Recenzja | Apocalypse (PSX)

Spora część zarówno polskich graczy, jak i tych z odległych krajów, z ogromną ekscytacją oczekuje kolejnego hitu naszych rodzimych twórców – Cyberpunka 2077. Ma być w nim wszystko to, co użytkownicy ogromnie cenią, z naciskiem na historię, różne ścieżki fabularne oraz Keanu Reevsa (wymienione rzeczy stanowią uproszczenie, żeby potem nie było). Tymczasem wiele, wiele lat temu, a konkretnie w 1998 roku, na PSX-ie zawitał exclusive, który także podejmował futurystyczną tematykę i sięgał po aktora, który w owym czasie mocno kojarzył się z filmami akcji i jak ulał pasował do takiej produkcji. Mowa oczywiście o Brucie Willisie i wydanej przez Infogrames Apocalypse.

Tytuł będący jasną aluzją do biblijnego Objawienia św. Jana czerpie stamtąd w zasadzie wyłącznie postaci czterech jeźdźców apokalipsy, którzy w popkulturze występowali wielokrotnie, zaś wykorzystywani byli do zupełnie różniących się od siebie przedstawień. Jak każda luźna inspiracja zresztą. Tymczasem w dziele panów z Neversoft mamy do czynienia z nieco inną historią. Pewien zły człowiek (na tyle niecharyzmatyczny, że nie ma co się zgłębiać w jego życie) jest pewnym fanatykiem, może nie tyle religijnym, co ideologicznym. Uważa, że wszelkie przejawy rozwoju i techniki są złe oraz pragnie im zapobiec. Równocześnie nosi zaszczytne miano hipokryty level expert, ponieważ okazuje się, że cała ta śpiewka skierowana jest wyłącznie do naiwniaków, zaś on sam właśnie dzięki nowym wynalazkom zamierza wskrzesić/stworzyć jeźdźców i zniszczyć świat. I teraz zagadka w stylu „ilu ludzi potrzeba do wkręcenia żarówki” – kto może stanąć do walki z tak ogromną siłą? Kordony wojska, maszyny stworzone przez geniuszy, wyszkoleni zabójcy? Jeżeli ktoś na to pytanie odpowiedział twierdząco, nigdy nie grał w gry i nie oglądał żadnego filmu sensacyjnego. Oczywiście, stawić czoła złu może jeden człowiek i – zaskoczenie!- jest to właśnie nasz bohater. Trey Kincard, który nosi twarz i posiada głos Bruce`a, obecnie przebywa w więzieniu, z którego musi się wydostać, „by uchronić świat od dewastacji„.

Apocalypse

Sezon na grilla czas zacząć

Co się dzieje, kiedy już przejmujemy ster nad naszą postacią? Totalna rozwałka! Należy przyznać, że akcji w grze jest sporo, przeciwników na pęczki, zaś w rozgrywce każdy się odnajdzie, gdyż mamy trzy poziomy trudności do wyboru. Pierwszym, co zwraca uwagę, jest mocno specyficzne sterowanie. Oczywiście istnieje możliwość zmiany ustawień, ale jak mawia klasyk „komu to potrzebne?”. Analogi są opcjonalne, zaś docelowo sterujemy krzyżakiem, przyciski akcji odpowiadają za strzały, tyle że każdy w inną stronę (tu już mi się trochę kićkało, kiedy trzeba było strzelić gdzie indziej niż przed siebie), do skoków i używania bomb korzystało się z przycisków R i L. Całkiem innowacyjne i według mnie dobrze pomyślane. Oprócz właśnie tych kierunkowych perturbacji nie zdarzają się sytuacje, kiedy to giniemy „z nie naszej winy” (choć istnieje typ gracza, który ginie WYŁĄCZNIE z winy innej niż jego samego). A propos wspomnianych skoków, w mało której grze są one tak dobrze oddane. Owszem, dziwnym trafem Tray skacze na kilka metrów, ale nie ma tych akcji, gdzie wpadamy w przepaść tuż przed skrajem skarpy.

Nasz Bruce posiada całkiem porządny arsenał. Standardowo ma „normalne” strzelanie, coś a`la Contra, jednak z czasem zdobywa lepsze pukawki, których amunicja jest ograniczona (jej zużycie ukazane zostało na specjalnym pasku). Wspomniane bronie nie trafiają do nas randomowo, znajdują się w konkretnych miejscach planszy, podobnie jak paczki z życiem, i są dostosowane do przeciwników, z którymi przyjdzie nam się mierzyć. Tak możemy zdobyć laserowy atak, klasyczny już miotasz ognia czy choćby pociski samonaprowadzające. Do tego są jeszcze bomby obszarowe, które także potrafią zadać porządne obrażenia. Zresztą, czego by nie mówić o podstawowej spluwie, także bardzo sprawnie da się nią eliminować wrogów. Jedyne, czego mi brakło, to jednak pewnej losowości. No bo w sumie twórcy podsuwają nam rozwiązania pod sam nosek, a przecież wiemy, jak bardzo kreatywni są gracze. Poza tym, na pewno każdy znajdzie broń, którą najlepiej będzie mu operować. Wówczas właśnie fajnie sprawdzałaby się możliwość otwierania skrzynek, gdzie znajdowałaby się oręż, przy czym nie byłoby wiadomo jaki.

Apocalypse recenzja

Uśmiech!

Co jakiś czas na naszej drodze stanie któryś z Jeźdźców. Pokonanie takiego ważnego bossa to zupełnie osobny level. Tutaj także otrzymujemy paczuszki z bronią, która pomaga nam w starciu. Trzeba przyznać, że poziom trudności nie jest wyśrubowany w stosunku do innych plansz. Owszem, szefowie sprawiają kłopoty, ale nie większe niż przebijanie się przez kanonadę lecących w naszą stronę pocisków i ciągnących wrogów. Zresztą, na końcu pozostałych leveli także znajdują się bossowie, nie tak istotni jak janowa czwórka. Czasem będzie to jakiś pojazd, innym razem agresywny krokodyl z kanałów. Fajnie, że gracz widzi pasek życia szefów, zawsze lubiłam widzieć, ile jeszcze mi zostało do ubicia danego monstrum (na NES-ie często wkurzony boss zmieniał kolor, ale to jednak nie to samo). Jeden level jest na swój sposób oryginalny, gdyż na końcu nie czeka nas starcie, ale odpowiednie wejście w konkretne miejsce, po uprzednim wciśnięciu klawisza. Przyznaję, że choć nie tracimy tam zbyt wiele punktów HP, idealne trafienie zabierało mi nieraz sporo czasu i nerwów przy okazji. Zważywszy na to, że zamiast szefa pojawiają się zgraje zombie, które nie tak łatwo chcą wypuścić nas ze swojego cmentarza.

A same levele? Jest ich stosunkowo niewiele, jednak na każdym coś się dzieje. Teoretycznie gra jest w 3D, jednak najazd kamery wskazuje, gdzie mamy się poruszać. Wydaje mi się, że najciekawiej zaprojektowano City. Tam walczymy i na ziemi, i w powietrzu, przebijamy się przez niezliczoną ilość maszyn i znanych nam strażników z więzienia (ewentualnie niemal identycznie wyglądających). Wśród innych przeciwników pojawiają się różne monstra, chyba największe wrażenie w kategorii „creepy” robiły istoty przypominające ludzi, które na początku gry traktowaliśmy miotaczem ognia. Brrr! O ile jednak zwykli, szarzy rywale dają się łatwo ubić, tak już na auta/czołgi/samoloty/futurystyczne pojazdy trzeba wystrzelać nieco ognia. A wiadomo – im dłużej żyje przeciwnik, tym dłużej i my jesteśmy podatki na jego atak. Niby apteczki rozsiane są często-gęsto, jednak niestety nie można ich przechowywać. Albo bierzemy je i się uzdrawiamy natychmiast, albo przepadają (ewentualnie można się kawałek wrócić).

Apocalypse recenzja

Call of Duty

Nieco ambiwalentny stosunek mam do udźwiękowienia. Muzyka skomponowana przez Jeehuna Hwanga, koreańskiego twórcę, jest naprawdę spoko, do tego dochodzi nieco licencjonowanych utworów. Czuć mocnego kopa w tyłek przy ostrych dźwiękach, w niektórych miejscach dochodzą nawet teledyski wyświetlane na planszach! Robi to piorunujące wrażenie jak na końcówkę lat 90. Nieco dziwne są odzywki naszego Traya. Ma jakieś komentarze, niektóre wydają się od czapy. Ten fakt jest wynikiem pewnej zmiany w scenariuszu. Pierwotnie Bruce W. miał być postacią pomocniczą i wspierać głównego gieroja, którym mieliśmy sterować. Tymczasem twórcy nieco pomieszali, zostawili aktora jako najważniejszą osobę i stąd niektóre kwestie lecą w przestrzeń. Wrażenie za to robią odgłosy wydawane przez naszych grillowanych przeciwników oraz ich giwery. Autentycznie, gdy parły na mnie monstra z kikutami i słyszałam ich krzyk po usmażeniu, odczuwałam nawet coś w rodzaju współczucia. Trzeba przyznać, że całość jednak liczy się na plus.

Grafika? Filmiki FMV są przepiękne! Śmiem stwierdzić, że dorównują nawet tym z Finala, przy czy zachowują swój mroczny i industrialny klimat. Postaci są odpowiednio groźne, dokładnie przedstawione. Mocne jest intro, gdzie poznajemy naszego wielebnego i jego dzieła. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o samej grafie w części grywalnej. Na postaciach niemal widać polygony, wiele z nich animowana jest po prostu niechlujnie. Hitem dla mnie był Tray, który przechodził po linie, a tak naprawdę „łapał powietrze”, gdyż się z nią mijał. W niektórych levelach, jak choćby Graveyard, po dojściu do granicy grywalnego świata widzimy czarną przestrzeń. Nie, w żaden sposób nie koresponduje ona z mimo wszystko chłodnym klimatem rozgrywki. Złe wrażenie robi także wszystko to, co płynne. I woda, i ścieki, i lawa wyglądają po prostu paskudnie. Bossowie też nie do końca przekonują. Z jednej strony nie jestem graficznym purystą, więc jakoś nie odrzuca mnie to od gry, ale wiem, że znajdzie się wielu, dla których to już będzie przesada. Warto wspomnieć jeszcze o żenująco prezentujących się budynkach. Jestem w stanie jakoś usprawiedliwić twórców, bo porwali się na mimo wszystko spory i szczegółowy kawałek świata, niemniej samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Na plus na pewno walka z bossem w czasie koncertu rockowego, który fan ostrego brzemienia nie chciałby w czymś takim uczestniczyć?

Apocalypse recenzja

A to dopiero Bestia!

Apocalypse jest naprawdę ciekawą próbą ukazania dążenia do przejęcia władzy nad światem przez szalonego, fanatycznego psychola. Zaskakuje nietypowym sterowaniem, otwartymi, choć liniowymi levelami, Brucem Willisem oraz kapitalną ścieżką dźwiękową. Nie można jednak nie wspomnieć o fatalnej grafice oraz hordach wrogów – nie da się nawet podrapać bez pauzowania gry. Poziomy trudności są odczuwalne, dlatego zarówno początkujący jak i wyjadacze znajdą tu miejsce dla siebie. Nie jest to żaden must have dla graczy, jednak warto dać mu szansę i poświęcić kilka godzin, ewentualnie próbować pobić rekord świata speedrunnera, który ukończył go w nieco ponad pół godziny. Bo jak się okazuje, wielu wrogów można po prostu minąć i nie zawracać sobie nimi głowy, co jest doskonałą analogią do przedstawionej gry.

 

Retrometr


Ciekawostki:

  • na bazie grafiki w grze Apocalypse powstał później inny przebój twórców – Tony Hawk’s Pro Skater
  • sporo scen w grze to aluzje do filmów, w których pojawiał się Bruce Willis
  • istnieje alternatywne sterowanie, wzmiankowane w recce – lewy analog do sterowania, zaś prawy do strzelania
  • gra spotkała się z dość ciepłym przyjęciem krytyków, jednak choćby pismo Next Generation przyznało jej dwie gwiazdki na pięć, zarzucając pewną wtórność, brak nowych pomysłów i uznając ją za grę zupełnie nieakceptowalną dla czwartej generacji konsol
  • gra posiada masę tipsów, więc nawet amator może się nią bawić
O Prezesowa 31 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.