Recenzja | Tak and the Power of Juju (PS2, GC)

Spełnia się przepowiednia Juju Księżyca, szaman Tlaloc zmienił klan Pupanunu w owce i nie zamierza na tym poprzestać. Nie zmienił jedynie dwóch mieszkańców… a jednym z nich jest lokalny pokurcz imieniem Tak.

Złe to czasy dla klanu, przepowiednia mówi o wybawieniu przez wybrańca, problem w tym że szaman Jibolba trenował na swego wojownika Loka, a ten… jest owcą. Zatem Tak musi odzyskać sporo potrzebnych szamanowi Jibolbie składników i artefaktów by przekupić i wzmocnić moce dobrych Juju i odczarować jakoś Loka by ten pokonał Tlaloca. Wszystko jasne? No nie bardzo bo Tak nie należy do herosów zdolnych takie rzeczy osiągnąć. Wiejski głupek wybiera się na niezłą podróż, jak do tego doszło? Lepiej jeśli sami weźmiecie po części w tej naradzie udział, bo intro jest tutaj rewelacyjne. Pełne humoru i ładnie animowane burzy w umiejętny sposób czwartą ścianę.

Tak dołączył do grona bohaterów platformerów z którymi mam problem przy pisaniu recenzji. Ty, Sam, Jak i Tak w języku polskim kojarzą się z wieloma rzeczami, ale nie z bohaterami gier. Zatem czasem zdanie na pierwszy rzut oka może się wydawać dziwnie skonstruowane ;). Nie ma co się jednak szczypać, pora przejść do tekstu właściwego. Wciskam Enter i robimy nowy akapit.

The mighty warrior doesn’t become a sheep

Jak już można było wydedukować Tak and the Power of Juju to platformer 3D jakich było od cholery na 6 generacji konsol, czym więc wybił się ten kurduplowaty pigmej na tyle by powstały kolejne części? Zacznijmy od tego, że jest to gra nieliniowa, co mnie z początku lekko wybiło z rytmu. Jest wiele platformerów, które dają ci jakiś złudny wybór i możliwości w doborze kolejnego etapu, pozwolą ci nawet jakiś level pominąć jeśli chcesz (np. Gex, czy Spyro), ale tak do końca żaden nie daje pełnej swobody. Tak się tutaj zupełnie inaczej prezentuje, może nadal o sandboxie nie można mówić, ale w tym gatunku nie widziałem by jakiś platformer dawał aż takie możliwości. Nie masz nawet mapy, idziesz gdzie chcesz. Przykładowo na początek masz zebrać 9 skalpów z krwiożerczych roślin. Możesz sobie podreptać do 4 światów, a w każdym z nich są trzy takie kwiaty, więc do jednego ze światów w ogóle nie musisz po to wchodzić. Trochę na początku jest to kołujące bo nie masz mapy, więc nawet nie wiesz że możesz iść do czterech światów, ja po wykonaniu zadania odnalazłem czwarty i sobie tam też skalpy zebrałem po fakcie (nie trzeba, ale ja chciałem wszędzie wleźć). W dalszej części gry są podobne rozwiązania i niemal do samego końca nie masz nic konkretnego narzucone, masz przykładowo zebrać 100 orbów, ale gdzie to sam decydujesz bo w sumie w całej grze jest ich 200 więc gdzie uzbierasz tam będzie dobrze. Stary Jibolba nie wybrzydza, orb to orb.

Why, hello. So glad you could stop by. Lovely breeze here in the treetops today. Smells of yummy… fresh… meat.

Na odrębny akapit zasługuje również rozwój naszej postaci, Tak ma całkiem niezły asortyment w trakcie gry jeśli odnajdujesz ukryte moce Juju (ale jak to tu bywa – wcale nie musisz ich odszukać, warto jednak ich wypatrywać). Będą umiejętności ofensywne które pozwolą łatwiej prowadzić walkę, będą umiejętności ułatwiające zagadki, czy takie które uprzyjemnią eksplorację. Do tego obowiązkowo odszukamy kilku Juju, którzy osobiście nam pomogą… nie zawsze bezinteresownie. Nasz pigmej otrzyma też w określonych miejscach pomoc ze strony zwierząt. I tak oto nosorożec staranuje przeszkodę, orangutan użyje palmy jak wyrzutni i katapultuje Ciebie w niedostępne miejsce, a owce… no cóż, owce mają tutaj wiele różnych zastosowań (ale nie takich o jakich myślisz!;). Do tego czasem dojdzie nam gadżet na jakimś określonym etapie jak np. deska snowboardowa, ale te zjazdy są akurat średnio udane i dobrze że są całkowicie opcjonalne. Jest też strój kurczaka, ale ma hmm… specyficzne sterowanie i też mi się średnio podobało, podobna liga co poziomy z pijanym pelikanem w Kangurku Kao 2.

Opcji jest jednak wiele i fajnie że są dobrze wpasowane w ten świat, który jest zaskakująco spójny. To mi się również podobało, że każda lokacja, umiejętność i zagadka pasują do całokształtu. Nie ma znanego z platformerów skakania po światach, teraz jesteś na pustyni, zaraz na śniegu, a w ogóle to z zamku przejdziesz do kosmosu przez kuchnię. Nie, tutaj jest spójnie czym przypomina Tak Raymana 2, a to dla mnie zawsze duży plus. Lokacje mimo iż są spójne to nie oznacza to, że są monotematyczne i nudne, co to to nie! Jak tak przeglądałem sobie w necie obrazy koncepcyjne do gry to nie można nie docenić ogromu czasu i umiejętności w nie włożonych. Wszystko wygląda po prostu bajecznie.

Ciemne jaskinie ze znanym „świetlikowym” motywem (Crash Bandicoot, Mario, Croc) w którym podążamy na czas za światełkiem, świątynia wyznawców kurczaków w której motyw z jajami i kurami mnie rozwalił (a jednocześnie wprowadził na większe obroty bo kombinowania było sporo), skakanie po wysokich drzewach w dżungli, czy grobowce zasłużonych członków klanu. Motyw zaświatów podobał mi się chyba najbardziej, były to etapy najbardziej pomysłowe i klimatyczne, przeprowadzanie mumii przez przeszkody w grobowcach, czy odkrywanie niewidzialnych elementów w świecie umarłych dawały radę! Fajne jest też to, że wszędzie zbalansowany został podział na zagadki, walkę i eksplorację, nie dominuje żaden z tych elementów przez co gra nie nuży na dłuższą metę. Zawsze otrzymujesz zdrowy mix tych elementów.

Nie byłbym sobą gdybym nie poświęcił kilku zdań na bossów. Tutaj występują oni głównie w postaci pomagierów złego szamana, są to  Pins i Needles, którzy nie wiedzieć dlaczego kojarzą mi się z Shaker Brothers z Chrono Crossa. Walki z nimi są zawsze inne, co ja gadam! One się całkowicie od siebie różnią, nie da się ich ze sobą porównać co jest wielkim plusem. Są to nie tyle walki co jakieś wyzwania bo raz np. startujemy w pojedynku, który opiera się na wciskaniu kombinacji klawiszy które wyskakują na ekranie. Ostatni boss również mnie nie rozczarował, kilkuetapowa walka, która może mogłaby być ciut trudniejsza, ale pomysł był fajny. Na koniec Tlaloc dostał to na co zasłużył ;).

Hey, alright! First living person I’ve seen in nineteen hundred and ninety-nine years! Want to party? I’m just DYING TO PARTY!

Zanim przejdę do technikaliów chciałbym zaznaczyć, ze jest tutaj bardzo dużo dobrego humoru. Autentycznie człowiek się cieszy, gdy słyszy te dialogi w chacie szamana, „zemsta wskrzeszenia” jeśli zagracie to będziecie zupełnie inaczej patrzeć na biegunkę ;). Grafika? Prócz spójnego designu o którym pisałem nie mam zbyt wiele do dodania, jest kolorowo, przejrzyście a gdy trzeba to nawet trochę mrocznie. Na słowa uznania zasługują podłożone głosy, wszystko świetnie pasuje jak to często tutaj, po prostu gra jest spójna i szyta na miarę. Gderanie starego szamana Jibolby, czy imprezowe hasła Juju Śmierci są kapitalne. Muzyka jaka tutaj przygrywa wpada w ucho, może to nic wybitnego nad czym musiałbym się rozwodzić i rozpływać w pochwałach, ale ładnie uzupełnia całość. Ta gra to gotowy produkt na animację, co zapewne ludzie w Nickelodeon zauważyli, ale więcej w ciekawostkach.

Jeden z twórców ponoć miał powiedzieć, że tworząc grę gameplay wzorowali na serii Sly Cooper, projekty poziomów na serii Jak & Daxter, a humor na serii Ratchet & Clank. O ile w tym pierwszym nie do końca jestem w stanie dostrzec powiązania tak pozostałe inspiracje są widoczne. Gdybym miał jednak porównywać Tak and the Power of Juju do jakieś gry to postawiłbym na Ty the Tasmanian Tiger. Grają mniej więcej w tej samej lidze, jednak postacie i humor Taka stawia go o włos wyżej niż ssaka z Australii, stąd zielony retrometr.

Do plusów zdecydowanie zliczam spójność projektu, humor, otwarty świat, stronę a/v i długość gry (zdrowe 8 godzin). Minusem są niektóre etapy (zjazdy na desce i strój kurczaka), brakowało mi również mapki, szczególnie na początku. Gra nie należy też do zbyt trudnych, ale była kierowana do młodszego odbiorcy więc się nie czepiam. Z resztą poziom w świątyni wyznawców kurczaków lub grobowcach mumii mogą być uznane przez młodszych nawet za zbyt trudne, więc takiej całkowitej sielanki tutaj nie ma. Zaopatrzyłem się już w kontynuacje i mam zamiar je ograć, więc mogę śmiało polecić tego szpila fanom gatunku. Nie jest to Święty Graal, ani nawet ukryta perełka, ale bardzo solidny produkt.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: PlayStation 2 /2018

3 słowa do gracza: Bardzo solidny i spójny szpil, dla fana gatunku jak znalazł


Ciekawostki:

» Tak and the Power of Juju miał w sobie potencjał na animację i Nickelodeon postanowiło w ten pomysł uderzyć (jednym z wydawców gry było Nick Games). Na ogół jest zupełnie odwrotnie, to gry powstają na licencji filmów i animacji, tutaj poszło wszystko w drugą stronę. Serial był emitowany w latch 2007-2009  i składał się z 26 epizodów, które na ogół miały w sobie dwa 11 minutowe odcinki.

» Gra o takim samym tytule wyszła też na GBA, ale jest prostym platformerem w 2D i trudno szukać tu podobieństw prócz licencji

» pins and needles to w tłumaczeniu… mrowienie 


Do posłuchania w trakcie lektury:

Tak & the Power of Juju OST – Chicken Temple

Inne artykuły:

Recenzja | Gothic Ciężko zachować obiektywizm w momencie, gdy jest się fanem danej serii. Mimo to, postaram się w miarę chłodnym okiem zrecenzować pierwszą część serii ...
Recenzja | Nosferatu: Wrath of Malachi Niesiony atakiem zakupoholizmu podczas przeglądania obniżek cen na GOG-u postanowiłem zakupić kilka starszych tytułów, które przypomną mi jak to fajni...
Akta retronagazie.eu | Brzydkie kaczątka Po ostatnim lekko hipsterskim wpisie Daaka o osobliwych blaszakach z PSX'a, powracamy z aktami RnG tym razem w rozszerzonym gronie platformowym. Nie m...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox