Magiel | Jak przez lata zmieniałeś się jako gracz

retromagielAchuj! Dziś temat filozoficzno-sentymentalny, czyli nadający się do rozmów przy flaszce, a może i na sylwestrowym kacu moralniaku, kto wie. Wchodzimy właśnie w nowy rok, czas podsumowań, planów, postanowień i takich tam.

RepipRepip: Tak to już jest, że mimo iż lubimy gadać że „nigdy się nie zmienię” to i tak wszyscy się… zmieniamy. Lata lecą, obowiązki się zmieniają, zmienia się stan posiadania, a do niektórych rzeczy po prostu nabiera się dystansu lub je bardziej docenia. Teraz ten temat przenosimy na gry (nadążacie? Ok), bo wiem że nie jesteście leszczami grającymi od 10 lat tylko macie więcej na karku straconych wiosen przed ekranem z padem w dłoni. Czy zmieniło się coś w Was jako graczu przez te lata? Podejście do gier, gatunki gier, godziny na nie przeznaczone? Może niektóre rzeczy dziś już po prostu nie przejdą, a kiedyś były przez Was wypatrywane?

MrokuMroku: Niestety czasu na granie jest zdecydowanie mniej, niż dawniej. Jest to naturalna kolej rzeczy, kiedy człowiek się starzeje i dochodzą nowe obowiązki. W kwestii gatunków, to moja miłość do oldschoolowych FPS-ów nie przeminęła i nadal trzyma się mocno (kiedyś Wolf, Doom, Hexen, Heretic, Blood, a dzisiaj znów Wolf, Doom… hehe). Trochę mniej erpegów na tapecie, ale nadal moc w nich jest silna. Z kolei kiedyś namiętnie grywałem w RTS-y, a dzisiaj już tego praktycznie nie robię. Jedynym rodzynkiem jest StarCraft 2, który i tak już jest trochę leciwy. W kwestii podejścia do gier – dany tytuł musi mieć dobre i wygodne sterowanie. Będąc szczylem zupełnie mi to „nie robiło”, ale to się przez te wszystkie lata drastycznie zmieniło. Ostatnio próbowałem pograć w pierwszą Alicję na PC i nie dałem rady przez totalnie skiepszczone sterowanie. Pamiętam, że kiedyś chciałem, żeby gry miały bardziej otwartą strukturę świata, a dzisiaj cofa mi się jak słyszę określenie „sandbox”. Tyle ode mnieshootery wracają do klasyki

Daaku avatarDaaku: Tylko stare chłopy poddają się wspominkom w stylu „kiedyś było lepiej!”…ale że każdemu z Nas daleko już do łatki młodziaka, to myślę, że trzeba się z tym pogodzić i faktycznie błogo powspominać oraz popsioczyć na stan aktualny.

Od czego tu zacząć? W jakie gry grałem, a w jakie gram teraz? O dziwo, kiedy byłem jeszcze młody i piękny, a jedynymi eksploatowanymi na potęgę maszynkami na moim podorędziu były pierwsze PlayStation oraz Game Boy, odnajdywałem się jak ryba w wodzie przede wszystkim w gatunku japońskich erpegów (Final Fantasy VII było tym niezwykłym katalizatorem) oraz hodowlanek (seria Pokemon czy recenzowane niedawno Digimon World). Jasne, uwielbiałem MediEvila czy trzeciego Crasha, ale 120% normy konsolowych roboczogodzin osiągałem właśnie przy Fajnalach i cyfrowych stworkach. Ale od tamtej pory minęło ponad drugie tyle mojego życia, w którym to doszło do wielu zmian, nie tylko dotyczących statusu materialnego, ale także ogólnej percepcji, postrzegania innymi kategoriami. „Dojrzałość” brzmiałaby w tym przypadku cokolwiek naiwnie (jak to mówią, w życiu mężczyzny najtrudniejsze jest pierwszych 40 lat dzieciństwa), więc nazwijmy ten proces… o, leżakowaniem. Tak jak leżakują baniaki siarkofrutów w piwnicy Nacz.OSa. A więc wskutek tego leżakowania przestałem wybrzydzać, dzięki czemu jestem w stanie złapać się za niemal każdy gatunek gry i czerpać z zabawy z nim taką samą przyjemność. Do samego końca nie podeszły mi tylko sportówki oraz strategie, choć z tych drugich mile wspominam np. Populousa 3, czy Metal Fatigue.

Kolejna zmienna jest chyba najbardziej bolesna, bo kontrast między „było” a „jest” przeraża swoją odmiennością. Tak, nie oszukujmy się, za szkraba czasu na gry miało się całe mnóstwo, bo powrót ze szkoły koło 13.-14. zwiastował resztę dnia spędzoną przed konsolą – aktywnie, grając samemu, albo pasywnie, gdy trzeba było wpuścić brata i z zamiłowaniem patrzeć, w co i jak on gra. Gdzieś tam w tle przewijała się jeszcze praca domowa (którą paradoksalnie najefektywniej robiło się na 10 minut przed startem lekcji, na przerwie) czy zakupy, ale w moim królestwie granie było najważniejsze!

digimon world recenzja

…a teraz wciskamy Fast-Forward piętnaście lat do przodu. Daak wstaje o piątej do roboty, kibluje x godzin pod krawatem uśmiechając się do ludzi, do domu wraca wymęczony, po drodze robiąc jeszcze zakupy, zaglądając na pocztę czy do banku, a po wywaleniu się na wyro ręka, która kiedyś tak ochoczo sięgała po pada, teraz częściej dosięga wytęsknionego piwa – albo nie dosięga niczego, bo Daak już chrapie. W czasie wolnym między dyżurami trzeba zadbać o to, żeby z domu nie zrobił się barłóg, sprokurować i obrobić coś do żarcia, wyjść gdzieś na miasto, zająć się doraźnymi potrzebami. Z ludźmi się zobaczyć, do kina pójść albo gdzieś, obczaić co tam nowego na wystawie sklepowej. Żeby nie było niedomówień – wciąż gram, wciąż śledzę branżowe nowinki, wciąż zaopatruję się w nowe sprzęty i wciąż masę frajdy sprawia mi zagłębianie się w nowe światy i historie przyszykowane przez developerów. Ale granie jest teraz wyraźnie na drugim, jeśli nie na dalszym, miejscu – kupka wstydu z płytek rośnie, bo raz, że konsol coraz więcej, a dwa, że zamiast gry czasami lepiej włączyć sobie film albo wrócić do książki. Za młodu sesje po 12 godzin przy konsoli (no, głównie w wakacje) nie były niczym dziwnym, a teraz? Kupioną na premierę Personę 5 kończyłem przez 6 tygodni, nabijając na liczniku gry szaleńcze… 110 godzin. Komedia, bo jeszcze paręnaście lat temu w podobnym okresie pobiłbym ten wynik czterokrotnie. Dlatego rzadko siadam teraz do RPGów i jak ognia unikam gier online – pierwsze strasznie się ciągną, drugie wymagają codziennych ćwiczeń by utrzymać poziom. A i czasu, i systematyczności teraz w życiu brakuje.

Czytając powyższe gorzkie żale zrozumiecie chociaż po części, dlaczego z zadowoleniem przyjąłem sporo nowych naleciałości, jakimi obrosła branża gier w ciągu ostatniej generacji-dwóch. Gigantyczne, rozbudowane molochy na setki godzin to teraz rzadkość, prym zaś wiodą albo liniowe, czysto przygodowe tytuły do ukończenia w 10-12 godzin, albo znielubione wyżej przez Mroka sandboksy z otwartą mapą i znajdźkową listą zakupów do odhaczenia. Jedne do szybkiego zaliczenia, drugie pozwalające po ciężkim dniu pracy porobić parę powtarzalnych czynności i nabić parę procent więcej do ogólnego ukończenia. Pasuje mi to, tak samo jak pasują mi częste checkpointy, wszechobecny auto-save (choć za Save Pointami niezmiennie tęsknię, miały klimat) i trofea pozwalające śledzić swój progres. Przystępność, wygoda, dobry balans między poczuciem spełnienia a zainwestowanym czasem – wszystko to jest mi bardzo na rękę i nawet nie wstydzi mnie fakt, że przez lata się moje gusta uległy „casualizacji”. Bo uległy. Leżakowanie odcisnęło swoje piętno i ile bym się nie zżymał – nie wrócę już do beztroskiego katowania Fajnali i Digimonów po szkole. Welcome to the real world, Neo.

Nie jest oczywiście tak, że dzisiejsza branża to same cuda, miód i orzeszki. O nie, od tego jesteśmy bardzo daleko i jestem skłonny stwierdzić, że „postęp” jest w tym przypadku mieczem obosiecznym, który koncerny, studia developerskie i w przedłużeniu sami Gracze odczują w swoim czasie na własnym karku. O czym mowa? O płatnym DLC. O season passach. O rozprzestrzeniającej się „cyfrze”. O edycjach premium po 400 zeta. O masie błędów doszczętnie rozwalających gry i takiej samej masie „day one patchy” próbujących je łatać. O Early Access, czyli w zasadzie o płaceniu za możliwość grania w wersje alfa. O zbiórkach pieniędzy na Kickstarterze, których efekty po latach rozczarowują. O mikrotransakcjach. O głośnych ostatnio lootboxach, obecnych w i tak już płatnych grach AAA. Po złotym wieku gier tworzonych przez zapaleńców dla zapaleńców coraz głębiej brniemy w poligon doświadczalny, na którym wydawcy badają rynek coraz śmielszymi pomysłami, mającymi na celu wyduszenie z nas jak największej ilości gotówki. Sam staram się odcinać od tego wszystkiego na kilometr i wiem, że nie jestem w takiej postawie odosobniony, ale w branży gier – jak w każdej innej – klient głosuje przede wszystkim portfelem i całe to wyżej wymienione zło znajduje swoich nabywców. Na tle tych niepokojących tendencji utarte już powiedzenie „kiedyś było lepiej” przestaje być tylko porzekadłem retrodziadów z różowymi klapkami nostalgii na oczach. Bo może niekoniecznie było lepiej – ale na pewno było prościej.

Keczup avatar

Keczup: Wszyscy tak narzekają, że czasu mało i nie ma kiedy w te gierki grać, ale jak się chce to można wygospodarować jakąś zadowalającą część doby na zabawę przy konsoli choćby kosztem snu, hehe. Choć ten oczywiście i u mnie, z racji obowiązków się skurczył (nie jestem synem bogatego taty) to jednak nie mam problemu, aby przeznaczyć sporą chwilkę na te hobby. Z czym natomiast mam problem to… z pociągiem do gier. Coraz częściej moja chęć załączenia kompsoli przyjmuje postać sinusoidy (obecnie ona szczytuje – w sumie ja też), zaś związany z tym dołek niestety lubi utrzymywać się dłużej. Po prostu nie mam ochoty i kropka. Czy to znużenie, czy moje oczy już zbyt wiele widziały, jakaś „menopauza growa”, a może doznania płynące z tego są znacznie słabsze? Nie wiem, nie filozuję już.

Niewątpliwie przez te wszystkie lata moje przywiązanie gatunkowe również się uszczupliło, toteż jak kiedyś potrafiłem pykać we wszystko, oprócz strategii, erpegów, symulatorów, tak obecnie od tej puli muszę odjąć bijatyki czy piłeczki kopane. Szkoda mi po prostu marnować na te szpile swój cenny czas. A pamiętam doskonale jak w czasach szkolnych zasiadałem do takiego Teczkena (piątka do dziś rządzi) i nie tyle bawiłem się w tournamenty, co wybierałem swoją ulubioną postać, czyli Yoshi’ego oraz znienawidzoną przez wszystkich kapułerę, Christie, ucząc się ciosów i masterując fighterów w pieruny – jak na swoje możliwości. Albo, albo odpalałem PESa (trójka oraz piątka forewer in maj hart) i swoim Interem zdobywałem każde puchary jakie można było zdobyć. Każde. Oczywiście obarczone było to hektolitrami wylanego z siebie potu i wlanej w siebie coli podczas wyczerpujących, wirtualnych treningów, jednak późniejsze owoce w postaci brameczek zdobywanych z wolnego w samo okienko lało hektolitry miodu na moje młodzieńcze serce. Ech, piękne czasy, łezka uroniona.

Inne artykuły:

Akta retronagazie.eu – złodzieje splendoru (... W tym tygodniu minęło 21 lat od premiery szarej i niepozornej maszynki znanej u nas pod kryptonimem PSX. Postanowiliśmy otworzyć kilka naszych akt bo ...
Akta retronagazie.eu | Złotouści zbywcy Witam ponownie w naszym sekretnym pokoiku Akt retronagazie.eu! Poprzednim razem widzieliśmy się w grudniu, przy okazji zestawienia najlepszych poziomó...
Słońce | Final Mission Gry były kiedyś lepsze, gry były dłuższe, gry były bardziej gry, a pizza rosła na drzewach. To są prawdy z dawnych lat. Dużo starych gier miało jeszcz...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox

22 Komentarze

  1. U mnie jest wręcz przeciwnie, za dzieciaka grałem ile się da na pegazusie(sic!) i psxie, raz nawet jak ojciec nie chciał mi i bratu kupić „dyskietki” na targu to uciekaliśmy z domu(oczywiście plan zakończył się niepowodzeniem), piękne czasy kiedy wymiana gier między kolegami z bloku to było w większości źródło nowych szpilków do ogrania a potem do obgadania na huśtawce/trzepaku haha. Teraz najlepsza rzecz, od czasów PS 2 nie grałem na konsoli prawie w ogóle, porzuciłem to chu* wie dlaczego ? Chyba przez brak pieniędzy rodzinki na nową konsolę i szok oraz magię jaką był w tamtych czasach komputer stacjonarny. Rodzice kupili PC „dla nauki”, tak było chyba po prostu dla nich wygodniej. Co ciekawe większość kumpli również rzuciła się na PC zamiast prawilnie iść konsolową ścieżką. Wiele mnie wtedy ominęło, ale od ponad roku nadrabiam zaległości zabrałem się za kolekcjonowanie pudeł i ogrywanie ważnych dla mnie tytułów ( co ciekawe czym dłużej siedzi się w temacie tym więcej tych tytułów się pojawia). Mimo, że praca, utrzymanie mieszkania i życie na swoim daje popalić, to gram jak opętany, każdą wolną chwilę spędzam przy konsoli, mam tego plusa, że druga połówka, również jest tym podjarana i gra ze mną. Plusy tego odrodzenia to – możliwość segregacji i skategoryzowania gier które chcę mieć na półce i które mnie interesują od tych których po prostu nie mam ochoty przechodzić oraz konkretny zasób wiedzy na temat całych generacji, które mnie ominęły. Znalazłem jakąś grę o której nic nie wiem nie muszę czekać na recenzję bądź brać w ciemno – po prostu sprawdzam gameplay na youtubie, czytam opinie graczy etc. Minus – prawie brak możliwości kupna nowych kopii oraz mega tragiczne ceny za większość gier, z tym jednak jak człowiek cierpliwy można sobie jakoś poradzić. Za dzieciaka grałem dla czystego fun’u większość gier nawet nie rozumiałem (piewsze przejście Silent Hill z wydrukowaną w kafejce internetowej solucją), teraz człowiek oprócz tej zabawy, jest w pełni świadom tego co się dzieje w danej grze, jara się klimatem, dialogami, rozbudowanym systemem walki etc. Dlatego doceniam bardziej dzisiejsze granie od tego za dzieciaka, wtedy wszystko przynosiło frajdę, nawet skakanie po drzewach, a gracza i jego hobby nic tak nie potrafi zweryfikować jak właśnie dorosłe życie, praca, rodzina i obowiązki. Pozdrawiam

    • Oho! Rzeczywiście zabrałeś się porządnie do komenta ;)

      Też miałem mały epizod z PC i również w dużej mierze było to podyktowane zdrowym rozsądkiem, że niby nauka itp. w sumie nawet jeśli się głównie grało na tym kompie to mając winde 98 człowiek się uczył dużo, bo na windzie 98 zrobić formata, wgrać sterowniki, gospodarować dyskiem twardym itp. to nie było takie hop siup dla młodego umysłu nieskrzonego informatyką, dziś w życiu codziennym i zawodowym PC mi towarzyszy bez przerwy, więc dobrze się stało, choć równie dobrze że kupiłem sobie PS2 w końcówce jej życia i napierdzielam do dziś ;)

      Dziś dostęp do informacji ułatwia życie, sprawdzić info o grze z kilku źródeł? Znaleźć gry podobne? Kupić? Żaden problem, sprawa do rozwiązania w kilka minut! Nawet starą prasę grową dziś dostać w formie cyfrowych archiwów to nie problem, gdzie kiedyś ktoś z nas czytałby oficjalny magazyn Sega Saturn, a dziś pyk, jedno kliknięcie i jedziemy z lekturą

  2. Siemano RetroPimpuszki :P

    Moje granie zaczęło się od bijatyk (Tekken) , wyścigów ( Gran Turismo ) i przygodówek Tomb Raider – później odkryłem Morrowinda na PC i..w sumie tak mi zostało : dalej gram w gry tego typu , no może najmniej w bijatyki – to chyba z racji tego ze kiedyś więcej grałem z bratem i znajomymi na posiedzeniach kanapowych.

    I właśnie tu mam inaczej niż repip – najbardziej lubię grać w gry typu Skyrim, Dark Souls , Dragon Age , Wiedźmin , Tomb Raider , Uncharted czy Far Cry – niestety są to straszne pochłaniacze czasu i dołożyć do tego wyścigi w postaci Forzy czy Gran Turismo i nie masz czasu na skończenie 4 godzinnego indyka :D

    Faktycznie im jesteśmy starsi to czasu na granie jakby mniej – gier na półce więcej , sporo z nich kupione „na zapas – na kiedyś” , w myśl zasady – kupię , bo może kiedyś przyjdzie dzień że nie będę miał w co grać ..
    Oczywiście tak się raczej nie stanie – wystarczy posiadać ze dwie konsole i człowiek ma zajęcia po same pachy :D
    Mając na stanie PS3, PS4 i XOS planuję jeszcze zakup Switcha dla Zeldy – cóż nie palę , więc muszę mieć coś od życia :P

    Pozdrawiam wszystkich „starych grzybów” którym chce się jeszcze grać :D
    Niech moc Croma będzie z Wami !!!

  3. Magiel, magielek mhmmm… ;)

    No jak zwykle temat do magla godny uwagi każdego retro (z resztą nie tylko) gracza. No jeżeli spojrzę na swoje gry za młodego i to co namiętnie ogrywam w porównaniu do tego do czego ograniczam (lub ogranicza mnie branża – zależy jak na to spojrzeć) to stwierdzam, że człowiek zmiennym jest. Są jednak wzorce, których się kurczowo trzymam od lat.
    Jeżeli patrząc na to co było to bardzo dużą rolę w mojej growej pasji odgrywały wszelkiej maści przygodówki. Nie ma sensu wymieniać po raz n-ty Crashy itp – wiadomka. Z czasem jednak branża gier poszła w strzelanki i online’ówki – a gatunki przygodówek zaczęły się wykruszać do tego stopnia, że dzisiaj premiera takowej jest świętem w świecie gier. Ten długi czas sprawił, że chociaż wciąż bardzo lubię ten gatunek to odszedłem od niego na tyle długo, że nie mam już takiego pociągu jak kiedyś.
    Kolejna sprawa to jRPG – każdy kto mnie choć trochę zna to wie, że Fajnale to był mój chleb powszedni a samą IX wręcz kochałem (i dalej tak jest). Ale tutaj po raz kolejny branża zrobiła swoje – takich tytułów było coraz mniej. owszem do dziś wychodzą świetne gry spod tego gatunku ale żadna mnie już tak nie potrafiła wciągnąć co poskutkowało zmniejszeniem mojego zapału. Największym bólem było dla mnie totalne zejście na dno w FF XIII i mimo wszystko, tylko dobre FF XV w obecnych czasach – którego jeszcze nie ruszyłem ( myślę, że 50-60 zł na promce to będzie dobra cena za ten tytuł)
    Oczywiście to tylko wierzchołek góry lodowej w tym temacie. Ogólnie rzecz biorąc życie gracza zmienia się jak w kalejdoskopie – kiedyś żyłem przygodówkami i jRPGami a mordobicia i inne gatunki były raczej na boku.
    Dzisiaj zaś nie biorę się już za min 40 godzinne przygody. Ma na to wpływ ten inne życie – dzieciak a dorosły to robi ogromną różnicę – i nie chodzi tylko o wolny czas ale też o samo podejście do życia, codzienne problemy czy obowiązki. Człowiek czasami nie potrafi się przez to tak „oddać” grze jak kiedyś, co skutkuje być może gorszymi doznaniami niż kiedyś.

    Jak wygląda teraz? Teraz człowiek w wolnej chwili zasiada i pyka. I na chwilę obecną potrafię dać szansę każdej platformie i każdemu gatunkowi. Z czasem (co uważam za plus) przestałem się tak bardzo ograniczać jak kiedyś – co daje szansę poznania wartościowych tytułów, które w imię zasady „nie lubię tego typu gier” omijałem szerokim łukiem.
    Podejdę do tego płytko.. ale wciąż wyczekuję godnego następcy starych FF-ów a w najbliższym czasie chciałbym aby nie spier***no remake’u FF7 w którego chciałbym pograć przez wiele wiele godzin ;]

    • FF IX forewer in maj hart jakby to Keczup napisał ;)

      Co do FF7, chętnie się mile zaskoczę, ale nowy system walki (akcja zamiast tur), podzielenie gry na odcinki (!?) oraz wręcz katastrofalna kondycja „artystyczno-growa” że tak mega fachowo to nazwę w jakiej jest od lat SE… nie widzi mi się to. Podobnie jak ty razem z kumplem jako starzy wyjadacze finali zakupiliśmy FF XIII i … po nieco ponad 9 godzinach wywaliliśmy to z świadomości. Do dziś udaję sam przed sobą, że premiera tej gry nie miała miejsca…

  4. Dawno dawno temu…. a hoooy ze wstępem.
    Jeśli pamięć mnie nie myli wszystko zaczęło się od Atari 2600 które było w domu od „zawsze”.
    Chociaż wtedy więcej obserwowałem jak grają starsi braci z tata. Z czasem jednak nadeszła moja kolej. Cóż piękne to były czasy w których grałem w gry w których wesołe trójkąty i kwadraty były głównymi bohaterami. Najbardziej w pamięci utkwił mi River Raid i Space Invaders, trochę mniej coś co przypominało Pac Mana z ta różnica ze zamiastg żółtej kulki sterowało się sztuczną szczęką i Keystone Kapers czyli zabawa w policjantów i złodziei.
    Piękne to były czasy kiedy graliśmy cała rodzina. Ilości połamanych dżojstikow nawet nie potrafię zliczyć.
    Za sprawa starszego brata (Komunia) pojawił się w domu Pegazus. Powtórka z rozrywki. Tysiące godzin spędzony w Contrze, Tankach (Battle City) w samym edytorze poziomów potrafiłem siedzieć całymi godzinami.
    Z reszta nie ma co przynudzać bo chyba każdy wie jak bogata bibliotekę oferował Pegazus później zamieniony na NESa. Następnie krótki romans z mało popularnym w Polsce SNESem.
    I …. iii…. i kulson mać. Wtedy nastąpił pewien przełom. Zaczęły się pojawiać gusta i gusciki. Era PSX. To na szaraku coraz częściej wybierałem gry w które chciałbym zagrać a nie ciupałem we wszystko co w łapy wpadło. I tak ni z dupy ni z pietruchy okazało się ze najwiecej radochy sprawiają mi rpg (w tamtych czasach głównie japońskich) i miłość do Squaresoftu. Głównie za sprawa gry której wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem. FINAL FANTASY 7 (mój pierwszy oryginał na psx) szanowałem ją/odkładałem na półeczkę z reszta nie tylko ja ale moi bracia również. Gra zrobiła na mnie ogromne wrażenie pomimo ze angielski rozumiałem wtedy średnio( dzięki Bogu za słowniki) manuala przeczytałem chyba z pincet razy. Sama grę uj wie ile jednak wyciskałem z niej wszystko co tylko można było. Może to śmieszne ale dzięki FF7 i Final Fantasy Tactics (Verbatim) mój angielski osiągnął dużo wyższy poziom wtajemniczenia. W platformówki grał każdy grałem wiec i ja.
    Później objawiła się kolejna miłość
    Gry wyścigowe oraz hołłoły.
    Aktualnie w gry wyścigowe nie mam ochoty grać. Ciagłe powtarzanie tych samych okrążeni i wykręcanie lepszych czasów już mnie nie bawi kompletnie i stanowi starte czasu.
    Nastąpiła era FPS. Medal of Honor Frontline był poligonem doświadczalnym. Wcześniej kompletnie nie umiałem grać przy użyciu dwóch gałek. Biegałem wesoło patrząc w ziemie lub niebo. Przyjmując ołów na klatę. Trening czyni mistrza i aktualnie doszedłem do dosyć wysokiego poziomu. Grając w fps po sieci często ładuje na szczycie listy.
    Aktualnie miecz i magia jest tym co najbardziej lubię. Wiedźmin/ Dragon Age/ TESy.
    I tutaj dochodzimy do ślepej uliczki. Teraz gdy nie ma zbyt wiele nowych dobrych platformówek, akurat mam ochotę poskakać, lub pograć w dobrych horror który nie jest tylko nastawiony na jump scary. Cóż teraz nawet horror jest sandboksem. Jednak nie m co płakać tylko trzeba cisnąć dalej. W razie czego zawsze można wrócić do czasów PSX/Ps2/x360.
    Słyszałem ze pierwsze 30 lat dzieciństwa to najgorszy i najbardziej ludzkiej okres w życiu mężczyzny. I wtedy tez kończy się gwarancja na „musk”. Cóż. Zostało mi jeszcze 5 dni gwarancji :D
    Na koniec podsumowanie
    Kiedyś było lepiej……. gówno prawda, kiedyś było inaczej.

    P. S.
    Nie czytałem jeszcze tego co napisałem
    Może się trzyma kupy albo wyglada jak kupa.

  5. U mnie zaczęło się od od Atari 7800, które tak jak w przypadku Flaczka było w domu od zawsze, jednak byłem wtedy młodym młokosem i nie złapałem bakcyla, ale pamiętam rozgrywki z Ojcem w Hat Trick, Mario Bros, albo Asteroids. Później w tv zobaczyłem reklamę Nesa, gdzie pierwszy raz zobaczyłem Super Mario Bros i zapragnąłem mieć takie cudo, ogólnie reklama była takim trochę fejkiem bo w Mariana grało 4 kolesi na multitapie, ale mniejsza o to. Choć Ojciec proponował w sklepie Sega Mega Drive bo była w tej samej cenie byłem uparty jak osioł i wybłagałem Nesa z multitapem i cartem z Super Mario Bros, Tetris i Nintendo Word Cup. Pamietam że początki były trudne i dopiero po paru tygodniach zaliczyłem pierwszego Mariana i to z pomocą kupla Taty, który pokazał mi kilka rzeczy jak np. przejście labiryntu w jednym z zamków. Na drugi dzień z rana przeszedłem już SMB zupełnie sam, od tamtej załapałem o co w tym wszystkim chodzi i zacząłem zaliczać kolejne produkcje i tym samym poświęcać grom coraz więcej czasu. Raz nawet doszło do sytuacji kiedy nie chciałem isć do kościoła bo grałem w Turtlesy 2 i byłem pierwszy raz tak daleko, a dokładnie na bossie imieniem Krang, wtedy Matka wyłączyła mi konsole i był płacz, ale na drugi dzień zagrałem od nowa i przeszedłem całość :)

    Później jak wrocilismy do polski zostałem odcięty od nowych gier na nesa na dobry rok, ale i tak nie było dnia żebym w coś nie grał, dzięki temu że nie miałem nowości zacząłem przechodzić gry, których wcześniej nie dawałem rady bo były za ciężkie. Kiedy przyszedł czas na Sega Mega Drive miałem jakieś 11 lat i miałem na koncie wiele zaliczonych tytułów. Grałem naprawdę sporo, ale jakoś nie miało to wpływu na inne rzeczy w moim życiu, aż do pojawienia się Mortal Kombat, który namieszał mi tak w głowie że praktycznie stał się moją religią, co niestety odbiło się na wynikach w nauce i często dochodziło do tego że rodzice chowali konsola, albo pady dopóki się nie poprawie. Później czasy PSX i grania w co popadnie bo praktycznie każda gra robiła na mnie wrażenie. Po zakupie ok 10 oryginalnych gier i kilku dem przeszedłem na piraty by cieszyć się tanimi grami. Tutaj bym mógł wymieniać w co grałem, ale łatwiej jest napisac w co nie grałem, a nie grałem tylko w rpg, która praktycznie od zawsze z małymi wyjątkami omijałem. Jednak największą chorobę przyniosły 4 gry które przyniosły największą chorobę i przez które znowu opusciłem się w nauce, a mianowicie CTR,THPS2,Tekken3 i Winning Eleven 4, w którego grali wszyscy na dzielni nawet jak już były nowsze części. To były wspaniałe czasy, wtedy tak mi zależało na formie że nawet przed szkołą potrafiłem przejść Arcade w Tekken 3, to samo Winning Eleven 4 był grany na okrągło bo było trzeba trzymać forme do licznych turniejów, które odbywały się u kogoś w domu lub często w piwnicy wieżowca gdzie mieliśmy klub. Przez wszystkie te czasy grałem tylko w nowości
    i tak jakby zapomniałem o Nesie i SMD, dopiero po zakupie Dreamcasta dzięki licznym emulatorom przypomniałem sobie o miłości do 8 i 16 bitów i zacząłem przechodzić klasyki, których nie widziałem od wielu lat i tak mi zostało do dziś.

    Jeśli chodzi o piracenie to piraciłem na psx, dc, ps2, chwile gc i jakoś specjalnie nie żałuje bo dzięki temu ograłem mnóstwo gier, których rodzice nigdy by mi nie kupili w oryginale, zresztą wtedy to było dla mnie normalne bo każdy piracił i często możliwość przerobiona decydowała o kupnie sprzętu. Dziś wygląda to trochę inaczej bo jednak zależy mi na posiadaniu pudełka.
    Jakim jestem dziś graczem? Raczej zdziadziałym, niby mam ps4 jednak nie pasuje mi wiele gier AAA i mój gust growy odbił w jakaś inna uliczkę i rzadko akceptuje to co jest aktualnie trendy, dlatego gram w różne indyki, albo wracam do starych gier.
    Chyba najfajniejszy Magiel.
    Pozdrawiam

    • „CTR, THPS2, Tekken3 i Winning Eleven 4, w którego grali wszyscy na dzielni nawet jak już były nowsze części. „

      Hehe chyba nie tylko na Twojej dzielni tak było ;) u mnie było dokładnie to samo, choć ja akurat w piłki nie grałem. THPS2 to do dziś dla mnie religia, wpłynął w pewnym sensie na moje życie i choć brzmi to debilnie to tak było, od niego nieco przekształcił się mój gust muzyczny, wgłębienie w subkulturę, a potem to już poszło i przelało się na inne sfery życiowe.

      Chyba najfajniejszy Magiel.

      A dziękuję!

  6. Zachęcony prze Jane dodam trochę od siebie. Jako szczaw zetknąłem się wpierw z comodore 64, ale prawdziwa zajawka na granie zaczęła się od pegazusa. Zakochałem się w graniu aż po dziś dzien, ale przez te ponad 20 lat zmieniłem się jako gracz. Od czego zacząć? Jako młodzik jarałem się co i rusz jakimś tytułem na pegazusa, a po zobaczeniu ps1 w akcji zerwało mi pape z dachu. Jak Jana napisał to było szaleństwo, winning eleven 4 palił się w konsoli bo forma musiała być, a dzielnicowa rywalizacja była bardzo zawzięta, a najlepszy turniejowicz okrywał się chwałą. To był też czas pokręconych akcji związanych z graniem jak choćby propozycja Jany, że odpali mi gierkę na ps1 jak skoczę do wody z mostu kolejowego jakieś 6 metrów wysoki. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie październik i straszna pizgawica. Zrobiłem to i dostałem Double Dragon największego crapa w jakiego w życiu grałem :D Czas ps1 to dla mnie czas strategii i gier rpg, a także co było wtedy fajne patrzenie jak gra ktoś inny nie tylko na automatach, ale na konsoli również. Z wiekiem dopadlem się do PC i dosięgło mnie szaleństwo na punkcie StarCrafta i civilization 3. Jak wspominam był to też dla mnie punkt zwrotny jako gracza i sam nie wiem dlaczego. Jakoś koło 2005-06 odkupiłem od Jany ps2 i przestałem grac w rpg i RTS i ogólnie na PC. God of war, devil may cry czy mgs 3, a także wiele innych tytułów pchnęło mnie bardziej w stronę gier akcji. Jednak najważniejsze było to, że już nie odczuwałem tego szaleństwa jak w latach poprzednich. Każdy wiek rządzi się swoimi zasadami więc takie podejście w końcu mi minęło. Czas studiów to czas Xboxa 360, a potem PS3 i zaraza zwana achievemnts/trophies. Człowiek grał, ale zbyt często dla tych wirtualnych nagród. Otrzeźwienie przyszło jakieś 2 lata temu wraz z ps4 i byl to też początek głębokich refleksji na temat grania. Z wiekiem czasu coraz mniej,a wolny czas jest na wagę złota więc postanowiłem wracać do korzeni i starać się grać w tytuly i gatunki, które niegdyś lubiłem i tak w 2016-2017 prócz ps4 powróciłem do Heroes 3, medieval total war, theme hospital,rozbilem final fantasy 5 i advance wars. Obecnie mogę się określić jako gracz na rozdrożu. Niby ogrywam w miarę nowe tytuły, ale coraz bardziej ciągnie mnie do tego co dawniej ogrywałem. Myślę, że w moim wypadku takie rozwiązanie jest dobre. Kończę bo się rozpisalem trochę, a i tak człowiek pominął sporo, ale mniej więcej tak to wygląda. Jedno wiem na pewno grać nie przestanę, ale czy będę taki sam jako gracz to już czas pokaże. Pozdro dla wszystkich

  7. Magiel już został odfajkowany w weekend, ale że ja jestem ostatnio leń jeśli chodzi o pisanie komentarzy, to postanowiłem dopiero dziś naskrobać coś od siebie ;) No to jadymy!

    Przygoda z graniem zaczęła się u mnie od Pegasusa, którego starszy brat dostał na komunię. Na początku to się przyglądałem z boku jak rodzicie grają i próbują a to przejść Super Mario Bros, a to dojść jak najdalej w Battle City czyli popularne Tanki, Arkanoid czy też Tetrisa. Ogólnie w konsoli wtedy siedziała niezmordowany kartridż 168 in1, który miał wiele kapitalnych gier. A gdy ja zapragnąłem grać, to wtedy już nie było zmiłuj i wkręciłem się na dobre. Jako jeden z pierwszych doszedłem w Mario do labiryntu 4-4 i dylemat jak to przejść. Pomógł mi wuja, który też wtedy miał Pegaza i zdradził jak ukończyć ten etap by dojść do bossa. Micha mi się cieszyła jak pierwszy raz ukończyłem ten etap. Później z bratem przeszliśmy pierwszy raz Contre, ale mieliśmy 31 żyć, które i tak nie starczyły, bo potrafiliśmy tracić je patrząc obecnie w dość głupich momentach (macham do was lasery z poziomu 6 ;P). Ze 168 in 1 ograłem jeszcze wiele gier, których nie udało mi się ukończyć, ale były to niezapomniane tytuły. Potem pojawiły się kolejne kartridże z kolejnymi wieloma grami, więc chłonąłem wszystko jak leciało. W międzyczasie u znajomego poznałem Amigę i na niej się grało. Mało tego w moim domu też był Commodore 64, który również był uruchamiany. Najpierw tata nam wgrywał gry, bo wiedział jak, a potem pałeczkę przejęliśmy my ;D Rick Dangerous, Test Drive, Rambo 3, Operation Wolf, Bad Street Brawler – to tylko kilka przykładów gier w które wtedy ciorałem na tym. Z czasem też poznałem co to PC gdy u sąsiada klatkę obok zobaczyłem FIfe 98 czy też Need For Speed 2. Jednak największy opad szczęki zafundował mi ten sam wujek, u którego ujrzałem PlayStation, a na nim odpalone pierwsze Gran Turismo. Ta grafa! Te detale! To był istny ku*wa kosmos!! Po szkole zacząłem chodzić do niego i grać na plejce. Niestety wuja miał przerobionego pleja i przez długi czas nie miałem okazji ujrzeć oryginalnego pudełka od gry na ten sprzęt. Jednakże dzięki temu ograłem u niego jak i potem u siebie sporo gier. Były to gry różnej maści, Jrpgi, akcyjniaki, bijatyki, survival horrory, platformery. Łykałem to jak hehe pelikan :D Pierwszym oryginałem jaki miałem był Tekken 3 w którego wcześniej dużo grałem u wuja, a potem u siebie i to jest jeden z gatunków gier, który kocham do dziś <3 Widać to choćby po moich blogach na ppe :) Era PS2 to już był totalny odlot. Na tym też ograłem sporo gier i znowu dzięki piraceniu (shame on me x2!). Co jakiś czas wymieniałem się grami na ps2 ze znajomymi, ale gdy zobaczyłem u jednego z nich PC i odpalonego na nim CS-a 1.6, to byłem zaskoczony oprawą. Później u niego graliśmy także w Quake'a, Unreala, Dooma, Gothica czy też kultowe Heroes of Might & Magic III. A jak miałem już swojego pieca, to także na nim grałem, ale nie porzuciłem PS2, co to to nie. Grałem na obu sprzętach (no i co? da się pogodzić pc z konsolą? da!). Wtedy miałem dużo wolnego czasu, więc mogłem grom poświęcać całe dnie, ale gdy nastała kolejna era konsol, to coś się u mnie zmieniło. Owszem nadal grałem i czułem się graczem, ale doszły kolejne obowiązki jak choćby matura, planowanie co dalej ze swoim życiem, a także zacząłem pałać miłością do książek, do których przez większość lektur szkolnych miałem wstręt. No i z czasem doszła też praca, a jak wiadomo gdy dochodzą inne rzeczy, to nie ma się już tyle czasu na granie. Obecnie to poświęcam na granie znacznie mniej czasu. Dlatego też nie bardzo lubię zaczynać jrpgów, bo zdarza się, że mogę go nie skończyć (hejoo Persona 3 :). Owszem nie jestem za tym by single w grach były na 6 godzin, ale czuję, że gracze, którzy już mają na karku te ok 25 lat już nie są w stanie grać tyle ile kiedyś czyli całe dnie, a wolą zrobić zamiast tego co innego. Ja np. czasami lubię trochę pograć tak z godzinkę może dwie, ale potem wolę obejrzeć jakiś serial/film ,poczytać coś ciekawego lub też gdzieś wyjść.
    Pozdrawiam :)

  8. Może u repipa perma nie dostanę jak na PPE :)

    Czy się zmieniłem? Nie sądzę. Co najwyżej jestem coraz bardziej głupi. Gry wciąż sprawiają mi frajdę, wciąż wyciskam z nich wszystkie soki, wciąż gram w te same gatunki, wciąż robię to samo, każdą grę kończę, oceniam.

    Jedyna różnica to, że współczesne samograje gdzie save robi się co 30 sekund rozleniwiły mnie do tego stopnia, że dziś boję się podejść do trudnych gier. Ten Dark Souls to wykurw z dupska samego Zeusa, ale ja się boję do niego podejść. Bo jak okaże się, że sobie nie radzę (tatusia oszukasz, mamusię oszukasz, ale trofeów nie oszukasz) to wyjdę na lamę – Kwadrat będzie się ze mnie śmiał, pół Polski i materiał pokażą na TVN, że „Grif lama i nie potrafi w Soulsy grać). Dlatego nie podchodzę do trudnych pozycji.

    Ba, wciąż nie mogę skończyć pieprzonego amigowego „Project X”. Inne shmupy kończyłem, ale tego jakoś nie mogę – kiedyś bym go wypiłował na blaszkę, ale dziś robię kilka prób, ginę i rezygnuję. Wychodzi na to, że z wiekiem staję się coraz większym lamerem. Chujnia!

    • A wuj, muszę mniej pić – przeczytałem „zmieniłem”, zamiast „zmieniałem”. Z drugiej strony może to lepiej, że przeskoczyłem od razu do końca. Ile razy można można pisać – „Na początku było słowo, Amiga i SuperFrog”?

    • Nie bój się trudnych gier! Też się kiedyś bałem, że wyjdę na lamusa i że tylko wydaje mi się, że jestem fajnym gościem. A okazało się ze jestem bardzo fajnym lamusem, który dużo przeklina i padnie kiedyś na ciśnienie ;-)

      • Nie boję się tylko FPSów. Zwykle od razu gram na Hard i daję radę. Gorzej z innymi gatunkami (tutaj tylko Normal) i staram się unikać Braidów i Dark Soulsów.
        Ale ten DS obiecałem sobie, że sprawdzę. Najpierw sobie ściągnę go na próbę na PC – pogram z kilka godzin i jeśli się okaże, że daję radę to kupię go sobie na Soniaka. Jeśli okaże się, żem lamer lamerzysty i rady nie daję odejdę z podkulonym ogonkiem :)

  9. Zainteresowanie maglem gigantyczne, na wspominki o dawnych czasach każdy jak widzę jest bardzo chętny, zwłaszcza gdy ma się już tą ekh… 30-tkę za soba. I jest co wspominać…ale co tam. Można równie dobrze spojrzeć na to jak zmieniała się branża gier. Jak już ktoś wyżej wspomniał, teraz łatwo ograć retro graty, bo wystarczy zajrzeć do youtuba czy innej strony w necie. I znaleźć wszystko łącznie z opisem przejścia. Kiedyś nie było takiego dostępu do informacji. Byli znajomi i prasa drukowana. Jak pojawił się empik to pamiętam, że kupiłem anglojęzyczny Total 64 za jakąś niewspółmierną kwotę 50zł czy jakoś tak, gdzie za inne pisma było normalnie po 10-15zł. Skótkiem tego nie grało się w pewne tytuły, bo nie były one znane. Lub były niedostępne. Sam pamiętam jakim wyczynem było (nawet w stolicy) kupienie gry na Nintendo 64. Nie wspominając już o cenach przy których obecnie retro hobby jest tanie. Teraz kupno gry to żaden problem, ebay ma w ofercie praktycznie wszystko, a jak nie to są inne portale czy sklepy. Nie wychodząc z domu kupuję gry :)

    Kiedyś też dłużej i więcej grało się w jeden tytuł, bo było ich mało. Teraz mam rozgrzebane 3 gry którymi żągluję i chętnie zacząłbym kolejną, bo jestem jej ciekaw. Tak, teraz ma się świadomość tego w co chciałoby się zagrać. Kiedyś grało się w to co było. Teraz jest wszystko na wyciągnięcie ręki, ale nie ma już tyle czasu co kiedyś! Chociaż i tak czasem ze zdumieniem patrzę jak przez weekend (od piątku do niedzieli czyli 3 dni żeby nie było) pęknie mi 10 godzin przed konsolą!

    Na pewno bardziej świadomie gram, ale i bardziej wygodnie. Gry mają cieszyć i dawać radość, a nie wkurzać przy 10-tym podejściu do tego samego poziomu. Tutaj za plus biorę wszelkiej maści savy w dowolnym momencie. Z drugiej zaś strony sam zauważyłem, że pewne gry, które były za młodu mega trudne teraz przechodzę bez zająknięcia się (patrz Loony Tunes na NES’ ale już TMT jest nadal trudne nawet w coopie…).

    Dobrze, że kiedyś było …. inaczej. Tak, dzięki temu, że wszystko było wtedy nowe i intrygujące to do dzisiaj pozostała mi ta fascynacja grami. I do dzisiaj nawet te stare retro gry ze SNES’a dają mega dużo fanu i cieszą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Z całym tym swoim ładunkiem emocji i sentymentu. Bo fajnie jest wracać do starych gier :)

  10. Panowie każdemu należy się tutaj medal z kartofla. Takiego poziomu tak wielu komentarzy pod jakimkolwiek artykułem w internetach dawno nie widziałem, brawo My!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*