Recenzja | Alpine Racer 3 (PlayStation 2)

Dziś wybierzemy się na narty w samo serce Alp, a że wycieczkę organizują Japończycy to będzie niecodziennie.

Dotarłem do Alpejskiego kompleksu narciarskiego gdzieś na zboczu prastarej góry, po całodziennym szusowaniu wciskam się w fotel przy stoliku zatopionej w półmroku knajpki by zamówić fondue. W koło mnóstwo modnie ubranych lokalsów i turystów popija Gluhwein na dobry start przed całonocną biesiadą. Idylliczny świat przed pandemią, gdzie wszyscy wesoło wymieniają się zarazkami i nie tylko. W tym momencie czar pryska, siedzę w starej mordowni w ciemnym zaułku swego miasta nad żurkiem, w koło ubrani w rozciągnięte t-shirty żulki popijają sikacze i nerwowo wypatrują policji pałującej za nielegalne zgromadzenie w nielegalnie otwartym szynku (i to o zgrozo bez maseczek!). Nie… nie dziś, nie będziemy dziś nad niczym ubolewać, wracamy do japońskiej wizji Alpejskiego życia na stoku. Wita nas klimatyczne intro utrzymane w duchu produkcji z PSX’a, czuć tutaj klimat szaraka do którego wzdychaliśmy gdy leciało kolejne intro do naszej ulubionej gry. Jest rok 2002, Namco wciąż wie jak to robić, bardzo dynamiczne sceny prezentujące naszych bohaterów sprawiają że jesteśmy gotowi do akcji. Podobnie jak Borsuk w salonie arcade…

relacja Gramy na Gazie z Kraków Arcade Museum, na filmie widzicie prezentację mechaniki automatu z Alpine Racer 2

Alpine Racer to seria znana z automatów, dwie pierwsze części poświęcone narciarstwu i jeden spinoff o snowboardzie (Alpine Surfer) pojawiły się w salonach w latach 1995-96 i z tego co wyczytałem cieszyły się dość sporą popularnością (jak widzicie na filmiku dla chętnych Alpine Racer 2 jest dostępny w Krakowskim Muzeum Arcade). Automat był zbudowany tak, że sterujemy nogami, stopy wkładasz w specjalne „buty” i balansem ciała sterujesz zawodnikiem. Z jednej strony to ograniczenie no bo gdzie tu miejsce i czas na przyciski, tylko skręcasz, no ale z drugiej taki automat dostarczał czegoś, czego nie znajdziesz nigdzie indziej. Dlaczego o tym piszę? Że niby retronagazie to i szpanować notką historyczną wypada? Nie do końca (choć tak, lubimy szpanować;), świadomość korzeni i mechaniki serii pozwoli łatwiej zrozumieć Alpine Racer 3, który był pierwszą i chyba jedyną częścią serii która opuściła automaty i wylądowała wyłącznie na konsolach.

pierwsze chwile na stoku

Długo seria nie mogła się zadomowić na konsolach bo i pewnie nie było pomysłu jak to zrobić, ona ewidentnie jest skrojona pod swój dedykowany automat i nie nadaje się do grania na padzie… chyba. AR3 na PS2 odpaliłem bez większego przygotowania, Bukovsky pod jednym z moich licznych wpisów o snowboardowych grach wspomniał o tym tytule i powiedział że fajnie się w niego grało. Mi takie rekomendacje w przypadku ulubionych gatunków wystarczają by kupić grę ;). Po świetnym intro o którym już wspomniałem przeszedłem do gry właściwej i poczułem lekki dysonans poznawczy. Ograłem masę tego typu gier więc automatyzmy musiały się odezwać już przy pierwszym zjeździe – gdzie tu się robi tricki? Ostry jak cholera zakręt, gdzie się tu robi wślizg? Kurna jak wyhamować!?. Okazuje się że AR3 to taki trochę rail racer, właściwie jedyne co robimy to skręcamy, możemy kucać co nas przyśpieszy, ale ograniczy sterowność i tyle. Niby są tricki, ale jakby ich nie było (można je (a raczej go) zrobić tylko w kilku miejscach, nic nie dają, a czasem się same robią). Brzmi to nieco głupio i raczej mało zachęcająco, ale po chwili zatrybiło i wciągnęło! Trzeba się tylko przestawić i odpuścić chęć kontrolowania wszystkiego i robienia miliona kombinacji. To powrót do czasów, gdy świat był prosty, jak już to zaakceptujesz to jakoś tak beztrosko się jedzie. Jedyne czego pilnujesz to mijania przeszkód, wjazdu w skrót i dobicia gałki analoga na maxa gdy wchodzą ostre zakręty, tylko tyle, a radochy kupa!

mroźne szlaki będziemy przemierzać bez żadnych zahamowań 

Alpine Racer 3 daje nam kilka postaci do wyboru, każdej z nich możemy kupić za wygraną w wyścigu kasę coraz lepszy sprzęt. Do wyboru są nie tylko narty, ale i snowboardy oraz skiboardy, różnica między nimi jest chyba żadna, liczą się statystyki sprzętu. Swoje pierwsze kroki kierujemy do głównego eventu jakim jest Extreme winner’s cup, to tutejszy tryb kariery z wyścigami ty konta czas lub 1 vs 1. Tylko w tym trybie będziemy dokonywać zakupu sprzętu, a dla każdej postaci trzeba to zrobić  osobno, więc jak ktoś w 2002 roku wysupłał niemały bilon na gierę to miał trochę zabawy. Dziś gra kosztuje niecałe 2 dychy, więc pewnie chętnych do masterowania będzie mniej, ja osobiście karierę ukończyłem kilka razy, głównie dlatego że nie jest ani trudna, ani długa bo trwa ok. 30 minut. Z początku włączyłem sobie poziom easy bo w necie ludzie straszyli poziomem trudności, jak wcześniej pisałem nie wiedziałem jak grać i jechałem po omacku, a mimo to za pierwszym razem wygrałem, więc spacer totalny. Na medium pojawiło się pierwsze wyzwanie, ale wiedziałem już co i jak, pierwsze skróty wyczaiłem i też za pierwszym podejściem gra skapitulowała przed moim niekwestionowanym skillem i zmysłem gracza (no może trochę przesadziłem… trochę;). Na hard miałem już kupiony ekwipunek więc zaczynałem z najlepszym sprzętem co jest jak się okazało konieczne, konieczna jest też znajomość wszystkich skrótów, nie jest to jakiś wielki problem, jest ich dosłownie kilka i są raczej oczywiste przy 3 przejeździe.

trudny zjazd z samego szczytu

I tutaj mała dygresja. Extreme winner’s cup zajmuje ok. 30 minut, a co za tym idzie by trochę podkręcić wyzwanie nie ma czegoś takiego jak save, zapis robisz dopiero po skończonej karierze, utrudniony jest również checkpoint, możesz powtarzać wyścig, ale tylko za zdobytą kasę, więc jeśli wydałeś ją na ekwipunek lub dużo powtarzasz to game over i wszystko na nowo. Wracam zatem po tej dygresji do zmagań na hard, po kilku wykupionych kontynuacjach skończyłem główny event, czyli 7 tras, combo najlepszy ekwipunek + skróty wystarczy by z tym poziomem sobie poradzić, ale po 7 trasach zawsze jest ta jedna bonusowa… jest nią Cybertick Monster. Osadzony w futurystycznej scenerii rodem z WipeOuta, przejazd ten nie ma śniegu, jest beton i metal, mijasz elektryczne płoty, ruchome platformy, wirniki, lasery… a idź w pizdu z tym. Będzie to stwierdzenie z gatunku Kapitan Oczywisty, ale nie pasuje ona za cholerę do tej gry (z drugiej strony AR3 robili Japończycy, a ci uwielbiają dziwactwa i abstrakcyjne lokacje w grach), a na poziomie hard ma strasznie wyżyłowany czas, zabrakło mi 2 sekund by dojechać do mety i szczerze mówiąc nie chciało mi się powtarzać jeszcze raz kariery by z tym paskudztwem się zmagać.

Cybertick Monster – lasery, neony, iskry spod nart… coś poszło nie tak

Po karierze porozglądałem się co tam jeszcze AR3 ma do zaoferowania, tryb dla 2 graczy, pojedynczy wyścig z kilkoma przeciwnikami oraz slalom. Ten ostatni od razu włączyłem olewając pozostałe, slalom to coś co kojarzy mi się z efektownym zjazdem, a czegoś takiego od gry arcade oczekuję. Nie zawiodłem się, jest bardzo dynamicznie i trudno jest zaliczyć wszystkie bramki, do tego można coś fajnego odblokować, ale to zostawiam na ciekawostki ;). Slalom mimo iż jest fajny to odbywa się na tych samych trasach co kariera więc na długo nie wystarcza.

I tym zbiegiem okoliczności przechodzimy do tras. Jest ich 7, wszystkie są ładne, choć bardzo liniowe i zbudowane z segmentów które się powtarzają. Już śpieszę z rozwinięciem myśli. Wszystkie 7 tras jest najwidoczniej gdzieś w zamyśle twórców na jednej górze i się ze sobą przenikają, jadąc na jednej z czasem dojedziesz do momentu który znasz z drugiej itp. więc mimo tego że jest 7 tras to nie są one w pełni jednorazowe. Z początku to się tak nie rzuca w oczy bo stosuje się tu drobne triki np. w 1 trasie dany segment jest w słońcu, a w 5 trasie nocą, gdzie indziej będzie zamieć, ale przy kolejnych zjazdach już widzisz ten przekręt i recykling. Skoro to Alpy to oczywiście sceneria jest w większości zapełniona śniegiem, czasem wjedziemy w leśny zagajnik, miniemy zabudowę z wyciągami, finisz będzie w górskim miasteczku. Przemycono drobne szaleństwa jak przejazd w tunelu w którym jadą pociągi, czy zjazd w dzikim odcinku przy szczycie gdzie spadnie na trasę lawina (nie goni nas, tylko zawali część drogi). Są też wspomniane skróty, choć to duże słowo, gdzie im do np. Sled Storm z tego samego okresu na PS2, czy choćby nawet starszego Snow Surfers z DC. To dosłownie kilka mniejszych lub większych ścięć zakrętów w skali całej gry, chyba tylko jeden pamiętam w którym mamy do czynienia z alternatywną trasą (w danym segmencie;). Tak więc trochę bida, ale że gra nie jest zbyt długa to to co jest wystarcza by cały czas dawać radość ze zjazdu. Jedynym wyjątkiem jest 8 trasa czyli bonus w postaci Cybertick Monster o którym już wspomniałem.

bo kolejki do wyciągu były za długie…

Biorąc pod uwagę rocznik i fakt że to rynnowa konstrukcja to jeżeli chodzi o grafikę raczej przyczepić się nie mogę.  Jest schludnie a momentami bardzo ładnie, szczególnie zamieć fajnie się prezentuje (nawet nie wiem jak to określić, jest „ładna, mleczna i puszysta biel”). Płynność gry przede wszystkim warta jest odnotowania, nie zauważyłem by coś klatkowało. Audio? Coś plumsa, coś pimka i jest przyjemnie podczas gry, ale nic więcej. Słów kilka należy się komentatorowi, lubię jak w takich grach on jest nawet jeśli w większości z nich niby nic nie wnosi prócz 3 haseł na krzyż często okraszonych czerstwym humorem. Tak jest też w tym przypadku, ale lubię tych komentatorów którzy nierozerwalnie kojarzą mi się z pozycjami arcade tamtych czasów. Obok mistrzowskiego poziomu komentatora z Burnout 3 Takedown i SSX3 ten z Alpine Racer 3 nawet nie stał, ale fajnie że jest bo dodaje kolorytu.

finisz w alpejskiej wiosce, fondue już czeka

Po konsumpcji wyimaginowanego fondue wstałem z fotela i opuściłem knajpkę ruszając w kierunku samochodu, to koniec przygody w wirtualnych Alpach okiem Japończyków. Spędziłem tu ok. 4:30h, przechodząc kilkukrotnie karierę i bawiąc się w slalomie. To gra specyficzna dla konkretnego odbiorcy, taki „rail racer”, który nie każdemu musi przypaść do gustu. Po zaakceptowaniu ograniczeń daje się jednak polubić, to taki zawieszony w czasie twór, odstawał już od wszystkich gier z tego gatunku na PS2, właściwie mechanika odstawałaby już nawet pod koniec czasów PSX’a. AR3 to trochę taka młoda i śliczna laska która chodzi w wykrochmalonych koronkach po babci, niby ładna, ale coś tu nie pasuje. Przypomniała mi inne podobne w konstrukcji i charakterze gry jak Snow Surfers, Sled Storm i Hydro Thunder, ale szczerze mówiąc Alpine Racer 3 ma z nich wszystkich najmniej do zaoferowania. Mimo wszystko eksperyment jakim było przeniesienie przez Namco tej serii z dedykowanych automatów na konsole uważam za udany.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: PlayStation 2/2020

3 słowa do gracza: Specyficzny arcade racer zakorzeniony w salonowym świecie nie do końca pasujący do konsol, ale na swój sposób urokliwy i zachęcający do gry


Ciekawostki:

» jako grywalna postać jest do odblokowania maskotka Namco z tego okresu czyli Klonoa. Sympatyczny kociak znany z kilku występów w tym w swoich platformerach jest do odblokowania w Slalomie, musisz zaliczyć wszystkie bramki na trasie. Wystarczy na jednej trasie, nie musisz na wszystkich, ale muszą to być wszystkie bramki co nie jest takie łatwe.

Klonoa jako gość specjalny

» seria na automatach niemal wymarła po szturmie w latach 90’tych i AR3 na PS2 tego nie zmienił, ostał się jednak jeden wyjątek który chciał wskrzesić serię, to Super Alpine Racer. Namco wypuściło na rynek ten automat w 2014 roku, 55 calowy wertykalny monitor, zamontowana dmuchawa z wiatrem, wygląda ciekawie ;). Styl rodem z SSXa nieco jednak odstaje od tego co mamy w poprzednich częściach Alpine Racer i trochę nie pasuje.

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, logiczne, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox