Przegląd | BloodRayne, BloodRayne 2, BloodRayne Betrayal

Achtung! Achtung! Prezentowane poniżej screeny, bądź opisy mogą zawierać śladową ilość brutalnych scen oraz tony krwii! Nie dla najmłodszych! Jak coś to zostaliście ostrzeżeni. Kolejny rok, kolejne Halloween, więc pewnie nie możecie się doczekać, jaki to potworny tytuł przygotował na tę okazję Lukega? Ano dziś będzie nieco o wampirach, nazistach (oraz ich krwii), łowcach wampirów oraz o pourywanych kończynach. Poznajcie Rayne, która wraz z wiernym przyjacielem Globoxem przemierzą kolorowe krainy, stoczą boje z Robopiratami i Mroklumami… zaraz, zaraz coś chyba pokręciłem?


BloodRayne

Terminal Reality – PC, GameCube, Playstation 2 (2002)

przegląd

Third person shooter

Dobra jeszcze raz… poznajcie Rayne, Blood Rayne, najgorętszą wampirzycę świata, która dobre paręnaście lat temu próbowała konkurować z niejaką Larą Croft – słynną łowczyni skarbów. Niestety o ognistowłosej wampirzycy świat częściowo zapomniał, a szkoda, bo babeczka przeżyła niejedną przygodę wartą opowieści… no tak właściwie to tylko trzy (plus trzy filmy od Uwe Bolla tak złych, że lepiej o nich nie wspominać). Jednak są one tak różne i tak odmienne gatunkowo, że dziś przyjrzymy się całej trylogii. Pamiętajcie, żeby się nie skaleczyć podczas czytania, bo Rayne  zaskoczy i wypije z Was krew! Na pierwszy ogień nie inaczej początek tej wampirzej sagi.

Zanim jeszcze przejdziemy do krwistego dania głównego, warto wspomnieć nieco o Terminal Reality, odpowiedzialnych za tę serię. To dzięki nim powstały takie hity (obecnie nieco zapomniane) jak trylogia efektownych shooterów kosmicznych w 3D pamiętających czasy Windowsa 95 (Terminal VelocityFury3Hellbender) obie części Monster Truck Madness oraz wyjątkowo wciągające niczym Proton pack na duchy Ghostbusters: The Video Game, które godnie oddaje ducha oryginału.

Rok 1933. Organizacja Brimstone przyjęła do swych szeregów dość niecodzienną agentkę – urodzoną w 1915 roku dhampira, krzyżówkę wampira z człowiekiem, czerpiącą walory z obu gatunków. Naszą przygodę zaczynamy w opustoszałym bagnistym miasteczku w Louisianie, w celu przebadania, co takiego spowodowało wymarcie całej okolicy oraz uratowanie możliwie jak największej ilości ocalałych, o ile ktokolwiek przeżył. Pierwszy rozdział, będący jednakowo prologiem pełni funkcję całkiem oryginalnego samouczka (ten również jest dostępny jako bonusowa misja). Wchodzimy do budynków, wypełniamy cele misji oraz mordujemy dość powolne zombiaki z wiatrówkami niestanowiące zbytniego wyzwania dla naszej bohaterki. A trzeba podkreślić, że Rayne umie sobie poradzić w najbardziej ekstremalnych warunkach: skacze na 4 metry wzwyż, może biegać trzy razy szybciej niż człowiek, potrafi przyjąć na klatę setkę pocisków, a gdy jest ranna, może się rzucić na swą ofiarę, wyssać krew i tym sposobem zregenerować swe ubytki zdrowotne. Należy pamiętać, że nie przeciwnicy są największym problemem, a woda, gdyż ta w iście zabójczym tempie rani naszą towarzyszkę przygód.

Jak na agentkę przystało, na misję nie idziemy bezbronni. Naszą główną bronią są dwa wielgachne, niezwykle ostre ostrza przymocowane do ramion, którymi będziemy kroić ofiary niczym kostkę masła oraz cała masa znalezionej tu i ówdzie broni palnej (pistoletów, wiatrówek, karabinów maszynowych) trzymanej po dwa egzemplarze naraz, z wyjątkiem większych zabawek pokroju Panzerfausta czy ciężkich karabinów pokroju MG42 lub Maxim, no te ciężko byłoby trzymać w jednej ręce. Łącznie możemy nieść po 6 „lżejszych” zabawek, jeden rodzaj granatów / dynamitów oraz równie tyle samo najcięższej artylerii. O przeładowywanie magazynków nie musimy się martwić, bo gdy zabraknie nam amunicji Rayne automatycznie wyrzuca daną pukawę i podnosi najbliższą dostępną. Co ciekawe, mimo że grze nie ma jakiegokolwiek celownika nasza agentka bez trudu potrafi ustrzelić swe ofiary no chyba, że są poza jej zasięgiem.

Kompilacja

Hektolitry krwi zaspokajają potrzeby Rayne

Jak już wcześniej wspomniałem przez mniej więcej pierwszą godzinę gry będziemy głównie rozprawiać się z zombiakami i przerośniętymi pająkami na bagnistych terenach, co innego w drugim i trzecim rozdziale. Pięć lat później w Argentyńskiej tajnej bazie będziemy polować na nazistów, którzy są szybsi, wytrzymalsi no i lepiej uzbrojeni od nieumarłych oraz na Gegengeist Gruppe, w skrócie G.G.G (nie mylić z Gadu-Gadu-Gadu) odgrywający rolę bossów: specjalny oddział zajmujący zjawiskami paranormalnymi z tajną misją znalezienia Atlantydy oraz potężnego artefaktu, który pozwoli przejąć władzę nad światem. O ile większość „super-komandosów” jest po prostu mocniejszą wersją zwykłego żołnierza, tak czasem trafią się ciekawe i oryginalne pojedynki zmuszający nas do odrobiny pomyślunku. Jednym z moich ulubionych walk jest pojedynek z nazi-ninją na trzy poziomowej konstrukcji pokrytej mgłą, który co jakiś czas rzuca granat dymny i pojawia się w innym miejscu, a my w międzyczasie szukamy gdzie się gnojek który w nas strzela schował. Innym ciekawym boss fightem jest ucieczka przed gigantycznym dziesięciometrowym pająkiem, do czasu jak mu nie urwiemy tych przerośniętych nóżek.

To, co wyróżnia BloodRayne na tle innych gier akcji jest niebywały poziom brutalności. Praktycznie cały czas będą lały się hektolitry krwi na wszelakie podłogi i ściany, a i bardzo często zdarzy się, że „niechcący” przekroimy przeciwnika w pół lub urwiemy mu nogę, dłoń czy tam głowę. Zresztą nie bez powodu gra jest od lat 16. Nawet w serii GTA czy Mortal Kombat nie spotkamy się z takim poziomem brutalności.

Kolejnym wyróżnikiem jest dość unikatowy system kodów. W większości starych gier zazwyczaj trzeba było nacisnąć tyldę, wpisać „god”, „giveall” lub „allammo”, by móc być niezwyciężonym. Tutejsze kody może i działają na podobnych zasadach co w większości gier, jednak są znacznie bardziej unikalne. Na przykład dzięki TRIASSASSINDONTDIE będziemy nieśmiertelni, a SHOWMEMYWEAPONS pokazuje posiadane pukawki na plecach bohaterki. Najciekawszym „oszustem” jest jednak jest JUGGYDANCESQUAD powodujący podskakiwanie piersi u kobiecych bohaterek podczas poruszania się, jak gdyby były z galaretki.

Im dalej będziemy zagłębiać w rozgrywkę, tym lepiej. Końcówka drugiego epizodu uraczy nas klimatyczną wycieczką do tajemniczej jaskini przypominającej nieco planetę Xen z pierwszego Half Life, by zaraz potem rozpocząć ostatni trzeci rozdział w zimowym niemieckim zamku Wolfenstein, który dosłownie wgniata w fotel klimatem.  A tam to dopiero się będzie działo! Raz bawimy się w predatora, by potem stać się ofiarą zmasowanego rakietowego ataku. Nie psując jeszcze bardziej czekających na was niespodzianek tak po cichutku powiem, bo wiecie — wampiry mają dobry słuch (w końcu mają wiele wspólnego z nietoperzami), że będą czekać na nas skrzydlate stwory, masa bojowo nastawionych przeciwników oraz pewna sekcja, w której pokierujemy mechem!

Kompilacja BloodRayne

Czy Krwawa Rayne jest tytułem doskonałym? No tak nie do końca, owszem graficznie wygląda niesamowicie dobrze, jest szybko i wściekle, a takiej krwawej jatki raczej nigdzie indziej nie spotkacie. Jednakże jeżeli miałbym się przyczepić to do finałowego bossa, a właściwie dwójki „ostatecznych szefów”. Wynik końcowej batalii zależny jest w większej mierze od szczęścia i jak szybko pokonamy „dużego” niż od umiejętności gracza a od tego, czy automatyczne celowanie broni (które w każdym innym przypadku sprawuje się idealnie) namierzy ten jeden konkretny punkt zadający obrażenia.

Retrometr

Jeżeli tak jak uwielbiacie dynamiczne gry akcji to z miłą chęcią Wam ten tytuł polecę. Bon appetit!

Jako ciekawostkę dodam, że BloodRayne nie jest pierwszą grą z wampirami od Terminal Reality, wcześniej stworzyli horror w stylu Resident Evil pod tytułem Nocturne, który w początkowej fazie produkcji miał się doczekać kontynuacji, ale zamiast jej narodziło się inne dzieło, o którym właśnie przeczytaliście.


BloodRayne 2

Terminal Reality – PC, Playstation 2, Xbox, Xbox 360 (2004)

przegląd

SLASHER

Jak opisać dwójkę jednym zdaniem? Zmiany, zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. A czy na lepsze? No tak raczej nie do końca, choć trzeba przyznać, że parę elementów jest na plus.

W drugiej odsłonie przeniesiemy się do czasów bardziej współczesnych. Tym razem na naszej drodze staną siostry i braciszkowie głównej bohaterki oraz pewna maszyna pozwalająca wampirom przechadzać się ulicami miasta za dnia, raczej nie w celach turystycznych. Sami widzicie, sprawa jest wyjątkowo poważna i tylko jedna osoba może jej podołać. A fabuła prezentuje się tak: mija 66 lat od wydarzeń z części pierwszej. Jest rok 2004, Kagan – jeden z najpotężniejszych wampirów nie żyje, ale za to jego potomkowie nadal grasują po świecie, by przejąć władzę nad światem… i tu wkracza nasza piękna bohaterka. Więcej nie będę Wam zdradzał, bo przyznam, że będzie nieco przerywników filmowych do oglądania, nie dość, że więcej niż poprzednim razem to i lepiej zrealizowane, normalnie jakbyśmy oglądali film akcji. Ewidentnie widać, że bohaterce stukło te parędziesiąt latek od ostatniej przygody w końcu mając 89 lat ciężko o wygibasy jak u nastolatka, przez to kondycja już nie ta, co kiedyś, ale za to wygląda atrakcyjniej niż poprzednio – widocznie z wampirami jest jak z winem, im starsze, tym lepsze.

Skończyło się skakanie na 3 metry wzwyż i bieganie niczym rozszalały gepard. Teraz co najwyżej zasięg skoku oraz ruchów można porównać z Księciem Persji Piaski Czasu, ba! Nawet sposób poruszania jest wyjątkowo podobny, w szczególności sposób huśtania się i wspinania po rurkach. Tylko biegania poziomo po ścianach brakuje. Coś mi się zdaje, że chyba wiem który tytuł był źródłem inspiracji przy tworzeniu nowego BR.

BloodRayne

Jako że tym razem będziemy więcej machać szabelkami, niż strzelać z pukawek to system walki znacząco przebudowano. Część ruchów całkowicie wywalono — najbardziej boli brak wirującego kopniaka, którym rozwalało się rozmaite ściany, a sporą część dodano. Najbardziej rzucającym się w oczy nowym bajerem jest ulepszenie dobrze wam znanego łańcucha z jedynki – tym razem służy nie tylko do przyciągania rozmaitych żywych organizmów. Teraz będziemy mieli sporo okazji do rzucania przeciwnikami (przedmiotami też) oraz nie raz będziemy krzyczeć (w myślach lub na głos) „get over here!” niczym Scorpion z Mortal Kombat! Czasem też rzucanie delikwentów na prawo i lewo wykorzystamy do rozwiązywania prostych zagadek logicznych – na przykład do gaszenia kominka, zniszczenia wentylatora blokującego przejście albo korzystając z dobrodziejstw architektury będziemy mogli przyozdobić je jakimś truposzem.

Skoro mowa o broni palnej to łączna suma gnatów, jakie będzie trzymać nasza rudowłosa wynosi… aż jeden! Na pocieszenie dodam, że z kilkoma alternatywnymi trybami ognia. Pewnie powiecie, że raczej nie jest to powód do zadowolenia, a ja wam powiem, że pewien potencjał w tym cacku jest, dlatego też przyjrzyjmy się głębiej jego działaniu. Karpackie Smoki – bo tak się one zwą, wyglądają z pozoru na zwyczajne, nudne pistolety. Jednakże po ich podniesieniu łączą się z ofiarą niczym łańcuchy z pierwszego God of War, co jest w miarę sensownym wytłumaczeniem, dlaczego Rayne nie może podnieść zwyczajnego pistoletu po pokonanym przeciwniku. Trzeba przyznać, że w dość ciekawy sposób rozwiązano problem z amunicją. Otóż pukawka zasilana jest krwią wyssaną z przeciwników, gdy magazynek jest pusty wysysa siły życiowe z naszej bohaterki, a im mocniejszy tryb ognia, tym więcej „amunicji” wymaga. Początkowo będzie swym działaniem przypominał uzi, potem strzelbę, a na końcu wyrzutnię kul ognia oraz podwójną rakietnicę siejącą niemałe spustoszenie. Co jakiś czas będziemy toczyć walkę z bossami: tymi większymi, jak i mniejszymi. Za ich pokonanie w większości przypadków otrzymujemy ulepszenie broni lub nową moc.

Podobnie jak w części poprzedniej jedyną formą leczenia się jest wysysanie krwi z żywych organizmów, jednak tym razem w ten sposób możemy także załadować wcześniej wspomniane Smoki lub podbić pasek „many”. Co ciekawe w dwójce nie każdy się da skoczyć do szyi, jeżeli będzie trzymał ostrze, łopatę lub na przykład kij posłuży się nim do kontrataku. Jedynym sposobem (w pierwszej połowie gry, potem pojawiają się ciekawe alternatywy) na cięższe przypadki jest rozwalenie przeszkody kopniakiem, co nie zawsze jest możliwe.

Podczas przemierzania kolejnych różnorodnych lokacji da się odczuć, że ich poziom jest bardzo nierówny. Najpierw będziemy się męczyć z irytującymi sekcjami platformowymi w opuszczonej stacji kolejowej, w której każde nieudane trafienie w platformę kosztuje nas około jedno minutową wspinaczkę po opuszczonej lokacji, by zaraz potem trafić do kanałów, które o dziwo zostały ciekawie przedstawione. Będziemy robić efektowne śligi po rurach, skakać po drewnianych kładkach (które zniszczyliśmy parę sekund wcześniej), by się nie utopić, uciekać przed nie za bardzo pachnącą falą przy włączonym bullet time, wysadzać pompy z użyciem „żywych” elementów otoczenia, a także eliminować armię bezgłowych kamikadze z Serious Sama (niestety bez słynnego „Aaaaaaaaaaa”).

Kompilacja

Szybciej i efektowniej nie znaczy lepiej

Czasem też będą towarzyszyć nam irytujące zagadki logiczne, bardzo rzadko, ale jednak trzeba odnotować ten fakt: wyobraźcie sobie, że w jednym z poziomów jesteśmy zamknięci na sali tanecznej w jakieś nawiedzonej dyskotece. Jedyną formą ucieczki jest „aktywowanie” czterech głośników równocześnie poprzez rzut przeciwnikiem łańcuchem by je „podładować” ich własnym ciałem, tyle że po pierwsze system celowania prawie nie istnieje, po drugie, podczas gdy staracie się wycelować grupka niemilców wali w naszą rudą pałkami zabierając pokłady energii, a po trzecie gra nie daje forów i mamy zbyt mało czasu, by na spokojnie ukończyć tę zagadkę za pierwszym podejściem, prędzej o sukces poprzez łut szczęścia… no chyba, że wpadliście na genialny pomysł, by aktywować zwolnienie czasu, gra Wam nic a nic nie podpowie, owszem pokaże co trzeba zniszczyć / aktywować / wyłączyć (niepotrzebne skreślić), ale w jaki sposób, to już musicie wykminić sami.

Fani unikalnych i dziwnych kodów do gier się ucieszą, bo te są równie długaśne, jak poprzednim razem. UBERTAINTJOADDURFKWIS da nam nieśmiertelność, a ARDENTHUNGRYNAKEDNINJA odblokowuje galerię zdjęć.

Przyczepię się także do systemu zapisu, a właściwie jego utrudnieniu. No ja rozumiem, że seria ma swój konsolowy styl rozgrywki i, tylko ja się pytam, dlaczego do diaska nie można zapisać gry w inny sposób niż jedynie na początek poziomu? W jedynce też tak było, ale i poziomy były krótsze i jakoś to tak nie przeszkadzało, dobrze, chociaż że wprowadzono system checkpointów. Owszem, gdy nasza piękna towarzyska zginie odrodzi się w najbliższym punkcie kontrolnym, jednakże po wyjściu z gry rozpoczniemy dany poziom od nowa. Czyli jak macie chwilę wolnego czasu nie zabierajta się za ten tytuł, bo niektóre levele mają nawet i po pół godziny, aż strach pomyśleć, jaki człowiek byłby wkurzony, gdyby komputer się w międzyczasie zawiesił… normalnie krwawa furia.

To teraz może zarzucę jakimś pozytywem? Przydałoby się… jednak jest jeszcze parę rzeczy do pomarudzenia. Jak na przykład wyjątkowo irytujące jęki przeciwników, gdy doznają obrażeń, w szczególności u płci pięknej (mam na myśli oczywiście kobiety), normalnie jakby ich obdzierali ze skóry, chociaż z drugiej strony para ostrzy u boku pół-wampirzycy wyglądają na dość ostre… co i tak nie jest to dla mnie wystarczającym wytłumaczeniem. Na zakończenie dodam, że graficznie dwójka wygląda równie dobrze co poprzedniczka, a może nawet i lepiej, bo pozbyto się tej całej masy szarości.

Ciężko ocenić drugie przygody panny Rayne. W porównaniu do poprzednika, z jednej strony gameplay jest różnorodniejszy, ale z drugiej strony jest wolniejszy i mniej dynamiczniejszy. Jako fan szybkich i dynamicznych rozgrywek uważam te zmiany na minus, chociaż nie jest aż tak tragicznie by wystawić ocenę czerwoną. Fani Piasków Czasu pewnie się uradują na wieść o tym jak bardzo przypomina, choć jest to uboższy klon księciunia.

Retrometr

Od razu ostrzegam, nie bierzcie się za dwójkę zaraz po ukończeniu jedynki, czuć na tyle ogromną różnicę w sposobie rozgrywki, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że znudzicie się tą częścią i pozostanie niesmak.


BloodRayne: Betrayal

WayForward – PC, Playstation 3, Xbox 360 (2011)

przegląd

SLASHER

Na kolejną odsłonę zwariowanych losów panny Wampir gracze musieli trochę poczekać, bo aż 7 lat. Co ciekawe Krwawą Rayne: Zdradę stworzyło studio WayForward Technologies znane z takich hitów jak seria Shantae, Disney DuckTales: Remastered, Double Dragon Neon, The Mummy Demastered, River City Girls czerpiących garściami z retro klasyków. Jako że studio tworzy głównie gry w 2D to nie inaczej było z trójką.

Ta kontynuacja / spinoff / reboot (niepotrzebne skreślić) prawdopodobnie dzieje się pomiędzy dwoma poprzednimi odsłonami. Prawdopodobnie, bo fabuła w tej grze jest wyjątkowo szczątkowa: Kilka komandosów z Brimstone oraz Rayne robią szturm na zamek wampira Kagana, lecz okazuje się, że zamczysko jest strzeżone przez rozmaite stwory i grupka kolesi z karabinami maszynowymi nie da rady, więc co robi? Zgodnie z powiedzeniem „gdzie komandos nie może tam wampirzą babę pośle” tak też się stało.

W BR:B paleta ciosów i ruchów głównej bohaterki zbytnio nie uległa zmianie od ostatniego razu. Za pomocą dwóch wielgachnych szabelek będziemy siekać wszelakie maszkarony we wszelakie combosy, prawie w tak samo brutalny sposób, jak zawsze, okazjonalnie też strzelać z pistoletu (w późniejszych etapach będziemy także korzystać ze znacznie większej zabawki), który przyda się do zepchnięcia przeciwnika na półmetrową wirującą piłę tarczową oraz wypijać świeżutką krew, żeby się podleczyć. Niestety łańcucha zabrakło, ale aż tak bardzo odczuwalny ten fakt nie jest. Kodów także ni ma, bo są passe.

Nasze ostre jak zwykle ostrza zatopimy w wyjątkowo unikalnych stworach: począwszy od standardowych wampirów-szlachciców z pistoletem oraz szpadą, elektryczne zombie żaby i alchemików, po bardziej interesujące typy przypominające kleery z Serious Sama, przerośnięci rycerze z przyczepionym działem słonecznym, lewitujące mumie i inne paskudztwa. A no i są jeszcze szefowie, na których trzeba wymyślić metodę. Mimo że za wiele ich nie ma, to przyznam szczerze, że z każdym z nich trzyma naprawdę wysoki poziom, a w szczególności ostatni – Zeta Gamma, będący jednym z moich ulubionych bossów – nie dość, że bydle przerośnięte, to jeszcze posiada sporawą paletę ciosów oraz nie daje się łatwo ubić, jak ja uwielbiam walki z gigantycznymi bestiami.

Od czasu, do czasu pojawi się parę dialogów w komiksowych chmurkach, jednak nie oczekujcie takich ilości jak w trójwymiarowych odsłonach. Głównym trzonem rozgrywki jest akcja z częściową eksploracją, co zresztą jest wizytówką serii. Ci, w co grali w Dusty Revenge czy w obie części Shanka poczują się jak u siebie w domu.

Kompilacja

Drastyczna zmiana stylu na mangową 2D odświeżyła serię

Oprawa graficzna także uległa zmianie, zapomnijcie o mrocznych ciemnościach z poprzedniczek. Tym razem dzięki Cel-shading oprawa gry sprawia jakbyśmy grali w interaktywny komiks. Normalnie bym pewnie pomarudził, że stary styl lepszy, po co zmieniać i tak dalej, jednakże ta mieszanina mrocznego tła poszczególnych lokalizacji z agresywną czerwienią krwi wylatującą z naszych przeciwników wyjątkowo dobrze się prezentuje. Właśnie dzięki temu kontrastowi praktycznie przez cały czas orientujemy się w natłoku wydarzeń, gdyż czasem naprawdę sporo się dzieje na ekranie.

Żeby nie było, że w grze idziemy tylko przed siebie i tłuczemy wrogów, będziemy także skakać po platformach, odbijać się od ścian niczym Batman z edycji na NES-a z 1989 oraz robić ślizgi w powietrzu niczym Mega Man X. Ba, w jednym z etapów będziemy kierować białym krukiem niczym Flappy Birdem (na szczęście nie tak irytująco jak w oryginale) więc jakaś różnorodność jest. Co by tu jeszcze, by napisać… łącznie mamy 15 etapów, a no i muzyka przypomina tę z Castlevanii, przez co parę razy będziemy myśleli, że gramy w hit od Konami. A i jeszcze coś — nie przejmujcie się innymi recenzjami, w których piszą, że gra jest wyjątkowo wymagająca, owszem parę razy zdarzy się zginąć – szczególnie pod koniec, ale ogólnie nie jest aż tak strasznie jak ludziska piszą. No chyba, że chcecie zdobyć maksymalną rangę za każdy poziom, oj to wtedy trzeba się nieźle napocić, wtedy premiowany jest jednakowo styl, ilość odniesionych obrażeń oraz czas, w jakim ukończyliście poziom.

Czy był sens, aby trzeci BloodRayne powstał? Moim zdaniem tak. Po pierwsze jest to dość ciekawy i unikalny powiew świeżości, a po drugie im więcej dobrego retro, tym lepiej. Hitem bym raczej to nie nazwał, ale porządnym i soczystym szpilem do popykania wieczorkiem już tak.

Retrometr

Na razie, póki co nie zapowiada się czy Rayne powróci w wielkim stylu w swej czwartej odsłonie. Choć na chwilę obecną jest cień szansy, gdyż zarówno rok temu, jak i w tym zostały wydane remastery wszystkich wyżej omawianych części.


PS: Jako ciekawostkę na zakończenie dodam, że podczas gdy szukałem ciekawostek i materiałów na potrzeby recenzji natrafiłem na coś co wygląda na bardzo wczesny prototyp czwórki albo całkiem nieźle zrobioną fanowską odsłonę, jedno jest pewne – grałbym.

Informatyk z zawodu i zamiłowania. Ulubione gatunki: platformówki, gun and run, FPSy, TPSy, wyścigowe, metroidvanie oraz cała reszta co jest szybka i dynamiczna - wiek gry nie ma znaczenia. Posiadane platformy: Commodore C64, Brick Game, Pegazus, PC