Recenzja | Digimon World

digimon world recenzja psxChronią nas od przyrody, kiedy jest zagrożona, bo to są bohaterowie, bo to są Didżimony” – brrr, tę mrożącą krew w żyłach piosenkę mogliśmy lata temu usłyszeć w polskiej telewizji przy okazji emisji zrozumiałej dla nas wersji kreskówki robiącej za konkurencję Pokemonom. O ile jednak podstawą do śpiewania „Pokemon! To przyjaciel mój! Ramię w ramię w wielki bój!” były wydane na Game Boya edycje gry Blue i Red, tak Digimony były pierwotnie takimi bardziej złożonymi tamagotchi – breloczkiem z „zaklętym” w środku stworkiem, którego najpierw karmiliśmy, ćwiczyliśmy, a potem wystawialiśmy do bratobójczych walk na ciekłokrystalicznych ekranikach. Znaczy parali się tym głównie mali Japończycy, bo tylko tam te badziewka były dystrybuowane. Roniących krokodyle łzy z powodu nieobecności tychże na naszym rynku pocieszył pomysłodawca – firma Bandai, najpierw za sprawą wspomnianego już serialu animowanego, a później pod postacią gry video na pierwsze PlayStation. Czyli opisywanego w tej chwili Digimon World.

AHOJ, PRZYGODO!

Pierwsze sceny z intra nie nastrajają zbyt pozytywnie, mamy bowiem okazję przyjrzeć się naszemu głównemu bohaterowi. Ubrany w żółtą kurtałkę i podwinięte do pół łydy dżinsy dzieciak obserwuje walkę, jaka toczy się na ekranikach breloczków jego kumpli, strzelając przy tym miny, które jak nic wskazują uczęszczanie do szkoły dla wymagających więcej uwagi gawiedzi. Podjarany tym widowiskiem, czym prędzej pędzi do domu po swój gadżecik, aby pokazać im, kto tak naprawdę rządzi na trzepaku. Na miejscu spotyka go jednak zonk – brelok wydaje się nie działać jak należy, bo zamiast wyświetlania pikselowej podobizny potworka dezintegruje on ciało chłopca i wsysa do środka. Uwaga, stacja końcowa – File Island!

Jak się zaraz okazuje, ta niespodziewana podróż last-minute do innego wymiaru jest zasługą Jijimona, mędrca File City. Przy czym człon „City” w jej nazwie stoi tu zdecydowanie na wyrost, bo trudno dwa rozlatujące się budynki, ściernisko i garstkę digi-bobasów nazwać miastem, prędzej przedszkolem. Ale nie zawsze tak było, bo swego czasu mieścina tętniła życiem. Pewnego dnia z zamieszkującymi ją Digimonami zaczęły się dziać dziwne rzeczy – traciły one pamięć, przestawały mówić, niektórym wręcz odbijało i uciekały one w dzicz. W akcie desperacji dziadziomon nawiązał więc kontakt ze światem ludzi i ściągnął z niego Nas – zdolnego trenera Digimonów, który swoje umiejętności będzie mógł teraz udowodnić „w realu”. No, to pora brać się do roboty!

PIERWSZE KROKI

W tym momencie zaczyna się dla nas właściwa zabawa. Po starcie z jednym z dwóch startowych stworków – Agumonem bądź Gabumonem, a także odebraniu wyprawki przedmiotów leczniczych, mamy wolną rękę co do dalszego rozwoju wydarzeń. Naszym głównym celem jest przywrócenie populacji File City do stanu pierwotnego, ale przed wyruszeniem w nieznane warto nieco wyćwiczyć naszego partnera – nigdy nie wiadomo bowiem, czy zaraz za granicami miasta nie czeka na nas (spoiler alert!) jakieś niebezpieczeństwo.

Ze zdecydowaną większością napotkanych na naszej drodze Digimonów możemy stoczyć walkę, jednak nie w sposób, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nasz bohater ma bowiem jedynie śladowy wpływ na sytuację na polu walki, a ogranicza się on do użytkowania przedmiotów oraz wydawania naszemu zabijace poleceń, które starał się on będzie z różną efektywnością realizować. Momentem kulminacyjnym potyczki jest przeważnie naładowanie do pełna paska ataku specjalnego, który po aktywacji wydatnie uszczupla zasoby życia naszego oponenta. Co ważne, prawie każdego wałęsającego się po mapie stworka można wymanewrować, co pozwoli zaoszczędzić czas i zdrowie na użeranie się z płotkami. Musimy mieć jednak na uwadze, że przy dobrych wiatrach nasz Digimon jest w stanie wyuczyć się od przeciwnika jednego z jego ataków, które potem z powodzeniem możemy wykorzystywać na własny użytek. Wszystko to oczywiście kwestia kompatybilności żywiołów i odrobiny szczęścia – bo Digimon ognisty nie ma co męczyć Digimona wodnego o jakieś nowe wywijasy, trochę zdrowego rozsądku nie zaszkodzi. Niekiedy zdarzy się jednak, że porwiemy się na stwora o klasę od nas lepszego, a który przetrzepie nam plegary – w takiej sytuacji nie zobaczymy ekranu Game Over, obudzimy się jedynie z powrotem w mieście szczuplejsi o jeden punkt życia (maks to trzy na pokolenie) oraz część ekwipunku. Dlatego obok eksploracji i walki równie ważnym punktem codziennego harmonogramu jest…

JAK Z JAJKIEM

…rozwój naszego Digimona. Parametrów opisujących jego potencjał jest mnóstwo: standardowe HP i MP obrazujące rezerwy zdrowia i many, Atak i Obrona pozwalające zadawać wyższe i otrzymywać niższe obrażenia, Szybkość określająca częstotliwość naszych ataków oraz Mózg– Mądrość poszerzającą nasz wachlarz rozkazów i dokładność ich wykonywania. Poza tymi statystykami bitewnymi mamy także takie „hodowlane”: zadowolenie, zdyscyplinowanie oraz ogół zaniedbania. Do tego pomniejsze rzeczy pokroju typu, obsługiwanych żywiołów czy preferowanym okresie aktywności oraz wskaźniki głodu, przemęczenia, potrzeb fizjologicznych itp. Na początku taki nawał zmiennych potrafi przytłoczyć, ale tak naprawdę troska o naszego beniaminka oparta jest mocno na zdrowym rozsądku. Nie katujmy go całodziennymi treningami, nie obżerajmy go, pozwólmy mu strzelić kupę w miejscach do tego przeznaczonych – takie i tym podobne zasady. Zadbany Digimon to szczęśliwy Digimon, a szczęśliwy Digimon ewoluować będzie w coraz silniejsze formy! Pierwsze trzy przejścia są pewne i to, w jakiego stworka się przeistoczymy zależy od nas, ale tylko najbardziej wychuchane i doglądane okazy osiągną stadium najwyższe. Warto dążyć do tego już od samego początku, ponieważ taka ewolucja nie dość, że odblokuje nam możliwość wyuczenia i wykorzystania najsilniejszych ataków danego żywiołu, to jeszcze podniesie nasz Tamer Level, który np. wydłuża cykl życiowy kolejnych pokoleń, czy zapewnia premie podczas ćwiczeń. Już nie wspominając o tym, że ten paskudny dryblas z sąsiedniego lasu nagle przestanie być dla nas wyzwaniem!

W PUSTYNI I W PASZCZY

Niezależnie jednak od tego, jak mocno się wyćwiczymy, tę niespożytą energię trzeba też gdzieś wykorzystać. Najlepiej na zwiedzaniu coraz dalszych połaci wyspy, na których znajdziemy nowe Digimony do przyłączenia. Nowe tereny do eksploracji odblokujemy, zwracając uwagę na to, co się wokół nas dzieje. Przykład? Niedaleko wioski jest rzeka, na której drugim brzegu rozpościera się tropikalna dżungla, jednak prowadzący do niej most jest obecnie w naprawie. Skrzeli i płetw na poczekaniu nie wykształcimy, ale jeden z mieszkańców podczas rozmowy wspomni, że popołudniami na pobliskiej plaży spotkać można jakiegoś wodnego Digimona… Rozumiecie już? Ciąg przyczynowo-skutkowy dobrze wykonanych kroków i nowa kraina stanie przed nami otworem. A ich różnorodność nie pozwoli nam na poczucie rutyny: wspomniana dżungla przechodzi w skalisty kanion, z kanionu przejdziemy na lodowiec, z lodowca na mokradła, z mokradeł na sawannę… Do tego na każdym obszarze znajdziemy też jakąś ciekawą lokację, do której dostęp wymagać będzie nieco więcej zachodu, np. otwarcia do wewnątrz wielkiej stalowej bramy, wydrążenia tunelu, czy wejścia Digimonem odpowiedniego typu.

BUDUJEMY NOWY DOM, JESZCZE JEDEN NOWY DOM

A wszędzie oczywiście czekać na nas będą potencjalni nowi mieszkańcy wioski. Najprostszym sposobem na zaciągnięcie ich z powrotem jest naklepanie im po masce, ale Digimony – jak ludzie – mają różne charaktery i zachcianki. Jednego wystarczy nakarmić, drugiemu opatrzyć zranioną nogę, inny uprze się na rewanż w innym terminie, kolejnego pokonać będzie trzeba w zawodach curlingu (!) albo złapać na wędkę. Takich i innych zależności jest sporo i nie wszystkie są nam podane na tacy, wskazane jest więc kombinować i nie trzymać się uporczywie stałego rozkładu dnia. Warto jest się namęczyć, ponieważ każdy świeży lokator wnosi ze sobą jakieś ulepszenie dla File City. Mogą to być tak podstawowe rzeczy, jak bank przedmiotów, sklep czy punkt szybkiej podróży, takie pomocnicze, jak restauracja lub arena walk, czy wręcz tak banalne, jak ozdobny totem i fontanna na środku skwerku. Z każdym przyłączonym przez nas mieszkańcem miasto coraz bardziej się rozrasta, a my zyskujemy coraz to nowe możliwości i ułatwienia. Wzrastająca gęstość zaludnienia potrafi też sprawić, że sami zaczną nas nawiedzać ciekawscy przechodnie – ci potrafią być naprawdę twardzi, dlatego nie powinniśmy w żadnym wypadku ustawać z treningami.

PANIE, KTO TO PANU TAK SPIE…

Nasłodziłem Wam mocno przez ten cały czas, prawda? Przejdźmy w takim razie do mankamentów. Jeżeli zerkaliście na screeny powyżej to będziecie wiedzieć, o co konkretnie mi chodzi, bo wręcz biją one po oczach. Gra została wydana w 1998 r. Pozwólcie, że wymienię jeszcze kilku PSXowych równolatków z tamtego okresu. Metal Gear Solid, Resident Evil 2, Crash Bandicoot 3, XenogearsTenchu, Tomb Raider III. Na tle tych tuzów Digimon World pod względem oprawy przypomina kurduplastego anemika, którego ledwo co widać na zdjęciu klasowym. Bo o ile pod względem systemowym Bandai odwaliło kawał dobrej roboty, tak już oprawa A/V i ogólne działanie gry to niziny. Animacja wprowadzająca to tortura dla oczu, podobnie bitmapy w niskiej rozdzielczości robiące za interfejs. Znacznie gorzej jest jednak z wykonaniem – tekstury pokrywające modele stworków łamią się bądź zachodzą na siebie tak, że możemy przyjrzeć się im od środka, napisy i czcionki ustawicznie urywają się w połowie bądź wychodzą poza okno dialogowe, a nasza postać potrafi się niespodziewanie zaklinować w jakimś załomie na mapie.

Niechlujne jest także tłumaczenie – wiem, że przez całą przygodę sterujemy dziesięciolatkiem, ale wystrzeliwane między nim a digimonami kwestie każą zastanawiać się, czy przypadkiem nie miałem racji z tą szkołą dla myślących inaczej… Miejscami wygląda to jak wymiana kompletnie wyrwanych z kontekstu odzywek, puentowanych wyskakujących ni z gruchy ni z pietruchy „Okej, udam się do miasta”. Przedstawiona nam historia nie jest ani rozbudowana, ani zaskakująca, ani przekazująca jakieś głębsze treści, ale ukazana w formie, jaką ją podano – wymusza wręcz jak najszybsze przeklikiwanie dialogów. Już pal licho szkaradną grafikę, bo znajdą się w tej kategorii gorsi, ale gdyby kontrola jakości wyłapała i poprawiła te podstawowe przecież, a jednak rzucające się w oczy babole, gra sprawiałaby znacznie schludniejsze wrażenie…

WCHODZISZ W TO?

Ciężko, oj ciężko jest mi z czystym sumieniem polecić Digimon World – nawet fanom serialu. Dla mnie jest to jedna z tych gier definiujących dzieciństwo, ale każdy inny, niezaślepiony nostalgią, przygodny obserwator bez dwóch zdań uznałby ją za crapa. Dlatego więc zamiast polecania czy odradzania zasugeruję tylko, abyście sami się z nią spróbowali. Nie będzie to łatwa przeprawa, ale im więcej czasu spędzicie na File Island, tym bardziej zaczniecie doceniać spory, zróżnicowany świat, rządzące nim zależności czy pełną niuansów hodowlę podopiecznych. Jeden z możliwych do zdobycia po ukończeniu gry medali zakłada spędzenie w tym świecie stu dni – wierzcie mi, że to naprawdę żaden wyczyn i przy dobrych wiatrach przebijecie ten wynik trzykrotnie. Oczywiście, jeżeli wysłuchacie Jijimona i odezwie się w Was zew trenera…

Retrometr

Ciekawostka na koniec:

Pomimo całego naręcza gier wydanych na licencji Digimonów, na sposobność ponownego zwiedzenia File Island i hodowli stworków jak bóg przykazał musieliśmy czekać aż do 8. generacji konsol i wydanego na P4/PS Vita Digimon World: The Next Order. W tym sequelu znalazło się nawet miejsce dla głównego bohatera – choć tym razem już dorosłego:

Inne artykuły:

Recenzja | Skullmonkeys Czy grałeś kiedyś, Drogi Czytelniku, w grę tak dobrą, że trudno o dobór słów należycie opisujących geniusz tytułu? W produkcję tak świetną, po przejśc...
Recenzja | E.V.O.: The Search for Eden W 2008 r. Will Wright spróbował podbić pecetowy rynek grą Spore - swoistym symulatorem życia, w którym można było pokierować ewolucją własnego żyjątka...
Recenzja | Haven: Call of the King Ile to już razy pisaliśmy o grach, które popadły w zapomnienie, ambitnych twórcach pożartych przez większe ryby i brutalnych wynikach finansowych grze...
Beznadziejnie zakochany w konsolach przenośnych. Posiadane handheldy: GBC, PSP, NDS, PSV, 3DS, WonderSwan, Game Gear, N-Gage

4 Comments

  1. Spoko recenzja.:] Ja Digimony wspominam bardzo dobrze chociaż nigdy nie udało mi się ich ukończyć, bo mój stworek zawsze przemieniał się w kupujada. :(

    PS. Po Twoim tekście na ppe przewaliłem całą chatę by znaleźć płytę z DW, ale niestety nie znalazłem. :( Może kiedyś jeszcze uda się zagrać.

  2. Nigdy jakimś fanem anime i gier w stylu poków specjalnie nie byłem to też tej licencji w ogóle nie kojarzyłem, ale w Digimony grało mi się bardzo dobrze. Sporo czasu spędziłem na kombinowaniu jak do cholery pocisnąć akcję do przodu i zwerbować kolejnego stwora do mojej wioski. Niestety nie byliśmy wtedy aż tak biegli w angielskim, internetu nie było i nie ukończyliśmy DW. Dziś sprawdzając neta dowiedziałem się, że odpadliśmy w zasadzie na samej końcówce.

    Problemem gry było jednak to że nasz digimon po jakimś czasie zdychał i trzeba było hodować nowego co mnie cholernie denerwowało. Jak proces hodowli olałeś to digimon ewoluował w… kupe. Kupa była śmieszna i ciekawa tylko na początku, potem irytował bo był straconym czasem po prostu, dodatkowo moja gra miała tendencje do wcinania savów co mnie już kompletnie z równowagi wyprowadzało.

    Mimo wszystko fajnie wspominam tego szpila, był na swój sposób oryginalny

  3. Dzięki za fajną reckę :)

    Obejrzałem cały pierwszy sezon o Digimonach aż do momentu aż nie przerwali jego emisji. Nad czym trochę ubolewałem. Co do gier o Digistworach, to nie ograłem jeszcze żadnej mimo, że anime (wtedy uznawane za bajkę) uwielbiałem tak samo jak Pokemony. Może to było dlatego, że Poki mną zawładnęły i jakoś nie kwapiłem się do poszukiwania gier o Digimonach? Who konws, ale obiecałem sobie, że się to zmieni. Może pierwsze będzie recenzowane Digimon World? To się jeszcze okaże :)

  4. Zaraz zaraz… gdzie ja już o tym słyszałem ? Zdaje mi się, że ktoś już bardzo ładnie opisał coś o tym tytule w jakimś innym kąciku.. A no tak – to był Daaku – ten sam Daaku zaszczycił pierwsze RGB na ppe ;)
    Tekst bardzo dobry ale widzę, że lwia część została jeszcze dopracowana ekskluzywnie dla RnG :P
    Dobrych tekstów jednak nigdy za dużo i to są plusy podgazowanego retro ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*