Recenzja | Dr. Jekyll & Mr. Hyde

Gra ochrzczona znakiem jakości przez Nintendo i bierzmowana kilogramem łajna przez Jamesa Rolfe’a osiągnęła dzisiaj status legendarnej wśród najgorszych na pierwszy system rozrywkowy Nintendo. Pytanie brzmi, czy słusznie?

Dr. Jekyll & Mr. Hyde, bo to o tej propozycji autorstwa Advanced Communication Company mowa jest produkcją luźno nawiązującą do książkowego pierwowzoru Roberta Louisa Stevensona. Wydana na NES-a w roku 1989 stanowi dla wielu autorytetów w dziedzinie retro-gamingu za przykład niekompetentnego tworzenia gier wideo. Krytykowana chociażby za niekonsekwencję rozgrywki, przestarzałą grafikę, bezużyteczność coniektórych elementów gameplayu, ale także samo jego tempo. Zarzuty poważne, dlatego też postanowiłem sam spróbować tegoż zakazanego owocu i sprawdzić, czy smakuje tak źle jak mówią.

Cel gry jest wręcz banalny. Pan Henry Jekyll spieszy się na swój ślub i gracz ma za zadanie mu w tym pomóc, docierając na czas do kościoła. W grze przejmujemy kontrolę nad tytułowym doktorkiem i przemierzamy sobie Londyn. Tytuł jest sidescrollerem, ale do żwawej i dynamicznej platformówki bardzo mu daleko. Jako Jekyll, musimy unikać przechodniów i zwierząt, ponieważ one denerwują naszego bohatera. Zapytasz drogi czytelniku, cóż w tym złego? W górnej części ekranu mamy dwa paski, które określają statystyki doktorka. Pierwszy z nich to zwyczajny pasek życia. Drugi natomiast to nazwany w grze Meter, określający poziom spokoju Jekylla. Jeżeli zostanie zredukowany  do zera, następuje natychmiastowa przemiana w Mr. Hyde’a.

Tutaj zaczynają się ceregiele, bo zostajemy teleportowani do lustrzanego odbicia poziomu, w którym się znajdował Jekyll. Gameplay ulega istotnym zmianom, bowiem Hyde za pomocą Psycho-Wave musi pokonać potwory znajdujące się w jego wymiarze. Segmenty z nim są zdecydowanie bardziej dynamiczne i przypominają klasyczne ośmiobitowe zręcznościówki. Haczyk polega na tym, że celem gry jest dojście do kościoła jako Jekyll i jeżeli Hyde przekroczy lokację Jekylla, gra automatycznie się kończy. To nie znaczy jednak, że alter-ego pana Henry’ego nie należy grać.  Zabijając potwory  Hyde się uspokaja, dzięki czemu może powrócić do swojej pierwotnej postaci. Dodatkowo, potworki zostawiają po sobie monety, którymi Jekyll potrafi przekupić irytujące go śpiewaczki.

Główne pytanie brzmi natomiast, jak to się sprawdza w praniu? Średnio na jeża, cytując klasyka. Broń Jekylla, laska, jest całkowicie bezużyteczna. Wrogowie nic sobie nie robią z uderzeń gracza i rozgrywka zaczyna nabierać sensu, gdy przyjmie się taktykę skrytobójczą, pomijając część z zabijaniem. W momencie, w którym zaczyna się unikać mieszkańców miasta i omijać ich pułapki, rozgrywka nabiera postępów. Każdy z wrogów ma typowy dla siebie schemat zachowań i potrzeba odrobiny cierpliwości by ich się wyuczyć. Dodatkowo, w kolejnych poziomach można napotkać nowe rodzaje przeszkód, będących zmorą przy stawianiu pojedynczych kroczków. Jakich, zapytacie? Różności. Od kotów i psów przez panów zostawiających bomby z siłą rażenia na pół ekranu kończąc na defekujących ptakach. Paradoksalnie, tutaj nawet beczki z piwem stresują naszego doktorka. Jest to z pewnością gameplay nieprzyjazny dla niedzielnego gracza, wymagający ogromnej determinacji, cierpliwości. Często dochodzi do sytuacji, że przeszkód na ekranie jest za wiele i chcąc uniknąć jednej, można wpaść na drugą, co może prowadzić do aktywacji trybu Hyde’a. Ten też nie jest taki doskonały pomimo swojej dynamiki. Ataki pięścią są – ponownie – bezużyteczne, a Psycho-Wave, ma nietypowy tor lotu, przez co niekażdy typ przeciwnika oberwie. Niektórzy przeciwnicy zachodzą Hyde’a od tyłu, co również jest niedorzeczne w sytuacji, gdy ten nie może się obracać. Poza tymi minusami, aspekt walki z czasem (Hyde jest nieustannie w ruchu) dodaje segmentom charakterku, powodując, że gracz chce jak najszybciej zostać przywrócony do postaci Hyde’a. Sporym plusem gry jest także nieograniczona ilość kontynuacji. Co by nie było tak wesoło, zabrakło za to systemu haseł.

Oprawa audio-wizualna to spore nieporozumienie w tej grze. W roku, który ujrzał premiery tuzów pokroju Super Mario Brothers 2 czy Mega Man 2, gracze w USA dostali graficznego babola. Modele oponentów mają najmniejszą możliwą ilość pikseli. Ręcznie rysowane budynki wyglądają ładnie, ale sama gra ma problemy z utrzymaniem stałej ilości klatek na sekundę. Powolna rozgrywka działa w tym przypadku na niekorzyść, w zestawieniu z tym typem grafiki może zniechęcić nawet najbardziej wytrwałych śmiałków. Od strony dźwiękowej też nie jest najlepiej, w każdym poziomie granym Jekyllem i Hyde’m można usłyszeć dwie zarżnięte do bólu kompozycje, wpadające do ucha jak wosk w nocy. Wiele gier wydanych znacznie wcześniej mogło pochwalić się lepszymi ośmiobitowymi kawałkami. Ścieżka dźwiękowa jest wprawdzie klimatyczna, aczkolwiek niezróżnicowana i męcząca.

Czy Dr. Jekyll and Mr. Hyde to zatem tytuł warty uwagi? Zależy jak na to patrzeć. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że miesiąc beta-testów zdecydowanie by nie zaszkodził. W porównaniu z największymi hitami na pierwszą konsolę Nintendo pozycja prezentuje jakość mizerną. Paradoksalnie, w większości przypadków jest to gra uczciwa, aczkolwiek wymagająca dzisiaj odpowiedniego przygotowania i lektury instrukcji, gdyż  po zrozumieniu zasad w niej panujących nie jest tak łatwo doprowadzić Henry’ego Jekylla do śmierci. Z pewnością nie jest to tytuł dla gracza niedzielnego. Nie jest to pozycja, do której przyjemnie się wraca po tych prawie czterdziestu latach. Jeżeli jednak ktoś lubi archaiczne rozwiązania i uwielbia frustrować się przy ośmiobitowych reliktach, Jekyll and Hyde będzie propozycją godną rozważenia.

Retrometr

 


Tekst podesłał nam Yohokaru

Inne artykuły:

Recenzja | Crisis Force Przy okazji mojej topki gier na NESa wspominałem jak to shmupy nie odwzajemniają swoim poziomem trudności mojej sympatii do nich. W końcu trafiłem na ...
Top 10 gier z Pegazusa by Daaku Nintendo Entertainment System, bo tak nazywał się na zachodnich rynkach legendarny już Famicom, zapoczątkował wiele genialnych, rozpoznawalnych nawet ...
Recenzja | Nox Każdy szanujący się gracz zna gry z serii Diablo. Ich wpływ na gatunek hack’n’slash był i jest ogromny, o czym świadczy masa inspirowanych tym tytułem...

4 Comments

  1. Ta gra przypomniała mi moje zmagania z Friday the 13th Jason vs Freddy na Pegasusa. Znana licencja, ale gra to jakiś crap w którym nie wiedziałem nawet o co chodzi. Mimo ładnej grafiki – do kibla z tym!

  2. Widać na pierwszy rzut oka, że gra to potworek i nie, to nie jest mylne pierwsze wrażenie po zobaczeniu zielonkawej gęby z okładki! Sam bałbym się w toto zagrać, ale wprost uwielbiam o takich nieszczęściach czytać. Dobrze więc, że są w internecie ludzie, którzy podejmują się takich szkodliwych dla zdrowia zajęć, jak recenzowanie crapów. I wiem, że brzmi to okrutnie, ale czekam na więcej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*