Recenzja | The 3rd Birthday (PSP)

Gdyby pewien japoński farmakolog, niejaki Hideaki Sena nie napisał niegdyś powieści o jakże wymownym tytule Parasite Eve, nie doszłoby do narodzin kultowej ikony pierwszego PlaySation jaką niewątpliwie była postać Ayi Brea

To właśnie na bazie wspomnianego dzieła panowie z dawnego Squaresoftu stworzyli kontynuację książkowego pierwowzoru o tym samym tytule, która stylistycznie mieściła się w ramach typowego biological horroru. Historia ponętnej, ale zarazem silnej i charyzmatycznej funkcjonariuszki nowojorskiej policji, poruszająca wątki biologicznych mutacji czy w późniejszym sequelu również i genetycznych eksperymentów na ludzkim organizmie, zaskarbiła sobie z miejsca rzeszę fanów między innymi dzięki interesującemu mariażowi gatunkowemu łączącego w sobie cechy gier RPG oraz akcji. Blisko jedenaście długich lat spragnieni gracze oczekiwali na kolejne perypetie blondwłosej policjantki i choć początkowe, planowane wydanie gry na telefony komórkowe nie napawały optymizmem, ostatecznie trzecia część cyklu zatytułowana The 3rd Birthday światło dzienne ujrzała na Playstation Portable jako exclusive.

Wraz z rzeczywistym czasem oczekiwania na kontynuację równocześnie ochoczo upływał czas akcji samej serii. Minęło niemal jedenaście chłodnych zim od ostatnich wydarzeń mających miejsce w Parasite Eve II, kiedy to sam środek zaśnieżonego Nowego Jorku ponownie staje się świadkiem niecodziennych zajść. Wigilijny wieczór czai się tuż za rogiem, już za parę godzin rodziny wspólnie usiądą do suto zastawionych stołów, a dzieciaki rozpakują wymarzone prezenty. Ciepła, gwiazdkowa atmosfera bije z każdego zakątka metropolii, jednak nieoczekiwanie zmącona zostaje poprzez niewielkie trzęsienie ziemi w wyniku którego spod rozdartego gruntu wyłaniają się ogromne, organiczne twory kształtem przypominające rozścielające się korzenie drzew.

Na Twoich oczach „Wielkie Jabłko” rozrywane zostaje na strzępy, ludzie uciekają w popłochu przed mackami dziwnych struktur, które niszczą wszystko co napotkają na swej drodze. Nadwątlone wieżowce walą się pod własnym ciężarem jak domki z kart, wagoniki podziemnej kolejki miażdżone zostają niczym puszki po piwie, aż w końcu jedno z ramion obcego bytu wyłamuje znicz trzymany w dłoni przez posąg Statuy Wolności. Wymownie upada nowojorski symbol, a wraz z nim powoli ku upadkowi chyli się cywilizacja ludzkiego gatunku. Nikt nie spodziewa się, iż wkrótce na cały świat rozleje się fala krwiożerczych „Twisted’ów” – pokręconych form życia, których instynkt nakazuje wyeliminowanie całej populacji homo sapiens.

Zbyt długa zabawa w chowańca zniecierpliwi Twisteda, który w końcu rozniesie osłonę w drobny mak

Jedyną osobą która jest w stanie odmienić los nieubłaganie mknący w kierunku eksterminacji rasy człowieczej jest właśnie nasza stara znajoma Aya Brea, pełniąca tym razem funkcję agentki nowopowstałej formacji CTI (Counter Twisted Investigation) – podległej FBI gałęzi  powołanej specjalnie do walki z Twistedami. Choć posunięta w wieku, nic, a nic nie zmieniła się pod względem fizycznym, zachowując wciąż swój nieskazitelnie młodzieńczy wygląd dzięki zmutowanym mitochondriom, to jej ukształtowany obraz jaki zapamiętałeś rozmywa się już przy pierwszym, bliższym kontakcie. Uświadamiasz sobie, że masz do czynienia z jej cieniem, bowiem bohaterce brak pewności siebie, dawnej krasy, dziewczyna zdaje się być zamknięta w sobie, zahukana oraz zagubiona. Na domiar złego dziewczę boryka się z zanikiem pamięci, więc prócz ratowania świata, na swoich barkach dźwiga również ciężar tajemnicy własnej tożsamości. Jak zatem w tym całym bałaganie stawić czoła narastającej niczym kula śnieżna zagładzie? Ano wystarczy zgasić ją w zarodku. Nasza blondynka dzięki swym zahibernowanym mocom oraz specjalnemu systemowi Overdive jest w stanie wysłać swoją jaźń w przeszłość i zakotwiczyć ją w ciele wyszkolonego żołdaka, przejmując jednocześnie nad nim kontrolę. Każdy z sześciu rozdziałów jakie przygotowali twórcy stanowi więc powrót do minionych, kluczowych, ale zarazem zakończonych niepowodzeniem wydarzeń, którym sprostać może tylko panna Brea, odwracając tym samym losy świata i na nowo pisząc jego historię.

Bez dwóch zdań na przestrzeni lat seria ewoluowała i choć pierwsze dwie odsłony ciutkę różniły się gameplayowo, to mimo wszystko generycznie względem siebie były spójne. The 3rd Birthday obiera zgoła inny kierunek kładąc przede wszystkim wyraźny nacisk na akcję i strzelanie do wszelkiego rodzaju tałatajstwa z zastosowaniem prostego systemu osłon i uników. Kolorytu całej zabawie nadaje jednak wspomniana technika Overdive, dzięki której Aya potrafi szybko przemieszczać się między ciałami żołnierzy, co otwiera przed Tobą szereg możliwości. Niczym pasożyt możesz wykorzystać swojego żywiciela poświęcając jego życie oraz zdrowie, a gdy te spadnie do zera bezproblemowo ewakuować się na nowego hosta i kontynuować walkę. Zabrakło amunicji? Nic nie stoi na przeszkodzie, by przejąć sylwetkę nowego najemnika wraz z rezerwami jego wyposażenia. Przełączanie się między kolejnymi sprzymierzeńcami delikatnie wprowadza do gry również taktycznego posmaku, bowiem uwagę danej pokraki możesz skupić na jednym fumflu, po czym zanurzyć się w następnego osobnika, wyprowadzając tym samym cios z flanki lub od tylca. Sposobność ta szczególnie przydaje się w trakcie potyczek z grubszymi rybami, które to wymagają indywidualnego podejścia, znalezienia odpowiedniego sposobu na ich pokonanie.

Prawie jak „Airwolf”

Mechanika gry jest więc przyjemna, aż chce się pruć ołowiem do wszelakich, powykręcanych pokurwieńców i pomimo wkradającej się z czasem rutynowej powtarzalności, najzwyczajniej w świecie sprawia ona dużo radochy. Aczkolwiek kilkukrotnie między, prawie że nieustannym wypluwaniem zwykłych pestek, wytoczysz działa nieco cięższego kalibru, toteż zasiądziesz za celownikiem szybkostrzelnego Gatling Guna z tendencją do przegrzewania, z wnętrza ciasnego czołgu unicestwisz ogromnego robala plującego ognistymi kulami czy nawet polatasz śmigłowcem bojowym w czysto arcade’owym tonie. Na nudę zdecydowanie nie ma co narzekać, natomiast delikatnie zabawę urozmaicić potrafią tak zwane featsy – nieobligatoryjne zadanka wymierne w korzyściach przypadające na dany rozdział, a wymuszające sprecyzowane działania. Ubicie danego typu przeciwników, nieraz w określonym czasie; niedopuszczenie do śmierci kumpli z drużyny bądź abstynencja w korzystaniu z funkcji Overdive, kiedy na ekranie dzieje się konkretny rozpiździel, zrasza czoło i dłonie potem, szczególnie na wyższych poziomach trudności.

Trzeba przyznać, iż nader często znajdziesz się w sytuacjach podbramkowych, kiedy to niemal z każdej strony będziesz kąsany przez poczwary, które nie zostawią ani okruszka ze smakowicie pachnącego paska zdrowia. I nie daj Boże, byś trafił w szpony Snatcherów, bezpowrotnie porywających ciała w bezkresną otchłań bądź na celownik Mudflapów potrafiących w mgnieniu oka przemienić człowieka w Twisteda. Błyskawiczny ostrzał robi swoją robotę i choć jesteś w stanie wydać kompanom polecenie ognia krzyżowego wspomagającego Twoje działania, to jednak Ty wykażesz się największą skutecznością. A wszystko dzięki bogatemu arsenałowi. Niczym u ruskich na Stadionie Dziesięciolecia otrzymasz do wypróbowania niemal pół setki pukawek – do wyboru spośród podręcznych pistoletów, dalekosiężnych karabinów, idealnych na bliski kontakt shotgunów, snajperek obnażających słabe punkty przeciwników, a nawet granatników sprawdzających się w cięższych momentach.

Wedle własnego uznania możesz wybrać idealny dla swojego stylu oręż, a z racji tego, iż im dłużej używasz danego typu broni, tym nabierasz większego doświadczenia oraz wprawy w ich posługiwaniu się, co dodatkowo otwiera przed Tobą możliwość umiarkowanej customizacji. Punkty zdobywane za dziesiątkowanie potworków czy za wspomniane featsy możesz spożytkować na odblokowanie nowych części do danej giwery, zmieniających jej parametry na zasadzie „coś kosztem czegoś”. Element ten został świetnie zbalansowany, więc nie raz staniesz przed dylematem czy zwiększyć pojemność magazynku w zamian za poręczność, zasięg czy może upgrade’ować siłę samej broni bądź pocisków zamiast ulepszyć czynnik odpowiadający za sprawne osłabienie przeciwnika.

Uwagę niemniej warto skupić na tej ostatniej zdolności, gdyż nieprzerywane częstowanie bydlaka odpowiednią ilością ołowiu wprawi go w oszołomienie, dzięki czemu będziesz mógł wykonać na nim specjalny finisher zwany Overdive KillAya po zanurzeniu się w głąb przeciwnika rozerwie go od środka bądź odbierze mu sporą część energii. Oj, sadzenie combosów składających się z duetu strzelba plus ODK cieszy mordę, aż miło. W każdym razie, dodatkową zaletą takiej akcji, podobnież jak przy przejmowaniu ciał żołnierzy, jest szansa na pozyskanie kodów DNA, które po wszczepieniu w organizm podopiecznej można ze sobą łączyć i mieszać. W rezultacie pozwala to na aktywację dodatkowych umiejętności i mimo, że mają one raczej bierny, niektóre losowy charakter w przeciwieństwie do mocy jakimi bohaterka dysponowała dawniej, to potencjał w nich drzemiący jest naprawdę spory.

Inżynieria genetyczna pozwoli między innymi na jednorazowe zmartwychwstanie, chwilową nietykalność, podreperowanie zdrowia czy świadome poświęcenie własnego życia w fazie Liberation, zadając zarazem znacznych obrażeń pobliskim maszkarom. Aha, musisz wiedzieć, iż każdy pocisk zatopiony w cielsku kulfoniastych Twistedów wypełnia specjalny pasek wspomnianego dwie linijki wyżej trybu – typowego berserkera, w którym to blond cizia chwilowo staje się silniejsza, jest szybka jak błyskawica, potrafi z gracją unikać ataków skacząc, wykonując fiflaki i niemal napierdalając bregdensa na rzęsach. Ot, taki malusi handicap, aczkolwiek jeśli deczko chciałbyś sobie dodatkowo utrudnić rozgrywkę, przy odrobinie szczęścia możesz zaprogramować łańcuch DNA tak, by pogarszał poszczególne cechy protagonistki.

Wspólny ostrzał pomaga szybciej osłabić mutanta i wykonać śmiercionośny Overdive Kill  

Co natomiast dosyć często wadzi i kłuje w boczek pod żebrem w trakcie zabawy, to nieco zachwiana poprzez pracę kamery orientacja w terenie. Ręczne jej ustawienie wymaga oderwania kciuka trzymanego na gałce kieszonsolki i manewrowania krzyżakiem, co podczas wzmożonej akcji nie jest raczej wskazane. Po prawdzie widok zresetować można lewym triggerem, lecz aby sprawdzić co dzieje się za plecami, wpierw należy skierować postać w tym kierunku, co naraża na dodatkowy uszczerbek na zdrowiu. Samo sterowanie zaś, a co za tym idzie strzelanie, mimo braku drugiego analoga jest przystępne i intuicyjne, w czym z całą pewnością pomaga auto – lockowanie.

Skoro już babrzemy się w technicznym błotku, to trzeba stanowczo przyznać, iż The 3rd Birthday jest jedną z najładniejszych gier wydanych na PlayStation Portable. Panowie z HexaDrive, odpowiedzialni za tę odsłonę, przyzwoicie przyłożyli się do stworzenia modeli postaci, przyjemnego otoczenia pełnego detali – gdzieś tam poprószy śnieżek, kałuża odbije lekko rozmytą okolicę, przy rozrywaniu Twistedów ładnie trysną kropelki krwi, zaś ślepia niewątpliwie ucieszą się na widok wszelkich efektów towarzyszących trybowi Liberation czy podczas wykonywania Overdive’a. Twórcy zadbali nawet o taki szczegół jak stopniowe strzępienie łaszków Ayi, co uwydatni jej krąglejsze walory, aczkolwiek ma to swoje drugie dno – agentka CTI pomykając w poszarpanych ciuszkach, niemalże naga, jest bardziej podatna na ataki. Dynamicznej rozgrywce towarzyszy energetyczny soundtrack, muzyka idealnie komponuje się z tym co dzieje się na ekranie, znakomicie podbijając ciśnienie w stresujących momentach, a kiedy trzeba koi stonowanym brzmieniem. Uszy łechcą natomiast nowe aranżacje kilku starszych utworów, na czele z „Primal Eyes” – motywem przewodnim, gdzie gitarowe riffy żwawo tańcują z kościelnymi organami. Dostajesz kawał solidnego udźwiękowienia, choć z czasem drażnić zaczynają stęki i jęki wydostające się z ust naszej małomównej dziewoi.

Przygnębiający widok, potęgowany przez nową wersję utworku „Memory II”

Marka Parasite Eve mimo, iż nie należała do szczególnie wybitnych survival – horrorów, odznaczała się wyjątkową atmosferą nacechowaną biologiczno – genetycznym  pierwiastkiem, co pozwoliło znaleźć jej swój własny pomysł na siebie i unikalny styl. W przypadku „Trzecich Urodzin” motyw ten gdzieś się rozmył, zaś seria zaczęła niebezpiecznie zerkać w kierunku elementów fantasy, wykazując nawet metafizyczne ciągotki. Czasoprzestrzenne wojaże czy sposób w jaki zostało wytłumaczone pojawienie się Twistedów niestety nijak pasuje do założeń sagi i pozostawia w ustach delikatny posmak goryczki. Twórcy sprytnie amnezją heroiny otworzyli sobie furtkę do pewnej fabularnej swobody, przez co historia z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej staje się zawiła i ciężkostrawna, aczkolwiek patrząc przez pryzmat obranej ścieżki, finał dosyć zgrabnie wyjaśnia nienaturalne zachowanie i charakter bohaterki, tak bardzo nie pasujący do Ayi Brea. Przemodelowanie mechaniki również sprawiło, iż cykl zmienił swoje oblicze – można narzekać na wiele elementów, ale to właśnie gameplay z ciekawymi pomysłami jest najjaśniejszym punktem The 3rd Birthday, i mimo schematyczności, emanuje swoistym magnetyzmem, który przyciąga przed ekran przenośnej konsolki na kilkanaście smacznych godzin.

 

Retrometr

Redaktor. Ulubione gatunki: przede wszystkim przygodowe/akcji z głównym nastawieniem na survival-horror. Poza tym wsio prócz niemal wszelakich rpgów (tutaj wyjątek stanowi action rpg), symulatorów i strategii. Lubię odpocząć przy wciągającej platformówce. Posiadane platformy: 3DS, PSP, PS2, PS3, PS4, C64, PC