Recenzja | Power Rangers 2 / Kyouryuu Sentai Zyuranger (NES)

Power Rangers 2 NESNa początku lat 90-tych w Ameryce powstał pewien serial opowiadający o grupce pięciu nastolatków wybranych przez kosmitę by bronili swojej ojczystej planety Ziemi przed złą czarownicą. Która była także kosmitką i wraz ze swoimi pomagierami z odcinka na odcinek tworzyła co raz to rozmaite stwory, a oczywiście „nasi dzielni herosi” najpierw rozprawiali się ze stworem przy użyciu walki wręcz, by potem gdy dany przeciwnik podrósł do rozmiarów Godzili przyzwać zordy, które to podczas łączenia tworzyły megazorda, który to niszczył raz na zawsze wrogiego giganta przy użyciu ataku specjalnego, uff… I tak z odcinka na odcinek, z sezonu na sezon, niby w kółko to samo, ale mając naście lat oglądało się to z zapartym tchem, oczekując na kolejne przygody naszych wojowników. O jakim serialu mowa? Oczywiście że o Power Rangers – serialu pierwotnie emitowanym na Polsacie pod koniec XX wieku…

A co gdybym Wam powiedział że Power Rangers tak naprawdę nie jest w pełni produkcją „Made in USA”, a wyciętym zbiorem scen z japońskiej edycji? No nie do pomyślenia, prawda? A zresztą zobaczcie sobie intro 16 sezonu Super Sentai zwanego Kyōryū Sentai Zyuranger, czyli po polsku Żołnierze Dinozaurów Zyuranger:

Małe deja vu, co nie?

Co ciekawe im dalej w las, tym robiło się co raz bardziej ciekawie, gdyż jak amerykanom zaczynało brakować materiału źródłowego to wyjątkowo sprytnie mieszali fragmenty z różnych części Super Sentai, jak na przykład Biały Ranger i Zordy z drugiego sezonu Power Rangersów, są prosto z Gosei Sentai Dairanger, podczas gdy pozostali wojownicy byli z poprzedniej części Super Sentai. Kolejny przykład – taki Lord Zedd pojawił się tylko u amerykanów, zaś Rita pochodzi prosto z japońskiego oryginału (tam znana była jako Bandora) i mimo to owa dwójka antagonistów pojawiała się równocześnie na wizji! Tak sprytnie te fragmenty montowano, że na pierwszy rzut oka nie widać tych cięć i przejść, wyobraźcie sobie że takie „triki” stosują do dziś – ale jaja, co nie? Po dość obfitym wstępie przejdźmy do meritum, znaczy dania głównego – czyli recenzji gry Kyōryū Sentai Zyuranger zwanej u nas – jakżeby nie inaczej – Power Rangers 2!


Kyōryū Sentai Zyuranger

Angel / Arc System Works (1992) – NES

platformówka

Okładka gry. Bedzie się działo! Strach się bać! Pewnie wielu graczom zakręciła się łezka w oku na widok tych gostków.

Fabuła jest prosta jak pokonanie cacodemona przy użyciu BFG9000 zamkniętego w ciasnym pomieszczeniu przy aktywowanym kodzie na nieśmiertelność. (Aha. – Borsuk). Tak więc zła i okrutna Rita, (pozostańmy przy amerykańskiej terminologii, jako że więcej czytelników tę wersję obejrzało niż edycję japońską) planuje podbić naszą ukochaną planetę Ziemię, przeciwstawić jej się może jedynie grupka wyjątkowo uzdolnionych nastolatków, która posiada dostęp do technologii otrzymanej od obcych z innej galaktyki – Morpherów. Gdy nadarzy się okazja zamieniają się oni w wojowników posiadających nadludzkie zdolności, by skopać tyłek kolejnej maszkarze z kosmosu. Chyba już pisałem o tym we wstępie, ale uświadamiam wam jedynie, że gra jest wierna materiałowi źródłowemu…

Tak samo jak serialu wcielamy się w piątkę wybrańców – żółtego*, różową, niebieskiego, czarnego i czerwonego rangera, każdy z nich otrzymuje osobny etap – co jak pewnie się domyślacie łącznie daje nam 5 wypełnionych akcją poziomów. Naszą wyprawę w celu ocalenia ludzkości rozpoczynamy w dżungli, w której to będziemy nawalać z blastera pająki, węże, a czasem kosmici nawet nawiną się nam pod spust. W połowie każdego etapu po wejściu do portalu dostajemy ulepszenie naszego arsenału poprzez podmianę zwykłego oręża na unikalną broń przypisaną każdemu rangerowi. Czyli kolejno: średnio skuteczne sztylety, wyjątkowo dobry, acz wymagający wprawnego oka łuk, niezbyt ciekawie wizualnie lanca, epicki toporek którym z miłą chęcią będziemy siekać stwory oraz miecz.

Power Rangersi aka Żołnierze Dinozaurów Zyuranger w akcji na NESie. Normalne etapy gry wyglądają całkiem porządnie.

Wracając do rozgrywki, na końcu każdego etapu czekać będzie na nas boss, jeden z kolejnych sługusów Rity – wymagający użycia jednej i tej samej techniki – należy atakować go dopóki jego pasek zdrowia nie spadnie do zera, czyli bez rewelacji… Na szczęście pojedynki z szefami są dość unikalne, bo każdy z nich posiada inny zestaw ciosów, który będzie powtarzać dopóki nie padnie.  Rozumiem że „pomocnicy” głównego złego nie należą do najbystrzejszych, jednak finałowa szefowa mogłaby się wykazać troszkę większą znajomością technik walki, czy inteligencją – prawda? No dobra, niech jej będzie – wykazuje się ona większą znajomością naparzania po ryjach, gdyż używa dwóch ataków specjalnych zamiast jednego (tak wiem, czepiam się jak zwykle…). W sumie to w końcowej walce dzieje się trochę: walka z małymi pomagierami, albo nietoperzami, unikanie kul ognia, balansowanie na spadającej do lawy platformie. W sumie przepraszam, że narzekałem…

Po ukończeniu każdego etapu uzyskujemy dostęp do jednej z trzech minigier, czyli będzie na nas czekać niezwykle epicka batalia Megazord vs Smokozord! Uuu poleje się krew, a właściwie iskry za pomocą serii ciosów niczym w Mortal Kombat! Nic bardziej mylnego… Otóż wyobraźcie sobie że zamiast zaserwować jakąkolwiek bijatykę z prostą paletą ciosów, dano nam… uwaga… uwaga… Ponga! Tak te dwie paletki co odbijają piłeczkę! O ile nie mam nic przeciwko temu klasykowi od Atari, tak moim zdaniem ten typ rozgrywki pasuje do Power Rangers jak wół do karety, dobra jedziemy dalej. Drugą minigrą jaką zaserwowali nam twórcy jest rzucanie ładunkiem wybuchowym z tykającym zegarem, do przeciwnika który chętnie zwróci nasz prezent. Z pozoru ot prosty zapychacz, jednak sprawia trochę frajdy, przynajmiej dopóki nie zorientujemy się, że każda skucha powoduje utratę życia, a za wygraną dostajemy tylko jeden „1-up”. Ostatnią zapychajką jest wisienka na torcie – quiz w stylu Milionerzy w całości w języku japońskim! Nie znający języka z kraju kwitnącej wiśni będą nieco zmieszani i pewnie strzelą pierwszą lepszą odpowiedź, na szczęście za błędny wybór nie jesteśmy karani, więc nie jest aż tak źle. Prawda, że wszystkie minigry pasują jak ulał do tej gry, buhehehe, żartowałem… A zwykłe etapy? Są całkiem spoko, gdyż czekają na nas między innymi: jaskinia pełna lawy, podziemna grota, podniebny zamek oraz kosmiczna baza w szarej kolorystyce. No tu jest fajnie!

A tutaj pojedynek z bossem (ujdzie) oraz trzy minigry, które delikatnie mówiąc – są do dupy.

Jako plus dodam że KSZ posiada możliwość zagrania w lokalny multiplayer, oczywiście nie w podstawowy tryb rozgrywki, to by było zbyt oczywiste! Jedynym elementem w którym możemy zmierzyć swoje siły ze znajomym są wcześniej wspomniane dwie pierwsze minigierki z Pongiem na czele. Wydłużają one żywotność tego tytułu z 5 do 60 minut, w zależności od stopnia zainteresowania rozgrywką. Normalnie jaja sobie ci autorzy robią, czy o co tu chodzi? Skoro wspomniałem o długości naszej przygody, to tu niestety muszę bardzo was rozczarować, gdyż ten tytuł nie zapewni wielu godzin wesołego szpilania, gdyż całość można ukończyć w mniej więcej 15 – 25 minut, czyli znacznie krócej od standardowych tytułów z NESowej groteki (przynajmiej porównując do gier wydanych w 1992 roku). Jedyną zaletą tego faktu jest to, że w połączeniu z dość niskim poziomem trudności tytuł ten może być idealnym wstępem dla osób nieobeznanych z retro tytułami. Pozwala się zrelaksować (wyżyć) po ciężkim dniu w pracy i rozkręcić przed bardziej wymagającą rozgrywką.

A teraz przejdźmy do haseł – ten element w recenzjach w większości przypadków jest pomijany, bo co można o hasełkach napisać? Albo to że są, albo że umożliwiają dostęp do wybranego etapu, na którym skończyliśmy rozgrywkę, albo że komuś mocno odbiło i wymaga od gracza każdorazowego wpisywania dwudziestoparoznakowej frazy (najlepiej ze niestandardowymi znakami typu serduszka, kółeczka itp.). Tym razem jest zgoła odmiennie – otóż twórcy dali do dyspozycji możliwie jak najprostszy system haseł w grach wideo! Ale po kolei, tak więc zamiast standardowych literek, cyferek, hieroglifów, chińskich krzaczków i tym podobnych – mamy tu symbole w niewyobrażalnie ogromnej ilości trzech sztuk! Czerwonego rangera stojącego, biegnącego i strzelającego, ilość slotów na wpisanie passworda także jest niebywała, bo… także jest ich trzy! Po wykonaniu niezwykle skomplikowanych obliczeń matematycznych dochodzimy do wniosku że mamy łącznie aż 9 różnych kombinacji, przy czym hasło nie może zawierać trzech takich samych symboli, więc tak naprawdę mamy 6 możliwych kombinacji, a poziomów jest 5 – czyli prawie za każdym razem „ślepy strzał” umożliwi nam rozgrywanie jakiegoś etapu! To po co w ogóle istnieje ten system haseł, już lepiej by było, gdyby zaserwowano nam listę leveli do wyboru, co nie? Zważywszy fakt, że ukończenie tego tytułu przy jednym posiedzeniu nie jest jakimś szczególnym wyczynem.

Różnice pomiędzy Power Rangers a Kyōryū Sentai Zyuranger dla wielbicieli serialu. Kanał: Pomelo Retro.

Graficznie nie ma co temu tytułowi zarzucić, ale też za bardzo za co pochwalić: heros szczegółowo ubarwiony, lateks jak się patrzy, przeciwnicy tak średnio wyglądają, a sceneria jednak gorzej niż średnio, niby okay, ale szału też nie ma. A co z nutą – nie znajdziemy tam kultowego Go Go Power Rangers – bo to w końcu Super Sentai , ale ogólnie rzecz biorąc nie jest ani źle, ani rewelacyjnie. Posłuchamy, zapomnimy, uszy nie zwiędną.

O widzę że trochę się rozpisałem więc pozwólcie że przejdę do podsumowania. Power Rangers 2… znaczy Kyōryū Sentai Zyuranger nie jest ani rewelacyjnym, ani jakoś specjalnie kiepskim tytułem (chociaż w sumie jako adaptacja serialu wypada świetnie) i mimo wad warto dać temu szpilowi szanse. Któż spośród nas nie chciał być Power Rangerem za dzieciaka? (Ja! Wolałem być Rambo albo He-Manem – Borsuk). A jako że tytuł nie jest zbyt długi i trudny, to nowi gracze powinni sobie bezproblemowo z nim poradzić, a starzy wyjadacze łyknąć go jako przystawkę do większego dania, bez popity! Nie pozostaje wam w takim razie nic innego jak uratować świat po raz kolejny, przynajmniej będzie śmiesznie i wrócą wspomnienia z dzieciństwa.

Retrometr


Na koniec mała refleksja, która nurtuje mnie od dawna: skoro każdy z rangerów dostaje własnego zorda po to by je potem scalić w jedną całość, by po walce je znowu rozmontować i znów złożyć do kupy podczas następnej bitwy – to czy rangerzy nie obawiają się, że przy sekwencji transformacji wystąpią jakieś komplikację? Bo na przykład śruba się rozluzowała? Czy w przypadku uszkodzenia megazorda mają oni jakąś gwarancję producenta / ewentualnie jakiegoś mechanika, który by im to wszystko naprawił? Hmm…  A co wy co o tym sądzicie oraz jakie mieliście przygody z serią Power Rangers / Super Sentai? Piszcie w komentarzach!

* W przeciwieństwie do amerykańskiej edycji w Super Sentai żółty był facetem, a nie babką.

Ciekawostka: Studio Angel rok wcześniej także wydało adaptację serialu Super Sentai pod tytułem Chōjin Sentai Jetman.

Informatyk z zawodu i zamiłowania. Ulubione gatunki: platformówki, gun and run, FPSy, TPSy, wyścigowe, metroidvanie oraz cała reszta co jest szybka i dynamiczna - wiek gry nie ma znaczenia. Posiadane platformy: Commodore C64, Brick Game, Pegazus, PC