon serii oraz niewidziane wcześniej nowe bestyje plus oczywiście wielkie monstra do ubicia. Jeżeli chcemy zwiedzić i pozbierać wszystko w tej grze to naprawdę dłuuuga krucjata.

Ultimate Ghosts’n Goblins na PSP to świetna, długa i wymagająca wędrówka poprzez ciernie i bestie.

Pamiętacie jak kiedyś na wakacjach chciałem najpierw rozbić PSP młotkiem, a później spalić je w piecu? Wszystko dzięki uczciwemu poziomowi trudności… Kurewsko nieuczciwemu! Wiem, że to znak firmowy serii ale tutaj autorzy jeszcze bardziej przegięli. Wiadomo, że Arturem nie da sterować się w czasie skoku? Wiadomo. Czyli jak skoczymy to już możemy obserwować ino, czy chłopina wyląduje cały. I w tym momencie ukazuje się nam urok LOSOWYCH POTWORÓW – szczególnie tych latających kurduplów! Nikogo nie ma? To skaczemy nad przepaścią! Żeby było dowcipniej w czasie skoku pojawia się na jego trajektorii losowy stworek… Brzdęk. Tracimy zbroje i odrzuca nas do tyłu prosto w …rozpadlinę. Nagminne i totalnie, totalnie nieuczciwe. Mogę się troszkę wyładować? Tak? No kurrrrrrrczaczek!!! Uff ulżyło mi, ale oprócz przegięcia z wyzwaniem zawartym w tej grze – to kawał zacnego szpila i dałbym mu minimum zielone światło w naszym retrometrze, a biorąc pod uwagę, że to ostatnia prawdziwa gra w serii to może i medal?

Dąb Bartek? Nie, dąb Zocha, co ma krzywego nocha! The Addams Family (Amiga, Atari ST, SNES, SMD)

Co do waszych propozycji na Halloween to klasyką taką zarzucacie panowie, aż miło! Ja także znam The Addams Family (Ocean, 1992) – szczególnie wersja na Amigę i SNES’a mi się podobała, i ta część, w której zasuwamy głową rodziny czyli Gomezem. Bo wiecie były jeszcze także tytuły z tej serii, gdzie chodziliśmy dzieciakami. Za to Frankensteiny pamiętam dwa. Jeden amigowy (którego wspomniał WojT), z widokiem z boku gdzie jako brzydki garbus Igor zanosimy doktorkowi części ciała do eksperymentu – Frankenstein (Zeppelin Games, 1992). To dosyć średnia gra, ale w sumie nie najgorsza. Drugi to naprawdę bardzo udana komnatówka action adventure na Commodore 64 (i nie tylko) zatytułowana Bride of Frankenstein (Ariolasoft, 1987). Zasuwamy narzeczoną martwego zombie-składaka Franka po pięknie przedstawionym zamku i jego okolicach i także próbujemy doprowadzić do końca eksperyment szalonego doktorka, którego wynikiem będzie nasz przyszły rozkładający się oblubieniec. Fajowa gra – polecam.

Narzeczona Frankensteina na Commodore 64. Prezentowała swe wdzięki także na Amstradzie i Spectrum.

Zapomniałbym cholewcia o małych, zielonych urwisach z diabelskim poczuciem humoru zwanych gremlinami, którzy stadnie opanowali swego czasu zarówno sale kinowe w przeboju filmowym w reżyserii Joe Dantego oraz komputery małobitowe. Dokładniej w bardzo grywalnej zręcznościowej produkcji, opartej na tym filmie zatytułowanej po prostu Gremlins (Atari, 1984). Ależ to były wredne i imprezowe paskudniki! Non stop na haju, balanga zamiast krwi, wszelkie nałogi świata najlepszą rozrywką i śmiertelne psikusy…. Ich zabójcze żarty na mieszkańcach naszego miasteczka, spowodowały lekkie zdenerwowanie młodocianego bohatera, który nie bacząc na niebezpieczeństwo konfrontacji z hordą małych poczwar wyruszył na żniwa. Nie byle jakie sianokosy, bo z mieczem ręku, a zamiast zbóż ścinał gremlińskie łby! Prosta w założeniach, jednakże ciągle bardzo miodna produkcja, przy której młody gracz mógł przyjemnie zarwać kilka nocy. Pełną recenzję tej gry znajdziecie oczywiście w mojej norze.

Gremlins c64 Title + GameplayGremliny rozrabiały na Atari XL/XE oraz Commodore 64.

Obie części Medievila, także znam i jedynkę ukończyłem – mega produkcja, a Castlevanie to te nowsze ino na PS3 i szczególnie Lords of Shadow to fachowa krucjata przeciwko złu. Ale ja się rozgadałem, więc teraz wy może powiecie coś o tych grach, które wymieniliście? A ja poszukam jakiejś ciepłej dzierlatki na tym cmentarzysku…

RepipRepip: Lazłem po tym cmentarzu za smrodem Borsuka i nie zauważyłem że od jakiegoś czasu idę za nieumarłym śmierdzącym zombie, wpadłem za nim prosto na imprezkę do Barona Samedi! Ten jegomość popijający rum, popalający cygara, ubrany w gustowny surdut i cylinder jest jednym z bóstw w kulturze voo-doo! A oni jak wiadomo z kultem śmierci są powiązani nierozerwalnie.

Akuji the Heartless

Po kilku szklaneczkach zapodał mi tripa i nakazał grać w Akuji the Heartless (Crystal Dynamics, 1998) na PSX’a. Ludzie! Kapitalny szpil choć gargulec z kulawą nogą o nim nie pamięta. Nikt w sumie, nawet na premierę jakoś specjalnie nie skusił się na przygody księcia w zaświatach, a żałujcie! Psychodeliczne barwy, masa cmentarzysk i maszkar, spływ rzeką krwi… Skakanie plus walka czarami i dodatkowo slasher = miła młócka. A soundtrack?! Te dudniące i rytmiczne bębny potrafią wciągnąć, po raz kolejny podobnie jak przy Sir Danielu zapodam kawałkiem:

Akuji the Heartless Soundtrack – Okal Boss Theme

Wspomnieć należy, że Akuji to był pomost dla Crystal Dynamics pomiędzy Gexem, a Soul Reaver. Razielmy angel of death. Napisałbym coś również wampirze Razielu, ale znalazłem już Borsuka gdzieś pomiędzy grobowcami nałożnic…

avatar wojtWojT: Oj… jak tak czytam te wasze opisy nowości, to… aż się zastanawiam czy ja się sam rozkładać nie zaczynam… Wyjeżdżacie tu z jakimiś PSXami i giercami z 2006 roku (Ultimate GnG) – toć to potwarz! Niechby Was zjadły gargulce na hallowenową kolację przy zniczach z grobowców waszych ofiar… Gdzie wyście się podziewali jak ja grałem w takie hity na PRAWDZIWYCH maszynach jak np.: Blinky’s Scary School (Zeppelin Games, 1990), gdzie rzeczywiście gra się w nocy i to nie byle po co, a po to by przestraszyć władcę zamku, po którego komnatach przyszło nam hasać. Wiadomo – platformer – a jeśli jeszcze do tego taki, w którym nieco trzeba pogłówkować (żeby nam mózgu nie zeżarł jakiś zombiak, który wiadomo, że posila się tylko IQ < 80) to już woda na mój młyn. Grałem na C64 i dobrze mi było.

Duszek Blinky uczył się straszenia na C64, Atari XL/XE, Spectrum, Amidze i Atari ST.

No, a Ghostbusters (Activision, 1984)? Też nie pamiętacie??? Żeby nie było, że zbyt nowe wydanie tutaj omawiam (wiadomo, że na moim ulubionym C64 grałem w niego) to przypomnę, że na Spectrumie też go wydano – i mimo, że dwa lata później niż na komodzie, to na sprzęcie jednak starszym – oj przypomniałem sobie go w muzeum historii komputerów w Cambridge (może kiedyś napiszę relację z tej wycieczki), ale moje zgrzybiałe i zgrubiałe palce nie umiały wciskać tych małych gumowych klawiszy….

Pogromcy Duchów gromili zjawy między innymi na C64, Atari XL/XE czy Spectrum.

Żeby jednak nie było, że taki zramolały jestem i że już mi skóra gnije na grzbiecie i kieruję się w kierunku wytyczonym przez jeden z moich ulubionych stołów z amigowego Pinball Fantasies (21st Century Entertainment, 1992)Stones ‚N Bones, czyli na cmentarz – to zapodam świeżynkę! Kilka lat temu (2015 rok) prosto z Gliwickiego studia iDreams na mobilki (iOS/Android) wylądował super grywalny tytuł – Shoot the Zombirds – gierka w której ładujemy dyniogłowym umieszczonym w centralnej dolnej części ekranu, w przelatujące po niebie ptaki zombiaki. Ptaki te porywają od czasu do czasu nasze dzieci – dynusie – więc dodatkowo trzeba je pilnować. Strzelania z łuku co nie miara… Fajne wyzwania i super klimat pozwalał przetrwać posiedzenia na nagrobkach, znaczy na kibelku….

Ojoj, jak nabyłem pierwszego iPod’a a potem iPhone’a to wystrzelałem tych ptaszorów mnóstwo… a potem mi przeszło!

RetroBorsukBorsuk: Spirytus! Panowie, spirycik potrzebny od zaraz! Nie to, że mnie suszy, czy coś, tylko ranę odkazić muszę. Taka piękna i dobrze zachowana zombica, a gryźć musi! Cholernica chapsła mi małego… Eeeech, a tak dobrze zapowiadała się ta impreza. Myślicie, że zamienię się w zombiaka? O Repip, karku kochany, zawsze nosisz za pazuchą galon czy butelczynę, polewaj! Nie do kieliszków, tylko na ranę! Ojejej, ałaaaa, ale piecze! Dzięki stary…

Na czym to my stanęliśmy? Aaa, WojT się oburzył niby, że o zbyt nowych tytułach gawędzimy. Dobra, dobra już wracam pamięcią do tych hitów, które wymieniłeś. Bardzo dobrze znam Szkołę Strachów Blinky’ego i ukończyłem przygody naszego duszka zarówno na Atarynie jak i Komodzie. Fajna komnatówka, jak to od Zeppelinów, jedna z lepszych. Muszę dodać, że na Komciu calutka kolorowa, a na Atarynie mniej barwna, ale i tak grało się super. A wiecie, że Blinky straszył też na Amidze i na dodatek na Titanicu w kontynuacji? Titanic Blinky (Zeppelin Games, 1991) – jednak już tak dobre nie było, jak pierwowzór. Jak już jesteśmy przy duchach wszelakich to znam dobrze małobitowe Ghostbusters, Wojcie kochany. Niezły shit! Jedno z największych rozczarowań mego growego żywota i pisać mi się więcej o tym knocie nie chce…

Blinky straszy na Titanicu w konwersji na Amigę (także na C64, Spectrum, Amstrad, Atari ST)

Z łuku strzelanie do straszydeł powiadasz Wojcie? A to ci fajny pomysł. Zaraz, zaraz, przeca ja się w przeszłości nieraz z kołczanem na potwory wybierałem! Na wielkie pająki, insekty i inne robale oraz oczywiście duchy i zjawy w Zakazanym Lesie polowałem. Forbidden Forest (Cosmi, 1983) to bardzo klimatyczna wyprawa była, w tajemniczej atmosferze i grozy tak pełna, aż sierść i włosy mi dęba stawały! Wszystko potęgowała bardzo niepokojąca oprawa dźwiękowa. Oj, muszę sobie to ograć ponownie. Na Atarce i Komciu się zapuszczałem pomiędzy te zakazane puszcze i knieje. A wiecie, że nawet hit ten kontynuacji się doczekał? Beyond Forbiddden Forest (Cosmi, 1985) – to jeszcze więcej tego samego w lepszej oprawie, zaś pająki i inne robactwo jeszcze bardziej spasione na ludzkim mięsie. Fuuuuj!

Z łukiem na olbrzymie pająki w Zakazanym Lesie (Atari XL/XE, C64).

A jak jesteśmy jeszcze w 8-bitowych strachach to kurczę pamiętam jak dziś z moim przyjacielem Wojtkiem wyruszyliśmy do opętanego dworu na małej AtarynieMaxwell Manor (Avalon Hill, 1984) ta posiadłość się zwała i na Komcia też ją zbudowali. Ależ tam był klimat! Normalnie protoplasta wszelkich Alone in the Dark i Resident Evil. Widok z góry, gra action adventure, zbieramy naszym chłopkiem rożne bronie (pistolet, czy łuk) oraz najróżniejsze przedmioty, których możemy oczywiście używać i zwiedzamy nawiedzone włości. O co chodzi? Nie wiedzieliśmy z Wojtasem za bardzo, ale przelękliśmy się nie na żarty. Jakieś potwory, pająki, duchy, zabójcy, pentagramy, czaszki. Trochę mi pamieć szwankuje i musiałbym ponownie wybrać się na tą wyprawę. Smaczek mi wszedł zarówno na Dwór Maxwella, a i do Zakazanego Lasu też bym się z chęcią zapuścił ponownie!

Maxwell Manor – prekursor gatunku survival horror (Atari XL/XE, C64)

Dobra były już duchy i pająki, to może teraz trochę o zombiakach? Wiem tego ścierwa pałęta się od groma na wiele systemów i każdy powie o Resident Evil znowu, ale ja napomknę o czymś mniej znanym. Pamięta ktoś taki szpil na Amigę i może jeszcze na inne systemy zatytułowany Horror Zombies From The Crypt (Milennium, 1991)? No, jasne, że nikt! Sam grałem w niego tylko dlatego, że to była jedna z pierwszych gier na Przyjaciółkę jaką posiadałem. Całkiem niezły platformer, gdzie zasuwamy naszym bohaterem po jakimś zamku czy krypcie, napieprzamy po mordach łażące trupy, używamy przedmiotów. Chyba nawet w wilkołaka mogliśmy się zmienić? Pamiętam jak przez mgłę. Raczej nie chce mi się do tego wracać, ale fajnie, że sobie przypomniałem o tej zapomnianej produkcji.

Zombie zachodzi od tyłu! HZFTC wyszło na Amigę, Atari ST i PC.

Ooo, jeszcze jeden tytuł mi się fajny przypomniał. Pierwszoosobowa przygodówka na podstawie filmu Georga Romero „Świt Zywych Trupów” (polecam przy okazji pierwowzór z 1978 i remake z 2004) – czyli gra Zombi (UbiSoft, 1989). Musieliśmy naszą drużyną złożoną z czwórki ocalałych uciec z miasta i wyspy opanowanej przez hordy tych rozkładających się spacerowiczów. Zbieraliśmy arsenał (broń biała i palna) oraz ekwipunek (apteczki, jedzenie, narzędzia), walczyliśmy, a na koniec hop do helikoptera i spieprzamy! Fajne to było i cioprałem w to najpierw u mojego kumpla na Atari ST, później u siebie na Commodore 64, a na koniec nawet na Przyjaciółce. Mam nadzieje, że Wojcie zadowolony jesteś teraz, iż więcej tematów z czasów leciwych zarzuciłem? No, tak myślałem. To polej! Tym razem do szklanicy bo mi w gardle zaschło…. Gulp, gulp, gulp. Imprezka się widzę rozkręca!

Krwiożercze zgnilce przyszły na hamburgera. Ten protoplasta Dead Island bawił na C64, Amidze, Atari ST i wielu innych sprzętach.

Napomknąłeś coś Repipie o wampirach jakichś? Poznałem w swoim żywocie kilku tych nieśmiertelnych krwiopijców, a szczególne wrażenie na mnie zrobili ci najwięksi z nich. Ci sami, z którymi ty spółkowałeś! Mówię o Razielu i Kainie. Szczególnie opowieści o przygodach tego pierwszego to epicka historia ze wspaniałym scenariuszem, zagadkami i walkami. Jak to bardy śpiewały?

Legacy of Kain: Soul Reaver soundtrack – Ozar Midrashim

„Jestem Raziel, jego pierworodny, pierwszy porucznik. U zarania imperium stałem wraz ze swymi braćmi u boku Kaina. Służyłem mu przez millenium. W miarę upływu czasu stawaliśmy się mniej ludzcy, a bardziej…boscy. Kain wchodził w stan przemiany i wychodził z niego z nowym darem. Kilka lat po naszym panu i my ewoluowaliśmy. Do czasu aż dostąpiłem zaszczytu przewyższenia mego mistrza. Otrzymałem za to nowy rodzaj nagrody… agonię”.

Oj, stary, biedny i bohaterski wampir Raziel – kiedyś inkwizytor tropiący długozębych, później wampir, porucznik jednego z najpotężniejszych wąpierzy w całym Nosgoth – Kaina, którego ewolucyjnie prześcignął w rozwoju zapewniając sobie wieczne cierpienie, śmierć… i zemstę jednocześnie… A jego antagonista Kain? O nim też do dziś krążą legendy…

Raziel i jego duchowy miecz w Soul Reaver 2. Wszystkie gry osadzone w Nosgoth to arcydzieła fabularne. Najbardziej cenię przygody Raziela!

„Wiedziałem jak złowieszcza to była godzina w historii Nosgoth. Tutaj bowiem miało miejsce zdarzenie, które ukształtowało moją całą egzystencję… Odrzuciłem swój los, odmawiając ofiary, potępiając Filary i tworząc moje stracone królestwo na ich ruinach. Wskrzeszę kapłanów Sarafan jako moich najbliższych podwładnych, i pewnego dnia wrzucę najsilniejszego z nich, mojego sługę Raziela, do otchłani – wykonując ostatni ruch w grze przeciwko Losowi. Ale pod koniec, czy to coś zmieniło? Czy źle odczytałem znaki, które przekazał mi Moebius? Czy w swej arogancji, pominąłem mą rolę w przeznaczeniu?”

A któż to  Kain zapytacie? Bezwzględny, wampir, władca, wojownik, tyran, samolub. Ależ ich przygody miały scenariusze! Nie to co dzisiejsze gry. Ależ przydałyby się remaki lub nowe odsłony wampirzej sagi z Nosgoth… Oj, rozgadałem się, rozgadałem, widocznie spirytusik twój ładnie czerepik kopie, drogi Repipie! Może ty coś więcej opowiesz o przygodach tych dwóch wampirzych herosów? Może losy innych krwiopijców znacie? Zresztą mówta co chceta, bo ja się głodny bardzo zrobiłem. Przekąsić coś muszę! Hmm, dziwna ochota mnie zbiera na surowe mięso…

RepipRepip: Oj o upadłym Razielu i podłym Kainie mógłbym snuć opowieści, choć wino od Sir Dana i rum od Barona Samedi kołaczą mi się po czaszce. Monumentalizm Nosgoth przytłacza niczym grobowiec faraona, te komnaty sprawiają, że aż czujesz chłód marmurowych, oziębłych sal wypełnionych jeno zawodzącym wiatrem. Opowieść o tych dwóch zupełnie odmiennych choć splecionych razem losach jest scenariuszem na miarę Oscara, wątpię by dziś dało się powtórzyć ten wyczyn. Raziel i jego żądza zemsty, Kain i jego bezwzględna podłość, a wśród nich niczym cień czmycha mąciciel czasu… A Ozar? Ozar… Ozar… jest jak dźwięk monumentu… do dziś słucham, do dziś mam ciary…

Mushroom Men Wii recenzja

Jak tak patrzę jak Borsuk pałaszuje jakieś podejrzane delicje to sam zapuściłem żurawia i podjadłem jakiś grzybków i kurwa zaczynam się kurczyć! Bors! Bors! Co to za kosmiczny trip w negliżu!? Grzyby? Borowik? Łoo, kurde to oni istnieją! Przypomniała mi się moja przygoda z Mushroom Men: The Spore Wars (Wii, Red Fly Studio, 2008), produkcja przy której Tim Burton klaszcze z zachwytu. Gdzie zobaczysz zombi kaktusa giganta, zawalczysz z czubajeczką, czy będziesz się wspinał w górę zasyfionego kibla? No gdzie? A przecież jesteś tylko małym maślakiem napromieniowanym meteorytem, który chce uchronić swoje dupsko w tej Wojnie Zarodników. Bardzo fajny świat, niby martwy, a jednocześnie pełen życia, walka przy pełni księżyca z królikiem, który ma poroże – łoo jejejeje! Jest klimat! OK, to sobie poopowiadałem, ale dlaczego nadal wydaje mi się że mam 10 centymetrów i niczym nasz grzybowy wojownik potrafię cały dzień spędzić w szopie na wędrówkach? Wlezę na tego gargulca przy wrotach to może coś więcej zobaczę.

Inne artykuły:

Nora | Powrót Księcia Złodziei i Zbójnika Witajcie ponownie w mojej skromnej Norze! Dzisiaj miał tutaj pojawić się Bryan Adams z piękną balladą z filmu Robin Hood - Książę Złodziei, ale nieste...
Recenzja | Galerians Adin, dwa, tri, czetyrie. Kolejne, niby bezładnie ułożone literki układają się w słowa. Słowa w ciąg wyrazów tworząc zdania i nadając im konkretny sen...
Recenzja | Super Ghouls n Ghosts Rok 1985 to był dobry rok. Narodziłem się wtedy ja, ale narodziła się też wtedy gra Ghost n Goblins, która dała początek nowej serii. Port na domowego...
O RetroBorsuk 63 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.