Magiel | Jak przez lata zmieniałeś się jako gracz

retromagielAchuj! Dziś temat filozoficzno-sentymentalny, czyli nadający się do rozmów przy flaszce, a może i na sylwestrowym kacu moralniaku, kto wie. Wchodzimy właśnie w nowy rok, czas podsumowań, planów, postanowień i takich tam.

RepipRepip: Tak to już jest, że mimo iż lubimy gadać że „nigdy się nie zmienię” to i tak wszyscy się… zmieniamy. Lata lecą, obowiązki się zmieniają, zmienia się stan posiadania, a do niektórych rzeczy po prostu nabiera się dystansu lub je bardziej docenia. Teraz ten temat przenosimy na gry (nadążacie? Ok), bo wiem że nie jesteście leszczami grającymi od 10 lat tylko macie więcej na karku straconych wiosen przed ekranem z padem w dłoni. Czy zmieniło się coś w Was jako graczu przez te lata? Podejście do gier, gatunki gier, godziny na nie przeznaczone? Może niektóre rzeczy dziś już po prostu nie przejdą, a kiedyś były przez Was wypatrywane?

MrokuMroku: Niestety czasu na granie jest zdecydowanie mniej, niż dawniej. Jest to naturalna kolej rzeczy, kiedy człowiek się starzeje i dochodzą nowe obowiązki. W kwestii gatunków, to moja miłość do oldschoolowych FPS-ów nie przeminęła i nadal trzyma się mocno (kiedyś Wolf, Doom, Hexen, Heretic, Blood, a dzisiaj znów Wolf, Doom… hehe). Trochę mniej erpegów na tapecie, ale nadal moc w nich jest silna. Z kolei kiedyś namiętnie grywałem w RTS-y, a dzisiaj już tego praktycznie nie robię. Jedynym rodzynkiem jest StarCraft 2, który i tak już jest trochę leciwy. W kwestii podejścia do gier – dany tytuł musi mieć dobre i wygodne sterowanie. Będąc szczylem zupełnie mi to „nie robiło”, ale to się przez te wszystkie lata drastycznie zmieniło. Ostatnio próbowałem pograć w pierwszą Alicję na PC i nie dałem rady przez totalnie skiepszczone sterowanie. Pamiętam, że kiedyś chciałem, żeby gry miały bardziej otwartą strukturę świata, a dzisiaj cofa mi się jak słyszę określenie „sandbox”. Tyle ode mnieshootery wracają do klasyki

Daaku avatarDaaku: Tylko stare chłopy poddają się wspominkom w stylu „kiedyś było lepiej!”…ale że każdemu z Nas daleko już do łatki młodziaka, to myślę, że trzeba się z tym pogodzić i faktycznie błogo powspominać oraz popsioczyć na stan aktualny.

Od czego tu zacząć? W jakie gry grałem, a w jakie gram teraz? O dziwo, kiedy byłem jeszcze młody i piękny, a jedynymi eksploatowanymi na potęgę maszynkami na moim podorędziu były pierwsze PlayStation oraz Game Boy, odnajdywałem się jak ryba w wodzie przede wszystkim w gatunku japońskich erpegów (Final Fantasy VII było tym niezwykłym katalizatorem) oraz hodowlanek (seria Pokemon czy recenzowane niedawno Digimon World). Jasne, uwielbiałem MediEvila czy trzeciego Crasha, ale 120% normy konsolowych roboczogodzin osiągałem właśnie przy Fajnalach i cyfrowych stworkach. Ale od tamtej pory minęło ponad drugie tyle mojego życia, w którym to doszło do wielu zmian, nie tylko dotyczących statusu materialnego, ale także ogólnej percepcji, postrzegania innymi kategoriami. „Dojrzałość” brzmiałaby w tym przypadku cokolwiek naiwnie (jak to mówią, w życiu mężczyzny najtrudniejsze jest pierwszych 40 lat dzieciństwa), więc nazwijmy ten proces… o, leżakowaniem. Tak jak leżakują baniaki siarkofrutów w piwnicy Nacz.OSa. A więc wskutek tego leżakowania przestałem wybrzydzać, dzięki czemu jestem w stanie złapać się za niemal każdy gatunek gry i czerpać z zabawy z nim taką samą przyjemność. Do samego końca nie podeszły mi tylko sportówki oraz strategie, choć z tych drugich mile wspominam np. Populousa 3, czy Metal Fatigue.

Kolejna zmienna jest chyba najbardziej bolesna, bo kontrast między „było” a „jest” przeraża swoją odmiennością. Tak, nie oszukujmy się, za szkraba czasu na gry miało się całe mnóstwo, bo powrót ze szkoły koło 13.-14. zwiastował resztę dnia spędzoną przed konsolą – aktywnie, grając samemu, albo pasywnie, gdy trzeba było wpuścić brata i z zamiłowaniem patrzeć, w co i jak on gra. Gdzieś tam w tle przewijała się jeszcze praca domowa (którą paradoksalnie najefektywniej robiło się na 10 minut przed startem lekcji, na przerwie) czy zakupy, ale w moim królestwie granie było najważniejsze!

digimon world recenzja

…a teraz wciskamy Fast-Forward piętnaście lat do przodu. Daak wstaje o piątej do roboty, kibluje x godzin pod krawatem uśmiechając się do ludzi, do domu wraca wymęczony, po drodze robiąc jeszcze zakupy, zaglądając na pocztę czy do banku, a po wywaleniu się na wyro ręka, która kiedyś tak ochoczo sięgała po pada, teraz częściej dosięga wytęsknionego piwa – albo nie dosięga niczego, bo Daak już chrapie. W czasie wolnym między dyżurami trzeba zadbać o to, żeby z domu nie zrobił się barłóg, sprokurować i obrobić coś do żarcia, wyjść gdzieś na miasto, zająć się doraźnymi potrzebami. Z ludźmi się zobaczyć, do kina pójść albo gdzieś, obczaić co tam nowego na wystawie sklepowej. Żeby nie było niedomówień – wciąż gram, wciąż śledzę branżowe nowinki, wciąż zaopatruję się w nowe sprzęty i wciąż masę frajdy sprawia mi zagłębianie się w nowe światy i historie przyszykowane przez developerów. Ale granie jest teraz wyraźnie na drugim, jeśli nie na dalszym, miejscu – kupka wstydu z płytek rośnie, bo raz, że konsol coraz więcej, a dwa, że zamiast gry czasami lepiej włączyć sobie film albo wrócić do książki. Za młodu sesje po 12 godzin przy konsoli (no, głównie w wakacje) nie były niczym dziwnym, a teraz? Kupioną na premierę Personę 5 kończyłem przez 6 tygodni, nabijając na liczniku gry szaleńcze… 110 godzin. Komedia, bo jeszcze paręnaście lat temu w podobnym okresie pobiłbym ten wynik czterokrotnie. Dlatego rzadko siadam teraz do RPGów i jak ognia unikam gier online – pierwsze strasznie się ciągną, drugie wymagają codziennych ćwiczeń by utrzymać poziom. A i czasu, i systematyczności teraz w życiu brakuje.

Czytając powyższe gorzkie żale zrozumiecie chociaż po części, dlaczego z zadowoleniem przyjąłem sporo nowych naleciałości, jakimi obrosła branża gier w ciągu ostatniej generacji-dwóch. Gigantyczne, rozbudowane molochy na setki godzin to teraz rzadkość, prym zaś wiodą albo liniowe, czysto przygodowe tytuły do ukończenia w 10-12 godzin, albo znielubione wyżej przez Mroka sandboksy z otwartą mapą i znajdźkową listą zakupów do odhaczenia. Jedne do szybkiego zaliczenia, drugie pozwalające po ciężkim dniu pracy porobić parę powtarzalnych czynności i nabić parę procent więcej do ogólnego ukończenia. Pasuje mi to, tak samo jak pasują mi częste checkpointy, wszechobecny auto-save (choć za Save Pointami niezmiennie tęsknię, miały klimat) i trofea pozwalające śledzić swój progres. Przystępność, wygoda, dobry balans między poczuciem spełnienia a zainwestowanym czasem – wszystko to jest mi bardzo na rękę i nawet nie wstydzi mnie fakt, że przez lata się moje gusta uległy „casualizacji”. Bo uległy. Leżakowanie odcisnęło swoje piętno i ile bym się nie zżymał – nie wrócę już do beztroskiego katowania Fajnali i Digimonów po szkole. Welcome to the real world, Neo.

Nie jest oczywiście tak, że dzisiejsza branża to same cuda, miód i orzeszki. O nie, od tego jesteśmy bardzo daleko i jestem skłonny stwierdzić, że „postęp” jest w tym przypadku mieczem obosiecznym, który koncerny, studia developerskie i w przedłużeniu sami Gracze odczują w swoim czasie na własnym karku. O czym mowa? O płatnym DLC. O season passach. O rozprzestrzeniającej się „cyfrze”. O edycjach premium po 400 zeta. O masie błędów doszczętnie rozwalających gry i takiej samej masie „day one patchy” próbujących je łatać. O Early Access, czyli w zasadzie o płaceniu za możliwość grania w wersje alfa. O zbiórkach pieniędzy na Kickstarterze, których efekty po latach rozczarowują. O mikrotransakcjach. O głośnych ostatnio lootboxach, obecnych w i tak już płatnych grach AAA. Po złotym wieku gier tworzonych przez zapaleńców dla zapaleńców coraz głębiej brniemy w poligon doświadczalny, na którym wydawcy badają rynek coraz śmielszymi pomysłami, mającymi na celu wyduszenie z nas jak największej ilości gotówki. Sam staram się odcinać od tego wszystkiego na kilometr i wiem, że nie jestem w takiej postawie odosobniony, ale w branży gier – jak w każdej innej – klient głosuje przede wszystkim portfelem i całe to wyżej wymienione zło znajduje swoich nabywców. Na tle tych niepokojących tendencji utarte już powiedzenie „kiedyś było lepiej” przestaje być tylko porzekadłem retrodziadów z różowymi klapkami nostalgii na oczach. Bo może niekoniecznie było lepiej – ale na pewno było prościej.

Keczup avatar

Keczup: Wszyscy tak narzekają, że czasu mało i nie ma kiedy w te gierki grać, ale jak się chce to można wygospodarować jakąś zadowalającą część doby na zabawę przy konsoli choćby kosztem snu, hehe. Choć ten oczywiście i u mnie, z racji obowiązków się skurczył (nie jestem synem bogatego taty) to jednak nie mam problemu, aby przeznaczyć sporą chwilkę na te hobby. Z czym natomiast mam problem to… z pociągiem do gier. Coraz częściej moja chęć załączenia kompsoli przyjmuje postać sinusoidy (obecnie ona szczytuje – w sumie ja też), zaś związany z tym dołek niestety lubi utrzymywać się dłużej. Po prostu nie mam ochoty i kropka. Czy to znużenie, czy moje oczy już zbyt wiele widziały, jakaś „menopauza growa”, a może doznania płynące z tego są znacznie słabsze? Nie wiem, nie filozuję już.

Niewątpliwie przez te wszystkie lata moje przywiązanie gatunkowe również się uszczupliło, toteż jak kiedyś potrafiłem pykać we wszystko, oprócz strategii, erpegów, symulatorów, tak obecnie od tej puli muszę odjąć bijatyki czy piłeczki kopane. Szkoda mi po prostu marnować na te szpile swój cenny czas. A pamiętam doskonale jak w czasach szkolnych zasiadałem do takiego Teczkena (piątka do dziś rządzi) i nie tyle bawiłem się w tournamenty, co wybierałem swoją ulubioną postać, czyli Yoshi’ego oraz znienawidzoną przez wszystkich kapułerę, Christie, ucząc się ciosów i masterując fighterów w pieruny – jak na swoje możliwości. Albo, albo odpalałem PESa (trójka oraz piątka forewer in maj hart) i swoim Interem zdobywałem każde puchary jakie można było zdobyć. Każde. Oczywiście obarczone było to hektolitrami wylanego z siebie potu i wlanej w siebie coli podczas wyczerpujących, wirtualnych treningów, jednak późniejsze owoce w postaci brameczek zdobywanych z wolnego w samo okienko lało hektolitry miodu na moje młodzieńcze serce. Ech, piękne czasy, łezka uroniona.

Inne artykuły:

W co grał Nacz.Os. w 2017 roku Jak co roku o tej porze, czas podsumować mijający rok. Skoro od kilku lat piszę sobie podsumowanie roczne, to i 2017 machnę, bo kto bogatemu zabroni. ...
Publicystyka | Historia pewnej Komody Commodore 64, kto o tej maszynce chociażby nie słyszał? Sprzęt do grania oraz komputer do profesjonalnych zadań na miarę swoich czasów. Idąc za wiki m...
Akta retronagazie.eu | Kooperacyjna demolka Dawno, dawno temu za siedmioma blokowiskami i siedmioma garażami gracze na tapczanie razem siedzieli dupami i zajmowali się wspólnie grami. Co-op b...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox