Recenzja | Castelian, Skate or Die, Back to the Future II & III (NES)

O tym, że jestem psychofanką NES-a zdążyliście się już wielokrotnie przekonać. Jednakże, na konsolę tę powstawały na tyle małe gry, że poświęcając im dłuższy tekst, trzeba by się mocno nagimnastykować, ewentualnie brać przykład z Mickiewicza opisującego bigos ;). Dlatego też raz na jakiś czas – możliwe, że we współpracy z Lukegą – będę wrzucać po trzy NES-owe recki. Zapraszam zatem do lektury i podzielenia się w komentarzach wrażeniami z trzech dość zróżnicowanych względem siebie tytułów na tę konsolkę Nintendo.


Castelian

Triffix Entertainment (1991)

Platformówka

Na pierwszy ogień idzie gra, którą śmiało można nazwać logiczną, Castelian. Wcielamy się w niej w bliżej nieokreślonego stworka, Juliusa, który z jedynie sobie znanego powodu musi dostać się na szczyt wieży. Oczywiście, nie jest to żaden walking simulator – na trasie zamiast ciekawych znajdziek czekają na nas liczne przeszkody, zarówno mechaniczne, jak i żywe. Możemy wpaść w przepaść, kiedy to schodek pod nami się załamie (nieodpowiednia gra dla osób z nadwagą), lub nadziać się na cokolwiek – niby od początku mamy możliwość strzelania, ale amunicja raczej służy nam do rozbijania cegiełek niż eliminowania wrogów. Tych też się da, ale nieco to potrwa. Kroczymy schodkami wokół wieży, czasem podjedziemy mini windą, wchodzimy do różnych drzwi – całkiem ostro wieje tu miejscami 3D, czasem wręcz kręci się w głowie.

Na pewno sporym zarzutem w przypadku takiej gry jest jej liniowość. Natrafimy na sporo przeszkód, ale tak naprawdę istnieje w zasadzie jeden sposób na ich pokonanie. Można było pokusić się o jakieś większe kombinacje, a tak w praktyce uczymy się rozgrywki i możemy  po kilku przejściach własnych (lub porządnym longplayu na YT) skakać z zamkniętymi oczami. Pierwsze podejście ocierać się będzie o permadeath, gdyż nie wszystkie „atrakcje” są widoczne od pierwszego momentu. Co więcej, czasem zlecimy z wysokości na jakieś niższe piętro i w sumie nic nam się nie stanie, innym razem trafimy w dziurę i kończy się to zgonem. Jednakże, kiedy już uda nam się zdobyć szczyt, nasz protagonista mrugnie porozumiewawczo okiem i zeskoczy na sam dół (po co się zatem wspinał? :p). Następnie obserwujemy coś dla fanów gier arcade. Na ekranie zostają podsumowane punkty, jakie zdobyliśmy podczas gry. Składają się na nie czas, technika przejścia levelu oraz coś ekstra. Po każdej z podróży na szczyt czeka nas niedługa plansza bonusowa. Na niej także czyhają przeszkody, ale poruszamy się w prawo i zbieramy jak najwięcej kryształków, więc nie ma takiego stresu.

Grafika jest ładna. Kolory wież – w każdym levelu inna – są intensywne, nasz stworek też daje radę. Trochę trudno ocenić dopasowanie przeciwników do uniwersum, ponieważ nie ma tam jakiegoś wspólnego mianownika. Wcielamy się w postać wyglądająca jak żaba po nieudanej operacji plastycznej, na naszej drodze stają kule, oczy i bliżej nieokreślone latające obiekty, nie mylić z UFO. Poziomy bonusowe też zdają się być lekko od czapy. Z kolei muzyka jest stale ta sama, co na dłuższą metę prowadzi do monotonii. Na szczęście przygrywający nam motyw przewodni nie jest specjalnie irytujący, choć można było postarać się bardziej, skoro nieustannie nam towarzyszy.

Ogólnie, kiedy już się jej nauczymy, gra nie jest szczególnie trudna. Pierwsze przejście może być problemowe, gdyż kolejne levele to więcej przeszkód, drzwi i kręcenia się w głowie, ale należy dodać, że produkcja jest uczciwa. Mimo wszystko nie sądzę, by ktoś do niej z chęcią wracał, może faktycznie po kilku latach. Za mało elementów zaskoczenia, chyba że kogoś kręci wyciąganie coraz lepszych wyników. Nie jest zła, ale i nie zachwyca, taki żółty przeciętniak.

Retrometr


Skate or Die!

Electronic Arts, Konami (1988)

Sportowa

Kolejny tytuł to taki NES-owy Tony HawkSkate or Die! pozwala nam wyruszyć na skate park i ostro zaszaleć jak na 8-bitowe warunki. Startujemy w lokalnym skejt shopie obsługiwanym przez mistrza deski. Jeśli już wcześniej mieliśmy do czynienia z grą, śmiało możemy zapisać się na turniej i zajmować czołowe miejsca wśród lokalnej grupy fanów deskorolki. Jeżeli jednak czujemy, że dostaniemy w trąbę, warto skorzystać z opcji practice mode. To właśnie tam możemy na spokojnie zapoznać się ze sterowaniem, które jest strasznie toporne, a także zmierzyć się w kilku konkurencjach bezpośrednio z rywalami, bo choć opcji multiplayer produkcja nie posiada, tak już walkę z innymi fanatykami omawianego sportu – jak najbardziej. W kilku przypadkach możemy wybrać poziom trudności konkurencji, jednak i tak sporo czasu upłynie, nim na dobre opanujemy nasz sprzęt.

Kiedy wyjedziemy ze sklepu, czeka na nas pięć różnych opcji rywalizacji, w których zostaniemy wymiataczami. Od razu odetchnęłam z ulgą, gdyż nie trzeba tu zgłębiać tajników manuala ;) Nie oznacza to jednak, że będzie łatwo. Po lewej strony ekranu znajdują się konkurencje, które rozgrywać się będą w basenach przeznaczonych do wykonywania tricków, zaś po drugiej mamy klasyczną rampę. Najbardziej kontaktowa jest konkurencja joust. Na przemian z przeciwnikiem trzymamy w dłoniach coś na wzór wiosła. Kiedy jest ono w naszych rękach, musimy uderzyć nim przeciwnika. Jeśli nie trafimy ani razu w ciągu kilku sekund, role się zmieniają. Przychodzi nam uciekać, by nie dostać w głowę – warto w tym momencie wspomnieć, że jesteśmy tak ekstra skejterami, że nie korzystamy z żadnych form ochrony. Zawodnik, któremu uda się trafić przeciwnika trzy razy, wygrywa. Następnie mamy indywidualną kategorię, jaką jest race. Tutaj musimy jak najszybciej zjechać z góry, uwzględniając wszelkie przeszkody, które pojawiają się na trasie. Sporo tam miejsc, gdzie można wywinąć orła. Sama droga do mety nie jest może zbyt kręta, ale zwrotność naszego skejta zwali Was z nóg. Co ważne, wszelkie upadki nie kończą wyścigu, ponieważ po chwili respawnujemy się nieco dalej niż upadliśmy, dzięki czemu możemy dokończyć zjazd. Nieco trudniejsza wersje tego zadania to jam. Również naszym zadaniem jest sprawne przejechanie trasy, jednak pojawia się na niej rywal. Choć żaden z „jeźdźców” nie dzierży wiosła, mogą uderzać i kopać się nawzajem. Po pokonaniu naszego przeciwnika ruszamy na rampę. Mamy tu do wyboru dwie konkurencje. Możemy starać się wybić jak najwyżej wjeżdżając w uliczkę z napisem high jump albo poczesać ciekawe tricki w trybie freestyle. Trzeba przyznać, że twórcy się postarali i zaprezentowali kilka różniących się od siebie konkurencji.

W kwestii sfery audiowizualnej nie ma co bajerować. Gra jest najzwyczajniej w świecie brzydka. Trudno zachwycić się kombinacjami na rampie, które odróżniamy jedynie po ilości punktów, jakie otrzymujemy. Choć spędziłam z grą kawał czasu, gdybym analogicznie do teledysku z hip hopowego klasyka Każdy ponad każdym miała rozpoznać spośród kilku, którym skejterem sterowałam, pewnie miałabym spory mindfuck. Absolutnie nie oczekiwałam cudów, ale muzyka też totalnie nie kojarzy się z takim sportem jak jazda na deskorolce, jest tak spokojna, że prędzej można z nią spędzać czas na innej desce :p Jeżeli zmusicie się do tego, by przebić się przez sterowanie, gra zapewni Wam nieco frajdy, w przeciwnym razie odbijecie się jak od muru. Mimo wszystko oceniam z żółć.

Retrometr


Back to the Future II & III

(1990) Beam Software

Platformówka / Puzzle

Nie tak dawno, kiedy pandemia zaczęła obejmować coraz to kolejne kraje, powstała seria popularnych memów związanych z kultowym filmem Powrót do przyszłości. Przekonywano, by za żadne skarby nie przenosić się do roku 2020. Tymczasem cofnięcie się o 30 lat, do 1990 roku, kiedy to powstała ekranizacja Back to the Future II & III również nie jest wskazane, a przynajmniej taka jest moja opinia po próbie ogrania tego tytułu.

Na starcie zostaje nam ukazana historia nieodstająca od znanej z filmów. W celu uniknięcia totalnego chaosu i przestępstwa, naszym zadaniem jest podróżowanie w czasie i zbieranie przedmiotów, które miały spowodować całe zamieszanie. Brzmi co najmniej ciekawie, zalatuje nieco inną grą na tę konsolę, Adventures of Rad Gravity, ale poza pomysłem tytuł nie oferuje wiele. Nim przejmiemy stery nad Martym, obserwujemy scenę, kiedy wyskakuje z latającego samochodu. Uwierzcie mi, wielokrotnie będziecie mieli okazję podziwiać tę furę, ponieważ po każdej utracie życia ponownie z niej wychodzimy. Teoretycznie plansza nie jest pełna przeszkód – ot, kilka niewielkich przepaści i przeciwników, którzy w większości są łatwi do ominięcia. Tyle tylko, że nasz protagonista ma wyjątkowo śliskie buty i prawie każdy skok na platformę kończy się zsunięciem się w wodę, lawę lub jakieś inne podłoże, wyjątkowo dla nas niekorzystne. Czasem możemy zostać wzięci z zaskoczenia, kiedy zbliżając się do rury, niczym w Super Mario Bros. atakuje nas wyrastający z niej mieszkaniec tejże, co powoduje ponowne wkroczenie samochodu na ekran. Kolejną wadą tej gry jest też całkowity brak intuicyjności. Kiedy rozpoczynamy rozgrywkę, nawet po przeczytaniu tekstu z intro, tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Możemy ruszać i w lewo, i w prawo. Etapy planszy nie są zbyt charakterystyczne, przez co ma się wrażenie, że jest się stale w tym samym miejscu, a gdy dociera się do końca planszy, nie bardzo wiadomo, co trzeba robić dalej.

Nie samym podróżowaniem po ulicach żyje Marty. Do niektórych ze wspomnianych rur będzie dało się wejść, znajdziemy także nieco drzwi, które można sforsować. Za nimi najczęściej kryć się będzie jakieś zadanie na czas. Będziemy mieć do zebrania odpowiednią ilość przedmiotów, co w konsekwencji przyniesie nam jakiś wymierny bonus, np. dodatkowe życie. Często jednak szukanie takich wejść będzie nieuniknione, gdyż odnalezione przedmioty będą nam potrzebne do rozegrania głównej ścieżki fabularnej i rozwiązania najważniejszego zadania w grze. Tutaj już będzie nieco ciężej, ponieważ oprócz ograniczonej ilości czasu, towarzyszyć nam będą inne zagrożenia, jak choćby bagnista nawierzchnia, która przy zbyt dużej opieszałości może pozbawić nas życia. Nie powiem, jest sporo różnic między poszczególnymi etapami zręcznościowymi, ale w moim odczuciu żaden z nich nie jest rajcujący. Raz na jakiś czas trafimy też na zadanie językowe, kiedy to przyjdzie nam z liter ułożyć jakiś wyraz lub frazę. Gdy już nazbieramy odpowiednią ilość przedmiotów, możemy przywołać ten sam wóz, który towarzyszy naszym upadkom, by zabrał nas do kolejnego levelu. Warto wspomnieć, że o ile jeszcze grafika podczas gry jest znośna, choć uboga, tak już animacje z miejsc z zagadkami wołają o pomstę do nieba i przypominają słabsze gry ze składanki 168 in 1.

Ogólnie rzecz ujmując, Back to the Future II & III ma swoje ambicje, ale zdecydowanie gorzej z ich wykonaniem. Jest kilka pomysłów, łamigłówek, etapów zręcznościowych, jednak twórcy ewidentnie za szybko chcieli oddać produkt, ewentualnie za dużo rzeczy do niego wcisnęli. W moim odczuciu to najsłabszy z omawianych we wpisie tytułów i dałabym mu żółty minus.

Retrometr


Na pierwszy rzut trzy średniaki, przynajmniej ja tak odbieram te gry. Mimo to każda z nich ma coś ciekawego do zaoferowania, zatem znajdzie się ktoś, komu akurat taki a nie inny styl rozgrywki przypadł do gustu. Graliście i nie zgadzacie się z opinią? Uważacie, że tytuły są jeszcze gorsze niż je opisałam albo że byłam zbyt wymagająca? Dzielcie się swoimi odczuciami w komentarzach.

PS. Castelian jest znany na komputerach jako Nebulus (C64, Amiga, Atari ST), powstał nawet jego lepszy sequel, a także Tower Toppler (Atari XL/XE).

Screenshoty zapożyczone są z mobygames.com
O Prezesowa 31 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.