Recenzja | Sonic Adventure DX (PC, GameCube)

Trzeci wymiar – niegdyś obiekt pożądania od pierwszej połowy lat 90-tych. A wszystko to za sprawą pewnego wąsatego jegomościa, któremu znudziło się podróżowanie na dinozaurze i postanowił on wpaść na ciasto do pewnej księżniczki w jej z pozoru skromnym zamku. Jednakże okazało się że ciasto było kłamstwem i to wszystko zaplanowane było przez wielkiego bossa przez duże B, tylko po to by zachęcić głównego bohatera by ten zwiedził rozmaite, niekiedy zwariowane ukryte wymiary wewnątrz zamku i zbierał jakieś wirujące gwiazdy, które z jakiegoś powodu pełniły rolę kluczy do drzwi… Jednak dziś nie będzie o Super Mario 64, a o historii pierwszego jeża, który doczekał się reboota, wkroczył w trójwymiar* i przy okazji przeżył przygodę swego życia.


Sonic Adventure DX

Sonic Team – PC, GameCube (2003)

Sonic Adventure DX

Platformowa

Fabuła niejako kontynuuje wątki z poprzedniej odsłony z trójką w tytule. Doktor Robotnik po raz kolejny próbuje podbić świat, jednak, aby tego dokonać potrzebuje smoczych kul szmaragdów chaosu. Tym razem jednak ów błyskotki będą mieć zastosowanie. Otóż z nieznanych przyczyn szalony naukowiec odnalazł kilkuset letnią bestię, która dla niego pracuje, a zwie się Chaos. I tu od razu pochwalę za świetnie zaprojektowany design tej postaci – półprzezroczyste galaletowate coś, do dziś prezentuje się całkiem spoko. Jako że SA1 pierwotnie wyszło na równo z premierą Sega Dreamcast to trzeba było zaprezentować światu możliwości konsoli nowej generacji i wyraźnie widać tą „nową generację” (więcej o oryginale poczytacie u Repipa). Warto dodać że im więcej chaosu w Chaosie…. Eee.. znaczy im więcej szmaragdów ma w sobie, tym przybiera zarówno na sile jak i na masie, od wodnego kosmity, po rybo-żabo-coś.

Rozgrywka, jak to w Sonicach bywa polega na jak najszybszym pędzeniu przed siebie i walczeniu z przeciwnikami. Jako że tym razem przemierzamy lokacje w 3D, więc i struktura poziomów z lekka uległa zmianie. Teraz poziomy są bardziej liniowe, ale za to są bardziej zróżnicowane. Naszą przygodę rozpoczynamy na gorącej plaży, by potem trafić do wiatrowej autostrady, kasyna, lodowca, wulkanu, zwariowanej turbo szybkiej autostrady, starożytnego grobowca, kanionu, no i oczywiście bazy Eggmana. Między „klasycznymi” poziomami przemierzamy etapy przygodowe… które są przygodowe jedynie z nazwy, chodzimy sobie po ulicach miasta, dżungli i latającym statku wykonując niezwykle wymagające zadania pokroju przenoszenia „tajemniczego” kamyczka w wybrane przez twórców miejsce. Dodatkowo jako że jest „Adventure” w tytule to twórcy zapewnili nam dość sporą ilość cutscenek, niczym w GTA… tyle że jakoś tych filmików oraz poziom dialogów niestety nie powalają. Aby dać odpoczynek od naprzemiennego biegania i oglądania filmu sensacyjno-przygodowego, będziemy brali udział w powietrznych bitwach! Podobnie jak w Panzer Dragoon będziemy namierzali wrogie obiekty wroga, wymijając pocisków nieprzyjaciela. Oczywiście będziemy także się pojedynkować, głównie w kolejnymi wcieleniami Chaosa, gdy ten wchłonie kolejny szmaragd.

Ledwo się nie obejrzymy, nim miną nam te trzy godziny i wtedy ujrzymy napisy końcowe, w nagrodę za nasze wyczyny!

Nie pozostało nic innego jak przejść do podsumowania… ale zaraz, zaraz to nie jest koniec, a dopiero początek, zostały jeszcze do omówienia pięć z sześciu dostępnych kampanii. Co, mówicie że się kawa do czytania skończyła? No dobrze, poczekam, byle prędko… Już? No to jedziem z opisem pozostałej czwórki towarzyszy i jednej towarzyszki.

Kampania Tailsa to nic innego jak streszczona fabuła z kampanii Sonica, tyle że teraz wesoły lis jest głównym bohaterem, a poziomy mniej więcej są kopią z poprzedniej kampanii z jednym nowym bossem oraz etapem bonusowym. Jego głównym (i z grubsza jedynym) zadaniem jest ściganie się z niebieskim do mety, na której czeka w większości przypadków jeden z wielokrotnie wspominanych kolorowych szmaragdów. Tylko po co? Bo nie ufa Sonicowi, że ten weźmie błyskotkę dla siebie i wyda ją za błyskotki w pobliskim kasynie?  Żeby było śmieszniej to podczas ogrywania tej kampanii przez większość czasu będziemy oglądali te same cutscenki co u jeża, tyle że teraz to lis zajął miejsce tamtego i to on teraz ratuje sytuację, więc w sumie jest to niekanoniczny wątek ? Normalnie pogubić się można.

W trzecim trybie wcielamy się w dobrze Wam znanego Knucklesa, który wyrusza na pełną niebezpieczeństw wyprawę po zaginione kawałki gigantycznego diamentu zasilającego wyspę na której mieszka. Tym razem naszym zadaniem jest bieganie, szybowanie i kopanie, to tu, to tam i słuchania pikania oznajmiającego że zbliżamy się do danego fragmentu kryształu – po trzy na poziom. Na szczęście poziomy nie są na tyle rozległe, by się w nich zgubić, więc średnio spędzimy po 2 – 4 minuty na level. Ot miłe urozmaicenie od ciągłego biegania w poprzednich etapach.

Teraz pora omówić kampanię Gamma – robota, zatrudniony na umowę na zlecenie u Eggmana. Jednak gdy dowiaduje się że wąsaty coś knuje, buntuje się i postanawia zniszczyć swych pobratymców. A jak? A no w bardzo prosty sposób – strzelając do wszystkiego co się rusza z samonaprowadzającego karabinu czując się niczym Terminator. Pacyfistyczne podejście nie jest zalecane, bowiem za każdego ustrzelonego delikwenta dostajemy dodatkowe sekundy czasu, a gdy ten osiągnie wartość zerową, to wtedy giniemy, proste, co nie? Przyjemna i krótka kampania przygotowująca nas do nadchodzącego koszmaru…

Jeszcze zostały do omówienia dwie kampanie, najgorsze z najgorszych, równie dobrze mogło by ich nie być, bo ani gameplay ciekawy, ani fabuła interesująca. Na pierwszy ogień kampania Amy. Pewnego słonecznego dnia różowa jeżyca znajduje ptaka, który ucieka przed robotem. Bohaterka tejże opowieści postanawia go uratować, po czym trafia do więzienia, ale gdy grzecznie poprosiła drugiego robota, to ten ją wypuścił… po to by znowu wpaść w pułapkę Eggmana, który dorwał ptaszka, bo ten miał szmaragd chaosu. Naszej jeżycy znowu udaje się uciec, po czym postanawia że uratuje rodzinkę pierzastego i w tym celu… tak zgadliście, znów ruszyła do bazy Robotnika, uwalnia ptaszki, pokonuje finalnego bossa i finito. Tak prezentuje się cała kampania podzielona na aż 3 poziomy. A jak się prezentuje rozgrywka? A no wyobraźcie sobie co by było gdyby do Sonica uwiązano wyjątkowo ciężki kamień i ten nie może biegać oraz dodatkowo goni go robot, którego można unieruchomić na parę sekund jak się go walnie młotkiem. Średnio ciekawie, prawda? Na szczęście (bądź nieszczęście) męczarnia z tą „kampanią” trwa tak z około godzinkę.

Najgorsze zostawiłem na koniec. Zgadnijcie, jaki element rozgrywki byłby jak najbardziej nie na miejscu w szybkiej i dynamicznej rozgrywce? Łowienie ryb. Tak, dobrze czytaliście, w ostatniej kampanii wcielamy się w wielkiego fioletowego kota, który zgubił swego przyjaciela, który jest żabą o imieniu Froggy (bardziej kreatywniej się pewnie nie dało), a jako że Big (no bo wiecie – duży jest) nic innego nie umie poza łowieniem obiektów pływających (czasem rzuci kilkuset kilogramowym kamieniem – widocznie łowienie ryb wpływa na krzepę) to pozostało mu nic innego jak wyłowić swego przyjaciela przez kolejne 4 etapy i przy okazji stoczy walkę z bossem. Dobra nowina jest taka że mechanika łowienia ryb została uproszczona i za bardzo nie przypomina symulatora. Rzucamy linkę, machamy w przynętą, żabka ją chwyta, a my ciągniemy do siebie tak by linka się nie urwała (znaczy żeby boczny pasek nie osiągnął szczytu), bo jak się urwie to… umieramy (!), to się nazywa śmiertelne podejście do tematu, co nie? ;)  Jakby się nam naprawdę mocno nudziło to poza płazem możemy łowić inne ryby. Fabularnie prawie nic nie wnosi, ani to za ciekawe, ani to za bardzo potrzebne, dobrze że chociaż nie jest długie. Jedyny plus warty uwagi to fajna nuta przy napisach końcowych oraz najbardziej epicka finałowa walka w historii gier wideo trwająca tak ze 10 – 30 sekund ;)

W nagrodę za ukończenie wszystkich sześciu kampanii (i obejrzeniu napisów końcowych tyle samo razy – już wyczuwam telepatycznie uśmiech na Waszych twarzach) będziemy mieli dostęp do finalnego epizodu… który jest zbiorem cutscenek i całkiem fajną walką z finalnym bossem. A potem jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść. Ale czy na pewno? To zależy jak bardzo uwielbiacie wymaksowywanie tytułów. Poza głównym trybem gry mamy możliwość powtarzania każdego etapu (wraz z mini gierkami) po dwa razy, tyle że z wybranym celem misji typu: ukończ poziom mając 50 ringów, dotrzyj do mety w mniej niż 2 minuty itp.

Byłbym zapomniał, jest jeszcze obszerny tryb polegający na opiece nad Chao, coś w stylu Tamagotchi. Karmimy zwierzaka owocami i zwierzątkami, powoli obserwując jak nasza pociecha powoli zmienia swój wygląd oraz statystyki, po to by mogło wziąć udział w wyścigach za które dostaniemy emblemy.

To co w większości gier jest jedną z największych zalet, tak tutaj jest to jedna z największych wad – a mianowicie długość. Wyobraźcie sobie że w chwili pisania recenzji zdobyłem 81 z 130 możliwych emblemów, mając na liczniku „zaledwie” 16 godzin (!). Dla przypomnienia, główna i najdłuższa kampania Sonica trwa tak ze 3 godziny… i w sumie, gdyby SADX skończyło się po tych kilku godzinkach, tytuł za bardzo na tym nie ucierpiał. Tak wiem że co niektórzy mogą pomyśleć że się czepiam, że jak mi się przestaje podobać gra to ją mogę rzucić w połowie, ale osobiście jestem z tych, którzy jak się wkręcą w dany tytuł, to w większości przypadków go kończą. Spytacie czy te zbieranie medali coś daje poza brakiem satysfakcji? O dziwo odpowiem że tak, na każde 20 emblemów otrzymujemy po jednej grze na Segę Game Gear… no chyba że akurat posiadasz wersję, gdzie nie dostaniesz tych gier drogi graczu to wtedy analogicznie nie ma nagrody. Dla osób, które naprawdę nie mają w co grać lub mają za dużo wolnego czasu mam dobrą nowinę. W wersji DX dodatkowo dodano tryb misji, polegający na łażeniu i zaliczaniu bezsensownych zadań które w zasadzie do niczego nie służą, za które dostaniemy osiągnięcie na steamie.

Myśleliście że zapomniałem o podlinkowaniu ulubionego utworu z omawianej osłony? Oczywiście że nie, miłego słuchania:

Zdaję sobie sprawę że tytuł miał być rewolucyjny, a takowy był, bo nie dość że graficznie i muzycznie stoi na wysokim poziomie to jednak widać że przy tworzeniu ekipa Sonic Team odrobinę przesadziła. Dlatego też, jeżeli chcecie przyjemnie spędzić chwile, nie przejmując się nad właściwym ukończeniem gry to ograjcie kampanie Sonica oraz ewentualnie Tailsa i dajcie zieloną ocenę. Zaś za całokształt niestety ocena zółtawa.

Retrometr


Dla posiadaczy PC mała rada: zainstalujcie moda BetterSADX, by móc w pełni cieszyć się tym tytułem – płynne 60 klatek na sekundę, możliwość gry w HD, tryb nigdy nieurywającej się linki podczas łowienia ryb oraz wiele więcej!

Na koniec jeszcze parę pytań pozostawionych bez odpowiedzi: skąd się pojawili ludzie w świecie Sonica, dlaczego nie wykazują żadnej reakcji gdy przebiegają obok nich gigantyczne zwierzaki oraz roboty, a także jakie są dalsze losy orki z pierwszego poziomu?

*Tak prawdę mówiąc błękitny jeż wcześniej miał okazję pobiegać nieco w 3D w etapach bonusowych w Sonic 3D Blast w wersji na Segę Saturn, w minigierce w Sonic Jam, będącą kompilacją klasycznej trylogii również na Saturna oraz w Sonicu R o którym lepiej nie wspominać bo to nie za fajny racer był (tak zgadliście – też na Saturna, no i PC).

Informatyk z zawodu i zamiłowania. Ulubione gatunki: platformówki, gun and run, FPSy, TPSy, wyścigowe, metroidvanie oraz cała reszta co jest szybka i dynamiczna - wiek gry nie ma znaczenia. Posiadane platformy: Commodore C64, Brick Game, Pegazus, PC