Przegląd | Ulubione Gry Wszech Czasów RetroBorsuka #5 – PC (DOS/ WIN)

100 wpis borsuka PCBorsuk powraca z kolejną częścią swojego przeglądu ulubionych gier! Tym razem przedstawi wam debeściaki na komputery PC z naciskiem na trochę bardziej odległe czasy – czyli DOS oraz wczesne Windowsy. Znane i lubiane PieCyki oraz farelki rozpalają ogniska domowe w Polsce już od dziesięcioleci dostarczając miłośnikom gier video chyba najbardziej zróżnicowanej rozgrywki spośród wszystkich sprzętów do grania. Ups, przepraszam, to nie są maszynki do głupich gier! Wypraszam sobie! Przeważnie są one kupowane do nauki, ewentualnie do pracy, a że później służą do mordowania kosmitów z kosmosu, dowodzenia najróżniejszymi armiami fantasy, czy układania pasjansa – to już dziwny zbieg okoliczności… W dzisiejszym wpisie, który zostaje opublikowany w dniu moich urodzin (nie pytajcie których) przedstawię wam swoje ulubione tytuły z okresu, kiedy zagrywałem się na komputerze (jak to się kolokwialnie mówi). Będą dominować tutaj produkcje z lat 90-tych i początku nowego milenium, ale że PC stoi u mnie na biurku po dziś dzień – zdarzało mi się grać na nim także w latach późniejszych. Jeżeli będziecie chcieli poczytać o „świeższych” szpilach z ostatnich lat to poczekajcie na moje wpisy o PS3, Xboxie 360, czy PS4 – tam umieszczę wiele nowszych, multiplatformowych tytułów obecnych także na komputerach PC.

Niestety (albo na szczęście) dzisiaj PC służy mi tylko i wyłącznie do przeglądania internetu, pisania wypocin na Retro na Gazie i ewentualnie do pracy (w takiej kolejności), zaś nie gram na nim wcale. I pomimo faktu, że PC (a może raczej trzeba powiedzieć system Windows) posiada wiele fajnych i ekskluzywnych tytułów, to jakoś mnie do grania na nim nie ciągnie. Wolę włączyć Atari, Amigę, czy jakąś konsolę czekającą na mnie w stołowym pokoju. Zresztą jeżeli mam być wami szczery to z wiekiem odechciewa mi się obcowania z nowymi grami i nowymi zabawkami. Starzeje się, dziadzieję, a może zrozumiałem, że zbyt dużo czasu poświęciłem na to bezproduktywne hobby? Optyka po czterdziestce trochę się zmienia i teraz wolę poświęcić swój cenny czas na inne aktywności, ewentualnie jakiegoś retro szpila, albo dobrze wypieczonego indyka… Wróćmy  jednak do poprzedniego wpisu z mojej serii debeściaków wszech czasów, który opowiadał o cudownej Amidze. W takim razie Borsuku, jak to leciało dalej? Zdradziłeś Przyjaciółkę dla PC?


100 wpis borsuka

Niestety Królowa Amiga pomimo swojej świetności nie nadawała się zbytnio do gier trójwymiarowych i wraz z nadejściem ery strzelanin FPP, czyli po premierze Wolfensteina oraz Dooma, kiedy doomomania ogarnęła świat – zmuszony byłem przesiąść się na komputer PC. A może po prostu chciałem, bardzo chciałem postrzelać z karabinów do potworów?! Pamiętam, że mój pierwszy własny PieC wyposażony był w procesor Cyrix, dysk twardy 1,6 GB i bodajże 32 MB pamięci ram. Były to czasy kiedy nagrywarki CD dopiero wchodziły pod strzechy (czysta płyta kosztowała 50 zł!), zaś standard plików mp3 miał dopiero nadejść… Niesamowite jak ten czas leci… Wróćmy jednak do głównego wątku, czyli do gier. Oczywiście płakałem za swoją Amigą rzewnymi łzami, ale jednak po krótkiej żałobie dałem się porwać wspaniałym strzelaninom pierwszoosobowym oraz wielce rozbudowanym grom RPG. Nawet nie spodziewałem się, jaką furorę w moim serduchu zrobi fraza: „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę!” – po prostu Złota Era Gier RPG to było coś wspaniałego! Dodajcie do tego kapitalne strategie oraz nieśmiertelne menadżery piłkarskie i sami zauważycie ja wielki miałem ubaw. Normalnie po pachy! No, po dłuższym obcowaniu z PC brakowało mi jednak porządnych trójwymiarowych wyścigów czy bijatyk, ale skłamałbym mówiąc, że sprzęt ten nie dostarczył mi świetnych wrażeń…

A zaraził mnie tym wszystkim kolega Grzegorz aka Legion, o którym wspominałem już w przypadku amigowego wpisu (wtedy był posiadaczem Atari ST i to dzięki niemu kupiłem Amigę). Teraz siedział już na PC 386, a później na 486 z przyciskiem TURBO zwiększającym ilość megaherców… To właśnie u niego zobaczyłem w akcji Dooma, Alone in the Dark, Ultimę Underworld, Raptora, Heroes of Might and Magic II oraz WarCraft 2. Ależ to były gry! Wkręciłem rodziców, że komputer PC będzie mi potrzebny na studiach i chyba tuż przed boomem na pierwszego PSX’a stałem się dumnym i bladym posiadaczem wielkiej i głośnej skrzynki z myszką i klawiaturą. Nie martwcie się o wspaniałym Playstation poczytacie w następnym odcinku tego nostalgicznego wpisu i żeby nie przedłużać wstępniaka przejdźmy w końcu do tych cholernych zjadaczy czasu zwanych grami!

Cracow Computer Museum - Relacja

Dzisiaj gramy na PC! To co? Spluwa w dłoń? Raczej myszka! Czyli, że co? Kręcimy pornola?


GRY

ABUSE (Electronic Arts/Crack dot Com – 1996). Bardzo dynamiczny run and gun w ujęciu platformowym, osadzony w mrocznym klimacie science fiction z jedną wielce nowatorską cechą – kapitalnym sterowaniem! Klawiaturą kierowaliśmy poczynaniami naszego herosa ubranego w pancerz bojowy (bieganie, skakanie, wspinaczka, przełączanie przełączników), zaś myszką obsługiwaliśmy celownik jego broni. Zajebiste akcje rodem z filmów Johna Woo oraz gier na dwie gały stały się w końcu możliwe do wykonania! Bieg w dowolnym kierunku połączony z ostrzeliwaniem się w każdą możliwą stronę to była nowość w dwuwymiarowych grach akcji z widokiem z boku. I hordy Obcych wzorowanych trochę na tych gigerowskich podnosiły ciśnienie…

ALIENS VS PREDATOR 2 (Sierra/Monolith – 2001). Ależ mi się podobał ten FPS! Świetna i przerażająca kampania dla kosmicznych marines – klimat niczym z filmu Aliens, od cholery filmowych spluw, scenki powodujące podskoki na krześle ze strachu, radar wskazujący położenie przeciwników i inne znakomite bajery. A ścieżka łowcy, czyli Predatora? Także mega klimatyczna i grywalna! Skakanie po drzewach, termowizjery, kamuflaż, spalanie ksenomorfów działkiem z ramienia, rzucanie wirującym ostrzem, czy przebijanie przebrzydłych monstrów włócznią. Wszystko to w widoku FPP! Trzeba przyznać, że kampania dla Obcego była trochę gorsza jakościowo, bo wiadomo, że broni gadzina nie podniesie, bo łapy zbyt pazurzaste, ale z ogona lub szczęki to potrafi nieźle przykurwić! Oj, potrafi. No i w twarzołapa można się było wcielić! Dawać mi remake tej gry! Zjadała wszystkie pozostałe strzelaniny osadzone w tym uniwersum na śniadanie…

Wirtualna przygoda inspirowana twórczością Lovecrafta. Dokładnie!

ALONE IN THE DARK (Infogrames – 1992). Ta gra była motorem napędowym zakupu przeze mnie popularnego PieCa i pozamiatała mną doszczętnie kiedy pierwszy raz ujrzałem ją w akcji. Alone in the Dark pokazało mi nową jakość opowiadania historii z dreszczykiem oraz generowania trójwymiarowej grafiki. To pierwsza w pełni trójwymiarowa gra z gatunku survival horroru i chociaż teraz ciosy karate wykonywane przez Edwarda Carnby’ego (lub Emily Hartwood w zależności od wyboru postaci) w trakcie walki ze straszydłami mogą nas śmieszyć – wtedy naprawdę nie było nam do śmiechu. Klimat był tu tak gruby, że można było kroić go nożem, grze towarzyszyła atmosfera wielkiej tajemnicy, skakało się ze strachu i nawet zagadki rozwiązywało! Fabuła opierała się na twórczości Poe’a i Lovecrafta i trzymała bardzo wysoki poziom. Jedna z najważniejszych gier w historii gatunku, gdyby nie ona to całkiem możliwe, że nie byłoby późniejszych Residentów. Mnie potargała na strzępy i pozostawiła w głębokim szoku, że właśnie w tak nowatorski sposób można poprowadzić rozgrywkę w grze video. Niby gra przygodowa, a jednak gra akcji jednocześnie. To było wtedy bardzo świeże, pomysłowe i straszne zarazem! Po prostu arcydzieło.

AMERICAN MCGEE’S ALICE (Electronic Arts/Rogue Entertainment – 2000). Wspaniała i trochę niepokojąca podróż przez suerrealistyczny świat rodem z książek Lewisa Carrolla, w dosyć mrocznej i brutalnej adaptacji Jamesa McGee. Nasza bohaterka uzbrojona miedzy innymi w nóż kuchenny, tnące karty, czy różdżkę zimna walczy z odrealnionymi wojskami Królowej Kier i innymi potworami, przemierzając piękne miejscówki powołane do życia za pomocą Unreal Engine oraz wielkiej wyobraźni. Świetne elementy platformowe, satysfakcjonująca i krwista walka, pomysłowe zagadki, a także abstrakcyjny projekt miejscówek to główne atuty tej produkcji. Jednakże największą zaletą pozostaje w niej niesamowita historia, mieszająca świat realny (tragedia i  choroba psychiczna bohaterki) z ucieczką w świat fantazji  (przy pomocy Kota z Cheshire). No i oczywiście kapitalny soundtrack. Wydany po latach sequel Alice Madness Returns pomimo uroku i pięknej grafiki był trochę nużącą, wtórną i męczącą przygodą. Na pewno nie tak świeżą i porywającą jak oryginał. Chociaż uczciwie przyznam, że przez kilka pierwszych etapów byłem zachwycony sequelem, kiedy jednak dotarłem do beznadziejnych światów zimowego i podwodnego to trochę zwątpiłem… Przeszedłem drugą Alicję na PS3 i w sumie jest to porządny tytuł, zasługujący na żółte światło w retrometrze.

AQUARIA (Bit Blot – 2007). To chyba najbardziej klimatyczna i najpiękniejsza graficznie dwuwymiarowa metroidvania! No, na pewno w momencie premiery taka była… Podwodna i niezapomniana podróż z cudowną ścieżką dźwiękową oraz bardzo melancholijną i wciągającą fabułą. Wcielamy się tutaj w postać ostatniej syreny imieniem Naija, która wyrusza w wielka odyseję w poszukiwaniu swojego jestestwa oraz historii swojej rasy. Możliwe, że przemierzając wielki podwodny labirynt i urzekająco narysowane krainy spotka jeszcze swoich pobratymców? Życie uprzykrzają jej przedstawiciele podmorskiej fauny i flory, a także mityczne głębinowe potwory. Nasza bohaterka w trakcie eksploracji zdobywa nowe umiejętności i arsenał, dzięki którym możliwy jest jej progres we wcześniej niedostępne miejsca. Aquarię ukończyłem i naprawdę mocno zapadła mi w pamięć, więc bez zająknięcia przyznaję jej medal!

Polska okładka Wrót Baldura II. Popatrzcie na obsadę. Miazga!

BALDUR’S GATE (Interplay/Black Isle/Bioware – 1998). – Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę! – zagaił z głośnika Franek Kimono, a ja nawet nie wiedziałem, że właśnie przepadłem na lata. Nie spodziewałem się, że gatunek gier, który dotychczas omijałem, czyli RPG stanie się moim ulubionym na najbliższą dekadę. I chociaż trzeba uczciwie przyznać, że pierwsze Wrota Baldura to dosyć sztampowa, wręcz archetypowa fabuła oraz klisza goniąca kliszę to bawiłem się przednio. Dlaczego? Może dlatego, że był to pierwszy na rynku tak spektakularny cRPG? Miał świetne spolszczenie, jedno z najlepszych w historii, ze wspaniałymi aktorami w rolach głównych. Może to klasyczne przedstawienie świata, wypełnionego goblinami, koboldami, niziołkami i smokami było idealną kombinacją, żeby pochłonąć Borsuka, absolutnego nowicjusza w tym temacie? System walki z aktywną pauzą, który dałem radę ogarnąć także temu sprzyjał. Trzeba jednak przyznać autorom, że mieli rozmach skurwysyny! Długość rozgrywki przykuwała do ekranu monitora na całą długą zimę, wypełniona masą questów, bohaterów, potworów! Szczególnie urzekła mnie dwójka najlepszych postaci w historii gier RPG, czyli Minsc i Boo – niezwyciężony wojownik i jego przyjaciel … mały chomik! Tak, zapewne to właśnie ten zwariowany duet zdecydował, że tak bardzo pokochałem Wrota Baldura…

BALDUR’S GATE II (Interplay/Black Isle/BioWare – 2000). Druga część naprawiła wszystkie błędy poprzednika i po prostu pozamiatała. Tak na grubo, po całości, zmiotła wszystkie inne gry z mojego życia na baaaardzo długo. Grałem w nią dopóki jej nie ukończyłem ze wszystkimi dodatkami. Co polepszono? Rozbudowano i tak ogromy świat, tym razem był on tak wielki, że w samych Wrotach Baldura (mieście) błąkałem się przez tydzień! Kapitalnych i klimatycznych krajobrazów, oraz różnorodnych lokacji było tu więcej niźli na Ziemi… A drużna bohaterów? Najlepsi wojacy z poprzedniej ekipy plus nowi wyjadacze, niejednoznaczni, pełni odcieni szarości, nawet tych złych nicponi można było polubić. Pojawiły się związki pomiędzy członkami drużyny, można było się zakochać, a nawet ożenić… Bestiariusz? Tu były wszystkie potwory jakie możecie spotkać w uniwersum Dungeons and Dragons! Dosłownie wszystkie! Możliwe, że przesadzam, ale tylko trochę… Fabuła także była bardziej mroczna i rozbudowana, a w kapitalnych dodatkach jeszcze bardziej zagmatwana. Wspomniałem o cudownej muzyce? Tak, no przecież! Jak mógłbym zapomnieć. A opowiadałem wam walkę ze Smokiem Pokurwusem (nazwa własna wymyślona na szybko, gdyż prawdziwej nie pamiętam), kiedy ten skurwiel napakowany niczym kabanos załatwił mi calutką drużynę? No, prawie całą, bo ostał mi się ino samotny Minsc z ostatkiem życiowej energii i chomikiem Boo w kieszeni. Było to tak… Kiedy smoczysko paskudne do ostatniego zionięcia się szykowało – to na szybko (aktywna pauza) uzbroiłem mojego sympatycznego, umięśnionego głupola w największy dwuręczny miecz… Załamany nacisnąłem przycisk ataku i czekałem na game over… Minsc coś zagaił o chwale i śmierci, godzinie próby, swoim nieokrzesanym głosem półgłówka, Boo powtórował mu przerażonym piskiem gryzonia i nagle… Jebudu, jakie pierdolnięcie! Krytyczny cios ostatnim sztychem! Smok leży i kwiczy! Popłakałem się prawie ze śmiechu, zaś spalone zwłoki towarzyszy pozbierałem i wszystkich ożywiłem… Oj, Minsc to był gieroj! Wrota Baldura II to zdecydowanie jedna z najlepszych gier w jakie grałem w życiu…

BALLANCE (Atari/Cyparade – 2004). Miks gry zręcznościowej z logiczną, w której to kierujemy kulką, która może przyjąć trzy formy. Papierowa – najlżejsza: najszybsza, jednak najtrudniejsza w sterowaniu i omijaniu przepaści, jednak zbyt lekka by przesuwać przedmioty czy skrzynki blokujące nam drogę. Kamienna – najcięższa: taranująca wszystko co stanie jej na drodze, jednak zbyt wolna by wjechać pod górę i zbytnio ociężała na szybsze manewry. Ostatnim wcieleniem naszej kuli jest drewniana – będąca wypośrodkowaniem wcześniejszych dwóch. Wielokrotnie w grze będziemy musieli: dostosować rodzaj sfery do sytuacji na planszy, rozwiązywać zagadki powiązane z ciężarem naszych bil, przesuwać puzzle zbudowane ze skrzynek niczym w Robbo czy Sokobanie, pędzić z zawrotną prędkością po różnych szynach zawieszonych w powietrzu… Jedna z najlepszych gier logicznych z kulkami w rolach głównych.

Pinball z Księciuniem? Dobry? Wybitny!

BALLS OF STEEL (3D Realms/Wildfire Studios – 1997). Amigowe „flippery” udowodniły, że ten gatunek gier może przyciągać setki graczy i być bardzo popularnym, więc także na PC zaczęły wychodzić godne ogrania pinballe. Z tytułów nieobecnych na Przyjaciółce najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa: Psycho Pinball od Codemasters oraz rewelacyjny, wielce klimatyczny i bardzo jajcarski Balls of Steel. Jaja ze stali już samym tytułem oznajmiają nam, że jeńców brać nie będą i przygotujcie się na jazdę bez trzymanki po pięciu zajebistych stołach! Zaprezentowanych oczywiście w grafice SVGA, scrollowanych w pionie, ze świetną fizyką kulki, kapitalnymi muzyczkami oraz minigrami na wyświetlaczach. Dobra, a co robi za mięcho? Świniaki z Duke Nukem 3D! Kto do cholery? Kosmiczne wieprzki z tej kultowej strzelanki robią za mięso mielone, gdyż rozwalamy je kulką na najlepszym stole w zestawieniu, nazwanym oczywiście dla niepoznaki – buhehehe, Duke Nukem! Prezentującym z przymrużeniem oka, wręcz kloacznym humorem oraz wielką widowiskowością i brutalnością – przygody najlepszego (we wszystkim) blondyna we wszechświecie. Drugim w kolejności debeściakiem jest Barbarzyńca, gdzie kulką (czytaj mięśniakiem podobnym do Conana) będziecie walczyć ze smokami, czarownikami, zbierać skarby i wykonywać kapitalne questy. Ten stół to must have dla miłośników heroic fantasy. Ostatnim z wielkiej trójcy jest Darkside, umiejscowiony na stacji kosmicznej, którą atakują kosmiczne drapieżniki podobne do wielkich robali. Mroczny klimat horroru scifi robi niesamowitą robotę, zaś niektóre zadania polegające na strzelaniu z wielkich dział do gwiezdnych insektów przywołują wspomnienia z Żołnierzy Kosmosu. Pozostałe dwa stoły były troszkę słabsze: Mutation – laboratorium, w którym dzieją się cuda godne nobla i horroru oraz Firestorm – szaleniec podkładający bomby terroryzuje miasto, tylko ty możesz zapobiec katastrofie! Cholera, chyba zaraz sprawdzę, czy jest gdzieś do kupienia wersja tego przeboju działająca na Win 10! Grać, nie gadać! Mioooooodzik!

BREAKQUEST (Nurium Games – 2004). Najlepsza wariacja Arkanoida / Breakouta na nowsze systemy. Ogromna ilość etapów (100!) przedstawionych w przepięknej oprawie graficznej stylizowanej na retro, z wykorzystaniem ciekawego silnika fizycznego o nazwie Dynamo. Plansze wzorowane na takich przebojach jak Asteroids, Space Invaders, Missile Command, na rożnych flipperach i wielu innych legendarnych grach z początków branży, plus autorskie i naprawdę ciekawie zaprojektowane ekrany arkanoidowego szaleństwa. Pięćdziesiąt power’upów, grawitator, którym możemy przyciągać piłkę, a także przezajebista ścieżka dźwiękowa. Naprawdę kapitalna nuta! Tak, to zdecydowanie najlepsza wariacja odbijania piłki i niszczenia cegiełek w jaką grałem w życiu.

Championship Manager 2 – chyba od niego tak naprawdę zaczął się nałóg…

CHAMPIONSHIP MANAGER / FOOTBALL MANAGER (Bracia Collyer / Domark / Sports Interactive/ Sega – od 1992 do teraz). Pierdolony nałóg. Ile godzin spędziliśmy razem od 1992 roku, kiedy zaprzyjaźniliśmy się jeszcze na Przyjaciółce? Nie pytajcie! Tysiące? Tysiące to ja rozegrałem kurwa sezonów! Meczów pewnie miliony, a piłkarzy kupiłem googol, albo i dwa… Najgorsze ścierwo jakie przypałętało się do mnie w moim żywocie. Najlepsza cześć? Rocznik 93 na Amidze, dwójka na PeCeta i pierwsza po zmianie nazwy na Football Manager, czyli ta z 2005 roku. Grałem w to gówno na wszystkim: najwięcej na PC, trochę na PSP, gdyż konwersja była dosyć kiepska, jednakże wersje na telefony potrafiły dawać mnóstwo  frajdy! Zagłębiem Sosnowiec wygrywałem Ligę Mistrzów, a w napadzie grali prawie 40-letni Szewczenko i bracia Mpenza z Belgii. Potrafiłem jednego dnia rozegrać cały sezon! Wymyślałem najlepsze taktyki wszechświata. Straciłem w tej grze zapewne kilka lat swojego życia. Kilka pierdolonych lat, a może i więcej! Czujecie to?! Nie gram w to ścierwo chyba z 7 lat i jest mi z tym dobrze. Rzuciłem pewnego dnia, kiedy uświadomiłem sobie ilość straconego tu życia… Jestem szczęśliwy i nigdy nie mam zamiaru wrócić w szpony tego nałogu…

COLIN MCRAE RALLY 2.0 (Codemasters – 2000). Ci co mnie znają wiedzą, ze nie jestem fanem rajdów, wyścigi arcade lubię jak najbardziej, ale rajdy? Eee, to nie dla mnie. Chyba, że nazywają się one Colin McRae Rally 2.0! Tak, zdecydowanie jest to najlepsza gra rajdowa w historii naszej niebieskiej planety. Swego czasu piękna, wciągająca, rozbudowana, emocjonująca. Prawdziwy majstersztyk. Nie będę wam tutaj rozpowiadał farmazonów – za rekomendację niech posłuży wam jeden fakt: wszelkie symulacyjne gry samochodowe mnie nudzą, ale Colina Drugiego to skończyłem na szybko, chyba w dwa dni po instalacji. Czad!

Dark Earth to była naprawdę świetna przygoda! Nad sloganem reklamowym myślała jakaś tęga głowa…

DARK EARTH (MicroProse Software/Kalisto Software – 1997). Wielce zapomniana gra action-adventure, która pod względem mechaniki i wyglądu przypomina takie niezapomniane przeboje jak Resident Evil, czy Alone in the Dark. Statyczne tła w wysokiej rozdzielczości, poruszające się po nich trójwymiarowe postacie, walka w czasie rzeczywistym (broń biała oraz palna) i zagadki. Dołóżcie do tego fantastyczny świat po Wielkim Kataklizmie, będący połączeniem mrocznego fantasy i postapo, kapitalną fabułę o herosie, który staje się mroczną bestią oraz świetne postacie i macie hit! Powiem wam szczerze, że graficznie i pod względem artyzmu ta gra wypalała wówczas gałki oczne. Gdy ją włączycie dzisiaj to pewnie zauważycie, że zestarzała się dosyć nieurodziwie – ale i tak polecam spróbować! Szczególnie świetnie poprowadzono tragiczną historię herosa, który zamienia się w potwora, a wszyscy bliscy odwracają się od niego… Od bohatera do zera…

DELUXE SKI JUMP (Jussi Koskela – 1999). Małyszomania swego czasu ogarnęła wszystkich! Dosłownie. Kiedy niepozorny potomek wąsatego Mariana skakał ze skoczni w przestworza – na ulicach polskich miast panowały pustki. Wszyscy gnieździli się przed telewizorami, radowali się, skakali w fotelach podobnie do ówczesnego bohatera narodowego. Niektórzy w tym czasie skakali nawet do sklepu po wódkę… W przerwie pomiędzy jedna serią skoków a drugą, całe rodziny wędrowały do monitorów wysłużonych PC i na wirtualnych skoczniach wcielały się w Adama Małysza! Multum skoczni, możliwość edycji zawodników, brak wymagań sprzętowych, proste sterowanie, możliwość rozgrywania całego sezonu, pobijanie rekordów, niesamowita grywalność! Jedna z nielicznych gier, w którą grały całe rodziny.

Dethkarz to chyba najlepszy ekskluzywny future racer na PC.

DETHKARZ (Melbourne House/Beam Software – 1998). W tamtych czasach z zazdrością spoglądałem na Wipeouta i wszelkie future racery, które zagościły wówczas na Playstation. I pomimo faktu, że pierwszy Wipeout w wersji PC to były bardzo średni port, to jednak zagrywałem się w niego, z grymasem niezadowolenia, ale jednak… A czy PC miało jakieś fajne wyścigi scifi na wyłączność? Okazało się, że tak! Pewna australijska, mniej znana firma uraczyła nas naprawdę świetnymi wyścigami osadzonymi w przyszłości. DethKarz był oryginalnie wydawany w Polsce za przysłowiowe grosze (29 złotych) w wydawnictwie eXtra Gra i po zerknięciu na screeny od razu zakupiłem go w ciemno! Ależ to był dobry ruch i powiem wam, że posiadam ten oryginał do dziś! Przepiękne i cholernie kolorowe wyścigi, zasuwające w 50 klatkach na sekundę, z możliwością strzelania do przeciwników i złomowania ich w trakcie wyścigu! Różnorodne klasy pojazdów, dużo trybów rozgrywki, wiele torów podzielonych na różne mistrzostwa. Emocjonujące show! Wtedy zdecydowanie najlepszy future racer na PC.

DIABLO (Blizzard – 1996). Na premierę o Diabełku było strasznie głośno i chyba każdy ówczesny gracz usłyszał gdzieś jakieś wieści o tym tytule. W prasie, radiu, telewizji, pismach branżowych – reklamowano nadejście nowego mesjasza gier. Bardzo mrocznego, wręcz obrazoburczego, czy nawet nazywanego satanistycznym. A przede wszystkim wyznaczającego nowy gatunek pośród gier: action rpg pełną gębą, obsługiwany tylko klawiszami myszki. Pierwszy raz ujrzałem Diabła w Empiku, gdzie były organizowane specjalne przedpremierowe pokazy. Zostałem pozamiatany! Później chyba udostępniono demko w CD-Action, z pamiętnym intrem, w którym kruk wydziobywał oko truposzowi… Pozamiatany ponownie! Izometryczna piękna grafika, klimat mroczniejszy niźli w horrorach, multum broni, przepiękna muzyka i ten bestiariusz! Kiedy na ekranie pojawił się Rzeźnik – Diablo pozamiatało mną po raz trzeci. Poleciałem do sklepu. Ależ to było dobre! Nawet pewien kumpel przychodził do mnie oglądać jak przechodzę ten tytuł. Niestety na drugą część czekałem tak dłuuuuugo, że kiedy wyszła to już nie chciało mi się w nią grać… Dziwne, nie?!

Pojedynek z Cyberdemonem potrafił zjeżyć włosy na głowie i nie tylko…

DOOM I i II (id Software – 1993/1994). Wiem, wiem, wiem. Wolfenstein był pierwszym FPSem, a raczej pierwszym fest popularnym i wprowadził mechanikę strzelanek pierwszoosobowych znaną i wykorzystywaną po dziś dzień i naprawdę doceniam jego wkład w rozwój growej branży. Jednakże kiedy stałem się posiadaczem PieCa to pierwszymi grami jakie uruchomiłem na swoim komputerze były oczywiście dwie części Dooma. Wcześniej katowałem je wielokrotnie u mojego przyjaciela Legiona i trzeba przyznać bez bicia, że te gry były dwoma z gwoździ do trumny mojej kochanej Amigi. Szacunek dla Wolfa, ale kiedy zagrałeś już w Dooma – to nie chciało się już wracać do Wilczego Szańca. Pięknie jest posłać do piachu tysiąc Niemców (w nazistowskich mundurach), jednakże jeszcze piękniej hordy czarcich pomiotów na marsjańskiej bazie… Pamiętam jak w Świecie Gier Komputerowych napisano kiedyś, że w przyszłości historię gier będziemy dzielić na dwie ery: przed Doomem i po Doomie. Można się dzisiaj nad tym chwilkę zadumać, ale bez wątpienia to jedna z najważniejszych i najbardziej rajcownych gier w historii. Aha, przypomniałem sobie jeszcze jedną fajną historyjkę z przeszłości. Pamiętam jak u mojego przyjaciela Wojtka napieprzaliśmy grubo w Final Dooma (PSX) na wielkim telewizorze, którąś tam godzinę z rzędu. Bez snu, po wielkiej czarnej kawie, głośność na full. Panie i panowie jakie wrażenia! Kiedy gonił mnie cyberdemon, mało nie zszedłem na zawał…

DRAKAN: ORDER OF THE FLAME (Psygnosis/Surreal Software – 1999). Z jednej strony mamy tu wszystko co charakteryzuje wielkie rpgi, a nawet więcej: ogromny otwarty świat do zwiedzania z poniewierającymi widokami, masę ciekawych questów (poboczne także obecne), bogaty bestiariusz, wielki plecak na ekwipunek, który możemy zapełnić różnorakimi narzędziami mordu, zwykłych mieszkańców świata, z którymi możemy rozmawiać… Na razie nic nowego, powiecie i macie rację. Z drugiej mamy action adventure niczym w Tomb Raiderze z ponętną kobitką w roli głównej zwaną Rynn i w sumie to także nic nowego w tamtych czasach, chociaż połączenie gatunków zacne. Zdecydowanie największą, niespotykaną wcześniej nowością w Drakanie był najlepszy w historii gier video lot na smoku! Genialnie niesamowity! Szczerze to do dnia dzisiejszego nie spotkałem lepszej realizacji szybowania na tych wielkich potworach. Kiedy dosiądziecie tej ogromnej, pradawnej bestii i wzlecicie razem w powietrze na wycieczkę krajoznawczą – smoczą potęgę oraz wiatr we włosach poczujecie od razu… Wspaniałe doznania!

Jednak nie żartowali… Duke Nukem naprawdę ma jaja ze stali!

DUKE NUKEM 3D (3D Realms – 1996). Cholera, moje granie na PC to chyba nie tylko była Złota Era RPG, ale także strzelanin FPP! Gdzie nie spojrzę tam hit tego gatunku. Chwilkę po Doomie na dysku twardym mojego kompa wylądował przecież Duke Nukem 3D, jedna z najlepszych, najbardziej nowatorskich technicznie i najbardziej zwariowanych jednocześnie gier tego okresu. Możliwość poruszania się w każdym wymiarze (także w pionie co było novum), pierwsze tak zniszczalne środowisko (dziury po kulach, rozbijanie szyb), multum interaktywnych urządzeń dnia codziennego (pisuary i kible rządziły!), kapitalny arsenał (wyrzutnia rakiet i dwururka to standard), jajcarski i przerażający bestiariusz (świnie i lamparty z kosmosu, wtf?) i najważniejsze… Zwariowany heros komentujący na bieżąco niewybrednymi jednozdaniówkami tę jazdę bez trzymanki, jaką była rozgrywka w Duke Nukem 3D. Zajebista, nowatorska, arcygrywalna gra! Ponoć wyszedł jakiś mod do Serious Sama, który dostarcza nam Remaster Duke Nukem 3D? Grał ktoś?

ECSTATICA (Psygnosis – 1994). Rzadziej dzisiaj wspominana przez graczy produkcja łącząca klimat średniowiecza i horroru, co samo w sobie jest dosyć rzadkim zabiegiem w grach. Mocno wzorowana na Samotnym w Ciemności i prezentująca bardzo podobną rozgrywkę, oczywiście w innych realiach. Zamiast wielokątów, grafika tutaj oparta jest na kulach i walcach. Dzisiaj na graczach robi to zapewne śmieszne wrażenie, ale wówczas zadziałało. Włóczymy się naszym rycerzem po wymordowanej i przeklętej wiosce, gdzie jesteśmy prześladowani przez wilkołaka, minotaury, sukkuby oraz oczywiście pomniejsze paskudy, które tępimy głównie mieczem. Wieki temu w to grałem, bo chwilę po premierze, więc nie opowiem wam historii jaka tu się rozegrała, ale tytuł wart był zarywania nocek i potrafił przestraszyć. Szczególnie wilkołak!

ETHERLORDS II (Strategy First Inc./Nival Interactive – 2003). Jedyna w swoim rodzaju turowa gra strategiczna będąca połączeniem Heroes of Might and Magic (poruszanie się po mapie, rozbudowa zamków, zbieranie surowców i skarbów) z Magic The Gathering (pojedynki z potworami to tak naprawdę gra karciana!). Ależ to było fajne i świeże! Fakt, wcześniej ukazała się pierwsza część Władców Eteru – jednakże, kto w nią grał ten wie – była niemożebnie trudna! Dwójka naprawiła błędy poprzednika, a kapitalna trójwymiarowa grafika była tu jeszcze ładniejsza. Rozbudowano znacząco bestiariusz, dodano więcej kart i efektów specjalnych, czyniąc pojedynki jeszcze bardziej widowiskowymi. Kto ma pod ręką oryginał wydany u nas po taniości w eXtra Grze – niech nie traci czasu tylko zainstaluje ponownie tego wyjątkowego szpila!

Najlepsza gra RPG wszech czasów i basta!

FALLOUT (Interplay – 1997). Pierwszą oraz drugą część Fallouta uważam za kamienie milowe w gatunku RPG i chyba jedyne gry, która próbują oddać nam w pełni – czym powinna być moim zdaniem idealna gra role playing. Czyli po prostu odgrywaniem pewnej roli, ale nie tylko! Najważniejszym elementem jest tutaj – dosłowne wcielanie się w bohatera, wręcz ujednolicenie postaci protagonisty z własnym ego. Poprzez mnogość możliwości i działań, jakie oferuje nam rozgrywka – wpływanie zarówno na kształt naszej przygody, jak i na otaczający nas świat i jego mieszkańców. W skrócie: tworzenie historii swojego życia poprzez swoje czyny, zachowania i podejmowane decyzje. Poprzez przygody zwane questami, które możemy wykonać na wiele sposobów oraz kontakty międzyludzkie zarówno werbalne, jak i siłowe. Chcesz być panem własnego losu? Spośród gier video – tylko Fallouty ci to umożliwią! A wszystko w rozległym, wielkim, izometrycznym, brutalnym świecie postapo.

FALLOUT 2 (Interplay/Black Isle – 1998). W drugiej części tej wielkiej gry spędziłem parę lat czasu rzeczywistego, na przykład pół roku grałem non stop i przechodziłem go wzdłuż i wszerz! Jak chciałem być łowcą niewolników lub z drugiej strony łowcą łowców – to byłem! Zachciało mi się być praworządnym poszukiwaczem przygód pomagającym każdej zbłąkanej duszy na pustkowiach? Nie ma sprawy, ale z drugiej strony mogłem też… – Proszę, wybrańcze uratujesz mojego zaginionego kotka za sowitą opłatą? – Mam zły dzień biczysko! Żryj ołów, a później splądruje ci chałupę! Masz kompleksy, a chciałbyś zagrać w filmie? Zostań gwiazdą porno na pustkowiach! Zupa z trupa i kocie jaja z chrzanem na obiad? Jak najbardziej… No tu mnie poniosło, ale wiecie o co chodzi – o wolność! Nie podobał ci się graczu jakiś NPC lub wkurzał cię jego akcent? Kula w łeb! Raz nawet zachciało mi się być debilem, tak jak w życiu, więc stworzyłem sobie postać z „odpowiednio niską” wartością inteligencji, charyzmy i wiecie co? Kurrrczaczek, nikt mnie nie rozumiał! Z krowami, żeśmy sobie ino pomuuuuczeli… Będę brutalny (ale chyba najbliższy prawdy) stwierdzając, że Fallouty to jedyne prawdziwe gry RPG w wydaniu elektronicznym… Fallout 2 to absolut!

FALLOUT TACTICS (Interplay/Micro Forte – 2001). Gdyby Fallout Tactics wydano dzisiaj, zapewne okrzyknięto by go jedną z najlepszych taktycznych gier w historii. W tamtych tłustych latach, naszpikowanych legendarnymi hitami – graczom się trochę poprzewracało w dupach! Powiedzmy to sobie szczerze. Największe baty ta wybitna gra taktyczna z elementami rpg dostała wiecie za co? Za to, że nie była Falloutem 3, za uproszczenia w mechanice i ogólnych założeniach w stosunku do poprzednich pełnoprawnych części. Przecież do cholery nikt nigdy nie ukrywał, że to po prostu gra taktyczna w świecie Fallouta i patrząc z tej perspektywy – dostaliśmy hit! Najładniejsza i najbardziej kolorowa grafika w serii, dwa tryby prowadzenia akcji: w czasie rzeczywistym (upodabnia rozgrywkę do Syndicate, ale nie polecam) oraz taktyczna turowa (tak należy grać i jest miód!). Z gry wylewał się wspaniały klimat postapo, a poziom trudności ostatnich misji był naprawdę wysoki. Prawdziwą wisienką na torcie był fakt, że w rolach głównych możemy usłyszeć dwóch wielkich bad guyów kina: R. Lee Emrey’a (Full Metal Jacket) i Kurtwooda Smitha (RoboCop). Czad!  Historia jeszcze pokaże pieprzonym marudom, że prawdziwy izometryczny Fallout 3 tak naprawdę nigdy nie nadejdzie…

Czy Gordon Freeman i Alyx Vance kiedykolwiek powrócą? Pewnikiem po moim trupie…

HALF-LIFE (Sierra/Valve – 1998). Pamiętacie ten długaśny wstęp, w którym jechaliśmy wagonikiem kolejki do ośrodka Black Mesa? Kapitalne, no nie? Przygody Gordona Freemana to najlepsza pod względem fabuły oraz klimatu seria strzelanin w jakie grałem. Kurcze, to praktycznie gra action adventure… No, może pierwsza cześć to nie jest jeszcze ten poziom, co legendarna dwójka, ale za sam fakt rozpoczęcia tego cyklu należy jej się tu miejsce. A za co jeszcze? Na pewno za wyborny klimat naukowego horroru jaki nam tu serwują twórcy, najlepsze combo w filmach i grach to bez wątpienia: wrota do innego wymiaru plus krwiożerczy kosmici, którzy go zamieszkują! Brawo także za zagadki, które nie były codziennością w takich produkcjach. No i oczywiście przede wszystkim za narrację: aktywnie uczestniczymy we wszystkich wydarzeniach, a cała fabuła serwowana jest w trakcie rozgrywki, nie zaś w filmach przerywnikowych. Aha i za lekcje z posługiwania się łomem…

HALF-LIFE 2 + EPIZODY (Vivendi/Valve – 2004/2006/2007). Więcej o moim zachwycie na temat Drugiego Half-Life poczytacie we wpisie dotyczącym Xboxa 360, gdyż na nim przechodziłem to arcydzieło wraz ze wszystkimi dodatkami zawartymi w Orange Boxie, czyli zbiorczym wydaniu gier z tego uniwersum. Ależ to była uczta, jazda, jazdeczka, jazdunia i pouczająca historia w jednym! Pod względem emocji dostarczanych przez gry i przeżyć jakich doznamy w trakcie rozgrywki – jest to jedno z najpełniejszych dzieł ze wszystkich gier w jakie grałem w swoim życiu. Ha, po przejściu Drugiego Epizodu zostaniecie dosłownie rozwaleni na atomy przez fabułę i samo zakończenie, a po napisach końcowych – najzwyczajniej w świecie się wkurwicie! Że niby mam nie przeklinać?! Jak kurwa nie przeklinać, kiedy zdążyłem się zestarzeć i nie dowiedziałem się jak skończyła się ta kapitalna historia…

Heavy Metal FAKK 2 miało wszystko na miejscu. Fajne cycki, miecze, spluwy, a nawet potwory!

HEAVY METAL F.A.K.K. 2 (Gathering of Developments/Ritual Software- 2000). Tomb Raider dla prawdziwie niegrzecznych graczy! Nasza heroina zapiernicza przez całą grę w super seksownych i obcisłych wdziankach, racząc nas swoimi obfitymi i zgrabnymi jednocześnie walorami. Nic tylko possać i poklepać! Do tego strzela z niesamowitych spluw, osłania się tarczą energetyczną i walczy ognistymi, czy plazmowymi mieczami. Wszystko przedstawione w zwariowanym sztafażu science fiction, charakterystycznym dla serii komiksów i filmów z serii Heavy Metal. Kolorowo na maksa, dinozaury, mięsożerne kwiatki, pterodaktyle, stwory, potwory, przepiękne krajobrazy. I nie myślcie, że wrzucając wszystko do jednego wora autorzy nie pomyśleli o grywalności, mechanice, czy designu poziomów. To nie popierdółka w stylu Onechenbary, w Heavy Metalu wszystko gra! Gram i ja… Przyznam się, że nie wiem jak ten tytuł zniósł próbę czasu i szczerze to nie chcę tego sprawdzać. Grunt, że wspomnienia mam z nim bardzo miłe i niegrzeczne jednocześnie…

HERETIC 2 (Activision/Raven Software – 1998). Pamiętacie Heretica, czyli FPSa w klimatach fantasy, który swego czasu cieszył się dużą popularnością? Fajna gra to była, ale według mnie jeszcze lepszym tytułem był jej sequel, który (o dziwo!) zamienił się w przygodowo-zręcznościową grę akcji przedstawioną z perspektywy trzeciej osoby. Wiem, że dzisiaj ludzie uważają Heretica 2 za zbezczeszczenie legendy, ale ludziska – ja naprawdę świetnie się przy niej bawiłem! Biegałem naszym bohaterskim elfem Corvusem po przepięknych (wówczas) krainach, za pomocą czarów i magicznego oręża walczyłem z klasycznymi dla fantasy potworami, zaś czarodziejskiej laski można tu było użyć nie tylko jako karabinu maszynowego, ale także jako tyczki. Nie słuchajcie młokosów na youtube, co włączają gry sprzed lat i się naśmiewają, dzisiaj tak można zjechać każdy wiekowy hit… Na premierę tego szpila miałem mocną zajawkę na klasyczne fantasy i Heretic 2 trafił w to idealnie.

Trzecia cześć Herosów to był prawdziwy kult nad Wisłą.

HEROES OF MIGHT & MAGIC II (The 3DO Company/New World Computing – 1996). Wiem, że trójka to wzorzec i jedna z najlepszych gier wszech czasów i wszech systemów. Muszę jednak przedstawić tutaj moje pierwsze zauroczenie i spotkanie z Herosami, czyli drugą cześć tej wspaniałej serii turowych gier fantasy. Zaprezentował mi ją w akcji po raz pierwszy mój niezmordowany kumpel Legion na swoim wysłużonym PC 486 z przyciskiem turbo… Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że taka rozgrywka tak mocno wciąga. Pograliśmy u niego dosyć długo, ale dopiero kiedy stałem się posiadaczem swojego komputera PC – wsiąkłem w ten świat bez reszty! Po przesiadce z Amigi, każda grafika przedstawiona w rozdzielczości SVGA była kunsztowna, wręcz piękna i pomimo, że dzisiaj druga cześć wydaje mi się trochę pokraczna, to wtedy zachwycała. Ta gra to po prostu spełnienie marzeń, mokry sen każdego miłośnika fantasy. Tak, tu znalazłem te wszystkie stwory, zamki, rycerzy, bitwy, o których wcześniej czytałem w książkach…

HEROES OF MIGHT & MAGIC III (The 3DO Company/New World Computing – 1999). Moje pośladki są gorące, a twoje? Stary, odparzyłem je sobie na maksa! Jutro też będziemy je parzyć? Jak nie jak tak! Parzymy poślady do oporu! To nie rozmowa aktorów branży porno, tylko dwóch miłośników Herosów Trójki! Najlepsza cześć ze wszystkich?! Pewnie, że tak! Najlepsza strategia turowa wszech czasów?! Jasne! Najlepsza gra fantasy ze wszystkich?! Możliwe. Najlepsza gra dla kilku graczy przy jednym kompie?! Pewnikiem! Najlepsza gra single player na długie godziny? No jacha! Graficznie nowe miasta miażdżą suty? I kroją członki! A muzyka wpada w ucho? I nie wypada do dziś! A bestiariusz? Do dziś nie zliczyłem wszystkich jednostek w tej grze! Hit? Niszczator czasu i przestrzeni!

Incubation: tury, kosmiczni marines, Obcy, grafika 3D i niesamowita muzyka!

INCUBATION (Blue Byte – 1997). W amigowej części tego gargantuicznego wpisu pisałem o sławetnym UFO: Enemy Unknown, czyli najlepszej turowej strategii science fiction, w której komandosami polujemy na kosmitów. Chcecie jednak doświadczyć mroczniejszego klimatu, któremu bliżej do filmowego Obcego Decydujące Starcie? Chcecie poczuć się niczym oddział straceńców, zaszczuty gdzieś na obcej niegościnnej planecie przez krwiożercze hordy potworów, któremu właśnie kończy się amunicja oraz apteczki? Śmierć już blisko moi mili! A może chcecie się poczuć niczym żołnierze z 8-bitowego Laser Squad przeniesieni jednak w prawdziwy trójwymiar i obdarowani niesamowicie intuicyjnym interfejsem? Ojojoj, to by było fajne! Najmilszym jednak uczuciem w trakcie zabawy z Incubation będzie rozszarpanie całego stada Obcych serią z wielgachnego miniguna, kiedy w tle przygrywa prawdziwie epicka nuta. Ależ adrenalina! Żołnierze, pragniecie doświadczyć tego wszystkiego? Incubation dostarczy wam to hurtowo!

KSIĄŻĘ I TCHÓRZ (Metropolis – 1998). Myślę, że nie skłamię jeśli powiem, że na dzień premiery była to piękna gra, do tego rajcowna, jajcarska, klimatyczna i wielce grywalna. Polska przygodówka point’n click, która chyba podobała się wtedy każdemu. Nawet mi, a nie jest miłośnikiem tego gatunku. Obok Księcia nie dało się przejść obojętnie pomimo faktu, że niektóre zagadki dawały mocno w kość. Z fabuły praktycznie nic nie pamiętam i chętnie przypomniałbym sobie ten tytuł po latach…

LITTLE BIG ADVENTURE (Electronic Arts/Adeline Software – 1994). Kolejna z niesamowitych wówczas gier, którymi kumpel Legion przekonywał mnie, czyli Amigowca do przejścia w świat PC. LBA już przy pierwszym wzrokowym kontakcie wypalał gałki oczne super szczegółową, izometryczną grafiką ze świetnie wymodelowanym światem, po którym poruszały się w pełni trójwymiarowe postacie. Cudownego obrazu całości dopełniała tajemnicza fabuła zahaczająca o science fiction, political fiction, wojny klonów oraz mitologiczną odyseję. Trzy tryby poruszania się naszego herosa Twinsena: normalny (zbieractwo, rozmowy), sportowy (bieganie, skoki), agresywny (walka) – wprowadzały powiew świeżości do skostniałego gatunku izometryków. Fajna fabuła, ciekawe postacie (różne rasy zamieszkujące planetę Twinsun), dobre zagadki i wysoki poziom trudności. Ta dobra gra doczekała się kontynuacji, która była jeszcze lepsza i posiadała bardziej rozbudowany silnik graficzny, będący połączeniem pełnego 3D z izometrycznymi planszami. Do tej pory zachodzę w głowę dlaczego jej wówczas nie przeszedłem? Hmm…

MDK zachwycał klimatem, designem i świeżymi pomysłami. Chorymi także.

MDK (Shiny Entertainment – 1997). A od czego ten skrót? Murder, Detah, Kill?! A może to pierwsze litery imion głównych aktorów tego wybuchowego przedstawienia? Max: czteroręki pies, pomocnik naszego bohatera, Dr Hawkins: główny prowodyr całego ambarasu, to przecież on stworzył nanoskafander oraz Kurt Hectic: nasz nieustraszony heros, który był na tyle głupi, żeby założyć ten super nowoczesny kombinezon i skoczyć w wir walki z kosmitami! W wir walki? Raczej na samobójczą misję! W pierwszej planszy skaczemy z orbity na Ziemię, omijając pociski artyleryjskie wystrzelone przez najeźdźców z innej galaktyki, którzy opanowali naszą planetę. Znowu? Znowu! Fabuła sztampowa, ale gra bardzo nowatorska. Przedstawiona z trzeciej osoby rozpierducha z elementami platformowymi. Na razie nic nowego tu nie znajdujecie? Popatrzcie jednak na skafander Kurta! Wbudowany w hełm karabin snajperski powodował wówczas wrażenie obcowania z wielce potężną bronią (efekt zoomu = wielkie wow!), zamontowane na ręce działo sprawiało, iż mogliśmy strzelać w biegu i robić uniki! Teraz to nic nowego, ale wtedy? To była pierwsza tak dynamiczna strzelanina TPP w historii. Wbudowany w kombinezon spadochron, na którym mogliśmy szybować także był rajcującą nowinką. Przede wszystkim wrażenie robiły etapy i ich projekt, kosmiczna wręcz oprawa video (nieboskłon, który odbijał się w posadzce!) oraz trójwymiarowe modele przeciwników i chory humor twórców gry. W 2000 roku wydano kontynuację, jednakże słabszą moim zdaniem. Fajna była możliwość wcielania się w Maxa i Doktorka, lecz ogólnie była to tylko dobra produkcja. Mi zbytnio nie podszedł styl graficzny, który pasował bardziej do jakiejś kreskówki, niźli do inwazji zwariowanych, lecz krwiożerczych kosmitów…

MAX PAYNE 1 i 2 (Gathering of Developments / Remedy Entertainment – 2001/2003). Najpierw był kinowy Matrix i zastosowane w nim efekty specjalne. Później ktoś wpadł na pomysł, aby połączyć to z ostrymi akcjami rodem z filmów Johna Woo i klimatem mrocznego filmu noir. Wszystko przedstawić z perspektywy trzeciej osoby i stało się! Szał pał i szczęka na podłodze! Techniczny majstersztyk, który pozamiatał wszystkie ówczesne strzelaniny TPP pod dywan, zwinął go i zrzucił do piwnicy zapomnienia. Luzacki bohater z uśmiechem na ustach cierpiący za miliony. Grad kul! Morze trupów. Możliwość zwalniania tempa akcji, czyli bullet time motherfuckers! Widowiskowość poza skalą! O dziwo, wszytko podlane dobrą fabułą, co było sporym zaskoczeniem. W trakcie jednego skoku załatwiasz z dwóch spluw trzech oprychów! Intuicyjnie sterowanie za pomocą klawierki i myszy. Graficzne arcydzieło. Wyborny tytuł, szczególnie cześć pierwsza, która dla graczy była niczym strzał ze strzelby prosto w ryj! O trzeciej części Maxa Payne’a też tutaj przeczytacie, tylko we wpisie dotyczącym Xboxa 360…

Kwintesencja Maxa Payne’a. Najpierw strzelaj, później zwiedzaj…

MOTO RACER (Electronic Arts/Delphine Software – 1997). Twórcy Another World robią wyścigi motocyklowe? To nie może się udać… A jednak! Znowu pozamiatali! Dostarczyli na rynek grę, która pokazała, że na PeCecie można się ścigać po pięknych trasach, bardzo kolorowych, z ogromnym poczuciem pędu. Normalnie, genialnie im to wyszło! Z bardzo arcadowym feelingiem i modelem jazdy jakby żywcem wyjętym z konsoli. Zresztą cała oprawa, grafika, menusy, muzyka, sterowanie – jakby się urwała z jakiegoś Playstation, czy coś. To zarzut? Wręcz przeciwnie! Prasa to doceniła i gracze także. W tym ja i mój przyjaciel ze studiów Paweł, z którym pojedynkowaliśmy się w Moto Racerze bezustannie o jak najlepsze wyniki! Doszło do absurdów, że graliśmy w minimalnym oknie rozgrywki, by gra zasuwała w jak najszybszej ilości klatek, a wyniki pobijaliśmy o setne sekundy…   Później kupiłem 3DFXa i wtedy dopiero te wyścigi pokazały swoją moc! Granie na PC stało się piękne.

PLANESCAPE TORMENT (Interplay/Black Isle – 1999). Kolejne arcydzieło gatunku RPG, które łyknąłem na premierę niczym alkoholik małpkę! Pokryty tatuażami i bliznami, bezimienny, nieśmiertelny wojownik i jego krucjata poprzez miasto Sigil wraz z grupą towarzyszy, z których jeden to latająca czaszka, a drugi ponętna demonica… Wędrówka pełna udręki, cierpienia, odkupienia, pytań bez odpowiedzi, a także tych z gatunku najważniejszych – dotyczących człowieczeństwa. Przygoda poprzez różne wymiary czasu i przestrzeni, pełna niesamowitych zwrotów akcji, ekscytujących walk, ale przede wszystkim opisana ścianami tekstu. Fabularnie najwyższa półka spośród wszelakich gier video, klimatycznie i grywalnościowo także wielkie arcydzieło. To się nazywa oryginalny szpil i artystyczne podejście do naszej branży. Brawa na stojąco! Czekam na reedycję i chętnie tam wrócę.

Plotki głoszą, że dzika banda znowu zawitała do miasta…

PUZZLE QUEST (D3 Publisher/Infinite Interactive – 2007). A to ci niespodzianka! Popierdółkowata gra w kulki, przerobiona na wciągającego RPGa? No, może nie prawdziwego, raczej na grę planszową z rozwojem postaci, questami, poruszaniem po mapie, ekwipunkiem do zbierania i kupowania, skarbami i potworami. Są bestyje, to trza je kroić na plasterki! Oczywiście, tylko tutaj zamiast walki pojedynkujemy się w łączenie kulek / jednolitych symbolów / czaszek – czyli podobnie do świetnej logicznej gry Bejeweled. Powiem szczerze, że włączając Puzzle Quest po raz pierwszy nie wierzyłem, że taka pierdoła mnie wciągnie. Po kilkuset godzinach i zakupionej dodatkowej wersji na PSP zmieniłem zdanie…

RAYMAN 2 GREAT ESCAPE (UbiSoft – 1999). Jejciu, dokładnie takich gier wówczas najbardziej mi brakowało na PC! Przepięknych trójwymiarowych platformerów, z sympatycznymi bohaterami, którzy z prędkością 60 klatek na sekundę biegali po bajecznie kolorowych i pomysłowo zaprojektowanych poziomach, uczestnicząc w niezapomnianej przygodzie. Pełnej walki, pościgów, wyścigów, wielkich bossów, śmiesznych sytuacji, ciekawych postaci, zagadek i czego tam sobie dusza zażyczyła! Niestety, wówczas takich świetnych przedstawicieli tego gatunku można było ze świecą szukać w grotece komputerów osobistych… O reszcie Raymanów poczytacie we wpisach dotyczących Plejstejszynów.

RUNE (Gathering of Developers/Human Head Studios – 2000). Zaprawdę powiadam wam – ta wspaniała przygoda rozpaliła w moim sercu uczucie porównywalne tylko ze wstąpieniem do Walhalli! I to niejednokrotnie! Kiedy w piękną, lecz mroźną noc, wycieńczony i obolały po wielu walkach biegłem, a raczej człapałem, trzymając ostatkiem sił olbrzymi topór w moim ręku – nie miałem już nadziei… Myślałem, że tu sczeznę… Wtedy na horyzoncie zamajaczyła wielka, monumentalna i posępna twierdza krasnoludów. Poratują jakimś pieczystym? Na niebie pojawiła się zorza, wlewając otuchę w moje niezmordowane, lecz wycieńczone serducho. Cel był tak blisko… Niestety rozświetliła także polarną bestię, przyczajoną na skraju lasu i czyhającą dotychczas w ukryciu na moje życie… A może raczej powinienem powiedzieć na szczęście? Hmm, to chyba nie był zbieg okoliczności? Może sam Odyn czuwa nade mną w tej chwili i zostałem ostrzeżony?! Mocniej ścisnąłem rękojeść wielkiego topora i oblizałem jego ostrze. Dobrze mierzony, potężny zamach powinien pozbawić głowy tego potwora… Jebudu! Oto Rune w pigułce! Nordycka mitologia, walka głównie bronią białą, a szczególnie wielkimi jej egzemplarzami, olbrzymie potwory, nieumarli, piękne widoki i architektura stworzona na Unreal Engine. Mówiłem, że ta gra to prawdziwa Walhalla?! Omijać wersję na PS2, jest mocno wybrakowana…

Rune! Nadchodzi czas młota! Walhalli i wielkiego topora także! 

SCREAMER 1, 2, RALLY (Virgin/Milestone – 1995/96/97). Trylogia najlepszych arcadowych racerów na PC, która jako jedyna próbowała nawiązać walkę z wybitnymi wyścigówkami znanymi z konsol lub automatów arcade. Pierwsza cześć kopiowała najlepsze chwyty z Ridge Racera – czyli pędziliśmy na złamanie karku poprzez kolorowe miasto, zaś w tle latały samoloty, helikoptery, a nawet balony. Druga część bardzo udanie klonowała model jazdy, czy wygląd lokacji z Segi Rally i była chyba nawet lepsza od sławniejszego pierwowzoru. Pędziliśmy w rynnie poprzez różne rajdowe i miejskie krajobrazy, walcząc o pozycję z wymagającymi rywalami. Trzecia wykorzystywała w końcu Potwora czyli 3DFXa i kiedy ją uruchomiłem – wylała się z monitora na mój pokój, dywan, ściany i zakotwiczyła w mojej pamięci jako najładniejsza wyścigówka wszech czasów. Dopóki nie włączyłem Burnouta na Playstation 2, ale to już inna historia…

SEVERANCE: BLADE OF DARKNESS (CodeMasters/Rebel Act Studios – 2001). Czterech hardych wojów! Barbarzyńca, krasnolud, rycerz oraz amazonka. Każdy z unikalnym orężem, odmiennymi etapami do przejścia, własnymi zdolnościami, umiejętnościami, słabościami. Każdy z nich z unikalnym zestawem kombosów. Nie byle jakich kombinacji ciosów, gdyż walka bronią białą została rozwiązana tutaj wielce nowatorsko, w sposób nigdzie indziej niespotykany. No przepraszam, spotykany w bijatykach jeden na jednego, a nie w grze akcji z trzeciej osoby! Za zdobyte doświadczenie mogliśmy rozbudowywać zarówno statystyki postaci jak i cholernie widowiskowe sekwencje śmiertelnych ciosów. Bardzo satysfakcjonująca, krwawa i mroczna wyprawa dark fantasy. Kiedy przypomniałem sobie rozgrywkę z tego zacnego szpila to zastanawiam się, czy nie jest on czasem prekursorem Demon (Dark) Souls? Oficjalnie nie, ale pod względem gameplayu to jakby trochę…

Sarah zmień stylistę! Taka fajna dupcia z ciebie była…

STARCRAFT (Blizzard – 1998). Najlepsza i najbardziej widowiskowa strategia czasu rzeczywistego, osadzona w mrocznym science fiction. Na premierę ta gra po prostu zarządziła! Trzy kapitalnie zaprojektowane pod względem jednostek rasy: Ludzie, Zergowie i Protosi, każda z nich z unikalnymi wojskami i strategiami działania. Wspaniała, epicka i mroczna fabuła wypełniona postaciami z krwi i kości oraz fantastycznymi przerywnikami filmowymi. Superszybka i natychmiastowa rozgrywka, wartka akcja, niestarzejąca się oprawa graficzna i wybitna muzyka. Najlepsza jednak była bardzo różnorodna rozgrywka, każdą rasą grało się zupełnie inaczej. No i ponadczasowy multiplayer! A pamiętacie dodatek Brood War? Jeszcze więcej: mroku, bitew, mięsa armatniego oraz cierpienia głównych bohaterów, a w szczególności pięknej Kerrigan…  Cholera, ten dodatek naprawdę był sporo trudniejszy niźli podstawka! Przynajmniej dla mnie… Jest jeszcze świetna kontynuacja, którą mam nawet zakupioną i schowaną w szafie. I jak podoba mi się? Jasne, że tak, niestety jakoś nie było czasu jej ograć… Najpierw mój komp nie domagał, a później granie na PieCu mi się znudziło. StarCraft II leży i czeka, aż najdzie mnie na niego mocna chcica…

TOMB RAIDER (Eidos/Core Design – 1996). O moim pierwszym spotkaniu z Larą Croft oraz Tomb Raiderem poczytacie w następnej części tego wpisu, dotyczącej pierwszego Playstation, na którym to ogrywaliśmy z przyjacielem pewne demo w nieskończoność! Później kolejny znajomy zorganizował nam uroczystą, kilkuosobową premierę pełnej wersji, także na PSX. Normalnie gruuuby szajs i brandzlowanie się do ponętnej pani archeolog! Trzeba przyznać bez bicia, ta gra zrewolucjonizowała trójwymiarowe gry action adventure z widokiem zza pleców bohatera. Core Design zmieniło całkowicie podejście do gier TPP i dało graczowi olbrzymią wolność poruszania się. Pływanie, skakanie, bieganie, wspinanie, skradanie, strzelanie, stawanie na rękach, skoki na główkę, przesuwanie się na gzymsach, obroty o 180 stopni… Kamień milowy gatunku gier plus rozkoszna heroina, dobra fabuła, świetne zagadki, wielkie potwory, tajemnicze grobowce i wyborna muzyka. Przechodziłem na PC dwa razy – normalną wersję, a później bez pikselozy, gdyż uruchomioną na 3DFX. Sequel przygód Lary także był całkiem udany, jednak żadna kolejna część nie pozamiatała mną tak jak pierwsza. Arcydzieło, które zapamiętam na zawsze.

TYRIAN (Epic Megagames/Eclipse Software – 1995). Zdaję sobie sprawę, że wielu PeCeciarzy zachwyca się Raptorem, którego wydano wcześniej i to był naprawdę kawał porządnego shmupa. Jednakże po przesiadce z Amigi nie robił on na mnie wielkiego wrażenia i będąc szczerym lepsze strzelanki samolotowe znajdywałem na Przyjaciółce. Dopiero Tyrian, jego duchowy następca przeniesiony w bardzo kolorowe science fiction, dostarczył mi takiej rozpierduchy jakiej oczekiwałem! Świetna grafika, płynniutki scrolling, wyborny design jednostek wroga oraz wygląd krajobrazów obcych planet. Dodatkowo dobra mechanika walki oraz mnóstwo power upów do kupienia i bossów do zezłomowania! No i muzyka wpadająca w ucho oraz synteza mowy. Brać i grać, bo po dziś wychodzą fajowe (darmowe) wersje Tyriana na rożne systemy. Ja mam go nawet na PSP!

Grafika w Unrealu naprawdę była tak dobra, że wręcz nierealna…

UNREAL (GT Interactive/Epic Games – 1998). Siedzimy w pokoju. Instalujemy Unreala, o którym każdy z nas słyszał. Trzeba było dozbroić komputer w akcelerator 3D zwany 3DFXem, który trochę sobie kosztował! Nie ważne… Zainstalowane, uruchamiamy! Naszym oczom ukazuje się monumentalny zamek, pokazywany z dynamicznej latającej kamery, rzekłbyś dzisiaj, że z drona, ale wtedy nikt nie wiedział co to takiego… Nie ważne! Grafika? Słychać tylko suchość w gardłach i wypalanie się gałek ocznych oglądających! TAKIEJ GRAFIKI NIE WIDZIAŁY LUDZKIE GAŁY! Jakość tekstur? Fotorealistyczna! Przezroczyste powierzchnie? Nie wierzę! Woda, zielonkawo niebieska, jaka piękna i bulgocząca! Ona naprawdę wygląda jak ciecz! Niebo? Z gwiazdami i jakimiś smokami? Najpiękniejsza gra wszechświata i okolic. Klimat na początku rozgrywki można kroić nożem, na obcej planecie rozbija się nasz statek, a atakują nas wrogowie podobni do Predatorów! Jest straszno, duszno, parno, tajemniczo, w jaskiniach, czy wnętrzach pojazdów dosyć mroczno. Jednocześnie przepięknie na powierzchni planety, gdzie zachwycamy się dosłownie wszystkim! Od wyglądu trawy, poprzez szczegółowość skał, naturalność zbiorników wodnych i strumieni, niesamowitość flory, artyzm nieba… Nierzeczywistość doznań podkreśla wspaniała muzyka w trakcie eksploracji tych rajskich krajobrazów… Tak, dzięki Unrealowi poczułem się jak prawdziwy odkrywca nowych światów. Chyba po raz pierwszy nie potrzebowałem do tego wyobraźni, wystarczyło się rozejrzeć…

WARCRAFT II (Blizzard Entertainment – 1995). Pierwsza część Wojennego Rzemiosła pomimo, że była bardzo fajna, nie wzbudziła u mnie nocnych polucji. Możliwe, że z powodu grafiki w niskiej rozdzielczości. Jednak kiedy niezastąpiony Grzegorz aka Legion pokazał mi w akcji sequel tego przebojowego RTS’a – zachwyciłem się, oniemiałem i gdzieś w głowie zakiełkowała mi myśl o zakupie tego cholernego PeCeta! Doom, WarCraft 2, Herosi II – tak, te gry nocami rozpalały moją wyobraźnię… A za co należy się dozgonny szacunek drugiemu WarCraftowi? Przeskok w kapitalną grafikę SVGA (640×480 pikseli i wyższe od niej rozdzielczości), co wtedy było odpowiednikiem dzisiejszej grafiki HD. Po prostu strategia ta wyglądała w akcji jak animowany film fantasy. Ja pieeeeerdziu! Klimat także był tu mięsisty i gruby, zaś obie rasy (orkowie i ludzie) przedstawione z należytym szacunkiem i starannością. Niesamowita i wielogodzinna kampania, wyborna grywalność, intuicyjne sterowanie, mistrzowski design poziomów i przepiękna muzyka. Pyszne danie! Dodatki także wchłonąłem na raz.

Zdzichu? Mordo ty moja! Daj pyska! WarCrafty zawsze urzekały klimatem.

WARCRAFT III + FROZEN THRONE (Blizzard Entertainment – 2002/2003). Kolejny killer ze stajni Blizzarda, trzeba im przyznać, że wtedy wydawali same arcydzieła. Przeskok znanego i lubianego RTSa w przepiękną, klimatyczną i przede wszystkim w pełni trójwymiarową grafikę – okazał się strzałem w dziesiątkę! Wprowadzono tutaj dwie nowe rasy, których losami mogliśmy pokierować: Nocnych Elfów oraz Nieumarłych i biorąc pod uwagę długość kampanii oraz świetny multiplayer to naprawdę trzeba przyznać, że zawartość tego wydawnictwa była bogata. Fabuła oraz ogólny klimat tej produkcji były jeszcze bardziej mroczne niż w poprzedniej części, zaś szczególnie piorunujące wrażenie robiły przerywniki filmowe. Wyżyny komputerowych animacji, po prostu miazga! Aha zapomniałbym o bohaterach, których przedstawiono tutaj jako legendarnych i charyzmatycznych motherfuckerów! Mroźny Tron rozszerza historię znanego z podstawki paladyna Arthasa Menethila, który przechodzi na ciemną stronę mocy i sprawdza się w dodatku znakomicie jako koń pociągowy fabuły. Dochodzi tutaj także nowa, wodna rasa zwany Nagyi i trochę nowych jednostek do nacji znanych z podstawki. Filmiki znowu wciskają fotel, aż brakuje tchu. Może wartałoby powrócić do tego świata w szykowanym przez autorów remasterze, czyli Warcraft III Reforged, pomimo faktu, że podstawka i dodatek stoją u mnie w wielkich boxach na półce? Hmm…


PARĘ SŁÓW NA KONIEC

DEBEŚCIAKI, DLA KTÓRYCH ZABRAKŁO MIEJSCA. Chłopaki, szczerze to jakbym chciał to bezproblemowo mógłbym wrzucić poniższe killery do listy głównej i nikt by nie narzekał, a wielu by się ucieszyło. Tylko pewnikiem czytalibyście to do rana podobnie jak to było w części o Amidze. Więc polecę na szybko – masę czasu spędziłem jeszcze przy tak wybornych szpilach jak: NBA JAM, Neverwinter Nights, Heroes V, Expendables, Psycho Pinball, Alone in the Dark New Nightmare… Rozpykałem te gry do cna! Miłośnicy strategii pewnie mnie zlinczują, ale sławna Cywilizacja jakoś nigdy mi nie podeszła.

JAKBYM MIAŁ CZASOWSTRZYMYWACZ. To chciałbym zaliczyć jeszcze takie killery z przeszłości (i nie tylko) jak: Little Big Adventure 2, Ecstatica 2, I Have No Mouth and Must Scream, Bioforge, System Shock 1 i 2, Deus Ex 1, StarCraft 2, Stalker, Legend of Grimrock 1 i 2, Anachronox, Path of Exile, Gothic 1, 2, 3, Ultima Underworld 1 i 2, Star Wars: Kotor 1 i 2, Arcanum (oj, daleko w nim byłem!), wszystkie Divinity, Morrowind, Myth 1 i 2 (strategie), Fade to Black, Homeworld, Forsaken, Master of Orion 2. Jednak żyć trzeba, a z wiekiem jakoś ciśnienie na granie mi spadło i zdecydowanie wolę wracać do bardziej nostalgicznych retro maszynek. Po prostu wolę mikrokomputery…

HITY Z PC NA INNYCH SYSTEMACH. Należy zauważyć, że wiele hitów obecnych także na PC dane mi było także ograć na konsolach, więc przeczytacie o nich w kolejnych odcinkach mojej prywatnej listy przebojów. Na przykład Prince of Persia Sands of Time, Beyond Good & Evil albo Soul Reaver, Skyrim, czy Darkest Dungeon. Także we wpisie amigowym znajdziecie wiele gier wydanych także na PC, jednakże ja spotkałem je najpierw na Amidze i tam głównie się nimi bawiłem. W przyszłości nowsze hiciory znane z komputerów osobistych (jak to dumnie brzmi…) zagoszczą we wpisach o nowszych konsolach: PS3, X360, czy PS4. Tak, wolałem je ogrywać przed ekranem wielkiego TV, wygodnie usadowiony w fotelu… Chociaż wiem, że w dzisiejszych czasach w sposób tak komfortowy można grać także na PC (i nawet ponoć nie trzeba instalować sterowników, hmm…), ale jakoś się do tego nie garnę, nawet konta na Steamie nie posiadam… Cieszę się, że moment mojej fascynacji PieCem jako systemem do grania przypadał bodajże na najlepszy okres dla groteki tej maszynki. Spójrzcie zresztą na tytuły hitów powyżej, niektóre z nich to kamienie milowe w historii gier video! Dzisiaj na kompie nie gram wcale, ale jeżeli w przyszłości miałbym coś na nim uruchomić – to zapewne byłyby to: StarCraft II albo ciekawa nowość zwana Druidstone – bardzo ładna, izometryczna gra RPG od twórców Legend of Grimrock. Kurdelebele ten świetny dungeon crawler także mocno łechce moje podniebienie! Hmm, chwila, chwileczka, chwilunia, widzę, że mój komputer ma wyjście HDMI, więc… Do zobaczenia w następnym odcinku!

Cholera, jak patrzę na trailer Druidstone to mam ochotę znowu zagrać na PC! Takie dobre jak Darkest Dungeon?


PS1. Miałem powrzucać screeny z każdej gry i nawet zacząłem to robić. Wpis jednak okazałby się cholernie długi… Aha, gry są ułożone alfabetycznie.

PS2. Plakaty, artworki i screeny pochodzą głównie z MobyGames oraz naszego archiwum.

PS3. Pikne sliderki oraz wlepki przygotował Repip, niektóre zdjęcia pochodzą z mojego telefonu, inne dostarczono na maila redakcji lub podane jest źródło skąd zostały zaczerpnięte. 

PS4. W następnym odcinku małe, szare, rewolucyjne pudełko ukrywające się pod kryptonimem PSX!

PS5. Dziękuję Legionowi za narobienie mocnych smaków na PC w przeszłości!

PS6. Wiele z powyższych gier zostało przeniesionych na multum różnych systemów, głównie konsol. Raz lepiej, raz gorzej. Jednak nie opisywałem tego, gdyż dzisiaj rządził tu po prostu PC!

PS7. Dziękuję Księżniczce Marsa za prezent urodzinowy! Jaki? Najlepszy!

PS8. Dotychczas w tej serii wpisów ukazały się:

#1 – AUTOMATY ARCADE, #2 – ATARI XL/XE, #3 – COMMODORE 64, #4 – AMIGA

O RetroBorsuk 206 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.