Recenzja | Fable: The Lost Chapters (PC, Xbox)

Moja miłość do RPG-ów rozpoczęła się wraz z odkryciem całej masy produkcji Square na pierwszym PlayStation. Nie tylko kultowy Final Fantasy, z naciskiem na dziewiątą część, ale także SaGa Frontier II, czy Legend of Mana zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią. Zagrywałam się w nie godzinami grindując postaci, rozwiązując questy i tłumacząc sobie dialogi ze słownikiem na kolanach. Ten gatunek jakoś zawsze kojarzył mi się z Japonią albo chociaż Azją w ogóle, tamtejszą fantazją oraz ratowaniem świata dzięki kryształowi czy jakiemuś innemu świętemu drzewu.

Tymczasem kilka lat później, gdy już coraz częściej grałam na pececie, odkryłam, że do stworzenia dobrej gry RPG nie potrzeba wcale skośnych oczu (to nie miało zabrzmieć rasistowsko, serio!). Totalnie zawładnął mną Fable, dzieło Lionhead i słynnego Petera Molyneux. Jak się okazuje, historia osadzona w Albionie może być równie epicka i tragiczna, ale i również ogromnie wciągająca. Od razu ostrzegam, że tytułowa baśń nie jest historią, którą czyta się grzecznym dzieciom na dobranoc. To brutalny tytuł, ale nieco bardziej realistyczny niż to, co znamy z dawnych lat.

Cała historia rozpoczyna się sielankowo, w spokojnej miejscowości o jakże wdzięcznej nazwie Dębowa Dolina. Wcielamy się w małego chłopca, który dostał zadanie od ojca zdobycia prezentu dla swojej siostry z okazji jej urodzin. Aby nam się to udało, musimy zebrać trochę grosza. Już na tym etapie możemy podziwiać mnogość opcji i sposobów, w który da się ten quest wypełnić. Przy okazji możemy też skorzystać z kilku pobocznych zadań, w tym związanym z zaganianiem kur. Przy dzisiejszych piaskownicach to nic, ale wtedy, ludzie! Tę wolność się dosłownie czuło! Kiedy już zrealizujemy nasz cel, wracamy potulnie do domu. Niestety, dokładnie w tym miejscu kończy się jakakolwiek błogość. Wioska zostaje napadnięta przez bandytów, ludność obrabowana, zgwałcona i zabita. Nasz bohater jako jeden z nielicznych uchodzi z tej jatki z życiem. Tyłek ratuje mu niejaki Maze, po czym przygarnia sierotkę do Akademii Gildii Bohaterów. Tam nie tylko otrzymuje strawę i miejsce do spania, ale również rozpoczyna treningi walki, gdyż nasz wybawiciel uważa, że w przyszłości to właśnie nasz mały bajtel przywróci siłę Albionowi. Więcej o fabule pisać nie będę, gdyż jej odkrywanie to czysta przyjemność, zaznaczę jednak, że jest pełna plot twistów, co jeszcze bardziej wzmaga nasze zainteresowanie. Warto jeszcze w tym miejscu dodać, że czeka nas naprawdę sporo zabawy. Oprócz wątku głównego dostajemy całą masę side questów, które są rzecz jasna opcjonalne, ale często opłacalne i warte podjęcia. Same zadania też będą zróżnicowane, często trzeba będzie sklepać komuś twarz, ale i zakraść się do konkretnego miejsca, nie wzbudzając podejrzeń.

Piękny i młody

Nasze początki w Gildii to coś w rodzaju tutorialu. Otrzymujemy podstawowe informacje dotyczące ataku, najpierw wymachujemy sobie kijkiem, z czasem otrzymujemy prawdziwy oręż. Kukły, które są ekwiwalentem naszego worka treningowego, przyjmują na siebie nasze uderzenia, strzały z łuku i magię. Później zmagamy się z naszą koleżanką, również zamieszkującą Gildię Szept. Początkowo wspomniane umiejętności rozwijamy harmonijnie, dopiero z czasem jakoś sobie upatrujemy ulubiony sposób atakowania. Każdy ubity wróg to dodatkowe punkty doświadczenia. Jednakże, gra dostosuje się do stylu, który preferujemy i oprócz tego zdobywać będziemy punkty siły w walce wręcz, na odległość lub woli (magia). Nasz coach uzna w końcu, że jesteśmy na tyle umiejętni, by nie zabić się na trasie, w związku z czym możemy ruszać w świat i stać się prawdziwym bohaterem.  Warto jeszcze w tym miejscu zaznaczyć, że jeżeli mamy poczucie, iż nie do końca jeszcze ogarnęliśmy system, trening można powtórzyć.

Bardzo istotny w całej grze jest kodeks moralny naszego bohatera. Możemy być dobrzy i szlachetni, pomagać wieśniakom, chronić ich od wszelkich zagrożeń, głównie pod postacią bandytów, ale też mieć ich los za nic, zabijać i okradać. To, jak będziemy postępować, odbije się na naszym wyglądzie zewnętrznym a w konsekwencji także na tym, jak będziemy odbierani przez ludzi, co będą o nas mówić i czy nie będą przed nami zwiewać. Do tego też, w przypadku obżarstwa choćby, nasza postać może i przytyć. Wraz z rozwojem fabuły nasz bohater także się starzeje, więc naprawdę duże wrażenie robi obserwowanie tego jak się zmienia wraz z kolejnymi latami oraz jego dotychczasowym postępowaniem. W kwestii wyglądu, możemy także decydować, jakie chcemy mieć fryzury, czy się wydziaramy i co założymy na siebie. Wiadomo, że do walki przyda się pełny rynsztunek i względy estetyczne nie mają większego znaczenia. Jeśli jednak idziemy do miasta, by zdobyć żonę, warto mieć na sobie coś, co zwiększy naszą atrakcyjność. Co ciekawe, wspomniane rzeczy można kupić, ale także znaleźć – warto więc eksplorować różne regały czy szuflady. Co do relacji z ludźmi, mamy jeszcze kilka interakcji niezależnych od naszego wyglądu. Możemy chwalić się wyglądem, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by np. beknąć. Przypuszczam, że wielu młodszych graczy zatrzymywało się na tym etapie na dłuższy moment.

W Fable stoczymy całe mnóstwo walk

Kolejnym simsopodobnym elementem jest właśnie sygnalizowana opcja założenia rodziny. Nie jest ona tak zaawansowana jak w trzeciej części, jednak tutaj też możemy wziąć ślub, kupić jakieś miłe mieszkanko a nawet, po pewnych staraniach, okraszonych ciemnym ekranem, chichotaniem i zadziorną melodyjką, mieć dziecko. Niestety nasz bombelek cały czas będzie na etapie małego brzdąca leżącego w kołysce, ale i tak należy docenić twórców za próbę wprowadzenia wolności i realizmu do codzienności naszego bohatera. W końcu każdy musi trochę odpocząć po epickich walkach i ciągłym unikaniu śmierci. Szkoda, że opcje małżeństwa dostępne są tylko z NPC-ami, którzy zamieszkują konkretne miasteczka. Jako fanka wątków romansowych w grach zawsze lubiłam, kiedy można było wejść w bliższą relację z innymi osobami ważnymi dla fabuły, jak choćby w Jade Empire. Niemniej, mając swój dom i żonę u boku, można także korzystać z usług albiońskiej Ikei i rozbudowywać chatę oraz przespać się i zregenerować tam bez uiszczania żadnych opłat.

Podobnie jak w wielu innych tytułach z otwartym światem, otrzymamy w wielu miejscach opcję szybkiej podróży. Mimo to i tak będziemy sporo chodzić i jeszcze więcej walczyć. Ogólnie najlepiej w moim przypadku sprawdzała się broń ręczna i to nią głównie się posługiwałam. Wszelkie lecznicze przedmioty przypisane są do konkretnych przycisków, dzięki czemu łatwo po nie sięgnąć w kryzysowych sytuacjach, nie martwiąc się o to, że coś zjemy mając pełny pasek życia. Ciachanie wrogów jest bardzo satysfakcjonujące, jednak często jest ich jednak za wielu. Do tego walki są dość podobne i choć bez grindu da się żyć, mogą po pewnym czasie nużyć. Ja to już absolutnie zdychałam na misji w arenie, gdzie toczyliśmy pojedynki z różnymi monstrami i ludźmi. Zdecydowanie bardziej ciekawiła mnie historia, w której uczestniczyłam, niż lanie innych po mordach, no ale jednak te RPG-i muszę się na czymś opierać.

Są i gadające drzwi

Ciekawy motyw zastosowali twórcy z demonicznymi drzwiami. W wielu miejscach na świecie znajdują się wielkie drzwi z twarzami. Kiedy podejmiemy dialog z nimi, otrzymujemy pewne zadanie, wyrażone w prost lub w sposób bardziej zawoalowany. Jak tylko je spełnimy, otrzymujemy dostęp do skarbu kryjącego się za nimi. Zdarzają się zadania neutralne jak choćby pokonanie grupy Hobbesów, całkiem zabawne, jak podarowanie drzwiom prezentu lub zupełnie wpływające na naszą moralność, czego dowodem jest zachęta do wykonania jakiegoś bardzo złego czynu. Hitem jest zdecydowanie potrzeba prowadzenia aktywnego życia seksualnego, za co w nagrodę otrzymamy fioletowy kapelusz alfonsa. Zresztą, nie wiemy od razu, co znajdziemy za drzwiami. Czasem się ostro natrudzimy, a okaże się, że otrzymamy jakiś badziew. Nie ma jednak co rozpaczać, wykonywanie questów od drzwi jest całkowicie opcjonalne. Oprócz tego nasz bohater zbiera również klucze. W dostępnym świecie znajduje się mnóstwo skrzyń, do których otwarcia potrzebna jest konkretna ich liczba. Dlatego też szukamy w różnych miejscach, również wyławiamy z rzek. Podobnie jak demoniczne wrota, kryją w sobie różne ciekawe rzeczy.

Po kilku latach od premiery The Lost Chapters [Xbox, PC] twórcy wydali nieco odnowioną wersję, Anniversary [X360, PC]. Remake nie ingerował w fabułę, jednak polepszył nieco grafikę. Mimo to ta nawet w pierwotnej wersji wygląda dobrze, choć zadebiutowała na rynku już w 2004 roku na Xboxie i rok później na pececie. Ogromne wrażenie robi sama Gildia Bohaterów, pozwala także na sporo interakcji z przedmiotami (chodzi mi tu głownie o możliwość przeszukiwania). Sama postać bohatera, który wraz z questami, początkowo nazywany przez mieszkańców „chicken chaser” zmienia się na naszych oczach w pełnoprawnego „hero”. Wspomniałam wcześniej, że od moralności zależy nasz wygląd – dobry człowiek będzie wręcz jaśniał i miał nad głową poświatę na kształt nimbu, z kolei podłej postaci mogą nawet wyrosnąć rogi. Wszelkie potwory zamieszkujące Albion również wydają się dobrze wykonane. Świetnie prezentuje się także mapa świata, która dodatkowo posiada czytelny interfejs. Wiele dobrego można też powiedzieć o soundtracku. Kilku autorów stworzyło te melodie, jednak trzeba przyznać, że wszystkie trzymały klimat. Wyróżnić mogę Darkwood, który przy grze w ciemności i zgaszonym świetle autentycznie przyprawiał o ciarki na plecach (przynajmniej mnie, a generalnie jestem dość strachliwa). Czuć było zbliżające się niebezpieczeństwo, zaś sam kawałek równie dobrze mógł zagościć w którejś części Silent Hill. Z kolei jeśli chodzi o jakieś przyjemniejsze brzmienia, na pewno początkowe, związane z naszą Doliną Dębów Oakvale. Czuć w nim pewną harmonię i niezmącony spokój oraz tytułową baśniowość.

Świętoszek

Fable: The Lost Chapters jest grą absolutnie bajeczną, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Przyznam szczerze, że jedynka podobała mi się dużo bardziej od części trzeciej, mimo że mogłam się tam wcielić w kobietę i ogólnie było prościej, co jednak cenię w grach, niemniej historia naszego bezimiennego bohatera autentycznie chwytała za serce. Co więcej, fabuła nie sprzedawała nam żadnych tanich sentymentalnych sztuczek. Co ważne, w trakcie poznawanej historii stawiała przed nami także kilka trudnych wyborów. Super sprawa wyglądała z, nomen omen, wyglądem naszej postaci, do tego życie poza przygodami, piękna grafika, świetne udźwiękowienie… Można tak wymieniać i wymieniać. Wiem, że Molyneux obiecał przed premierą cuda niewidy i fani mieli ogromne pretensje, gdy okazało się, że to była ściema. Mimo to i tak uważam tę grę za jedną z najlepszych produkcji, w jakie grałam i mimo upływu lat nadal bawię się przy niej wyśmienicie. Dlatego też moja ocena nie może być inna – najwyższy stopień podium!

Retrometr

O Prezesowa 31 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.