Recenzja | Felix the Cat (NES)

felix the cat nesPrywatnie jestem kociarą i choć te cyniczne zwierzaki zwykle uważają się za naszych właścicieli, nadal za nimi przepadam. Lubiłam również, gdy pojawiały się w bajkach i grach, stąd m.in. moja sympatia do Samurajów z Pizza Hut czy niechęć do Toma i Jerry’ego (mysz zwykle wygrywała, nie leżało mi to). Dzisiaj z kolei giereczka na podstawie bajki z lat ’90, czyli Felix the Cat. Przyznaję, że nie obejrzałam ani jednego odcinka, jednak NES-owa produkcja zachęca do zbliżenia z tą postacią.


Felix the Cat

Hudson Soft – NES (1992), Game Boy (1993)

Platformówka

W kota Felixa wcieliłam się dopiero jako dorosła, natrafiając nań wśród setek gier dostępnych wraz z emulatorem. Była to absolutnie miłość od pierwszego wejrzenia! Sporo sprawdzanych na chybił-trafił tytułów odkładałam na później lub wieczne nigdy, natomiast w tym przypadku siadłam na zadku (hot 2 challenge) i nie wstałam, dopóki nie ujrzałam napisów końcowych. Co takiego sprawiło, że tytuł mnie tak zachwycił?

Z pewnością jednym z powodów była ogromna grywalność i intuicyjność. W momencie, gdy bierzemy pada do ręki, wiemy, co mamy robić. Lasencja Felixa została uprowadzona, więc ten, jako 100% kocur, rusza w pościg, by ją ocalić. Na początek dachowiec może jedynie na wzór polskich kiboli uderzać z pięści, ale jego umiejętności stają się większe, gdy łapie rozsiane po levelach serduszka. Dzięki temu może atakować gwiazdkami, jeździć wozem, ostatecznie nawet czołgiem! Kiedy zaś zdobędzie serce w najwyższej fazie, znajdując się w tanku, otrzymuje kolejne życie. Każdy cios ze strony naszych wrogów cofa nas o jedną formę. Śmierć ponosimy spadając w przepaść, dostając w czambo, gdy bijemy tylko pięścią, a także po upływie czasu, kiedy mleko nam się skończy, działa na podobnej zasadzie jak zetknięcie ze złymi.

Kociak ma do przebycia kilka światów, z których każdy składa się na kilka leveli – coś a la Mario (pussycat is in another castle). Czekają nas również etapy wodne i powietrzne. Wówczas będziemy mogli m.in. śmigać na delfinie lub latać balonem. Co ciekawe, w praktycznie każdym etapie trafimy na tajemniczą torbę. Jeżeli do niej wskoczymy, zdobędziemy sporo mleka i serduszko. Warto przy tej okazji wspomnieć jeszcze jeden trick. Otóż na niebie nie tylko spotkamy chmurki, ale również podobizny złego porywacza (kotnappera :p). Warto uderzać w nie, ponieważ niektóre po kilku ciosach dają nam dodatkowe życie.

Prócz przemierzania kolejnych etapów, przyjdzie nam stanąć w szranki z bossami. Ci są mega dziwni, najbardziej urzekł mnie typ będący pralką (nowa inspiracja dla Capcomu, może Washing Machineman?). W zasadzie oprócz ostatniego szefa, większość z nich da się załatwić w prosty i tendencyjny sposób. Przy tej okazji należy wspomnieć, że Felix the Cat jest grą bardzo łatwą i naprawdę trzeba być bez formy, by tracić życia przed końcową potyczką. Mimo to nie ma się poczucia, że gra się w tytuł niedopracowany, olany, czy stworzony jedynie z myślą o dzieciach 5-. To kawał solidnej rozrywki, która potrafi wkręcić na dobre. Grafika jest bardzo ładna. Zabawne są animacje zgonu Felixa, warto się nimi napawać, ponieważ nie natrafimy na nie zbyt często. Nasi główni przeciwnicy to jednak psy, więc stereotyp niechęci do siebie tych dwóch ras został podtrzymany. Śmieszne są scenki, gdy nasz kociak odbiera telefon z pogróżkami, co motywuje go do dalszej podróży. Muzyczka bardzo przyjemna i zapamiętywalna, ale nie wydaje mi się, bym z chęcią miała do niej wracać poza samą grą. Nie ma tych melodyjek znowu tak dużo, najlepsza jest ta, która towarzyszy potyczkom z bossem.

Felix the Cat jest grą świetną. Długa jak na warunki NES-a, przyjemna, są w niej koty, grafika świetnie się sprawdza, a i muzyka nas nie zmęczy. Absolutny top na tę konsolę. Jako ciekawostkę dodam, że jest to jedna z niewielu NES-owych gier, która została spolszczona. Oczywiście, można w nią zagrać tylko na emulatorze (lub zgrać grę na cartridge, czytałam kiedyś, że się da, ale pewnie bym nie umiała), po prawdzie da się ją zrozumieć nawet w wersji japońskiej, co nie zmienia faktu, że rodzimy język na starszych konsolach zawsze cieszy. W moim odczuciu to gra na medal.

Retrometr


Minirecka od LUKEGI X

Dawno, dawno temu w czasach gdy filmy w kolorze były tylko abstrakcyjnym pomysłem – był sobie kot, Felix kot. Dziś jednak będzie o grze z jego udziałem, powstałej w 1992 (czyli 73 lata po jego debiucie) przez dobrze Wam znany Hudson Soft. Jak na kolorową platformówkę przystało fabuła nie należy do zbytnio skomplikowanych: szalony naukowiec porwał kotkę i Felix idzie ją uratować, a czy mu się uda, to już zależy od gracza i jego zdolności manualnych.

To czym Felix wyróżnia się na tle innych gier skakanych to różnorodność etapów – dawno nie widziałem aż takiej mnogości mechanik w grze 8-bitowej. Będziemy standardowo skakać po platformach, brać w udział etapach latanych, popływać na dnie oceanów, surfować po wzburzonych falach oraz odbyć podróż w kosmosie. Normalnie koci James Bond! Mało tego, otóż na każdym z etapów przypada od dwóch do nawet czterech „transformacji” za każde zebrane 10 monetek. Dla przykładu, w tych najbardziej standardowych etapach najpierw będziemy walić ze składanej zabawkowej rękawicy bokserskiej, potem rzucać magiczne uroki, następnie zadawać śmiertelne obrażenia trąbiąc na przeciwników za sterami auta, a na koniec będziemy siać destrukcję z czołgu… który potrafi skakać. Może to mało logiczne rozwiązanie, no ale przecież dla porównania w takim Yoshi Island nasz milusiński dinozaur mógł się zamienić w helikopter lub pociąg.

Graficznie tytuł prezentuje bardzo wysoki poziom, tylko nie wiem czemu, ale mi się zdaje, że obraz jest nieco przyciemniony, zresztą podobnie jak w Księdze Dżungli, ot mały, nikomu nie przeszkadzający szczegół.

Podsumowując: przygody Felixa to jeden z lepszych tytułów w bibliotece na NESa – różnorodność lokacji, masa transformacji i atrakcji, ciekawi bossowie, emocjonujący finał. Tak więc czego by chcieć więcej? Dlatego też ocena nie może być inna jak zielona na medal. A i nie myślcie, że będzie to prosta przygoda. Za ciężko też nie będzie, w szczególności gdy pod koniec rozgrywki nasz kociak będzie mieć średnio 50 dodatkowych wcieleń. Dawno nie widziałem gry która by rozdawała 1-upy na prawo i lewo.

O Prezesowa 35 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.