Recenzja | Ghost Vibration

ghost vibration PS2 recenzjaIf there’s something strange in your neighborhood. Who you gonna call? Ghos…” Nie, nie, nie. Precz mi z tymi patafianami w piekielne czeluści. Te dziady, że niby przez przypadek, skrzyżowały ostatnio swoje strumienie tymi wichajstrami i niemal pół chałpy wyleciało mi w piździec. Trudno teraz o dobrych fachowców w ogóle, ale w dziedzinie łowców duchów, to wyjątkowo trzeba ich ze świecą szukać. Zresztą, słyszałeś o kimś innym parającym się tym fachem? Jasne, był kiedyś ponoć jakiś „Ghosthunter”, ale ten to mi z ryja śmierdzi nieopierzonym zawadiaką. Kto? Koleś w zielonym kubraczku? Wziąłbym go, ale wiesz… ten wąs mnie trochę niepokoi. A ja potrzebuję kogoś spokojnego, ogarniętego, kto mi drugie pół chaty nie rozniesie w pył za moją krwawicę. W końcu po długich poszukiwaniach trafiłem na parkę poskramiaczy niesfornych zjaw z niejakiej agencji „Artoon”. Nazwa firemki niewiele mi mówiła, choć o uszy obiły mi się dobre słowa na temat pracującego niegdyś u nich Blinxa. Rudego sierściucha o cwaniakowatym spojrzeniu, co to potrafił manipulować czasem. W każdym razie musiałem sprawdzić kompetencje tej korpo, zaś najlepszą do tego okazją było zabranie się za „Ghost Vibration” .

ghost vibration PS2 recenzjaWspomniany wyżej duet składający się z młodocianego naukowca oraz jego przyjaciółki, dumnie obnosił się z jakąś akcją w zapuszczonej rezydencji, gdzieś na peryferiach europejskich kniei. Posiadłość Clooney’ów owiana była od dawna złą renomą, bowiem ponoć od kilkunastu dekad w jej chłodnych murach z niewiadomych przyczyn znikały dziesiątki ludzkich istnień, od kolejnych właścicieli felernej chałupy, po zwykłych okolicznych mieszkańców, z początku nie wyróżniających się niczym szczególnym. Coś tych nieszczęśników tam gnało, jakaś dziwna moc, nieznana aura mamiąca kolejne ofiary tajemniczym rytuałem, po którym ich dusze już na zawsze zostały zamknięte w tym osobliwym domu schadzek. Po co? Rozwiązania tej zagadki nie podano mi ot tak, na talerzu. Musiałem je sobie sam wyłuskać przejmując kontrolę nad ścieżką losu tej brzydszej połowy tandemu, o imieniu George. I to ścieżką w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ akcja prowadzona jest jak na szynach, zaś bohater niczym wagonik może poruszać się jedynie naprzód. To twórcy z góry zaplanowali jaką dróżką będziesz zwiedzał posiadłość, nie dając Ci zarazem możliwości swobodnego zajrzenia w dowolny zakamarek, czy nawet wykonania manewru cofnięcia się choćby o jeden krok.

Ale nie rób z tego powodu kwaśnej miny. Nie uznawałbym tego do końca jako wady, ponieważ dzięki temu całość obserwuje się poniekąd z namiastką filmowego akcentu, za co odpowiada sposób prowadzenia kamery. Co rusz ukazany widok płynnie zmienia swoje kąty położenia. Raz zawieszony jest nad głową postaci, by za chwilę ukazać akcję z żabiej perspektywy bądź śledzić ją jedynie kilka centymetrów nad „podłogą”. Mało tego. Obraz często się chwieje, obraca wokół własnej osi o sto osiemdziesiąt stopni, spiralnie wiruje, ukazuje wydarzenia z jakichś zakamarków, zza winkli, nie raz z tak zwanej ręki, zaczyna drżeć. Może na „papierze” nie wygląda to, aż tak przekonywająco, ale na ekranie naprawdę wyszło z tego fantazyjne i eleganckie rozwiązanie. Momentami daje się odczuć jakby ktoś, co jakiś czas potajemnie, z ukrycia obserwował poczynania naszego zucha. Niejednokrotnie także ujęcia bardziej skupiają się na otoczeniu, jakichś przedmiotach niż na samym Jurku, a wszystko po to byś z niecierpliwością oczekiwał na pojawienie się straszydła. A wówczas alleluja i czas na egzorcyzmy.

ghost vibration PS2 recenzja

Ponieważ George to rasowy tropiciel potępionych duszyczek, do ich okrzesania używa skonstruowanego przez siebie „Spear Gun’a”. Akcja przełącza się wówczas na pierwszą osobę, zaś my możemy z ustrojstwa wypluć specjalny chwytak, który uczepiwszy się zmory bądź jakiejś ektoplazmy, pozwoli na wyssanie z niej energii. Tę można zgromadzić i następnie wykorzystać przeciw oponentom, aby na chwilę ich spowolnić. I tutaj zaczyna się zabawa, bowiem nierzadko należy wykazać się sporą zręcznością, by utrzymać na wodzy tych natarczywych skurwesynów i nie dopuścić do ich odczepienia (jeśli na czas nie wysiorbiesz energii, duszek w końcu zaatakuje, po czym bezpowrotnie odleci). Tak czy siak, miota nimi jak szatanami, chaotycznie lewitują z lewa na prawo niczym wścieklaki, nie raz, nie dwa ze sporą szybkością, a do tego nasza pukawka skłonna jest do przegrzewania. Błędnie przez to obwiniłem grę za wysoki poziom trudności, co prawda ten z etapu na etap wzrasta; choćby racząc nas większą ilością duchów naraz atakującą, to jednak największy wpływ na porażki miało moje nieustanne trzymanie knefla odpowiedzialnego za moc. A wystarczyło go systematycznie luzować. Niestety brak jakichkolwiek checkpointów podkreśla gorzki smak przegranej, gdyż po śmierci trzeba dany level rozpocząć od samiuśkiego początku.

Nawiedzone domostwo nie tylko samymi agresorami jest upchane, ale także tymi bardziej spokojnymi, neutralnymi zjawami, które swoją obecność demonstrują w mniejszym lub większym stopniu. A to gdzieś tam zatelepie jakimś obrazem na ścianie, krzesełkiem w kącie czy zakurzonym kufrem. Innym zaś razem upiory dadzą o sobie znać zmęczoną, agonalną gamą jęknięć bądź pojawią się jak z kapelusza tuż przed naszym nosem. Z czasem będą też starały się w oryginalny sposób zwrócić na siebie uwagę, więc natrafisz na omamy kiedy to tuż za Twoimi plecami znikąd spadnie nóż bądź pojawią się czyjeś mokre ślady stóp na posadzce. Na nieszczęście tylko garstka takich zagrywek potrafi wywołać przysłowiowy efekt wow i mimo, że przecież masz do czynienia z duchami, to ciary na plecach rzadko kiedy porywają się do szaleńczego tańca, zaś koszmarna atmosfera jest za bardzo rozmyta, do czego po części przyczyniła się troszkę „bajkowa” oprawa.

ghost vibration PS2 recenzja

Wystarczy spojrzeć na parę bohaterów i zrozumieć o co chodzi. Ich facjaty, pomijając to, iż pewnikiem zmaltretowane zostały szpadlem, mają raczej kreskówkowe rysy. Łagodzi to ogólną otoczkę oraz koliduje nieco z designer mar, które z kolei potrafią nacieszyć oko swym nieraz upiornym wyglądem. Dodatkowym smaczkiem w tej kwestii jest niezły motyw towarzyszący podczas wysysania z nich energii. Zdarzy się, że te przemieniają się w zniekształcone, zdeformowane pseudotwarze (można je potem podziwiać w specjalnym menu) o groteskowym nieraz diabelsko-demonicznym posmaku. Ślicznie.

Ogólnie rzecz biorąc, wizualnie jest schludnie, choć na ekstatyczne spazmy nie ma co liczyć. Posiadłość jest dobrze zaprojektowana (aczkolwiek nie obyło się bez backtrackingu, całe szczęście ten nie mierzi), toteż cieszy zróżnicowanymi miejscówkami z masą fantów, niemniej czuć tutaj również momentami tę ugrzecznioną stylistykę. Zwiedzisz jakieś zatęchłe piwniczki, winnice czy pokoje z nietuzinkowym wystrojem, gdzie to na ścianach przybito pukle czyichś włosów bądź łby lalek. Natrafisz nawet na rdzawe czy pełne juchy miejscówki rodem z „Silent Hill”. Jest przyjemnie (ty przez te horrory masz skrzywiony obraz słowa „przyjemnie” – Nacz Os. Rep), aczkolwiek da się zauważyć lekkie lenistwo twórców, efektem czego są powtarzające się tekstury. Ot, choćby krwiste nacieki, czy odrapane z tynku ściany za każdym razem przyjmują identyczny wzór jakby się ze sobą zmówiły. Nieco oszczędniej jest w kwestii udźwiękowienia, nie ma tutaj zbyt wiele „muzyczek” łechcących uszy, które zrekompensowano poprzez klimatyczne odgłosy towarzyszące przygodzie. Raz za razem cisza przerywana jest jakimś delikatnym świstem powietrza, echem spadających kropel, czy w końcu jękami bądź nawet wyciem niemowlaków.

ghost vibration PS2 recenzjaPrzez cały ten tekst ani razu nie wspomniałem nic na temat tej drugiej połówki naszego duetu, Alicii. Nie dlatego, by wprowadzić jakąś dozę napięcia czy coś. Dziewucha stanowi po prostu tło fabularne i czasem krzyżując swoją ścieżkę z George’em, gdzieś tam bokiem przemyka w trakcie całej przygody. Nie oczekuj zatem implozji kineskopu wynikającej ze „skrzyżowania strumieni” przez obu bohaterów, gdyż dostajesz tylko jedną grywalną postać, zaś przyjaciółka nie jest w stanie nawet wspomóc ogniem w cięższych chwilach. Największą jednak nomen omen zmorą „Ghost Vibration” jest czas gry. Do dyspozycji dostajesz dziewięć etapów plus trzy ukryte jednak zestaw ten znika migiem w oczach. A można było gameplay rozbudować choćby o dodatkowy scenariusz na wzór drugiej części „Resident Evil”, ukazujący równoległe poczynania panny. Naprawdę szkoda, gdyż mimo nieskomplikowanych założeń oraz mechaniki, zabawa jest rajcująca i z przyjemnością poluje się na kolejne pokraki, zaś gdy na dobre nakręcisz się na tytuł, ten z przykrością już się kończy. Cóż, żółty retrometr to nie tragedia, gdyż produkcja „Artoon” to kawał solidnego szpila balansującego na granicy między horrorem, a action-adventure. Swoją drogą szepnąłem Gazparkowi na ucho, by dołożył troszkę więcej do pieca, co by te żółtawe światełko błysnęło nieco jaśniejszą barwą.

Retrometr

Redaktor. Ulubione gatunki: przede wszystkim przygodowe/akcji z głównym nastawieniem na survival-horror. Poza tym wsio prócz niemal wszelakich rpgów (tutaj wyjątek stanowi action rpg), symulatorów i strategii. Lubię odpocząć przy wciągającej platformówce. Posiadane platformy: PSP, PS2, PS3, C64, PC