Przegląd | Ulubione Gry Wszech Czasów RetroBorsuka #3 – Commodore 64

100 wpis borsuka c64Do trzech razy sztuka, a może i więcej? Kolejny już, trzeci odcinek przeglądu ulubionych gier Borsuka ląduje dzisiaj na naszej witrynie. Ciekawi jesteście jakiej sierściuch przyjrzał się dzisiaj maszynie? Olaboga! Commodore 64! Materdyjo, atarowiec piszący o grach na Komodę? Chyba je tam ostro zjedzie… Nic bardziej mylnego, gdyż musicie wiedzieć, ze zarówno dzisiaj jak i w młodości jestem i byłem posiadaczem Komodorka. W poprzednim odcinku tej największej TOPki wszechświata i okolic przeczytaliście o moich ulubionych przebojach na mój ukochany komputerek – czyli Atari XL/XE. Zaś w pierwszej części tej wyliczanki zapoznałem was z debeściakami z Salonów Gier, które na stałe wryły się w mój trochę szurnięty beret! Chronologicznie czas teraz na odwiecznego rywala Małej Ataryny, na najlepiej oprogramowany mikrokomputer na świecie, na sprzęt który po dziś dzień dostaje przepiękne i wielce grywalne nowe szpile. Dodatkowo są one cudnie wydawane! Zresztą zobaczycie pewnikiem w tym wpisie kilka zdjęć takowych produkcji. Czas przedstawić moich ulubieńców na Komodę, która bez wątpienia – dzieli i rządzi dzisiaj na rynku retro gier w sferze mikrokomputerów.

We wpisie tym znajdziecie więcej nostalgicznych staroci, chociaż parę świeżynek też się trafiło. Niektóre z tych pamiętnych dla mnie produkcji – nie zestarzały się godnie i dzisiaj nie zasługują nawet na zielone światło w naszym retrometrze, jednak umieszczam je ze względu na fakt, że za szczyla bawiłem się nimi przednio. Inne zaś przeciwnie, niczym wino nabrały wartości i wraz z wiekiem stały się nieśmiertelnymi klasykami. Wiadome, że nie ograłem wszystkich gier na ten komputer i pewnikiem ominąłem cosik naprawdę ciekawego, szczególnie w przypadku produkcji z przeznaczeniem na stację dysków, gdyż takowej w młodości nie posiadałem. W takim przypadku polećcie mi w komentarzach te nieznane smakołyki. W tekstach znajdziecie także parę sytuacji z mojego żywota oraz moich przyjaciół, którzy w tym momencie bawili się ze mną tym retrosprzętem – w związku z powyższym pozwoliłem sobie przybliżyć ich sylwetki za pomocą krótkiej notatki. Mam nadzieję, że ta największa TOPka w historii słowa pisanego będzie dla was przyjemną i nostalgiczną podróżą w czasie. Miłej lektury i powrotu do własnych wspomnień!


A co tutaj robi największy rywal Ataryny czyli popularna Komoda? Czy Borsuk splamił sobie łapska grając na tym „złomie” w dzieciństwie? Ha, dokładnie! Powiem wam w tajemnicy, że do dziś sobie plamię! Wróćmy jednak do początków, jak wyglądał mój pierwszy kontakt z C64? Sięgnąłem dzisiaj pamięcią wstecz do czasów najdalszych, normalnie tak daleko, że parował mi mózg i chyba nastąpiło to u mojego kolegi Pawła z podstawówki. Było to bodajże już w czasach, kiedy byłem szczęśliwym posiadaczem Atari 130XE, gdy zaprosił mnie (i paru innych kumpli) na nasiadówę na Komodzie. Na przerwie coś wspominał, że pogramy w Robocopa i w grę o ninjach. Hmm, Ninję miałem na Atari, jednakże ten miał być dużo lepszy! – Normalnie Borsuk nie zalewam! Słuchaj jaki motyw, w drugiej planszy walczymy z ninjami na pędzącej ciężarowce! – A ten Superglina to prosto z kina? – RoboCop? Ten sam! Idziemy po ulicy, staaary, bandziory z okien strzelają tratatata, na motorach jeżdżą i nawet ten dwunożny blaszak nas atakuje! I jeszcze mam taką grę z Conanem. – Z Conanem, no co ty gadasz?! Staaaary! Jaki czad! Biegamy po jaskiniach i walczymy z potworami. Toporem, mieczem, a nawet z kopa! Strasznie jest, bestyje mogą nam głowę upier…, to znaczy odgryźć! – Nie wierzę, a grafika? – Super, jak na animowanym filmie! Okazało się, że tym ostatnim tytułem był Barbarian II i teraz wyobraźcie sobie młodego Borsuczka po prezentacji w akcji takiego kapitalnego tercetu, niedostępnego na Atari. Po prostu nie mogłem spać…

Postanowiłem pozostać wierny mojej kochanej Atarynie, jednakże dzwinym trafem w tamtych czasach najwięcej na przerwach rozmawiało się o jakimś tajemniczym Ostatnim Ninji. – Skaczesz po rusztowaniach, po głazach przez rzekę, wspinasz się po drabinach, zbierasz rożne bronie. – Są gwiazdki i miecz? – Są, chłoooopieee, napierniczasz jakichś bandziorów po ryjach, możesz z kopa i z pięści także, nawet zagadki są! – Zagadki? – Zbieranie różnych przedmiotów i używanie… A jaka grafika? – Trójwymiarowa! – Że co? – No wiesz, taka niby trójwymiarowa… Kiedy zobaczyłem u innego mojego kolegi z podstawówki izometrycznego The Last Ninja w pełnej wersji na stacji dysków to zeskrobywano mój mózg, rękę i nogę ze ścian jego pokoju… Jednak to co powyżej przeczytaliście to był tylko wstęp do mojej przygody z Komodorkiem. Najwięcej nagrałem się na tym fajowym sprzęciku u mojego najlepszego wówczas przyjaciela (w każde wakacje i ferie gościliśmy jeden u drugiego), czyli nieocenionego kuzyna Gałasa, którego sylwetkę po krotce zaprezentowałem wam w przeglądzie dotyczącym 8-bitowego Atari. Wróćmy do niego, bo to jedna z najważniejszych postaci mojego dzieciństwa i przewinie się tutaj jeszcze parokrotnie.

SYLWETKA: GAŁAS (CZĘŚĆ II)

Tak wyglądały wówczas kasety z grami na C64 w Polsce. Gałas miał lepsze, dwustronne składanki! Autor zdjęcia: LoroSpooky.

Mój kuzyn Krzysiek (aka Gałas) – najlepszy przyjaciel oraz towarzysz w moim dzieciństwie, który po fascynacji moim Małym Atari postanowił zakupić sobie mikrokomputer i jego wybór padł właśnie na Komcia. A raczej odpowiednio ukierunkował swoich rodziców, którzy zakupili mu na Gwiazdkę ten zacny komputerek, gdyż byliśmy jeszcze gówniarzami. I bardzo dobrze się stało! Dzięki temu w trakcie spędzania u niego wakacji (co ja gadam, przecież wbiłem mu na chatę w te Święta, gdy dostał Komodę!) mogłem zapoznać się z groteką tego świetnego 8-bitowca. Pamiętam bardzo dobrze ten dzień, kiedy do niego wówczas przyjechałem, dosłownie jakby to było wczoraj… Zostaliśmy praktycznie zmuszeni do pójścia z rodzicami na pasterkę, gdyż nie dało nas się odciągnąć od Komody! Bidulka w tym czasie stała nieużywana, stygła i czekała na nas… A wraz z nią dwie superanckie, wręcz przezajebiste kasety pełne gier, które Gałas zakupił wraz z komputerem! Na dwóch stronach nagrane po brzegi i w sumie było to bodajże 80 przebojowych szpili, pośród których rzadko trafiały się pocięte tytuły, przeniesione po chamsku ze stacji dysków. Lepszych nieoficjalnych składanek jak żyję nie widziałem! A na nich między innymi Gryzor, Ikari Warriors, Ghosts’n Goblins, Strider (pocięty, ale wtedy to i tak był klawy jak cholera), Combat School, Mikie i masa innych tytułów! Przegadaliśmy całą mszę o grach na C64, jakie to są niesamowite, normalnie megafuckingcool i jak będziemy w nie młócić zaraz po przyjściu… No i chyba graliśmy wtedy do rana!

Retronizacja 3 relacjaGałas posiadał płaskiego Komcia, takiego jak ten. Zauważcie, że C64 doczekał się nawet świetnego Super Mario Bros! Niestety Nintendo go pogrzebało…

Dzięki niemu odkryłem system turbo pozwalający szybko wczytywać gry, związane z nim bezustanne śrubokręcenie głowicą magnetofonową, a także wiele wybornych konwersji z automatów arcade. Tak, przyznaję bez bicia – Komoda je miała (plus wiele nieobecnych na innych systemach gier), a moje kochane Atari niestety nie… Z naszego wspólnego giercowania zapadły mi w pamięci szczególnie posiedzenia całej rodziny (dosłownie całej) nad przejściem logicznego Puzznicakiedy ojciec Gałasa Kazik – wymyślał absurdalne rozwiązania trudniejszych plansz. – Jeden klocek dajcie na windę, niech jedzie do góry. Drugi zrzućcie z góry, niech w tym czasie spada. A trzeci podsuńcie po platformie i w odpowiednim momencie zetknijcie z nimi, wtedy wszystkie spalą się jednocześnie! Że niby jak?! Kurdelebele, te chore pomysły były przeważnie skuteczne, jednakże trudne do wprowadzenia w życie… Długie familijne nasiadówy uskutecznialiśmy także przy innym logicznym hicie Bombuzalu i wspominam to łamanie głowy z łezką wzruszenia w oku. Obydwie te wielce trudne gry skończyliśmy, co wtedy napawało nas dumą!

Nora Retroborsuka 8bitPuzznic mózgołamacz!

Rywalizowaliśmy ze sobą w najróżniejsze wyścigi, kontynuowaliśmy zaciekłą wojnę w Kikstart I i II, BMX Simulator, czy Grand Prix Simulator, która rozpoczęła się jeszcze na Małej Atarynie. Dodatkowo okazało się, że C64 posiadało kolejne części gier firmy CodeMasters (BMX II oraz Grand Prix II), a także świetne wyścigi motorówek Jet Ski Simulator Chamiponship! Prawda, że cudnie?! Wtedy na dobre złapaliśmy bakcyla pojedynkowania się w wyścigi z lotu ptaka, które później na Amidze 500 stały się naszą główną areną zmagań… No i zapomniałbym o Stunt Car Racer, którego przeszliśmy caluśkiego po kilka razy, ale o nim pisałem więcej we wpisie atarowskim, gdyż tamta wersja (wydana po latach) jest najlepsza spośród 8-bitowych. Dzięki ogromnej bibliotece gier oraz łatwości dostępu do nich – mogłem sprawdzać jak wyglądają na Komciu moje ulubione przeboje z Atari XL/XE oraz w końcu położyć swoje łapska na masie fajnych komnatówek opisywanych swego czasu w Bajtkach, czy Top Secretach. Niektóre z nich były naprawdę udane jak Cauldron I i II, lecz pieruńsko trudne, innych do końca nie rozgryźliśmy – na przykład Trap Door, kolejne okazywały się przereklamowanymi, wręcz niegrywalnymi gniotami jak Underwurlde. A ilość shmupów na C64? Można było przebierać w nich niczym w ulęgałkach… Praktycznie każda kaseta dostarczała nam masę tytułów, o istnieniu których nie mieliśmy pojęcia, bądź znaliśmy je tylko z opowieści lub starych czasopism. Zaprawdę powiadam wam, piękne i niezapomniane to były czasy i śmiało można powiedzieć, że dzięki kuzynowi Gałasowi zaraziłem się mocno Komodorzycą!

Dokładnie takiego samego Komcia kupili mi rodzice! Flimbo’s Quest na kartridżu (po lewej) i Black Box (kart pomocny przy wczytywaniu gier) były wówczas podstawą udanego giercowania! Autor zdjęcia: Brandon (a tutaj jego cała kolekcja).

Kiedy wróciłem do domu to wspomnienia o Giana Sisters czy Rick Dangerous, a przede wszystkim Ghosts’n Goblins tak bardzo rozpalały wyobraźnię… Postanowiłem, że muszę je mieć! Commodore 64 w wersji „mydelniczka” czyli tej starszej, grubszej i brzydszej, kupiony bodajże w Baltonie w edycji Video Super Games (z kartridżem zawierającym Flimbo’s Quest, który dzisiaj także mam w kolekcji) – trafił do mnie dosyć późno, gdyż około trzy lata przed polskim boomem na Amigę. Ataryna w tym czasie dorobiła się u mnie systemu Turbo Blizzard i ciągle na niej grałem w nowsze hiciory od Zeppelin Games (CaverniaBlinky’s Scary School, chociaż ten drugi to częściej na C64, gdzie był wielce kolorowy). O dziwo oba te nie przepadające za sobą sprzęty potrafiły koegzystować obok siebie! Atari na dolnej półce, komoda na górnej (ha, teraz mam odwrotnie!). Jednak słyszałem nieraz jak się juchami i rukwami obrzucają kiedy wychodziłem z pokoju, a może mi się to tylko zdawało… Pamiętam jak potrafiłem przez bite trzy dni – nie wyłączać komputera i grać non stop w konwersję GnG (rekordy się wtedy zapisywały), zaś będąc w szkole myślałem tylko jak pobić swój wynik! Hitów tu było co nie miara, oczywiście trochę wkurzało kręcenie śrubokręcikiem, ale coś za coś! A jak rozgryzłem zasady Flimbo’s Quest – było naprawdę gruuubo!

Po latach kiedy wracałem do retro grania pełną parą i miałem ponownie Atari i Amigę, stwierdziłem – że nie obejdę się przecież bez Komody?! Jak postanowiłem tak uczyniłem i identyczny z wyglądu model, czyli znowu mydelniczka wylądował u mnie w moim kąciku. Nie to, żeby mi nie odpowiadał wygląd C64 w wersji slim, po prostu w tym wypadku chciałem dokładnie to co miałem za młodu. A później chyba tego Komcia komuś dałem i teraz mam szczupluteńką wersję z SD2IEC do szybkiego wczytywania gier (a także kartridż Easy Flash 3). Niestety (albo na szczęście, zależy dla kogo) w dzisiejszych czasach moja Komoda musi uznać wyższość pięknej Ataryny 800XL i z braku czasu mało na niej grywam. Jednakże nakupiłem trochę fajnych nowości do mojej kolekcji i staram się być na bieżąco z rynkiem gier na ten klimatyczny sprzęcik. Ha, zaskoczę was pewnie, ale wraz z Larkiem (oraz Tenchim) nagraliśmy dwa odcinki Gramy na Gazie poświęcone nowościom na ten komputer, a dokładniej tytułom, które widzicie na poniższym zdjęciu…

Borsucza kolekcja nowości (i nie tylko) na Commodore 64. Jak na Atarowca to całkiem zacna! Jest i stacja dysków, której brakowało mi za młodu…

Na koniec części wspominkowej dodam, że w trakcie gdy ja miałem już Amigę to Gałas dokupił do swojego Commodore’a stację dyskietek i mogłem u niego zapoznać się pokrótce z takimi tytułami jak: Nobby the Ardvark, Burago Rally czy Mayhem in Monsterland. Wyborne gry! Przejdźmy zatem do dania głównego dzisiejszego wpisu.


GRY

ANTIRIAD /THE SACRED ARMOUR OF…/ (Palace Software – 1986). Bardzo klimatyczna gra action-adventure w ujęciu komnatowym. Nagusieńki wojownik budzi się w lesie i atakowany przez dziwne stwory walczy z nimi rzucając kamieniami. Co za neandertal z niego! Jednak dziwnym trafem znaleziona w pobliskiej świątyni starożytna zbroja Antiriad pasuje na niego jak ulał. Jaka ona tam starożytna, jak wyposażona w lasery i blastery?! Ta antyczna cywilizacja naprawdę była rozwinięta technologicznie… Świetna gra, której nigdy nie ukończyłem. Muzyka, grafika, klimat – tip top!

ARKANOID II – REVENGE OF DOH (Imagine – 1988). Praktycznie piksel perfekcyjna konwersja najlepszej części Arkanoida. Oczywiście jak na możliwości 8-bitowego sprzętu. Znowu mamy tutaj multum plansz zbijania cegieł i odbijania piłki, jednakże power’upy w sequelu są naprawdę pomysłowe i smakowite. Dodatkowo w trakcie rozgrywki możemy wybierać drogę, którą będziemy podążać (prawe lub lewe wyjście z etapu), co skutkuje odmiennymi levelami. Doskonałe efekty dźwiękowe i grywalność. Chyba moja ulubiona gra breakoutowa / arkanoidowa.

BARBARIAN (Palace Software – 1987). Bijatyka jeden na jednego osadzona w klimatach fantasy, w której pojedynkujemy się Conanami Barbarzyńcami i wielkimi mieczami! Ha, a to ci udana kombinacja! Najlepsza! Powiedzcie, kto z was za młodu nie zachwyciłby się taką rozgrywką? Nasi wojownicy są całkiem ładnie animowani, dysponują kilkoma uderzeniami miecza oraz dodatkowo potrafią mocno trzepnąć trzewikiem oraz z dyńki! Jakby ktoś pytał – ścięcie głowy kończy walkę przed czasem. A pamiętacie małego zielonego goblina? Czarny humor robi tutaj robotę! Dwójka Barbarzyńcy była bardziej efektowna, wręcz wyborna pod względem oprawy audiowizualnej, dodatkowo bardzo krwista i posiadała elementy action-adventure (czytaj – gra komnatowa). Niestety była także bardzo trudna i toporna w sterowaniu, więc tylko o niej wspominam…

BATTY (Elite – 1987). Kolejny klon breakouta / arkanoida w zestawieniu? No jak nie, jak tak! To cholernie grywalna gra, która na premierę pozamiatała mnie i Gałasa, szczególnie trybem kooperacji dla dwóch graczy. To było to co tygrysy lubią najbardziej! Dodatkowo Batty wyposażono w bardzo kolorową i naprawdę dobrą oprawę graficzną, ciekawe dopałki, ładnie zaprojektowane stwory oraz multum plansz. Szczerze to muzyka była mocno spierdolona, ale kooperacja w tej grze spowodowała, że często do niej wracaliśmy.

Zaczynamy prezentację kolekcji gier na Commodore 64 mojego dobrego zlotowego kumpla – retroSZPUNTAfana. Predator, Pluton, Cauldron, Pitstop II, Drop Zone. I wiele innych znanych i mniej znanych szpili na kasetach. Trzymajcie się ramy, to dopiero początek jego wybornej kolekcji!

BOP’N RUMBLE / STREET HASSLE (Melbourne House, Beam Software – 1987). Materdyjo, ta chodzona bijatyka byłaby dzisiaj pewnie zakazana! Amigowy Franko przy niej to zabawa dla małych, grzecznych dzieci… Biliście kiedyś emeryta z lacia albo tarmosiliście dziadygę za uszy? Nie?! To zapraszam do tej niezapomnianej gry! Uwaga, ogromny buldog skacze na nas zza winkla! Co robimy? Jebudu sierściucha z dyńki i nie ma co zbierać! Buhahahaha. Normalnie brecht przy tej grze był taki, że zlatywali się rodzice sprawdzić co robimy. A później tarzali się ze śmiechu z nami po podłodze, gdy zobaczyli w akcji Bop’n Rumble. Fajni starzy, no nie?! A co powiecie na ciosy polegające na gilgotaniu przeciwników? Nie wierzycie?! To uwierzcie! I niech nie zraża was rozpikselowana grafika, dzięki temu postacie są wielkie i czytelne. Arcygrywalny, mocno brutalny i mega zabawny szpil.

BOMBUZAL (Mirrorsoft/Image Works – 1988). Świetna gra logiczna, w której musimy rozbroić wszystkie bomby naszym bąblowatym herosem na planszy podzielonej na segmenty. No i oczywiście nie dać się wysadzić w powietrze! I nie jest to odmiana prostackiego windowsowego Sapera. Do wyboru mamy ładny, lecz niepraktyczny widok 3D oraz brzydszy, ale wygodny w obsłudze widok 2D – co jak na grę 8 bitową zachwycało. Oprócz materiałów wybuchowych oraz pustych segmentów w etapach znajdowaliśmy takie niespodzianki jak: rynny, lód, teleporty, przełączniki, metalowe płyty, znikające pola, wirniki, androidy do sterowania… Nieźle co? Żeby tego było mało wszelkich bomb było kilka wariantów: mała, średnia, duża, zmieniająca wielkość, radiowa, mina… Nasze dziecięce mózgi ledwo to ogarniały, ale wymyślanie rozwiązań tej łamigłówki dawało wielką frajdę! Mini recenzję tego mózgołamacza znajdziecie tutaj.

BUBBLE BOBBLE (Firebird – 1987). Ależ ta konwersja się udała! Każdy kto miał Komodę na moim osiedlu zagrywał się w Bubble Bobble, czyli wyprawę dwóch małych smoczków poprzez plansze najeżone platformami, bonusami i potworami. Strzelanie bańkami, zbieractwo i skakanie – to było wtedy grane do upadłego przez każdego! Plansz tyle ile na automatach, czyli chyba ze sto, albo i więcej… Mechanika, grywalnosć, wszystko zapięte na ostatni guzik, dosłownie jak w salonie gier, tylko mniej kolorów. Na nasiadówach u kumpli trudno się było dopchać do dżoja, kiedy włączano milusie smoczki. Chętnych dziwnym trafem zawsze było więcej… Ja najczęściej grałem w to z Gałasem oraz kumplem Cerem. Oceny w prasie branżowej? 97% w Zzapie64!

SYLWETKA CERU

Microprose Soccer recenzjaTurnieje w Microprose Soccer dostarczały w młodości niesłychanych emocji!

W szkole średniej spotkałem dwóch innych posiadaczy Commodore 64, którzy stali się chyba moimi najlepszymi kumplami w liceum. To oni wprowadzali mnie świeżaka, atarowca walonego z gumowca w świat gier Commodore w Sosno City. Byli to Marcin aka Majka i Rafał o ksywie Ceru. Dwaj wielcy miłośnicy Komcia, koszykówki NBA, Michaela Jordana i piłki nożnej. Ceru mieszkał blok obok mojego i często u niego bywałem, więc oczywistym było, że stał się moim głównym towarzyszem przygód w rozpikselizowanych światach C64, a później także w Salonach Gier. Często i gęsto to on rekomendował mi mniej znane tytuły, które przeważnie okazywały się hitowe. Pamiętam jak u niego próbowaliśmy przechodzić całe Bubble Bobble albo rozegraliśmy u Majki w domu nasz pierwszy turniej piłkarski. Chłopaki jak mnie zapraszali na mistrzostwa w Microprose Soccer to się śmiali i mrugali jeden do drugiego, że pocisną atarowca. Dostali parę bramek po bananowych strzałach, czy przewrotkach z miejsca to zwątpili… Później Ceru stał się podobnie do mnie Amigowcem i moim wielkim rywalem w Sensible Soccer. Największym obok Trolla, o którym mogliście poczytać w poprzednim odcinku. Z Cerem mam dla was jeszcze fajową historyjkę, kiedy pierwszy raz pokazałem mu Amigę w akcji, ale o tym poczytacie w następnym odcinku mojego debeściarskiego cyklu… Musze dodać, że mam z nim kontakt po dziś dzień i nawet raz na ruski rok się widujemy, a wspomnień wspólnych mamy tyle, że hohohoho moja Zocho! I nie tylko związanych z graniem na C64, czy koszykówką. Pierwsze nasze licealne wycieczki i imprezy, szczególnie ta we Wrocławiu albo Częstochowie to materiał, który byłby zbyt gruuuuby do patofilmów Patryka Vegi! Pozdrawiam wariata!

Buggy Boy to były świetne, małe wyścigi, które dawały masę frajdy!

BUGGY BOY (Elite – 1987). A to wyścigi, których najbardziej brakowało mi na Małej Atarynie i kolejna kapitalna konwersja z salonu gier dostępna na C64. Oceny w prasie? Znowu 97% w brytyjskim Zzapie64! No, ale tutaj po prostu należało się to jak psu buda! Zasuwamy małym, zgrabnym samochodzikiem po różnistych trasach (5 do wyboru) i zbieramy chorągiewki oraz przejeżdżamy przez bramki, które dają nam punkty i niezbędny czas. Gra to typowa zręcznościówka, na swej drodze spotkamy trampoliny, kamienie, tunele,  barierki, skocznie, piłkę do odbijania, nawet inne pojazdy. Te ostatnie rzadko, gdyż to głównie wyścig z czasem. Jednak nie narzekajcie! Tutaj nie ma miejsca na nudę, zawsze coś się dzieje! Skoki, jazda na dwóch kołach, upadki do wody… Jedna z moich ulubionych gier na C64.

CABAL (Ocean/Special FX – 1989). Kolejny kult pośród bywalców wozów Drzymały. Wzorowana na filmach z Arniem czy Sly’em rozpierducha kooperacyjna będąca wówczas dość nowatorską produkcją. Niby tylko strzelanka celowniczkiem, jednakże nasi bohaterowie także są widoczni na ekranie i to nimi musimy lawirować pomiędzy pociskami. Schylać się, turlać, tańczyć niczym w Matrixie, oczywiście nie zdejmując palca ze spustu. Setki wrogich i zajadłych żołnierzy czeka na posłanie do piachu, kilkadziesiąt czołgów i helikopterów na zezłomowanie! Pomogą nam w tym zabójcze spluwy, które wpadną nam w ręce oraz kieszenie pełne granatów. Świetny szpil dla dwóch graczy, ja oczywiście katowałem go głównie z kuzynem Gałasem. Wyborna konwersja jak na możliwości 8-bitowego sprzęciku i proszę nie mylić jej z badziewną amerykańską wersją z 1990 roku zaprogramowaną przez Interactive Designs, a wydaną na rynek amerykański przez Capcom.

CAMELOT WARRIORS (AriolaSoft – 1987) Bardzo przyjemna gra przygodowo-zręcznościowa w komnatowej stylistyce, w której rycerzem przemierzamy arturiańskie posiadłości, skaczemy po platformach, walczymy z bestiami i rozwiązujemy proste zagadki polegające na używaniu określonych przedmiotów w pewnych miejscach. Coś al’a Dizzy tylko, że połączone z walką bronią białą. Nie był to może wielki przebój, ale urzekł mnie swego czasu klimatem, stroną tytułową oraz naprawdę cudowną i zapadającą w pamięć muzyką. O, zaraz sobie ją włączę i posłucham! Milusio i klimatycznie przerobiona ballada Scarborough Fair nie pozostawia żadnego słuchacza obojętnym.

Kontynuujemy! X-Out, Head Over Heels, Aliens, Summer Games II, Dragon’s Lair. Tutaj widzicie gry wydane w większych plastikowych pudełkach, jakby podwójnych. Szpunta rządzisz na dzielni!

COMBAT SCHOOL (Ocean – 1987). Kolejna gra w zestawieniu i kolejna udana konwersja z automatów arcade. Trzeba uczciwie przyznać, że C64 miało dużo takowych przebojowych adaptacji popularnych hitów. Uważajcie jednak na odciski, gdyż Combat School to maksymalnie uzależniająca wojskowa olimpiada! Oczywiście z możliwością rywalizacji dla 2 graczy i oczywiście wyniszczająca do cna nasze dżojstiki (bieganie poprzez jak najszybsze wychylanie dżoja w lewo i prawo). Posiadała jednak wiele ciekawych konkurencji, szczególnie tych z użyciem broni palnej. Grywalny, ładny i dobrze brzmiący stuff!

COMMANDO (Elite – 1985) oraz COMMANDO ARCADE (Nostalgia – 2015). Dlaczego umieszczam tutaj obie wersje Commando? Aha nie mylić z trzecią z 1986 roku, która jest chłamem… Po pierwsze – obie są zajebiste, chociaż pierwsza pocięta i niekompletna. Po drugie – w młodości miałem dostęp tylko do pierwszej i wyrobiłem się w niej niczym majty w kroku – zapętlałem kilka razy bez kontynuacji… Znaczy się, że była grywalna fest. Po trzecie – obie są cholernie szybkie! Po czwarte – w obu przygrywa Rob Hubbard, który muzyką z tej gry wygrał wszystko. Dosłownie! Po piąte – nowa wersja od Nostalgii to gra kompletna i 10!/10, ale przecież jest ona oparta na starej wersji od Elite. Nie mogłem wiec nie docenić pierwowzoru i obie te wyborne konwersje musiały się tutaj znaleźć. Musiały!

CONTINENTAL CIRCUS (Mastertronic/Virgin – 1989). Najprawdopodobniej moje ulubione wyścigi Formuły 1 na C64. Bardzo przyjemna, szybka i kolorowa grafika, świetne dżingle oraz muzyczki w trakcie rozgrywki, miodność żywcem wyciągnięta z beczki miodu, czyli z automatu arcade. Gra bez wad? Nie, trochę za łatwa, ale jakby nie patrzeć to były chyba jedyne obok PitStopu 2 rajcowne wówczas wyścigi Formuły 1. Przynajmniej dla mnie.

Popatrzcie tylko na świetną okładkę Creatures. Taka niewinna gra dla dzieci… Chłopaki z Thalamus mieli troszkę nasrane w łepetku, co nie?

CREATURES (Thalamus – 1990). Jedna z najlepszych i najbardziej chorych gier na C64. Na pierwszy rzut oka to piękna platformówka z przyjemną muzyką. Tytułowym stworkiem zaiwaniamy przez scrollowane etapy i za pomocą najróżniejszych fireballi albo ognistych oddechów walczymy z innymi pięknie animowanymi kreaturami. W przerwach pomiędzy etapami platformowymi doświadczamy jednoekranowych plansz, które wstrząsnęły wówczas opinią publiczną! Są to logiczno-zręcznościowe zagwozdki, w trakcie których musimy uwolnić naszych pobratymców, którzy są poddawani najwymyślniejszym torturom! To po prostu trzeba zobaczyć! Cięcie piłą łańcuchową (tarczową chyba także!) albo miażdżenie imadłem i hektolitry, co ja gadam, oceany krwi! Powiadam wam – sztos giera, zarówno w etapach platformowych, jak i katorżniczych.

CREATURES 2: TORTURE TROUBLE (Thalamus 1992). Trochę szkoda, że w tej części zrezygnowano z etapów platformowych, które były naprawdę udane w prequelu. Zamiast tego znajdziemy tutaj zestaw minigier (skoki na trampolinie, pływanie pod wodą) oraz totalnie odjechane, chore, niesmaczne, powodujące odruchy wymiotne, widowiskowe, zajebiste, świetnie pomyślane, na pewno nie dla dzieci i maksymalnie trudne plansze z torturami! Ja pierdolę, kto to wymyślił i co brał, ale to jest dobre w juch! Spalanie żywcem i rozpuszczanie w kwasie included… Graficzne arcydzieło.

CYBERDYNE WARRIORS (Hewson – 1989). Czy można zrobić komnatówkę, która jednocześnie będzie szybką grą akcji? Hewson pokazuje, że można, a atarowscy twórcy powinni zerknąć i się trochę od nich podszkolić… Kosmiczny marines eksploruje różnorodne planety zbudowane z komnat, naparza ze swojej wielgachnej spluwy do wszystkiego co się rusza i po drodze zbiera znajdźki oraz monety. Run and gun z bardzo dużym naciskiem na elementy platformowe. Bardzo responsywne sterowanie naszym szybkim komandosem, fajny efekt wystrzałów, duże bolki do załatwienia (chociaż nieruchawe), kolorowe i różnorodne światy. Ojciec grać? Grać!

Myśleliście, że duże Big Boxy to domena PC? Komoda dużo wcześniej miała takie wydania… Dalszy ciąg kolekcji Szpunty.

CYBERNOID I i II (Hewson – 1988). Tutaj dopiero mamy dziwny wynalazek! Komnatowy shmup, który uwaga, uwaga – jest całkiem grywalny. Niestety, także kurewsko trudny! I nie przesadzam, znacie moje umiejętności, a ja tu po prostu ginę, ginę, wymiękam, padam jak pet, umieram jak jakiś leszcz… Jednak ile czasu spędziłem w obu częściach Cybernoida to moje! Lecimy statkiem poprzez komnaty w jaskiniach (i rożnych bazach) – jednakże nie mamy tutaj prostej drogi tylko ciągłe pasmo pułapek połączonych z zabijaniem eskadr przeciwnika. Występują tutaj także niezniszczalni wrogowie, przed którymi musimy chować się w różnych rurach, tubach, wąskich występach skalnych, a grawitacja obecna w grze – ewidentnie sprzyja naszemu rozbijaniu… Delikatnie zahaczymy o krajobraz i jebudu! Obie części różnią się głównie etapami i ich konstrukcją. No i oczywiście stroną tytułową i muzyką, która jest.. boska! Jeroen Tel na pokładzie. Do tej pory nie ukończyłem tej gry bez trainera i chyba nigdy nie dam rady…

DEMON’S KISS (MC Lothlorien – 1989). Pocałunek Demona to zapomniana, wręcz nieznana, ale naprawdę znakomita gra komnatowa w stylistyce fantasy. Okrutny barbarzyńca uzbrojony w morgenszterna wyrusza rozprawić się z demonicznym ścierwem, a jego wędrówkę poprzez bardzo klimatyczne miejscówki (cmentarze, zamki, podziemia, lasy) będą zdobić ciała zabitych wrogów. Oprawa graficzna prima sort, a muzyka chyba jeszcze lepsza. Pamiętam, że odkryłem ten tytuł bardzo późno, tuż przed zakupem Amigi i jak na jednoplikową produkcję – program ten po prostu zachwyca! Polecam tym, którzy nie znają.

DIZZY: FANTASY WORLD DIZZY oraz MAGICLAND DIZZY (Codemasters – 1990). Ktoś nie zna przygód jajcarza Dizzy’ego, który doczekał się kilkunastu oficjalnych gier oraz kilkuset nieoficjalnych w trakcie swojej długiej kariery na wielu systemach? Dla nowicjuszy przypomnę: seria Dizzy to gra action adventure, w której zagadki polegają na używaniu znaleźnych przedmiotów w specyficznych miejscach lub na określonych postaciach. Popycha to całkiem zgrabną fabułę do przodu i naprawdę fajnie, że znajdujemy tutaj dużo artefaktów i NPCów. Wszystko umiejscowione w stylistyce komnatowej z wymagającymi elementami platformowymi. A dlaczego przytoczyłem tu dwie części? Za ich oprawę i bajkowy klimat oraz za fakt, że je ukończyłem! Pierwszą umiejscowiono w świecie fantasy (trolle, smoki, rycerze), drugą w świecie baśniowych legend – też fantasy, lecz bardziej dziecięce (miecz Excalibur, lampa Aladyna). Zresztą wszystkie przygodowe wcielenia bohaterskiego jajka to fajne gry. Były też mniej udane zręcznościówki oraz logiczne szpile.

Dizzy nigdy nie był leniem! Ta kolekcja to tylko pierwsza część jego przygód…

DRAGON NINJA (Imagine – 1989). Oj, kiedy zobaczyłem Bad Dudes vs Dragon Ninja (taki jest pełen tytuł) w wydaniu na C64 to zachorowałem na ten komputer. Ależ to było zajebiste i jakże wierne automatowemu pierwowzorowi! Przecież chodzonych bijatyk tak bardzo brakowało mi na Atari… Mięśniak kontra ninjowie, normalnie masakra, dodatkowo walka na pędzącym tirze, albo pojedynek z grubasem plującym ogniem! Dla gówniarza, którym wtedy byłem nie potrzeba było nic więcej by tytuł ten śnił się po nocach…

EXOLON (Hewson – 1987). Jak zdążyliście zauważyć Hewson to królowie niekonwencjonalnych, lecz grywalnych strzelanin na C64, zresztą na Spectrum też, żeby nie było… Tym razem także nie zawodzą! Exolon to bardzo popularny swego czasu komnatowy run and gun, w którym nasz heros ubrany w wielki pancerz bojowy, wręcz egzoszkielet – likwiduje zastępy przeciwników na odległej planecie. Prujemy tutaj z karabinu (możliwość znalezienia podwójnych strzałów) oraz wyrzutni rakiet, a w trakcie dosyć powolnej wędrówki napotkamy wielkie stacjonarne działa, czołgi, lasery, a nawet teleportery. Szczegółowa kolorowa grafika oraz przebojowa muzyka to znak rozpoznawczy tego tytułu oraz jego twórców.

ELIMINATOR (Hewson – 1988). Znowu Hewson i znowu emocjonująca rozpierducha! Tym razem połączona z szybkimi wyścigami na trójwymiarowej trasie. Pod względem rozgrywki jest to jakby połączenie Yoompa z Gyrussem. Oczywiście gra nie jest tak efektowna pod względem wyświetlanej grafiki jak polska superprodukcja, ale uroku jej odmówić nie sposób. Pędzimy naszym myśliwcem w głąb ekranu, staramy się utrzymać go na trasie, wymijamy przeszkody, skaczemy na trampolinach i prowadzimy ciągłą wymianę ognia z nadlatującymi z naprzeciwka wrogami. Tradycyjnie jak to u Hewsona – świetna muzyka! Aha, to przeca Jeroen Tel przygrywa.

A ta Komoda to hołd dla Flimbo’s Quest. Szpunta jesteś wariat!

FLIMBO’S QUEST (System 3 – 1990). Nie mogło zabraknąć tutaj jednej z najbardziej popularnych w Polsce gier na Komodę czyli przygód Flimbo. Do każdego zakupionego Komcia (bodajże w Baltonie) dodawano kapitalny kartridż z czterema dobrymi grami, pośród których znajdował się ten przebój od System 3. Zresztą wspominałem już o tym w tym wpisie gigancie. Wróćmy jednak do przygód Flimbo, jaki to szpil? Piękny graficznie platformowy run and gun, ze świetnym efektem paralaksy, w którym tytułowym chłopcem biegamy po baśniowych światach i polujemy na potwory. Zbieramy monety, kupujemy upgrady broni i inne dopałki. Muzycznie także ekstraklasa! Trudne, ale siedziałem tak długo – aż podołałem! Uff.

GALENCIA (Protovision – 2017). Ten zdecydowanie najlepszy z nowych klonów kultowej Galagi, posiada mechanikę i zasady wierne pierwowzorowi, czyli swoim statkiem kosmicznym strzelamy do wrażego robactwa wylatującego z góry ekranu. Likwidujemy wszystkich i przechodzimy do kolejnego etapu. Specjalne jednostki wroga mogą porwać nasz samolocik, jednak żadna to strata, gdyż jeżeli odbijemy go kolejnym życiem, wtedy sterujemy dwoma myśliwcami i z dwóch dział eksterminujemy paskudy! Gra ta posiada przepiękną oprawę graficzną, bardzo różnorodnych przeciwników, zmieniających się co kilka etapów, a nawet większe robale pełniące funkcje bossów i subbossów oraz wzorową grywalność! Dodatkowo piękne malutkie intro (i pewnie jakieś outro), śmieszną fabułę i wyborną muzykę. Niech za rekomendację posłuży fakt, że Galencia mogłaby stanąć w Salonach Gier w czasach świetności tych przybytków, tuż obok największych przedstawicieli gatunku kosmicznych strzelanin i nikt nie zauważyłby różnicy. Co więcej – byłaby bardziej oblegana przez graczy! Absolutny killer – do grania Komodziarze!

GHOSTS’N GOBLINS (Elite – 1986) oraz GHOSTS’N GOBLINS ARCADE (Nostalgia – 2015). Kto mnie zna ten wie, że GnG to jedna z moich ulubionych gier, którą swego czasu miałem wyrytą na blachę. A kto nie zna niech popatrzy jak w relacji z Kraków Arcade Museum przechodzę pierwszy etap bez jakiegokolwiek draśnięcia. Król Artur w swojej zbroi przemierza mroczne terytoria swego królestwa walcząc z zombiakami, poczwarami, demonami i innymi piekielnikami. Do bólu hardcorowy platformer z elementami run and gun w klimatach horror/fantasy. Wersja Elite jest pocięta w stosunku do oryginału na automatach, ale mieściła się w jednym pliku i miała świetną oprawę audio. Zresztą była wielce grywalna – kiedy zakupiłem Komcia nie wyłączałem go przez trzy dni tylko grałem w nią non stop i pobijałem rekordy! A wersja Nostalgii? Oceniam ją na milion w skali do dziesięciu! Zawiera wszystkie poziomy, stronę tytułową, mapę świata, muzyczki wzorowane na oryginalnych… Po prostu perfekcyjna co do piksela adaptacja na miarę możliwości 8-bitowej maszyny. Miód pitny, wysokogatunkowy i procentowy! Recenzję obydwu wersji znajdziecie tutaj.

Czerwone diabelstwo zwane skurwiałym demonem, zwane pogromcą niedzielnych graczy. Ten gagatek oddzielał w tej grze mężczyzn od chłopców! Paskudnik atakował nas już w połowie pierwszego etapu…

GIANA SISTERS (Rainbow Arts/Time Warp – 1987). Cholera, ale przeboje w tym wpisie, jeden koło drugiego! Masakra! Nie zna ktoś przygód sióstr Giana? A Super Mario Bros na NESa znacie? Więc już wiecie o co tu chodzi. Kapitalna platformówka z superpłynnym scrollingiem, bardzo dobrą grafiką, świetnym sterowaniem oraz wybitną muzyką (geniusz Chris Huelsbeck!). 30 poziomów 8-bitowego platformowego orgazmu wzorowane na przygodach wąsatego hydraulika. Tylko w czasach premiery Giany mało komu to w Polsce przeszkadzało, gdyż Mariana to rzadko wtedy w grach widywaliśmy. Dopiero później (w naszym kraju później…) na Pegazie się rozbestwił. A na Komodzie? Nawet zhackowano Gianę Sisters, podmieniono duszki i zamieniono ją w nieoficjalnego Mariana. Jaja, normalnie, jaja! A sama gra na medal i basta!  Biedne Rainbow Arts musiało wycofać ten przebój ze sprzedaży po interwencji Nintendo… Tu recenzja.

HEAD OVER HEELS (Ocean – 1987). Żadna szanująca się lista 8-bitowych przebojów nie może się obejść bez izometrycznej gry przygodowo-zręcznościowej. A jaka była najlepsza i najbardziej grywalna produkcja tego rodzaju w tamtych latach? Moim skromnym zdaniem – Head Over Heels, gra w której sterowaliśmy jednocześnie psem oraz kotem i musieliśmy ściśle pomiędzy nimi współpracować, aby rozwiązywać naprawdę zagmatwane zagadki. Świetnie zaprojektowane komnaty, pełne pułapek, wind, kolców czy uprzykrzających nam życie przeszkadzajek. Później wyszło także na moje kochane Atari, jednakże najwięcej czasu spędziłem przy wersji na Komcia.

IKARI WARRIORS (Elite – 1988). W salonie gier popularne Ikari nie było dla mnie hitem pierwszej wody, jednakże kiedy dostaliśmy w swoje łapska (oczywiście z kim? z Gałasem!) konwersję tej gry na Komodę – zaczęła się rzeźnia niewiniątek (czytaj żołnierzy wroga). Na szeroką skalę za pomocą karabinów, granatów, a nawet czołgiem! Oj, wybornie ta chodzona strzelanka sprawdzała się w kooperacji. Czytelna grafika, dobre sterowanie, a przede wszystkim dwuosobowa rozpierducha. Aha – nie mylić z pięściarską wersja Ikari Warriors dostarczoną przez Data East w 1986 roku na rynek amerykański.

INSECTS IN SPACE (Hewson, Sensible Software – 1989). Zamiast kosmicznego statku latacie po niebie piękną i nagą anielicą z kapitalnie odwzorowaną animacją piersi! Ma czym kobitka oddychać, a na dodatek sieje laserem z oczu nie gorzej od jakiejś meduzy czy gorgony. Cała mechanika zabawy jest zaczerpnięta z Defendera, zaś celem gry jest obrona poczętych niedawno cherubinków przed mięsożernymi robalami z kosmosu. Świetna i klimatyczna oprawa graficzna, wielki dynamizm rozpierduchy i nastrojowa muzyka na stronie tytułowej. Brać, grać, strzelać i piersi podziwiać!

Wracamy do kaset. Tutaj polskie wydawnictwa L.K.Avalon, którzy jak widać wspierali nie tylko Atari, ale i Komodę. Znowu własność Szpunciora. Hans Kloss, Klątwa, Władcy Ciemności – skąd ja to znam…

INTERNATIONAL KARATE + (System 3 – 1987). Bijatyka trójki karateków na tle zachodzącego słońca, w której możemy pojedynkować się równocześnie z dwoma przeciwnikami. Zarówno z żywym przyjacielem (raczej wrogiem), jak i  wojownikiem sterowanym przez komputer. Jeżeli mamy jaja ze stali i pięści szybsze od węża to możemy samemu stanąć naprzeciw dwóch cyfrowych oponentów! W grze występuje bardzo dużo efektownych ciosów (kopniaki, podcinki, wyskoki, różne ciosy pięścią, a nawet z dyńki), które zostały zaczerpnięte z pierwszej części gry plus nowe techniki. Przepięknie narysowana zatoczka nad którą walczymy, soczysta kolorystyka, prawie ludzka animacja bohaterów, nieśmiertelna grywalność. Archer Maclean (autor gry) to geniusz!

KLAX (Domark – 1990). Są lata 90-te – pora na Klaxa! Takim sloganem reklamowym wita nas na stronie tytułowej ta ładna graficznie i kolorowa wariacja Tetrisa zmutowanego z grą typu – połącz trzy jednakowe kolory.  Ale o co tu chodzi? Pole gry podzielone jest na trzy części: góra to szeroka rynna, po której powoli zsuwają się różnokolorowe żetony. W połowie planszy operujemy paletką, na którą łapiemy owe tokeny i nawet możemy je gromadzić do pięciu sztuk. Dół ekranu to studnia, do której zrzucamy z paletki wybrane przez nas żetony. Zrzucamy w kolejności od najwyżej położonego na paletce do znajdującego się najniżej. Celem gry jest układanie w studni ciągów pionów o jednolitej barwie. Trzy jednakowego koloru postawione w pionie, poziomie lub na skos – znikają. Moja mamuśka Krystyna cięła w to non stop! Minirecenzja w tym miejscu.

KNIGHT’N GRAIL (Psytronik – 2009). Komnatowa metroidvania (200 ekranów!) w najlepszym wydaniu. Jako zakuty w zbroję rycerz wyruszamy do posępnego zamczyska celem zrzucenia smoczej klątwy z naszej ukochanej. Multum broni, pancerzy, dopałek do znalezienia. Szeroki bestiariusz zawierający paskudnych bossów, grafika wyciskająca z C64 wszystkie soki oraz klimatyczna, wpadająca w ucho oprawa dźwiękowa. Recenzje branżowe nie schodzące poniżej 90%! Absolutne arcydzieło i przygoda życia, która doczekała się u nas porządnej recenzji. Moim (i nie tylko) zdaniem jedna z najlepszych gier w historii Commdore 64. Już niedługo, albo gdzieś za pół roku (zależy od tego, które odcinki Larek zmontuje pierwsze) zobaczycie ją w Gramy na Gazie.

KRAKOUT (Gremlin Graphics – 1987). A teraz najlepszy i najbardziej widowiskowy klon Arkanoida przedstawiony w widoku z boku. Czyli paletką operujemy po prawej stronie ekranu (lub lewej, gdyż ustawiamy to w opcjach), zaś cegły do zbicia, przeszkadzajki i wszelkie bonusy są zlokalizowane naprzeciw. I jak się gra w ten sposób? Wybornie, ale to bardziej zasługa kapitalnych power upów, pośród których znajdziemy takie naprawdę wybuchowe (bomby, rakiety), jak i bardziej tradycyjne (ściana za nami, wydłużenie paletki itp.). Czytelna oprawa graficzna powodowała, że bardzo, bardzo przyjemnie się grało, jednak trzeba było wyciszyć w opcjach wkurzającą muzykę. Urwała się ona bowiem z jakiegoś cyrku czy festynu…

Ostatni Ninja to przede wszystkim grafika i klimat przez wieeeeelkie K! Widać to już po okładce.

LAST NINJA, THE /SERIA/ (System 3 – 1987 do 91). Jedna z serii gier, która pod względem oprawy oraz pomysłu na rozgrywkę wyprzedziła swoje czasy. Kiedy zobaczyłem ją w akcji po raz pierwszy u kolegi z podstawówki – po prostu oniemiałem! Jakość izometrycznej grafiki jaką w niej zastosowano powodowała, że wszystkie inne izometryczne tytuły stały się nagle brzydkie jak noc. The Last Ninja to seria action-adventure łącząca w udany sposób zarówno: eksplorację (duże mapy do zwiedzenia), rozwiązywanie prostych zagadek (używanie odpowiednich przedmiotów w ważnych miejscach), walkę pięściami, nogami, a przede wszystkim znaleźną bronią (ninjato, nunchaku, laska, shurikeny, bomby dymne). Elementy skakane były dosyć trudne (skoki w izometrycznym 3D nigdy nie były ani łatwe, ani fajne). Nasz bohaterski Ostatni Ninja na drodze ku zemście zwiedzi zarówno Wyspę Lin-Fei (pierwsza część), Nowy Jork (sequel) oraz Tybet (trzecia część) – przemierzając przepięknie przedstawione miejscówki. Moją faworytą była druga cześć tej legendarnej gry.

LED STORM (Go!/Software Creations – 1989). Bardzo grywalne wyścigi w postapokaliptycznej przyszłości, będące wielce udaną konwersją capcomowego przeboju. Najważniejszą cecha wyróżniającą je spośród innych była możliwość zamiany naszego samochodu w motocykl bezpośrednio w trakcie jazdy oraz wykonywanie długaśnych skoków nad rozpadlinami, skałami czy przeciwnikami. Skoro o przeciwnikach mowa – Led Storm to nieustanna walka na trasie i spychanie naszych zajadłych oponentów na śmiertelne elementy otoczenia. Fajnie! Dodajcie do tego szybki scrolling, dobrą grafikę i REWELACYJNĄ muzykę! Tim Follin dołącza do mistrzów SIDa.

MADNESS (Rainbow Arts – 1986). Bardzo przyjemny platformer jednoekranowy, w którym naszym protagonistą (nieźle animowanym człowieczkiem) musimy zapalić wszystkie pochodnie i znaleźć drogę do wyjścia. Drabiny, taśmociągi, liny, windy, pająki, samochody, wiedźmy, pacmany, poplątanie z pomieszaniem! Niby nic specjalnego, niby Mouse Trap jest lepszy, ale grało mi się w ten tytuł rewelacyjnie i nawet go skończyłem. Fajnie zaprojektowane poziomy, porządna grafika i przede wszystkim przebojowa muzyka, którą stworzył sam Chris Huelsbeck. Polecam, tym co nie znają.

Trochę gierek od Mastertronic, to był swego czasu bardzo płodny wydawca i developer. Szpunta ile masz gier na C64?

MAYHEM IN MONSTERLAND (Apex Computer Productions – 1993). Przepiękna graficznie, chociaż trochę mało oryginalna i dosyć prosta w założeniach platformówka. Jednak zobaczyć ją w latach 90-tych to było niczym zamiana wysłużonej Komody w Amigę! Dosłownie przepoczwarzenie na naszych oczach sprzętu 8-bitowego w 16-bitowy. Smokiem Milusiem, ups przepraszam, dinozaurzykiem Mayhmem biegamy po cudownie narysowanych krainach, które scrollują się poziomo w obydwie strony, wskakujemy na grzbiety niemilcom i zbieramy gwiazdki. Pod względem mechaniki platformówkowy standard, jednak pod względem wykonania nowa jakość! Przede wszystkim urzekały pastelowe kolory, bajkowa grafika, świetnie zaprojektowane potwory oraz cudowna muzyka. Ostatnia wielka gra na Commdore 64, z jego złotych czasów. Pojawi się także w Gramy na Gazie.

MICROPROSE SOCCER (Microprose/Sensible Software – 1988). Pierwsza wybitna piłka nożna, która nawiedziła moją chałupę i mieszkania moich kolegów. Co ja gadam, domy wszystkich wielbicieli piłki nożnej w tamtym okresie grających na Komodzie! Niestety na Atarynie był tylko mocno średni Kick Off, więc z lubością zagrywałem się u mojego kuzyna w tą kapitalną gałę. Wyraźne postacie piłkarzy, soczyste kolory, szybki scrolling, dynamika akcji, podkręcanie strzałów, parady bramkarzem (my sterowaliśmy), warunki pogodowe oraz świetne replaye z efektem cofania taśmy filmowej. Mało?! To teraz przypomnijcie sobie w głowie inne soccery na 8-bitowe kompy i wymieńcie ich zalety… A najważniejsze – w Microprose Soccer dało się rozegrać całe Mistrzostwa Świata! Zarówno samemu, jak i z przyjaciółmi. Do boju Polsko! Pamiętacie te turnieje po lekcjach w szkole? Niezapomniane! Relacje z tego pierwszego rozpikselizowanego mundialu przeczytacie tutaj.

SYLWETKA retroSZPUNTAfan

Retronizacja 2018 relacjaPięknie odpicowana Komoda, będąca własnością Szpunty! No i jego familia przy Wizard of Wor!

Dawida (aka retroSZPUNTAfana) poznałem całkiem niedawno, bo na zlocie amigowców zwanym SACP w lutym zeszłego roku. To właśnie jego przepiękną i wspaniałą kolekcję gier oraz Komód 64 możecie podziwiać w tym wpisie, gdyż na moją prośbę zgodził się porobić zdjęcia swoich zbiorów i przesłać mi na maila. Zaprawdę – jest się czym chwalić! Wróćmy jednak do Szpunciora, bo musicie wiedzieć, że to jeden z dwóch najbardziej maniakalnych Komodorowców jakich spotkałem w życiu i także jeden z najfajniejszych retro ziomali. Myślę, że mogę go tak nazwać po naszych niezliczonych bojach w Sensible World of Soccer, które stoczyliśmy na wielu zlotach. Twardy to zawodnik, jeden z najlepszych graczy amatorów i zawsze mam z nim trudną przeprawę. Chyba w ogólnym rozrachunku pomiędzy nami – jest ode mnie lepszy, jednakże ja też parokrotnie złoiłem mu skórę bardzo spektakularnie! Opowieści o Commodore 64 może snuć godzinami, posiada rarytasowe modele C64 w kolekcji (jakieś złote limitowane cudo), a także prowadzi fajny kanał youtube, na który oczywiście serdecznie zapraszam wszystkich retromaniaków! Jednakże najbardziej podoba mi się, że przekazuje miłość do retro swoim dwóm synom Michałowi i Tomkowi oraz chrześniakowi Kajetanowi. Zawsze zabiera ich ze sobą na zloty, grają razem w najróżniejsze gry, po prostu retro familia, której nie sposób nie lubić. Pozdrawiam Szpunciora i jego ekipę!

LISTA PRZEBOJÓW SZPUNTY:

Jako, że Szpuncior to wielki kibic i miłośnik kopania gały na każdym retro sprzęcie, jego lista przebojów musiała zawierać gry o tematyce piłkarskiej. Brawo Ty! Sam kiedyś namiętnie zagrywałem się w soccery i managery, więc ucieszyłem się, gdy ujrzałem jego TOPkę! Zerknijcie: 1.Microprose Soccer, 2.Flimbo’s Quest, 3.Soccer Rivals, 4.Football Manager, 5.Continental Circus, 6.Pitstop II, 7.North & South, 8.Klax, 9.Cabal, 10.International Soccer.

A to chyba największa duma retroSZPUNTAfana. Złoty Kloc, eee, to znaczy Złoty Komć! Droższy od mojego samochodu…

MIDNIGHT RESISTANCE (Ocean/Special FX – 1990). Niestety Contra na C64 była mocno przeciętna, więc potrzebna była alternatywa. Dostarczył jej Ocean w postaci wyjątkowo udanej konwersji przebojowego run and guna z automatów arcade (oryginał od Data East). Widok na pole akcji z profilu, wiele świetnych broni (miotacz ognia, rozpylacz), nieustanna rozpierducha, elementy platformowe, nawet pojedynki z latającymi mysliwcami! Szkoda, że nie mamy kooperacji w tej edycji, tak jak było na automatach, ale nie narzekajmy. Piękne widoczki oraz kozacka nuta w tle. No i komandos najtwardszy z twardych! Niestety na magnetofonie musiałem zadowolić się pociętą wersją, gdyż gra była tworzona z myślą o stacji dyskietek. I tak było super!

MIKIE (Imagine – 1986). Któż w młodości nie chciał być łobuzem? A jeszcze lepiej rockandrollowym, romantycznym rozrabiaką? Niektórzy byli, a niektórzy, żeby spełnić swoje marzenia sięgali po przygody Mikiego. Ten podrywacz i urwis przykuwał uwagę przede wszystkim nowatorskim pomysłem na rozgrywkę. Rozrabiamy na lekcjach (wyrzucamy z ławek innych uczniów, ciskamy w nauczycieli piłką do kosza, przeszkadzamy w zajęciach baletu) i zbieramy  jednocześnie miłosne serduszka. Prosta rozgrywka, barwna i ładna grafika, przyjemna grywalnosć i tradycyjnie wybitna muzyka. Prawda, że fajnie być szkolnym łobuziakiem?

MOTORHEAD (Double Density – 1989). Proszę nie mylić tej samochodowej strzelaniny z amigową bijatyką o kapeli Motorhead. Dosyć późno odkryta przeze mnie gra, gdyż dopiero w końcówce żywota pierwszej Komody pod moimi strzechami. Jedziemy samochodem bojowym (widok z lotu ptaka) przez bardzo atrakcyjną okolicę wypełnioną palmami, skałami oraz oczywiście wrogami. Do dyspozycji oddano nam działo pokładowe i pięcio biegowy silnik. Nie liczcie jednak na szybka akcję, to taka bardziej spokojna strzelanka, w której ważna jest precyzyjna jazda i powolna likwidacja celów. Mi się to cacko bardzo podobało, gdyż zarówno muzyka i grafika były tutaj pierwsza klasa, zaś klimat science fiction wzmagał doznania.

PACMANIA (Grandslam – 1988). Wreszcie jakiś prawdziwy Pac-Man w moim zestawieniu. Nie do końca klasyczny, gdyż izometryczny, dodatkowo posiadający umiejętność skakania. Pamiętam, że gdy pierwszy raz uruchomiłem ten tytuł to zachwytów nad jego grafiką nie było końca! Trójwymiarowy i bardzo kolorowy Pac-Man? I like it! Zasady rozgrywki są tutaj proste jak drut, a gra jest chyba bardziej grywalna niźli jej automatowy pierwowzór od Namco. Dla mnie najlepszy Pac-Man na Komodę. I co z tego, że izometryczny?

Patrzcie jak pięknie dzisiaj wydawane są gry na Commodore 64! Playstation 4 jak to zobaczyło to się powiesiło!

PAINS’N ACHES (Psytronik – 2018). Rozbudowana, różnorodna obszarowo, piękna pod względem grafiki, urzekająca muzycznie komnatówka. No, ale nie byle jaka komnatówka, tylko wspaniała przygoda, gdzie oprócz skakania i zbierania przedmiotów walczymy z przerażającymi potworami i bestiami, próbujemy przetrwać w starciach z bossami, spotykamy npc, którzy zlecają nam questy, eksplorujemy, uzupełniamy księgę czarów o nowe zaklęcia. Ta metroidvania to kontynuacja jednej z najlepszych gier 8-bitowych w historii czyli Knight’n Grail, gdzie zamiast rycerza sterujemy czarodziejką… Tutaj jakiś skryba skrobnął recenzję tej wielkiej przygody. Pains’n Aches w przyszłości także zobaczycie przez chwilę w Gramy na Gazie. Gra ta została przez nas wybrana Najlepszą Retro Grą Roku 2018! Szczegóły w naszym głosowaniu.

PUZZNIC (Ocean/Software Creations – 1990). Świetna konwersja jednej z najlepszych gier logicznych w historii elektronicznej rozgrywki i do tego dosyć niepowtarzalnej. Widok z profilu, na platformach poukładano różnorodne kryształy, które musimy połączyć w pary (zdarzają się też tercety). Pomagają nam w tym różnego rodzaju windy, zaś przeszkadza najzwyklejsza grawitacja. Przesuwamy kryształy, tworzymy sobie ustawki pod ich połączenie kiedy mamy ich nieparzystą liczbę, ogólnie zwoje mózgowe pracują pełną parą. Pamiętam wakacje u Gałasa, kiedy cała jego rodzina główkowała razem z nami jak przejść niektóre mocno zakręcone etapy. Naprawdę ostre umysłowe wygibasy. Tutaj minirecka.

RICK DANGEROUS (Firebird/Core Design – 1989). Naprawdę wielki przebój! Kolejna z wielu gier zainspirowanych przygodami największego archeologa-awanturnika wszech czasów, czyli Indiany Jonesa! Jednak tym razem wcielamy się w tytułowego Niebezpiecznego Ricka. Wyposażeni w pistolet oraz dynamit eksplorujemy starożytne grobowce (i nie tylko) w poszukiwaniu skarbów, a znajdujemy… pułapki! Ta gra jest nimi najeżona bardziej niż jeż kolcami…  Rollercoasterowa i bardzo trudna zarazem jazda bez trzymanki w pięknych okolicznościach przyrody (czytaj grafice)! A wszystko w jednym pliku! Króciutka recka w tym miejscu.

RICK DANGEORUS 2 (MicroStyle/Core Design – 1990). Rick wyrusza na kolejna przygodę! Tym razem porywa go UFO, a potem wyląduje w lodowych pieczarach, a nawet amazońskiej dżungli. Przeszedł w multiload, czyli każdy poziom jest dogrywany osobno, więc najlepiej wyposażyć się w stacje dysków. Grafika jeszcze ładniejsza niż poprzednio, pojawiła się możliwość turlania dynamitu. Znowu jest cholernie trudno! Pułapka na pułapce, kolec na kolcu, laser na laserze. Wielce rajcowne madejowe łoże! Obie części Niebezpiecznego Ricka to wręcz synonimy Commodore 64 i rozrywki jakiej potrafił dostarczyć.

SAM’S JOURNEY (Protovision/Knight of Bytes – 2017). Najlepsza gra na C64 i basta! Grafika 10!/10, Muzyka 10!/10, Grywalność 10!/10. Wincyj? Więcej zachwytów znajdziecie w recenzji Naczelnego oraz w pewnym odcinku Gramy na Gazie, który mamy dla was w zanadrzu. Calutki (albo i dwa) będą poświęcone grom na Komodę. Podróż Sama to najlepsze platformowe bajabongo wszech czasów na mikrokompy!

Przygody Usagi Yojimbo w akcji wyglądają jakby urwały się ze stronic komiksu!

SAMURAI WARRIOR: THE BATTLES OF USAGI YOJIMBO (Firebird, Beam Software – 1988). A tutaj prawdziwe arcydzieło. Bardzo klimatyczna gra przygodowo zręcznościowa z elementami bijatyki (mieczem samurajskim) osadzona w feudalnej Japonii w wydaniu baśniowym (smoki, potwory) i zrealizowana na podstawie kultowej mangi. I to widać w pięknie rysowanej grafice! Wcielamy się w tytułowego królika samuraja, który może stać się bohaterem tutejszej wioski, lecz niekoniecznie – gdyż gra pozostawia dużo wolności grającemu. Bycie złym jednak nie popłaca – zabicie bezbronnego wieśniaka skutkuje popełnieniem przez naszego herosa seppuku. Wspaniała i nietuzinkowa gra! Polecam z całego serducha.

SILK WORM (The Sales Curve – 1989). Helikopter i jeep wkraczają do akcji po raz pierwszy! Obydwie maszyny kooperacyjnie sieją wyborne spustoszenie w tej strzelance poziomej, genialnie skonwertowanej z Salonów Gier. Oczywiście graliśmy w nią z kuzynem Gałasem, bo z tego co pamiętam gra była jednoplikowa i biorąc pod uwagę ten fakt, tym bardziej należy docenić jej klasę. Strzelamy do wszystkiego co się rusza, zbieramy power upy, likwidujemy bossów. Fakt, że na mocniejsze sprzęty (Amiga) wyszły lepsze wersje tego hitu, wcale nie umniejsza nic tej adaptacji.

SOLOMON’S KEY (US Gold, Probe – 1987). Wielce udana konwersja pomysłowej gry platformowo logicznej od Tecmo, znanej z automatów arcade. Jednoekranowy platformer, w którym wcielamy się w czarodzieja potrafiącego stawiać i burzyć bloki skalne za pomocą swojej magicznej różdżki. Pomogą mu one w zebraniu wszystkich kosztowności, blokowaniu potworów, dostaniu się w niedostępne miejsca. Masa sekretów do zebrania i bestyji do unikania, a jeśli mamy wprawę to możemy je efektownie ubić poprzez zrzucenie w przepaść. Wymaga nieraz mocnego pomyślunku i małpiej zręczności. Trudne cholerstwo!

SYLWETKA: NEKROSKOP

relacja SACP maj 2018Specjalnie dla Nekroskopa – czołówka z jego ulubionej gry! Po prawej świetny czerwony Supercharger (QuickJoy) – uwielbiałem go!

Romek (aka Nekroskop) to jeden z najfajniejszych ludzi jakich spotkałem na retro zlotach. Naprawdę, nie zalewam – uwielbiam chłopa! Wielki, wręcz gargantuiczny miłośnik Commodore 64 oraz wielu stareńkich, mniej znanych mikrokomputerów, których w jego kolekcji jest pełno! Wielokrotnie z cierpliwością godną anioła prezentował mi przez kilka godzin w akcji nowości na C64, Commodore 16, BBC Micro, czy nawet Texas Instruments. Dzięki jego uprzejmości mogłem poznać wielką cześć groteki tych dwóch ostatnich maszynek, co było dla mnie niesamowitą radochą i pewnikiem gdyby nie on – to nigdy nie położyłbym na nich swoich łapsk. W szkicowniku mam naskrobane trochę przeglądów gier na te egzotyki, ale ostatnio inne wpisy skutecznie odciągają mnie od ich kontynuowania. Mam nadzieję, że Nekroskop mi to wybaczy. Przyrzekam, że wpisy te pojawią się na pewno na naszej witrynie! Skromny, uczynny, towarzyski i do tego magik lutownicy! Sam tworzy wszelkie porty do dżojstików, czytniki kart i inne szmery-bajery do swoich kompów!

LISTA PRZEBOJÓW NEKRO:

Skoro Commodore 64 jest jego największą miłością, to poprosiłem go o sporządzenie jego debeściarskiej dychy gier. Zaskoczenia nie było, a nawet się ucieszyłem! Podobnie do mnie uwielbia Turricana, z tym, że ja preferuję amigowego… Oto ulubione gry Nekroskopa: 1.Turrican II, 2.Turrican, 3.Katakis, 4.Gem-X, 5.Logical, 6.Giana Sisters, 7.Rick Dangerous, 8.Stormlord, 9.Golden Axe, 10.Rastan. Widzę, że akcja scifi przeplatana produkcjami logicznymi i młóckami fantasy. Super combo!

psytronik gamesPsytronik nie bierze jeńców i dostarcza nie tylko świetne gry, ale i najlepsze możliwe kolekcjonerskie wydania. Źródło: Psytronik.

STEEL RANGER (Psytronik – 2018). Opus magnum człowieka orkiestry niejakiego Lasse Oorni będące hołdem dla dwóch wielkich gier. Szczerze to jestem posiadaczem Stalowego Randżera od dłuższego czasu (w wydaniu kolekcjonerskim), jednakże dopiero w trakcie kręcenia jednego z odcinków Gramy na Gazie poświęconemu nowościom na Commodore 64, gościnnie występujący w programie Tenchi pokazał mi go w akcji. I wiecie co? To jest kawał wybornej giery! Wprowadzenie fabularne, nasz statek rozbija się na jakiejś planecie, załoga poturbowana, wskakujemy więc w ultra nowoczesny skafander bojowy i wyruszamy szukać pomocy. Różnorodny arsenał, możliwość rozbudowy naszego kombinezonu o nowe funkcje, misje fabularne i zadania poboczne, wielka mapa rysująca się na bieżąco w trakcie rozgrywki! Mało? Sama gra przypomina bardzo Super Metroida połączonego z Turricanem. Rozgrywka jest raczej spokojna, ale wymiana ognia częsta, a po drodze spotkamy także ogromnych bossów. Wielka epopeja science fiction na Commodore 64! Gra roku 2018 według portalu Indie Retro News!

SUPER MARIO BROS 64 (ZeroPaige – 2019). Co tu dużo gadać, a raczej pisać – po prostu wyborna i bardzo wierna konwersja Super Mario Bros z NESa! Jest się z czego cieszyć, bo moim skromnym zdaniem jest to jedna z najlepszych i najbardziej zasłużonych gier dla gatunku platformówek. Wszystkie światy są tutaj obecne, wraz z ukrytymi, każdy power up, te same wredne lecz milutkie potwory i oczywiście księżniczka, która na końcu okazuje się niezłą zdzirą… Tak bardzo się starałem, a ty teraz nie chcesz mnie… Świetne sterowanie dopełnia fenomenalny obraz całości. Jedyne wady to zwolnienia, które występują na standardowych Komciach 64 w przypadku większego tłoku na ekranie. W przypadku posiadania Komody z zegarem 2 MHz – nie uprzykrzają już życia Marianowi. Wszyscy wiemy jak Nintendo zachowało się w stosunku do tego portu i trochę szkoda, że nie pozwolili sobie na jakiś gest w stylu oficjalnego wydania tej gry. Dużo by nie stracili, a opinia pośród graczy by poszybowała. Jednak kto się miał zaopatrzyć w tego świetnego szpila, z pewnością zdążył to zrobić…

TARGET: RENEGADE (Imagine – 1988). Dla mnie w młodości jedna z najlepszych chodzonych mordoklepek na Komodę. Zachwycała w niej oprawa graficzna, szczególnie podobał mi się podobny do Rambo bohater oraz przyjemna ścieżka dźwiękowa. Brutalne czyny tutaj odchodziły, nawet z użyciem kija bejsbolowego! Pojedynki z motocyklistami mocno podnosiły ciśnienie. Szkoda, że pierwszy etap jest wielce urozmaicony, a na pozostałych zabrakło trochę różnorodności wrogów, dodatkowych broni i pomysłu na rozgrywkę. Jest to sequel jednego z pierwszych beat’em upów w historii czyli Renegade od Taito/Technos.

I żeby nie było nudno – kolejne Big Boxy na C64. Północ i Południe, Spy vs Spy, Barbarian I i II – te tytuły chciałbym najbardziej. Kolekcja kogo? Szpunciora.

TRAP DOOR (Piranha/Macmillan – 1986). Bardzo nastrojowa, momentami straszna, momentami jajcarska i naprawdę pomysłowa gra zręcznościowo-przygodowa. Sterujemy jakimś dziwacznym, wielkim i grubym stworem Gamoniem (dokładnie tak się zwie ten obibok!), który został zamknięty w jakimś zamczysku, lochu, czy piwnicy. Poprzez kładkę w podłodze karmimy jakiegoś potwora, który drze się wniebogłosy, że głodny jest cholernik! Tuczymy go jakimiś robalami, oczami i innymi paskudztwami. Brrrrrr i fuuuuuj, ale panowie i panie, nie rzygamy! Koło nas skacze jakaś żółta żaba i nikt nie wie o co tutaj kaman?! My z kuzynem Gałasem też nie wiedzieliśmy, ale jakoś graliśmy. Straaaasznie powoooolne w działaniu, jednak klimat posiada prima sort! Do tej pory nie wiem o co tu chodzi, ale nieważne. Niestety kontynuacja Through the Trap Door to szajs.

URIDIUM (Hewson/Graftgold – 1986). Sztandarowa gwiezdna fregata od Hewsona w końcu nadleciała! A raczej kosmiczny myśliwiec, dynamicznie latający nad wielkimi galaktycznymi krążownikami i niszczący wszystko w drobny mak! Nadlatuje eskadra wroga? Jebudu i nie ma co zbierać! Samoloty kołują na pasie startowym? Ponowne jebudu! Widok z lotu ptaka, a raczej z lotu UFO, bo rzecz osadzona jest w przestrzeni kosmicznej. Jednakże to shmup poziomy, wzorowany na legendarnym Defenderze, czyli z możliwością zmiany kierunku lotu. Bardzo czytelna grafika (w odróżnieniu od atarowskiego klona zwanego Mirax Force), ultra płynny scrolling i szesnaście międzyplanetarnych fregat do zezłomowania. No i przede wszystkim poziom trudności z gatunku tych do ogarnięcia.

YOOMP!64 (RGCD/Psytronik – 2018). Moim skromnym zdaniem zacna konwersja atarowskiego przeboju, w którym skaczącą piłką przemierzamy trójwymiarowe tunele (tuby). Wyścig z czasem, omijanie dziur, zbieranie dopałek, skoki przez przepaście. Minimalnie mniejsza widoczność w tunelu niźli na Atarynie, z drugiej strony kupa zupełnie nowych etapów, wymyślne power’upy (flaszka!), dwie fajowe muzyczki z SIDa. Nie ma co dywagować, która wersja lepsza – tylko grać w obie, gdyż Yoompa! nigdy nie za wiele. Brawo dla Zbigniewa Rossa za konwersję. Oczywiście recenzję tego hitu już u nas znajdziecie.

Yoomp!64 recenzjaYoomp!64 wersja na kartridżu wydana przez RGCD.


PODSUMOWANIE

Z POWODU BRAKU STACJI DYSKÓW ODPADŁY: całkiem wielkie przeboje. Możliwe także, że nie umieściłem ich tutaj, gdyż po prostu nie grałem w nie za młodu, a po latach kiedy stałem się posiadaczem stacji dyskietek – nie za bardzo mam czas aby do tych gier wracać. Jednak trzeba napomknąć o takich niszczatorach jak: Projest Firestart, Pirates!, Zak McKracken, Maniac Mansion, Tusker (w pociętego grałem), Nobby the Ardvark (u kuzyna grałem zbyt krótko), Spherical, North & South, Turrican I i II (amigowe wersje to dla mnie wzorzec tej gry), Enforcer, Katakis, Armalyte, Laser Squad (czekam na atarowską wersję, hehe), Exile, Myth (uwielbiam przyjaciółkową edycję), Purple Hearts, SWIV (jestem wyznawcą amigowego). Do ogrania pozostaje mi także wiele smakowitych nowości – na przykład saga Metal Warrior, może Soulless lub Age of Heroes i pewnikiem będący w produkcji Raging Orlando (który na trailerach prezentuje się wybornie) oraz morze innych tytułów, które cały czas wychodzą jak grzyby po deszczu. Powtarzam – ten najlepiej oprogramowany mikrokomputer na świecie, nawet po latach zadziwia ilością nowego przebojowego softu. Tak trzymać!

NIE ZAŁAPAŁY SIĘ POMIMO MIŁYCH WSPOMNIEŃ. Bidulka RoboCop okazał się dosyć średnią konwersją z automatów arcade pomimo, że pozamiatał mną u kolegi. Podobnie ze Striderem, którego jednak bardziej doceniam. Rżnęliśmy w niego z Gałasem gruuuubo i mieliśmy niesamowitą radochę, jednak po latach stwierdzam, że obcięto w nim zbyt dużo z automatowego pierwowzoru. Szkoda, jednakże to ciągle dobry szpil! Barbarian II zauroczył mnie oczywiście fantastyczną grafiką, wielkimi postaciami, bestiariuszem, klimatem mrocznego fantasy i krwistością, która ocierała się nawet o gore. Niestety to dosyć trudna gra i skłamałbym, jeśli napisałbym, że grało mi się w niego komfortowo… Nigdy nie zagłębiałem się także w sequele mojego ulubieńca z Atari czyli Druida (aż dwie na C64!), czego bardzo żałuję. Dużo fajowych gier okazywało się bardzo trudnych vide Cauldron I i II, które bez trainera są chyba niemożliwe do ukończenia. Podobnie wiele świetnych komnatówek było bardzo czasochłonnych i pomimo, że wielce mi się podobały nigdy ich nie ukończyłem. Należy tu wymienić na przykład Arc of Yesod, Nodes of Yesod, Heartland, Robin of the Wood, Fairlight (na Atari także bardzo powolne), Tir Na Nog (chociaż to nie komnatówka, ale jak fajnie animowano postać!), Hero of the Golden Talisman, Elidon i pewnie pięćset innych… Także za młodu nie wiedziałem o co chodzi w ciekawej grze, w której biegamy antropomorficznym psem po księżycu i łapiemy strusie, czyli Star Paws. Pamiętam dobrze jej niesamowity soundtrack (Rob Hubbard), który mocno wciskał mnie w fotel…

Mapa klimatycznego Fairlight, czyli izometryka w świecie fantasy. Gdy za dzieciaka czytałem jego opis w Bajtku (numer z 1986 roku) – marzyłem, że kiedyś w to zagram! W rzeczywistości fajna, ale strasznie powolna i ogromnie rozbudowana gra action – adventure. Źródło: Try2Emu.

GRY Z ATARI XL/XE. Dużo gier z poprzedniego wpisu o Atari XL/XE także było obecnych na Komciu i spokojnie mógłbym je tutaj umieścić, gdyż przeważnie konwertowane były one na bardzo zbliżonym poziomie. Tak, należy się tu miejsce dla H.E.R.O., Draconusa, Montezuma’s Revenge, Mouse Trap, DropZone i wszystkich wielkich atarowskich przebojów, które są w dobrej jakości na C64. Jednakże ja preferuję ich wersje z Atari XL/XE, gdyż po prostu się na nich wychowałem. Wy spokojnie możecie je tutaj wstawić…

BORSUK KOŃCZ! Krzyczą do mnie pewnikiem ci z was, którzy zaczęli czytać ten tekst do śniadania, a teraz spóźnią się przeze mnie do pracy… Na nocną zmianę! Buhehehe. No cóż, tradycyjnie poniosło mnie i to gruuuubo. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Niech ten wpis będzie dowodem, że pomimo faktu, iż kocham Małe Atari to bardzo lubię i szanuję jego odwiecznego rywala. I na dodatek mam z nim wiele wspaniałych wspomnień. Po prostu w pewnym momencie mojego żywota – C64 dał mi to, czego nie mogła dostarczyć mi Ataryna. Ogromną bibliotekę dobrych gier! Pewnie gdyby doba miała 48 godzin ciągle bym go ostro katował, jednakże teraz głównie sobie odpoczywa. Zasłużył cholernik! Nie martwcie się, co jakiś czas go odpalam i sprawdzam jakieś świeżynki… W następnym odcinku tego minicyklu pozostaniemy w stajni Commodore i przyjrzymy się moim ulubionym grom na Amigę. Ojojojoj, chyba ten wpis będzie od 18 lat, gdyż wypieściłem tę Przyjaciółkę hardkorowo! Do zobaczyska!


Żeby was dobić – na koniec kolekcja kaset Powerpack dodawanych do Commdore Format. Każda kaseta zawiera kilka gier i dem. Brawo Ty Szpunta! 


PS1. Miałem powrzucać screeny z każdej gry i nawet zacząłem to robić. Wpis jednak okazałby się cholernie długi… Aha, gry są ułożone alfabetycznie.

PS2. Plakaty, artworki i screeny pochodzą głównie z MobyGames, Lemon 64 oraz naszego archiwum.

PS3. Pikne sliderki oraz wlepki przygotował Repip, niektóre zdjęcia pochodzą z mojego telefonu, inne dostarczono na maila redakcji lub podane jest źródło skąd zostały zaczerpnięte. 

PS4. W następnym odcinku AMIGA 500/1200!

PS5. Dotychczas w tej serii wpisów ukazały się AUTOMATY ARCADE oraz ATARI XL/XE.

PS6. Dziękuję RetroSzpuncieFanowi za podesłanie wspaniałych zdjęć kolekcji jego gier na Commodore 64, która ozdobiła ten wpis. Zapraszam na jego kanał TUTAJ. 

PS7. Dziękuję Nekroskopowi za cierpliwość i prezentacje kapitalnych rarytasowych komputerów!

PS8. Dziękuję Księżniczce Marsa za to, że czyta wszystkie moje wpisy, ogląda filmy i użycza bielizny do kręcenia Gramy na Gazie!

O RetroBorsuk 107 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.