Recenzja | Giana Sisters 2D (PC)

Giana Sisters 2D (PC)

Chyba nie od dziś wiadomo, że jedną z moich ulubionych gier wszechczasów (ulubione słowo Borsuka), jest Giana Sisters. Niejednokrotnie dawałem Wam już tego świadectwo przy wielu okazjach – oczywiście nie mogłem również pominąć tej gry w mojej skromnej kolekcji recenzji na tym zaszczytnym portalu. Jeśli jeszcze ktoś nie czytał – to zapraszam tutaj.

To ekran startowy gry, możecie się już domyślić co tu dzisiaj będzie opisywane :)

Gier, które są kontynuacją (oficjalną bądź nieoficjalną) tej wspaniałej platformówki, jest kilka. Marecheck i Borsuk zaprezentowali nam Hard’n’Heavy, której ja osobiście nie lubię. Wolałem swego czasu grać w nieoficjalną Gianę 2 (w której oferowane były dodatkowe poziomy – w tym samym stylu co oryginał). Niemniej, z biegiem czasu, powstało kilka dodatkowych tytułów, niektóre całkiem świeże i na nowoczesne platformy. Mamy zatem Giana Sisters Twisted Dreams – dostępne w Steam czy na praktycznie każdą konsolę, a niedawno na naszym portalu kolega LukegaX zaprezentował fanowską grę Giana’s Return dostępną praktycznie na każdą platformę (ciekawostka – istnieje wersja dedykowana Raspbery Pi). W 2009 roku ukazała się też gra pod tytułem Giana Sisters DS – wersja dla Nintendo DS oraz iOS czy nawet Ouya (androidową konsolkę, która powstała, dzięki kampanii na Kickstarterze, ale ostatecznie nie zawojowała rynku). W tamtych latach (to już prawie 12 lat temu) ograłem sobie grę na iPodzie – nie ukończyłem jej jednak, ponieważ granie w gry platformowe na touch padzie nie jest tym co lubię najbardziej. Pewnego dnia LukegaX na naszym Discordzie wspomniał o promocji na Steam na tytuły z Gianą w roli głównej. Choć gra Giana Sisters 2D (czyli wersja z DS ale przeniesiona w kierunku jednego ekranu) ma już kilka lat – wydana została w 2015 roku na PC – to nie miałem sposobności jej jeszcze ograć. W promocji była również GS Twisted Dreams, więc obie gry sobie nabyłem za niecałe 15 zł i dodałem do kolejki oczekujących. W końcu przyszedł więc moment, kiedy miałem chwilę czasu i mogłem sprawdzić czymże jest ten tytuł i czy wciągnie mnie tak jak oryginalna wersja.

Ładna grafika, przeciwnicy, etapy podobne w układach do oryginału, Giana… no jest ok…

Od razu po zainstalowaniu i uruchomieniu gry, w ucho wpada oryginalny soundtrack w nowej aranżacji – od razu muszę powiedzieć, że muzyki Chrisa Huelsbecka jednak najlepiej słucha się w oryginale na SID-zie. Wykonanie w tej wersji gry nie jest złe – nadal można rozpoznać oryginalne brzmienia i ścieżkę dźwiękową, jest ona bardziej spokojna i stonowana niż rockowe wersje z Twisted Dreams, nie przeszkadza w rozgrywce, ale jednak grając, ciągle wracałem wspomnieniami do muzyki wydobywającej się z Commodore 64 czy później Amigi. Oryginalny soundtrack dla mnie wygrywa. Grę rozpoczyna krótkie intro – które znamy już z wersji z NDS, a także ze zremasterowanej (zhackowanej) wersji na AmigęGiana Sisters SE – do której to wsadzono grafikę właśnie z tej gry i w której część intra można było zobaczyć (kto nie widział tej wersji, niech zerknie na mój kanał YouTube, w którym robię speedrun-a właśnie na tej wersji). Skoro już o muzyce napisałem na samym początku, to może jeszcze parę słów o grafice. Oczywiście jest ona odświeżona – jak na wersję PC/Steam przystało. Jest to taka sama gra jak wersja z NDS, tyle tylko, że grafika ma podniesioną rozdzielczość. Nie jest źle, bo lubię taki styl retro i ciut kreskówkowy, aczkolwiek bardziej podoba mi się oryginalna wersja – po prostu jestem fanem pixelików. Tutaj nie ma się jednak do czego w sumie przyczepić – jest prostota, są kolorki ładne, można popatrzeć w ekran i oko się nie męczy.

Mapa, która pomaga zorientować się w tym, jaki jest postęp naszej wędrówki, a także wrócić do wcześniejszych etapów.

A na czym polega rozgrywka? Ano, mamy do pokonania 80 etapów, podzielonych na 8 światów po 10 poziomów każdy. Dostęp do tych etapów uzyskujemy przechodząc je kolejno – aczkolwiek później możliwe jest powtarzanie dowolnego z ukończonych już wcześniej etapów. Postęp w grze, i dostęp do wcześniejszych etapów, widoczny jest na mapie, na której wzorem z nowych gier (choćby Mariana czy Kirby’ego) odwzorowane są przebyte poziomy i „jakość” naszej rozgrywki. I tu wyjaśnia się, w jakim celu mielibyśmy przechodzić etapy ponownie. Ano, jak to w grach z tej serii bywa, nasza Giana w trakcie gry zbiera diamenty rozrzucone po krainach, w których się znajduje. Standardowo zebranie 100 diamentów standardowo powoduje dodanie dodatkowego życia. W tej grze, dodatkowo, mamy nowość – na każdym poziomie mamy do zebrania określoną liczbę (kilka) czerwonych diamentów. Oczywiście są one trudniejsze do zdobycia, albo ukryte gdzieś głęboko pod ziemią, albo schowane gdzieś wysoko w chmurach, gdzie trzeba się odpowiednim sposobem do nich dostać. Zebranie wszystkich diamentów czerwonego koloru, powoduje, że flaga oznajmiająca koniec etapu zmienia kolor z czerwonego na niebieski i taka będzie też wtedy widniała na mapce przy odpowiednim znaczniku na ścieżce. Kiedy zbierzemy wszystkie czerwone diamenty w danym świecie, a tym samym wszystkie flagi na mapce będą miały kolor niebieski, odblokowany zostanie dodatkowy, bonusowy, poziom. Poziom ten rozgrywa się w chmurach i daje możliwość zebrania dodatkowych diamentów.

Bonusowe, chmurzaste, poziomy – jakby komuś brakowało żyć, to może dozbierać diamentów i się życiami nachapać…

Każdy ze światów zakończony jest etapem, w którym należy pokonać bossa – smoka znanego nam z podziemnych wersji oryginału. No powiedzmy, że znanego – bo po pierwsze, tutaj mamy do czynienia z bestią bardziej spasioną, a po drugie zieje ona ogniem i w ten sposób próbuje nas wysadzić z tego świata. Umówmy się jednak – nie są to etapy wymagające. Każdy boss zachowuje się tak sami i taki sam jest na niego sposób – po prostu im dalej, tym więcej uderzeń (skoków na głowę) należy wykonać, by bestię zgładzić. Nie jest to jednak wyzwanie duże, nawet dla niedzielnych graczy. Tym bardziej, że mimo iż mamy tutaj limitowane życia, to jednak dwie sprawy ułatwiają zadanie – w pokonywaniu bossów, jak i ukończeniu całej gry. Po pierwsze – wspomniane już dodatkowe życie po zebraniu 100 diamentów. Diamentów jest takie mnóstwo, że co chwilę dostajemy dodatek i możemy po jakimś czasie szczycić się już kilkunastoma/kilkudziesięcioma życiami – początkowe etapy są proste (a może to tylko dla mnie takie były, bo jestem obeznany z tego typu rozgrywką?) i nie tracimy ich praktycznie w ogóle. Po drugie – po utracie ostatniego życia, możemy grę kontynuować od tego miejsca, w którym zakończyliśmy. Więc próbować możemy do skutku.

Gadzina, która chroni ostatni etap w każdym świecie. Nie jest to jednak wyzwanie… żadne…

W tej odsłonie gry, tak jak i w oryginale, Giana może zebrać piłkę (wybijając ją z jednej z cegiełek – praktycznie na każdym etapie można ją znaleźć) i dzięki temu może rozbijać murki a także strzelać ognistymi pociskami do przeciwników. Przeciwników podobnych do tych, których znamy z oryginalnej wersji – sowy, ryby, kraby i inne paskudztwa, które można unicestwić albo skacząc na nie, albo strzelając ze wspomnianych ognistych pocisków. Strzelanie nie jest jedyną dodatkową umiejętnością naszej bohaterki. Nie mamy tutaj jednak takich dodatków, jak w oryginale – czyli odbijających lub samonaprowadzających się pocisków, czy kropelki chroniącej nas przed ogniem. W zamian za to, autorzy dali nam urozmaicenia, w postaci automatów wypluwających z siebie gumy balonowe lub butelki z napojem gazowanym (nie powiem, że jest to Cola, choć kolor etykiety może na to wskazywać). Oba te artefakty należy umiejętnie wykorzystywać, aby uzyskać postęp w grze oraz uzyskać dostęp do najbardziej ukrytych miejsc, gdzie obłowimy się dodatkowymi diamentami lub zdobędziemy czerwony diament. Po zebraniu i aktywacji napoju gazowanego, przez pewien moment z butelki wydobywa się strumień napoju pod ciśnieniem, który umożliwia zniszczenie murków chroniących dostęp do miejsc, do których normalnie nie dałoby się dostać. W przypadku aktywacji gumy balonowej, nasza bohaterka zostaje zamknięta w baloniku i może swobodnie latać po całym ekranie – do czasu, aż nie natknie się na jakąś przeszkodę, która rozbija balonik. Oj, w niektórych etapach autorzy pojechali ostro po bandzie i zgotowali nam bardzo uciążliwe przeprawy przez wąskie korytarze – będziecie powtarzać je wiele, wiele razy. Tu sprawy nie ułatwia fakt, że oprócz przeciwników, którzy chcą nas unicestwić i tych mocno zręcznościowych etapów z fruwaniem w balonie, mamy jeszcze upływający czas, który po wyzerowaniu pozbawia nas jednego życia, co powoduje, że musimy rozpocząć etap od ostatniego checkpointu. W grze mamy bowiem dostępne checkpointy – w postaci doniczki z kwiatkiem – dzięki którym nie musimy rozpoczynać etapu od nowa.

Raz będziemy fruwać w balonie z gumy balonowej…

Jeśli chodzi o grywalność i układ poziomów – to jest to nawet zbalansowane. Poziomy nie są zbyt długie, dzięki czemu nie nużą i nie musimy ich tak bardzo masterować i powtarzać wielokrotnie. Niektóre z poziomów mocno przypominają w konstrukcji te, które znamy z oryginału – układ przeszkód i przeciwników jest znajomy – co bardzo mi się osobiście podobało, bo przypomina mi, że to jednak jest Giana. Autorzy poszli jeszcze dalej, i zrobili ukłon w stronę tych, którzy są fanami oryginalnej wersji. Oprócz 80 poziomów, dołożyli jeszcze 32 w sekcji „retro”, które mają odwzorowywać właśnie oryginalne poziomy. Jednak nie jest to 100% odwzorowanie – jedne są bardziej inne mniej a niektóre w ogóle nie są do oryginalnych poziomów podobne. Dodatkowo nie mamy znanych z oryginału bossów w podziemiach. Niemniej zawsze jest to kilkadziesiąt dodatkowych etapów, jeśli już podstawowe się skończą.

… a raz używać napoju gazowanego, by utorować sobie dorobię. 

No i teraz nadchodzi czas, by podsumować tytuł. Z opisu wynika, że mamy klasycznego platformera, z mnóstwem poziomów i poziomami dodatkowymi – zarówno odblokowywanymi podczas gry jak i wybieranymi z poziomu menu. Czy jednak gra jest na tyle dobra, by masterować ją i chcieć dostać się właśnie do wszystkich etapów bonusowych? Albo ograć dodatkowe poziomy retro? Hmm, mam mieszane uczucia. Bo niby grę skończyłem – i zajęło mi to ponad 3 godziny – ale właśnie wydaje mi się, że to jest coś co nie pozwala mi się z niej mocno cieszyć. Według mnie jest to za długa gra, w pewnym momencie myślałem, że się poddam i nie ukończę jej. Etapy zaczęły mnie nużyć, były po prostu powtarzalne i wiedziałem, że trzeba iść, skakać, zbierać, dojść do wyjścia… i tak w kółko. Nic nowego już, po tych kilkudziesięciu pierwszych, mnie nie czekało. Mimo, że zmieniało się otoczenie i krajobraz, to jednak ciągle polegało to na tym samym i w pewnym momencie po prostu zacząłem biec przed siebie, żeby tylko jak najszybciej dobiec do końca poziomu i kolejnego i kolejnegi i zobaczyć upragniony koniec. Początek zatem był niezły i mocno mnie rajcował, ale pod koniec rozgrywki jakość siadła.

Jak komuś mało jest 80 poziomów, to jeszcze może pograć w oryginalne. Najbardziej podoba mi się Giana po prawej – bo to moja ulubiona rozpikselowana postać.

Oryginalna Giana kojarzy mi się z szybką grą, pomijam, że speedrun trwa ok 5 minut, to nawet jeśli przechodzić każdy etap (bez warpów), to i tak można ją ukończyć w około pół godziny. Tutaj rozgrywka trwała w moim przypadku ponad 3 – być może dla kogoś to nie jest problemem, ale dla mnie – jeśli już poświęcam tyle swojego czasu na granie, to oczekiwałbym urozmaicenia (jak choćby w opisywanym niedawno przez Borsuka, a ukończonym też przeze mnie – Little Nigthmares). I nie zrozumcie mnie źle. Gra ma potencjał i jest ciekawa, tym bardziej, że jeśli popatrzeć na tabelę hiscore, która jest umieszczona w grze, to niektórzy gracze mają tam po kilka miliardów punktów – co oznacza, że dość intensywnie ją maltretują. Jednak nie jest to gra, której mogę wystawić zielone światło. Nie jest to też gra, która jest słaba i powinna dostać czerwień. Zatem werdykt mój jest jeden – żółte. A Wy sprawdźcie sami i oceńcie i dajcie znać w komentarzach.

Retrometr

P.S. Jednym z motywatorów, by jednak ukończyć ten tytuł, było… Retro Bingo. Ponieważ wiedziałem, że do calaka brakuje mi 3 oczka, a 2 z nich były proste do zrobienia, potrzebowałem czegoś co dopełni całości w tabeli. Gdyby gra była bardzo dobra, albo bardzo zła, to bym jej nie skończył. Jednak już w okolicach 50-tego etapu wiedziałem, że jest to gra maksymalnie na żółty retrometr, a właśnie kratka E2 (JEST POTENCJAŁ) brakowała mi do kompletu, postanowiłem ją ukończyć i Wam tu opisać, żeby zdobyć komplet. Pomyśli ktoś, po co się tak męczyć i nie dość, że przechodzić taką grę to jeszcze dodawać sobie roboty i samemu opisywać żółty tytuł? No i tu powodów znowu jest kilka. Raz – to jednak Giana. Dwa – uwierzcie mi albo nie, ale długo szukałem żółtej gry na portalu, by w nią zagrać. Kiedy już ją znalazłem i zaczynałem grać, okazywało się, że albo mnie denerwuje, albo jest za trudna – i ciągle nie umiałem tej kratki zapełnić. Zatem najłatwiej było napisać recenzję na żółtko. No i po trzecie – zawarte właśnie w ostatnim zdaniu – to był mocny motywator do tego, by znowu coś napisać. Dawno już tego nie zrobiłem i koledzy już zaczynają psioczyć, że płacą mi pensję a nic nie robię – zatem przynajmniej tyle mogę naskrobać w tych moich krótkich wolnych chwilach. Repip, Borsuk – melduję wykonanie zadania. Jest artek i jest… CALAK w BINGO!

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...