Recenzja | Bruce Lee II (Commodore 64)

Bruce Lee…. Kto w latach 80 ubiegłego wieku nie oglądał i nie był fanem Wejścia smoka? Aktor Bruce Lee i jego popisy w filmach karate, były na porządku dziennym i każdy (no chyba nie zaprzeczycie?) się nim zachwycał. Każdy chciał być jak on – rozkładać na łopatki kolegów na podwórku jednym ciosem i umieć wszystkie te tajemnicze style karate, które prezentował w filmach. Bruce Lee zagrał w wielu filmach, ale wszyscy głównie kojarzymy go ze wspomnianym już Wejściem smoka. Ja sam widziałem ten film kilka albo i kilkanaście razy – wiele razy wracałem po szkole do domu i pakowałem do naszego odtwarzacza VHS kasetę z tym filmem. Ileż to razy patrzyłem na sceny walki z Bolo Yeungiem – głównym przeciwnikiem Bruce’a. Na marginesie – Bolo zagrał w jeszcze większej liczbie filmów niż sam Mistrz. Oczywiście wiadomo było, że kiedy pojawiła się na moim komodorku gra Bruce Lee – to młóciliśmy w nią z bratem i kuzynem w kółko. Nie będę o tej pierwszej części pisał, bo Borsuk już wszystko nam ładnie opisał i nawet z Larkiem zrobili filmidło, do którego link znajdziecie w Borsuczym tekście. Dość wspomnieć, że grę przechodziłem wielokrotnie i później po latach, kiedy powróciłem do retro, również sobie ją przypomniałem. Grałem także w wersję Ultimate – wydaną na PC, w której można sobie wybrać różne wersje graficzne (również oryginalną) – o tej grze również wspominał Borsuk.

W tej górskiej scenerii zaczynamy swoją rozgrywkę – wędrówkę, by uratować porwaną siostrę…

Nie mogłem więc przejść obojętnie wobec drugiej części tej gry (Bruce Lee II), która najpierw pokazała się na Amstradzie (w roku 2013) a następnie na Commodore 64 w 2015 roku. Autorem portu na C64 jest Jonas Hulten – rozpoczął prace nad tą wersją w 2014 roku. Grę pierwszy raz pokazał mi Nekroskop na Amigowisku w Brzesku. Pamiętam jak wtedy grałem w nią w wersji z nieskończoną liczbą żyć, tak dla zabawy i zapoznania się z nią. Gra ma taki tryb możliwy do włączenia bezpośrednio w menu, bez trainera, chyba autor wiedział, że się przyda. Wtedy ukończyłem ją w kilkadziesiąt minut – bawiąc się przednio. I zapomniałem o niej. Jednak niedawno znowu sobie o niej przypomniałem – szukając tytułu, który mógłbym ograć do trwającego Bingo 2. Potrzebowałem czegoś, co mnie wciągnie i poczuję, że nie zmarnowałem czasu grając w grę. W poszukiwaniach pomógł mi Renton, który na swoim kanale pokazał rozgrywkę w Bruce Lee II – oglądałem ją z zapartym tchem, bo bardzo mi się podobała grywalność i pomysły. W pewnym momencie filmu, Renton rzucił mimochodem, że gra jest trudna i on nie da rady jej w tym posiedzeniu przejść i pewnie Borsuk lub ja dalibyśmy sobie radę bez problemu. Potraktowałem to zatem jako wyzwanie. Na drugi dzień pobrałem grę z CSDB i wrzuciłem do swojego emulatora, aby potrenować przed rozgrywką na prawdziwym sprzęcie. I wsiąkłem…

Pływanie to nowa umiejętność Bruce’a – nie martwcie się jednak, skakania jest bardzo dużo również!

Zagrałem pierwszy raz i gra wciągnęła mnie bardzo – świeżutkie pomysły, super grywalność, znajome ruchy Bruce’a oraz znajoma grafika – to było to, co było mi w owym czasie potrzebne. Zacząłem trenować, ale w pewnym momencie już miałem się poddać – po prostu gra wydawała mi się rzeczywiście trudna. Tak, oglądanie filmiku Rentona uśpiło moją czujność – stwierdziłem, że to przecież pestka musi być. Już miałem odstawić joy-a i rzucić grę w kąt mojego twardego dysku, kiedy pokonałem jedną z najgorszych (jak się później okazało) komnat. Dalej szło już lepiej. Po kilkunastu minutach od tego momentu, udało mi się dotrzeć do ostatniej komnaty i pokonać bossa, który bronił podejścia do przełącznika aktywującego drabinkę umożliwiającą wejście do siostry Bruce’a. O to właśnie w tej grze chodzi – aby uratować z rąk Tao-Bao porwaną przez niego siostrę. Fabuła krótka i prosta – ale nie o to przecież w tej grze chodzi, a zatem o co?

Skaczemy także po dachach – niczym w Mirror’s Edge…

Co jest w Bruce Lee takiego, że chce się dotrzeć do ostatniej komnaty pałacu Tao-Bao i zrzucić go w przepaść, by uratować siostrę? Przede wszystkim to, co w pierwszej części – czyli ta sama grafika i znajoma grywalność. Jeśli ktoś lubił część pierwszą tak jak ja, albo Borsuk (choć on dał tylko żółte światełko), to przy tej grze na pewno nie będzie się nudził. Klimat został zachowany a według mnie nawet rozbudowany i ulepszony. Autor gry chyba przeniósł się w czasie do 2018 roku, przeczytał reckę Borsuka na Retro na Gazie i wrócił do 2015, by zastosować w swojej grze nowe rozwiązania. Oprócz znajomych bowiem rozwiązań z pierwszej części – czyli zbierania lampionów, by otworzyły się rozlokowane w różnych miejscach drzwi, zbierania symboli yin-yang w celu zwiększenia licznika żyć, skakania, wspinania się po drabinkach, unikania kolców i walki z przeciwnikami – mamy jeszcze kilka świeżych rozwiązań. Na przykład uchwyty, na których trzeba się powiesić (uchwycić rękami), aby coś się gdzieś otworzyło. Mamy też miejsca, w których należy wskoczyć do wody – śmiesznie wygląda Bruce pływający pieskiem. Ale uwaga, bo zbyt długie przebywanie pod wodą powoduje, że Bruce robi się czerwony a potem umiera z braku tlenu. Skaczemy też po dachach, posągach czy nawet drzewach.

Miejsce, które Rentonowi pewnie śni się po nocach, to tutaj zakończył swoją rozgrywkę na filmiki, którym mnie sprowokował…

Mamy ruchome kolce wychodzące z ziemi a także nie zabraknie „prądów” wędrujących z dużą prędkością po ziemi czy przelatujących na wysokości klatki piersiowej. Pojawili się nowi przeciwnicy – oprócz znanego nam czarnego ninjy mamy także takiego w czerwono czarnym stroju i z bushido (albo kijem). Jest wysoki czarnoskóry i brodaty ziom oraz żółty karateka w białych spodniach. Podpowiem – grę można przejść bez zawracania sobie nimi głowy, sami się wykończą, jeśli tylko będziemy zwinnie przed nimi uciekać. Nie ma zielonego smoka znanego z części pierwszej – choć pojawia się na chwilę w dalszym etapie gry – sami zobaczcie gdzie, lub podejrzyjcie na filmie. Jednak największym wyzwaniem, według mnie, są ruchome platformy, które zasuwają z dużą prędkością, po których trzeba biec, aby za nimi nadążyć. Jeśli jeszcze do tego dodać, że często trzeba na nie wskoczyć w odpowiednim momencie i jednocześnie przeskakiwać atakujące nas „prądy” w trakcie biegu po nich, to można się nieźle przy nich wku…. Niektóre komnaty – a jest ich kilkadziesiąt (nie wiem dokładnie ile), trzeba zatem przechodzić kilku-nasto/dziesięcio-krotnie i je wymasterować do pixel-perfect. Pomaga w tym bardzo fakt, że zaczynamy z 10 życiami a w trakcie gry możemy ich bardzo dużo nazbierać.

Let’s fight – nie jest to może Mortal Kombat, ale jak ktoś chce potrzaskać po ryju, to czemu nie :)

W kwestii grafiki niewiele się zmieniło – mamy praktycznie podobny styl – choć widać urozmaicenie w budowaniu otoczenia. Wydaje mi się, że jest po prostu ładniej i pojawiła się większa dbałość o szczegóły. Muzycznie – mamy dwa utwory – jeden, który słychać zaraz po uruchomieniu gry (bardzo przyjemny) i drugi, dostępny w menu startowym. Po uruchomieniu gry nie ma już muzyki – mamy standardowy, znany z pierwszej części, zestaw dźwięków. Szkoda, że nie przygrywa nam podczas gry jakaś fajna SID-owa muzyczka, bo przecież zarówno Jonas jak i jego brat (Patric) są muzykami i mogliby coś zmontować. No, ale musi wystarczyć nam cisza w trakcie gry. We wspomnianym menu startowym mamy do wyboru, oprócz opcji uruchomienia rozgrywki, dwie opcje. Jedna to włączenie trybu z nieskończoną liczbą żyć – to przyda się na początek, aby zapoznać się z poziomami. Druga – to wybór trybu – łatwego lub oryginalnego. Ja ostateczną moją rozgrywkę robiłem na trybie Original z limitowaną wersją żyć (a więc bez jakichkolwiek ułatwień).

Na chwilę zamykają nas w klatce, już wydaje się, że to koniec i zrobiliśmy coś nie tak… jednak gra toczy się dalej

Jak już pisałem we wstępie – przeszedłem grę po kilkudziesięciu minutach od rozpoczęcia zabawy z nią. Pochwaliłem się o tym Rentonowi (który oczywiście skomentował to swoim siarczystym: „je****niec”) i Borsukowi, który oczywiście od razu zapytał, czy nagrałem rozgrywkę. Co było zrobić – musiałem pokusić się jeszcze raz o przejście – ale dzięki temu, że zacząłem nagrywać, to w głowie zrodził się pomysł, żeby od razu napisać też krótką reckę (co się stało, bo właśnie ją czytacie). Kolejna rozgrywka zajęła mi już „tylko” 25 minut. Jak możecie zobaczyć na załączonym filmiku – da się szybciej, wystarczy wymasterować kilka komnat i nie ginąć kilkanaście razy niepotrzebnie… Ktoś chętny do pobicia mojego wyniku? Tutaj walczymy na dwa sposoby – czas przejścia LUB liczba żyć, które zostają na końcu – ja dowiozłem ich dziewięć.

Jak komuś się nie chce grać – to może obejrzeć. Tak, wiem, że na YouTube jest już kilka filmików z przejścia, ale nic tak nie cieszy, jak własny filmik z ukończenia tytułu :)

Podsumowując ten tytuł – ja bawiłem się przednio, dostałem to co znałem z pierwszej części, ale bardziej rozbudowane i wymagające i z fajniejszymi pomysłami. Bardzo dobrze się bawiłem i powiem, że jest to jedna z tych gier, do których mogę spokojnie wracać i trenować ją ciągle, aby uzyskać kolejny lepszy wynik. Gra spokojnie nadaje się też na speedruna – więc jeśli ktoś ma ochotę się z nią w ten sposób zmierzyć – to zapraszam. Narażę się być może Borsukowi, ale co mi tam. Daję medalik błyszczący (o ile dobrze liczę, to czwarty w mojej skromnej karierze tutaj). Zatem – polecam. Zagrajcie i dajcie znać w komentarzach, jak oceniacie.

Retrometr


Ciekawostki:

» komnatę, którą na filmie widać od 11:30 trenowałem kilkadziesiąt razy (bez saveów). To jest najtrudniejsza dla mnie komnata w całej grze – trzeba odpowiednio zsynchronizować się z lecącym z naprzeciwka „prądem” i w odpowiednim momencie skoczyć na platformę, a potem w biegu skoczyć ponownie by dostać się na platformę przy ścianie – co też nie jest łatwe, bo lądowałem w wodzie kilkadziesiąt razy (na szczęście wtedy się nie ginie). To tutaj chciałem się poddać i wyrzucić joy-a przez okno.

» artykuł o powstaniu gry znajdziecie tutaj

» w sieci dostępna jest wersja 1.8 i 1.9 gry – w wersji 1.9 poprawiono kilka bugów, które utrudniały ukończenie gry (jakby to nazwał Borsuk – głupie śmierci)

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...