Recenzja | Double Dragon 2: The Revenge

Mam wrażenie, że w Polsce przygody braci Lee nigdy nie były zbyt popularne. Nawet chyba fabularny film przeszedł bez echa. A może to po prostu ja nie miałem z nimi po drodze. Jednak interesując się coraz bardziej retro w końcu wpadli w moje łapy.Zaczynam od wydanej w 1990 r. na NESa, części drugiej. Jakoś pierwszej nigdy do końca nie sprawdziłem i… z resztą nie muszę iść po kolei :P. No więc w grze wcielamy się w Jimmy’ego i Billy’ego Lee, zwanych w pewnych kręgach Podwójnymi Smokami. Jest to dwóch bardzo twardych skurczybyków, którzy w roku 19XX (czyli odległa przeszłość po wojnie nuklearnej) walczą ze wszelkimi przejawami zła i zepsucia, a w szczególności z Wojownikami Cienia. Któregoś dnia, chyba wtorek, lider Shadow Warriorsów zabija dziewczynę jednego z braci (do dziś każdy z nich wierzy, że „miał” ją na wyłączność) – poprzysięgli tytułową Zemstę!

Double Dragon 2 to gra z gatunku beat’em up’ów. Przemierzamy w niej, zarówno solo jak i w kooperacji, różnego rodzaju przedmieścia, fabryki i świątynie okładając pięściami i nogami kolejne zastępy wroga. Choć wyraz „zastępy” jest tu użyty nieco na wyrost. Na ekranie stanie z nami w szranki maksymalnie dwóch jegomości. Ja rozumiem, że NES ma swoje ograniczenia, ale jest to smutnie mała liczba. W takim TMNT3 mogliśmy zmierzyć z 3-4 ninjami na raz, ale może mieli mniejszy zakres ruchów i przez to pamięć na więcej pozwalała. No nie znam się, mimo wszystko szkoda. Oprychy to zwykle jacyś goście w „lansiarskich” kurteczkach, blachary, fani Bon Jovi, czy trochę lepiej wyszkoleni uczniowie samego Mistrza Cieni. Oprócz tego natkniemy się też na dwóch wielkich osiłków – ikonicznego już Abobo i sobowtóra Arnolda Schwarzeneggera. Oprócz sztuki obalania twórcy wprowadzili pewne ekhm … zręcznościowe „urozmaicenia” co by uliczne karate nas za bardzo nie znużyło. Trafią się nam segmenty, gdzie trzeba będzie poskakać po platformach, czasem ruchomych, czasem znikających, czasem skąpanych w latających ogniach czy szpikulcach. Wszystko byłoby fajnie, bo lubię zmagania platformowe, ale problem polega na tym, że sterowanie w Double Dragon 2 jest sztywne niczym „poranny namiot”.

Owszem wszelkie piąchy i kopyta wchodzą lekko i przyjemnie. Z resztą w ogóle nieźle nafaszerowano naszych braciszków bitewnym kunsztem. Oprócz podstawowych ciosów potrafią złapać i poczęstować zarówno łokciem jak i kolanem, wybić oponenta w powietrze hakiem niczym Asterix no i wykonać swój legendarny „spin kick”. Niestety z takim wachlarzem możliwości, na jedynie dwu-przyciskowym padzie,  trzeba iść na pewne kompromisy. Skok wykonujemy wciśnięciem A i B na raz. Wychodzi to sztywno i bardziej ociężale niż wątpliwa ekwilibrystyka Simona Belmonta z Castlevanii. Sprawia to, że wspomniane wyżej, zmagania platformowe to niestety, ale przykra uciążliwość. A dodatkowo – skucha w takim miejscu to zwykle utrata całego, cennego życia.

Oprawa audio-wideo to wyższa półka. Sprite’y są dokładne i kolorowe, choć postacie sprawiają wrażenie bardzo krępych. Pewnie pakowanie na siłowni pozbawiło bohaterów szyi. Tła również są zróżnicowane, kolorowe i naprawdę dobrze wykonane. Każdy zakamarek i zawijas ładnie wycieniowany. Niestety nie ma z otoczeniem żadnej interakcji – nic nie można zniszczyć, nikt nie wyskoczy niespodziewanie ze śmietnika czy dziupli, tylko zawsze grzecznie z prawej lub lewej strony ekranu. Z technicznego punktu widzenia mankamentem jest również „przywiązanie” broni do danego ekranu. Czasem, gdy wybijemy parę zębów przeciwnikowi, upuści on jakąś pałkę czy inny łańcuch i możemy go sobie podnieść co by usprawnić naszą sztukę zabijania. Niestety po udaniu się w dalszą podróż oręż magicznie znika nam w ręku.

Udźwiękowienie natomiast jest bardzo dobre, bez żadnych zarzutów. Puszczane w tle utwory są całkiem przyjemne, a nuty towarzyszące nam w ostatnim starciu to dla mnie szufladka z napisem „klasyka” zaraz obok „The Masked Devil” z Ninja Gaiden. Inne dźwięki trafiają w sedno sytuacji. Ciosy potężnie „gruchają”, aż czujemy te pękające szczęki, upadające przedmioty ładnie brzęczą, a „spin kick” dmucha niczym helikopter.

Podsumowując Podwójny Smok do kwadratu to bardzo przyzwoita gra. Nie jest bardzo trudna i w kooperacji przy piwku w sam raz idzie ją przejść – choć oczywiście dla twardzieli przewidziane są wyższe poziomy trudności. Nie czuję do tej gry zbyt wielkiej nostalgii i nie dałem się porwać jakiemuś niesamowitemu jej czaru. Przyjemnie jest sobie w nią popykać, obić parę ryjców, jakoś przymknąć oko na przymusowe skoki po platformach. Moim zdaniem jednak braciom Lee zdecydowanie lepiej zrobił mariaż z Bitewnymi Ropuchami. Ta połączenie stworzyło produkt absolutnie wybitny i ponadczasowych, ale i temu klasykowi warto dać szansę.

Retrometr

Inne artykuły:

Magiel | Ulubione gatunki gier Kiedyś klasyk śpiewał, że „grzybowa jest chujowa”. Czy to oznacza, że każda? Czy wg każdego? O czym my w ogóle gadamy… Każdy ma jakiegoś swojego „koni...
Przegląd | Niebieska Pigułka – czyli rzecz o... Już od mojej pierwszej styczności z domowymi maszynkami uciechy i radości (konsolami) zacząłem pałać szczególnym uwielbieniem do przygód Megamana. Dzi...
Recenzja | Castlevania II: Simon’s Quest Druga część przygód Simona Belmonta okryta została bardzo złą sławą. Od czasu pierwszego odcinka Angry Video Game Nerda za aksjomat przyjmuje się, iż ...
O Czarny Ivo 24 artykuły
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), Hack n’ Slash, Mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, N64, GC, SMD, PSX, PS3, 3DS do renowacji: PS2, DC i Amiga 500.