Nora | Przygody Robin Hooda

Nora RetroBorsukaWitajcie w Norze po dłuższej przerwie! Słowa piosenki zespołu Clannad sławiące naszego dzisiejszego bohatera, pamięta pewnie wielu z Was. Robin… The Hooded Man… Serial Robin z Sherwood emitowany w naszym kraju w połowie lat 80-tych zdobył wręcz kultowy status, a odtwórca roli tytułowej – niejaki Michael Pread na wiele lat stał się bożyszczem rozkrzyczanych nastolatek z przemokniętymi majtkami. Robin … Zakapturzony Człowiek… I jego drużyna: Lady Marion, Braciszek Tuck, Mały John czy Szkarłatny Will – tak, to właśnie ich niesamowicie klimatyczne, tajemnicze i nastrojowe przygody pozwalały choć na chwilę całym polskim rodzinom, przenieść się do urokliwego Lasu Sherwood, polować na zwierzynę, uczestniczyć w konkursach łuczniczych czy nawet rabować bogaczy z Szeryfem Nottingham na czele! Ależ to była rozrywka – chyba najlepszy serial o przygodach leśnej bandy w całej historii telewizji… No przynajmniej do czasu, kiedy to charyzmatycznego i przystojnego Pread’a zastąpiono miałkim aktorsko i nijakim charakterologicznie Jason’em Connery’m, który moim zdaniem położył kolejne sezony tego arcydzieła.

Dlaczego o tym wspominam? Siedzę sobie na urlopie na wiosce ostatnio, przeglądam w co sobie popykać w wolnej chwili i mój wzrok pada na Przygody Robin Hood’a na Atari. Grałem, czy nie grałem? Nie pamiętam, cholera! A w głowie słyszę przepiękny wokal Moy’i Brennan, przed oczami zaś widzę czołówkę ulubionego serialu z młodości. Także gdzieś w oddali czaszki Bryan Adams śpiewa, ze zrobi wszystko dla swojej miłości, a Kevin Costner przypomina o sobie, strugając zapałki ze strzał, jedna w drugą, jedna w drugą! Nagły atak wspomnień był tak wielki, że nie mogłem się oprzeć, aby nie zerknąć na wszelkie 8-bitowe przygody tego rzezimieszka, z naciskiem oczywiście na moje ulubione sprzęty czyli Atarynę i Komodę. Przed wami, najprawdopodobniej w dwóch odcinkach – wybrane najlepsze (nie tylko) rozpikselizowane i bardziej zręcznościowe wcielenia Człowieka w Kapturze! Tekstówki z Lasu Sherwood sobie darowałem…


THE ADVENTURES OF ROBIN HOOD

ENGLISH SOFTWARE (1984)

AUTORZY: TIM HUNTINGTON / GLENYS HUNTINGTON

zręcznościowa

(Atari)THE ADVENTURES OF ROBIN HOOD atari

OPIS

English Software to bardzo dziwny wydawca. Z jednej strony potrafił wykroić nam z tej marnej ilości bitów takie hiciory jak Jet Boot Jack – opisywany już tutaj przeze mnie, mocno uzależniający jaskiniowy platformer, czy superpłynne, tajemnicze i trójwymiarowe zarazem wyścigi w przyszłości – Elektra Glide. Z drugiej, niejednokrotnie dostarczał nam także badziewie, przy którym grającemu oprócz zapału, po chwili opadały też ręce… Firefleet czy Przygody Robin Hood’a są właśnie tego najdobitniejszym przykładem…

Patrząc na oprawę graficzną już troszkę się zaniepokoiłem, gdyż nawet jak na 8-bitowe standardy gra nie należy do najpiękniejszych, ale myślałem, że chociaż rozgrywka mimo swojej prostoty wynagrodzi mi trudy wcielania się w bardzo chudego Robina. Bardzo chudego, ale wyposażonego w łuk i do tego całego zielonego! Drogi Robinie, oprócz herbaty musisz niekiedy zjeść także trochę mięska i owoców – twoja dieta cię wyniszcza! Jak ty wyglądasz chłopie, wstyd ludziom się z tobą pokazać… A już wiem czemuś taki chudy – to z nudy. Rozgrywka, niestety moi mili, nic nam nie wynagradza – Przygody Robin Hood’a to po prostu chodzona strzelanina (zbyt gruuubo powiedziane w tym przypadku), na ograniczonym paroma ekranami obszarze (przesuwanym), połączona z bardzo prostym zbieractwem.

Spokojnym i miarowym krokiem naszego herosa przemierzamy bardzo oszczędnie przedstawioną okolicę, od wysuniętego najbardziej na wschód Lasu Sherwood, przez okoliczne wioski, aż do położonego na przeciwległym krańcu mapy Zamku Nottingham. Obszar działania mamy zaprawdę ogromny, gdyż jego przebycie zajmuje naszemu bohaterowi w sumie… około minuty! W czasie swojego spaceru (inaczej tego nazwać nie sposób) napotkamy czyhających na nasze życie łuczników szeryfa, a raczej klon jednego z nich, gdyż taką mamy tułaj właśnie różnorodność jednostek wroga. Wymieniamy z nimi po strzale, zbieramy pozostawione mieszki złota i punktujemy. No i w sumie to tyle – po osiągnięciu odpowiedniego wyniku zmienia się poziom trudności gry na wyższy, łucznicy pojawiają się w liczniejszych grupach i szybciej naciągają cięciwę. Aha, dodatkowe punkty możemy też zdobyć odwiedzając Wielkie Drzewo oraz Lady Marion na zamku. W skrócie – zasuwamy w lewo i prawo, strzelamy do jednego rodzaju wroga i zbieramy mieszki złota albo całusy (babskie i drzewne). Proste, łatwe, powtarzalne do bólu, nudne i nieprzyjemne.

PLUSY

Niewątpliwie jest to najszybszy przewodnik turystyczny po całym Nottingham i okolicach – minuta i widziałeś wszystko! I fajnie, że Robin w roli głównej. Szkoda, że taki chudy…

THE ADVENTURES OF ROBIN HOOD atari

MINUSY

Wspomniana wcześniej oprawa graficzna kłuje w oczy i nie zaprzeczajcie tylko włączcie sobie właśnie Odrzutowego Jacka czy Montezumę to zobaczycie, na co było stać małe atari w tamtych latach. Muzyki jako takowej brak zupełny, zaś efekty dźwiękowe za długo nie pozostały w mojej pamięci. Nasze podjazdowe łucznicze potyczki mają niestety ślamazarne tempo – strzała pędzi w kierunku wroga z prędkością jego marszu… Wspinaczka po drzewach czy drabinach jest tak niedopracowana, że bardzo często kończy się spadnięciem naszego protagonisty i niechcianym zgonem. Różnorodność gry także poraża: jeden rodzaj przecinków, jeden rodzaj znajdziek, jeden rodzaj broni, okolica na trzy kroki… Po awansie na wyższy poziom trudności praktycznie nic się nie zmienia i gracz po kilku chwilach zupełnie traci motywacje do dalszej zabawy w dobrotliwego awanturnika.

KIEDYŚ

Przed uruchomieniem gry – sam jej tytuł zupełnie nic mi nie mówił. Dopiero kiedy ujrzałem ją w akcji, przypomniałem sobie, że przecież kieeeedyś, baaaardzo dawno temu, w jakimś osiedlowym klubie komputerowym wraz z moją pierwszą miłością graliśmy w tego Robina! No raczej włączyliśmy go na chwilę, i tyle. Tak nam przypasował…

TERAZ

Oszczędźcie sobie nerwów, wrażeń i czasu – po prostu pograjcie w te zdecydowanie bardziej grywalne gry od Anglików: przytoczone przeze mnie wcześniej, czy chociażby niezłe podwodne przygody płetwonurka w Neptune’s Daughter albo mroczny klon pacman’a – Dan Strikes Back – mimo, że nie są to powalające hity to i tak zjadają szczypiora w kapturze bez popitki.

STEROWANIE

JOY – poruszanie się, GÓRA/DÓŁ – wspinanie po drzewach, drabinach, FIRE – strzał z łuku.

THE ADVENTURES OF ROBIN HOOD (ATARI XL/XE)

Roooobin… Chudy był… Mało jadł i duuużo pił… Przygody kiepskie miał…

Retrometr


SUPER ROBIN HOOD

CODE MASTERS (1987)

AUTORZY: DELVIN SORRELL, TIM WILSON, DAWID WHITTAKKER, OLIVER TWINS

zręcznościowa – platformer

(Commodore)robin hood commodore

OPIS

Zanim ktokolwiek z Was patrząc na retrometr, wydawcę oraz tytuł omawianej tutaj przeze mnie gry – zbeszta mnie jak burą sukę, za przyznanie tak skromnej oceny jednej z najlepszych platformówek z Robin Hood’em (przynajmniej w przypadku NES’a / Pegazusa, gdzie identycznie zatytułowana gra od Mistrzów Kodu zrobiła swego czasu w Polsce furorę) – parę zdań wyjaśnienia. Recenzowany tytuł jest konwersją amstradowego debiutu ojców Dizzy’ego – Bliźniaków Oliver (Oliver Twins), a znany z pierwszej konsoli Nintendo – Super Robin Hood – jest jego zdecydowanie ulepszonym i dopieszczonym rozwinięciem.  Ta dopasiona nes’owa edycja gry także została przeniesiona na Komodę (oraz Amigę) ale dopiero w 1992 roku i pod zmienioną nazwą – Robin Hood: Legend Quest. Tych z Was, którzy w przeszłości z przyjemnością zagrywali się w lepszą wersję tej gry – zapraszam do kolejnych odcinków Nory, gdzie znajdziecie jej recenzję. A teraz wróćmy do tytułowego łucznika – czy naprawdę jest taki super jakby tytuł wskazywał?robin hood commodore

PLUSY

No kurka, nie bardzo! Zacznijmy jednak od pierwszego wrażenia, które cholernik robi bardzo dobre! Niczego sobie ekran tytułowy połączony z przebojową muzyką mojego faworyta Dawida Whittaker’a bardzo pozytywnie nastraja do rozpoczęcia przygody. Ekran rozgrywki także nie zwiastuje jeszcze katastrofy jaka ma nadejść – szczególnie ładnie wygląda duża i zgrabnie animowana postać złodziejaszka (przynajmniej zgrabnie, dopóki nie oddamy skoku…), zaś sama gra wygląda na niezłego platformera połączonego z ograniczonymi do minimum elementami strzelanymi.

MINUSY

I niestety, na tym tylko poprzestaje… Resztę najchętniej przemilczałbym i dodatkowo skarcił autora tej konwersji (amstradowy oryginał posiadał szybszą rozgrywkę i wręcz salonową mechanikę). Tutaj dostaliśmy bardzo ślamazarną scroll’owaną platformówkę, z kiepską detekcją kolizji i poruszającym się w ślimaczym tempie łamagą, któremu obsługa łuku zajmuje dobre ponad dwie sekundy! Z kucek, oczywiście strzelać nie potrafi, a koordynacja ruchów zawodzi przy skokach… Sterowanie – nie ukrywajmy jest fatalne, a wymiana uprzejmości z parokrotnie szybciej strzelającymi przeciwnikami nie należy do przyjemnych. Celem gry jest zbieranie rozrzuconych po zamku kosztowności, serduszek i kluczy uruchamiających windy, a poprzez to dalsza eksploracja poziomu, aż do znalezienia wyjścia. Tylko co z tego, jeśli nie wiesz, którą platformę poruszył zebrany klucz? Lataj teraz tym ślimakiem po całej fortecy i sprawdzaj. I następny klucz i następna winda…robin hood commodore

I co z tego, że masz 99 jednostek zdrowia, skoro każdy upadek z większej wysokości, każdy kontakt z wrogiem czy jego cholernie szybkim pociskiem zeruje je w mgnieniu oka. Nie dość, że wolno, nudno, to na dodatek trudno… Szkoda, że świetna muzyka z czołówki poszła się kochać w trakcie rozgrywki, okrywając się czarnym jak smoła prześcieradłem udającym tło. Z dźwięków zapamiętacie jedynie ten oznaczający utratę sił witalnych, zaś z oprawy graficznej tylko wygląd naszego zielonego kapturka. Zapomniałbym o jednym… Nasze strzały działają tylko na pigmejów, rycerze i pająki są nieśmiertelni…

KIEDYŚ

Ufff, na szczęście nie! Za młodu obcowałem tylko z NES’owym Super Robinem i późniejszą jego konwersją na Komodę i Przyjaciółkę czyli z Legend Quest.

TERAZ

Darujcie sobie, pomimo, że w tym odcinku same miernoty (oczywiście oprócz genialnego Clannad i Robina z Sherwood) to jednak w w kolejnym przedstawię parę zacnych gier z naszym bohaterem do ogrania. Tam będzie lepiej zainwestować swój retro-czas!

STEROWANIE

JOY – poruszanie się ślimakiem w kapturze, GÓRA – żabi skok przed siebie, FIRE (za dłuuuugo) – wypuszczenie leniwej strzały.

SUPER ROBIN HOOD (C-64/C-128)

Wcale nie taki super…

Retrometr


ROBIN HOOD

SYSTEMS EDITORIALE / COMMODORE SOFTWARE CLUB (1988)

AUTOR: CHRIS YATES

zręcznościowa – strzelanina

(Commodore)

robin hood commodore

Pająk i Niebieski Robin. Tylko Batmana brak…

OPIS

Biegana strzelanina z widokiem z góry w stylu Commando – to kolejne wcielenie naszego tym razem niebieskiego bohatera w kapturku. Dodam, że wcielenie zupełnie mi wcześniej nie znane  – po prostu korzystając z urlopu ładowałem do pamięci moich retrosprzętów wszelkie gry z tym charytatywnym złodziejaszkiem. I tak moim oczom ukazała się czarno-biała strona tytułowa, a później całkiem zjadliwy ekran rozgrywki. Udana oprawa graficzna zachęca gracza już od początku do wyruszenia na nierówną walkę z całą armią Roberta de Rainault’a (zwanego gdzieniegdzie Szeryfem Nottingham, a gdzieniegdzie kawałem chuja) – złożoną głównie z biegających piechurów, nieruchomych łuczników czy wież oblężniczych strzelających jednocześnie w czterech kierunkach. W trakcie swojej dosyć krótkiej wędrówki napotkamy także wrogą faunę w postaci jadowitych węży i pająków, które jednak nie stanowią większego wyzwania. Na razie gra zapowiada się całkiem obiecująco, nieprawdaż?

PLUSY

Wspomniana przeze mnie wcześniej grafika robi może nie rewelacyjne, ale przynajmniej nieodpychające wrażenie. Postać sprawnie i szybko reaguje na wychylenia dżoja, przyjemnie zasuwając przez dosyć różnorodne miejscówki: ruiny cmentarza, oczywiście las, pejzaże agroturystyczne i forteca szeryfa. W przypadku gry ośmiobitowej, także wielokształtność wrogów jest zdecydowanym plusem tej pozycji, jednakże po ich zachowaniu najbardziej wyczuwamy, że gra została zrobiona za pomocą SEUCK’a (Shootem Up Construction Kit – program do tworzenia strzelanin, wydany na wiele systemów – w tym na zasłużonego Komcia). Przejdźmy więc do minusów…

MINUSY

SEUCK nigdy nie był wielce wybitnym narzędziem i jeśli widziałeś jedną grę zmajstrowaną przy jego pomocy – widziałeś wszystkie. Oczywiście, we wprawnych rękach i przy odrobinie wysiłków twórców trafiają w nasze ręce nieraz takie grywalne perełki jak: Sheep vs Fox (2012) czy VIOS Special Edition (2011), ale zdecydowanie częściej otrzymujemy podobne do siebie, mało urozmaicone i dosyć łatwe strzelaniny. I dokładnie tak jest w przypadku naszego dzielnego Robin’a – co z tego, że mamy tyle wielorakich przeszkadzajek, jak ich zachowanie i ataki są sztywno opisane w programie i niezależne od działań i położenia naszego herosa. Nie ma tutaj żadnego AI, nawet o najmniejszym możliwym IQ – jeżeli nie biegniemy na łeb, na szyję – tylko ostrożnie przemierzamy średniowieczną Anglię – przejdziemy tą prostą grę za drugim, czy trzecim podejściem… I to bez żadnej kontynuacji, więc sami widzicie, ze gra nie stanowi żadnego wyzwania.robin hood commodoreDodatkowo jest całkowicie wypruta z esencji wszelkich shmup’ów – nie znajdziemy w niej: ani żadnych szefów to ubicia (bossowie ponoć siedzą w Pruszkowie…), ani jakichkolwiek znaleźnych narzędzi zagłady (jeden łuk przez całą grę…),  żadnych dodatkowych ulepszaczy posiadanej broni i ani nawet jednej znajdźki! Ależ urozmaicenia… Pozytywne pierwsze wrażenie psują także częste zwolnienia rozgrywki spowodowane nadmiarem wrogów na ekranie – autor przesadził z ich ilością i biedna Komoda nie wyrabia… Podsumowując – nawet ładna, całkiem prosta i mimo tego, że dość krótka – usypiająca pozycja.

KIEDYŚ

Grę odkryłem dopiero na tegorocznych wakacjach, co w przypadku wielce bogatej groteki C-64 pewnie jeszcze wielokrotnie mi się przytrafi. Tylko proszę, aby te przyszłe odkrycia były skarbami, a nie złomem jak w tym przypadku…

TERAZ

Na Komodorku znajdziecie co najmniej setki lepszych strzelanin zarówno bieganych jak i latanych, więc o rzeczonej produkcji najlepiej szybko zapomnijcie i tyle.

STEROWANIE

JOY – poruszanie się, FIRE – strzał z łuku.

ROBIN HOOD (C-64/C-128)

Łatwe i nudne przygody Niebieskiego Robina. Trochę kpina, że znajdziek ni ma…

Retrometr


To jeszcze nie wszystkie wcielenia Człowieka w Kapturze na najbardziej popularne w Polsce ośmiobitowce. Do tematu powrócimy, ale nie martwcie się – w kolejnym odcinku Przygód Robin Hood’a przypomnę Wam bardziej grywalne i po prostu lepsze gry z jego udziałem, ubarwione nieśmiertelnym przebojem (Everything I Do) I do It For You! Książe Złodziei powróci, tym razem uzbrojony w strzały z ostrzejszymi retrometrami! Do przeczytania.

Inne artykuły:

Nora | Podróże z Doktorem Borsea’u Witajcie kochani miłośnicy przyrody! W dzisiejszej Norze wyruszycie na bardzo ciekawą i pouczającą podróż przygodowo-naukową ze znanym na całym świeci...
Recenzja | Dr. Jekyll & Mr. Hyde Gra ochrzczona znakiem jakości przez Nintendo i bierzmowana kilogramem łajna przez Jamesa Rolfe’a osiągnęła dzisiaj status legendarnej wśród najgorszy...
Retro Rozmaitości | Marzec 2018 Dziś 1 kwietnia, żartu nie mamy, ale podsumowanie newsów z marca już tak. Tak jak przed miesiącem dzielimy wpis na 2 części, teraz lecą newsy, a na...
O RetroBorsuk 47 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.