Recenzja | The Hobbit (Xbox, PlayStation 2, GameCube, PC)

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani tez sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami…

Hobbit, czyli tam i z powrotem to dzieło mistrza JRR Tolkiena, napisana lekkim piórem pełna przygód i morałów młodzieżowa lektura fantasy o czym pewnie wszyscy wiecie. Ja osobiście uwielbiam tą książkę i co kilka lat do niej wracam w ogóle nie odczuwając nudy lub zmęczenia materiału. Ostatnim razem dla klimatu zabrałem ją z sobą na wschód słońca w Beskid Mały, w otoczeniu lasu czytałem rozdział o Mrocznej Puszczy i Królu Elfów. Mówię wam jest bonus +100 do odbioru, gdy się siedzi na pniaku i spogląda w stronę samotnej góry. Kilka fotek z tej podróży przybliży Wam moją wczówkę ;)

lektura w takich okolicznościach przyrody to sama radość ;)

No dobra, ale my nie o książce tylko o grze mieliśmy gadać. Historia jej powstania jest dość ciekawa, otóż w momencie gdy Sierra Entertainment postanowiła nabyć licencję w kinach wyświetlana była kasowa trylogia Petera Jacksona, Władca Pierścieni. Licencja do filmu należała do New Line Cinema, a gry oparte na niej (filmach) mogło tworzyć jedynie EA. Jak zatem Sierra chciała uszczknąć kawałek tortu dla siebie, nie mieszając w to kuferka złota i sztabu prawników? Dość sprytnie. Dogadała się z Tolkien Enterprises i wykupiła licencję do egranizacji… książek. Początkowo były plany by zabrać się za Drużynę Pierścienia, ale koniec końców postanowiono pójść w innym kierunku i skupić się na Hobbicie. To nie kolidowało w zupełności z filmową trylogią, a jednocześnie spijało z niej popularność Śródziemia w popkulturze i grach video w tamtym czasie (pamiętajmy, że ekranizacja Hobbita przez Jacksona wciąż nie była w planach). I tak oto The Hobbit znów miał wkroczyć do świata graczy po 21 latach przerwy od pierwszej gry o tym samym tytule wydanej na 8bitowe mikrokompy.

W odróżnieniu jednak od wspomnianej tu wersji z początku lat osiemdziesiątych gra wydana przez Sierrę nie mogła być tekstówką, w tym czasie ten gatunek był już dawno martwy i nie wróżył powodzenia. Przygoda czytana dzieciom kojarzyła się z czymś lekkim i przyjemnym, jednocześnie mechanika musiała być dopasowana do młodszego odbiorcy.  Jak w mordę krasnoluda strzelił pasowało to do wtedy popularnych platformerów 3D, a by dać sobie więcej pola do popisu rozbudowano formułę o elementy przygodówki. Na papierze póki co brzmi dobrze, idziemy zatem do detali.

lochy z zagadkami? Zelda + Rayman? Brzmi fajnie

Opisując czym jest The Hobbit można w wielkim skrócie napisać, że to mix Zeldy i Raymana, tudzież innego Spyro czy Mario. Są tutaj do wykonania questy polegające na dialogu i eksploracji, zagadki, walka, skakanie i skradanie się. Po kolei w telegraficznym skrócie:

Pkt 1. Zadania to w większości przynieś, podnieś, pozamiataj i sprawdź czy nie ma ciebie za drzwiami, dialogi nie są odkrywcze, a wręcz drętwe. Punkt 2. Zagadki, te w większości urągają naszej inteligencji, ale zdarzą się wyjątki od reguły, jak np. poziom we wnętrzu góry o którym pogadamy jeszcze później. Punkt 3. Walka, mamy do dyspozycji kamienie (dystans) i kij (zwarcie) z czasem dojdzie co oczywiste również Żądło („miecz”). System walki nie jest skomplikowany, dwa combo na krzyż polegające na wesołym mashowaniu, tu nie ma czego opisywać. Punkt 4. Skakanie po platformach jest o dziwo częste co mnie cieszyło. Nie ma podwójnego skoku, ale dzięki kijaszkowi nasza postać może zrobić długi skok, bardzo dużo będzie też bujania się na linach. Punkt 5. Skradanie się. Nie ukrywam że nie lubię skradania w grach, jedyny wyjątek stanowił Beyond Good & Evil, ale i tam mogło by być dla mnie tego mniej. Tutaj w skradaniu pomaga pierścień, dzięki niemu na jakiś czas możemy być niewidoczni dla wrogów, a jak będziemy ostrożni to i przejdziemy obok nich. W sumie fajnie ten element wyszedł, nie jest nadużywany i w miarę ciekawie zaimplementowany (akcja z trollami była rewelacyjna!).

zakradanie się w obozowisku trolli to jedyna ciekawa scena na początku gry

Co jest też fajne to to, że nasz bohater jest przecież wynajęty jako włamywacz, to i będziemy otwierać skrzynki ze skarbami. Otwieranie skrzynek polega na intuicyjnych minigierkach polegających na refleksie (naciśnij gdy zobaczysz zielony, czerwony uruchamia pułapkę, a wszystko to robimy pod presją czasu). Niby proste, a wręcz prymitywne, ale dobrze się sprawdza. Na koniec każdego poziomu za zebraną kasę będziesz mógł jeszcze powiększyć swój plecak o dodatkowe miejsce na eliksiry (antidotum na truciznę, mniejsze i większe leczenie) i kamienie. Po tej krótkiej liście chyba można stwierdzić, że atrakcji nie brakuje, gameplay jest urozmaicony, więc dlaczego jest tu tak okrutnie… nudno?

otwieranie skrzyń, proste ale fajne minigierki

Pierwsza połowa gry się strasznie wlecze, prócz fajnej akcji ze skradaniem się za trolami nic szczególnego się nie dzieje. Gameplay sztampowy, zadania obrzydliwie nudne, dialogi czerstwe, niczym w Rejsie i wypowiedzi Maklakiewicza „proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje”. Było nudno do tego stopnia że zrezygnowałem z gry gdy byłem w Mrocznej Puszczy, która jak się okazało była kulminacją sztampy i nudy. Hobbita porzuciłem na okrągły rok, coś mnie tchnęło, postanowiłem dokończyć produkcję Sierry, przemęczyłem się przez wspomniany level w Mrocznej Puszczy i… cholera gra nabrała rumieńców!

Wielki to błąd pomijać w rachunkach smoka, póki ten smok żyje

Ta gra jest mega nierówna, po smętach w pierwszej części gry jej druga partia pozostawia jak najbardziej dobre wrażenie. Skradankowy poziom u króla elfów, przegawędzony level w mieście na jeziorze, a potem najlepsze co ma gra do zaoferowania etap ze Smaugiem! To koronna akcja w książce to i w grze nie pokpiono sprawy, jest świetnie. Po tym odcinku dostajemy kolejny fajny poziom, który właściwie cały jest jedną wielką łamigłówką. Musimy w poszczególnych komnatach we wnętrzu góry tak uruchomić mechanizmy i pozbierać przedmioty by zdobyć arcyklejnot. Może i nie są to zagadki po których mózg paruje, ale przyjemnie się w tym etapie grało. Potem niestety jest już ostatni scenariusz z bitwą pięciu armii i przygoda się kończy.

nie budzić smoka!

Niestety, widać że gra była robiona pod presją czasu i z cięciem budżetu, masa wątków z niedługiej przecież książki jest całkowicie pominięta, reszta występuje w formie krótkiej wstawki pomiędzy scenariuszami. Czytałem że planowano mini gierki w miejscu w którym odbierają nas orły, czy spływamy beczkami, ale… nie ma tego. Co mnie najbardziej irytowało to też to że właściwie nie ma interakcji z krasnoludami. Aż prosi się o jakąś wspólną walkę lub działanie w kooperacji z którymś brodaczem, ale niczego takiego nie ma. Jesteśmy sami jak palec a krasnoludy co najwyżej stoją na początku etapu w miejscu, nic, zero współpracy, nawet dobrych dialogów nie ma (Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są ;). Boli ten wycięty kontent z gry jak i mocne krojenie samej książki. Boli tym bardziej, że twórcy potrafią na siłę ciągnąć niemiłosiernie etap dodając własną inwencję byleby dłużej zeszło graczowi i miał pretekst do walki, a można było po prostu dać krótsze etapy, ale nawiązać do źródła.

ot cała interakcja z krasnoludami, stoją i to wszystko

Grafika niby ok, bez szału ale schludnie tutaj, na piękne krajobrazy nie ma co liczyć, cały czas poruszmy się po małych i wąskich lokacjach i niewiele tutaj jest miejsca na eksplorację czegoś więcej niż dodatkowej komnaty, czy półki skalnej z klejnotem (no cóż, w platformerach tak już jest). Straszą też niektóre przedmioty, które są sprite’ami w 2D, nie chciało się nikomu ich widać modelować. Co innego muzyka, tutaj trzeba oddać że orkiestra komponująca ścieżkę dźwiękową (więcej w ciekawostkach) dała radę, do tego bohaterowie maja podłożone głosy. Muzyka zachęca do przygody, jest „filmowa”, buduje atmosferę i jest chyba najlepszym elementem składowym tej produkcji. Można tych utworów słuchać nawet poza grą, nie obraziłbym się gdyby leciała w jakiejś lokalnej karczmie.

Kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba

Gra podobnie jak książka była robiona z myślą o dzieciakach czego konsekwencją jest styl grafiki, dobór gatunku i niższy poziom trudności. Nic z tego mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, pasuje mi to, problemem jest jednak nieciekawe prowadzenie historii przez większość czasu i duże cięcia w oryginalnej fabule, właściwie w grze dostajemy jedynie jej skrawki. Czy jest wierna książce? Średnio na jeża, ale tego zapewne się spodziewasz. Szkoda że cała gra nie jest tak fajnie zrobiona jak jej druga połowa bo byłoby zdecydowanie lepiej. Co jakiś czas wracam do lektury, filmy Petera Jacksona widziałem i w kinie i w TV, ale do gry wracać nie będę i niestety trudno mi ją komuś polecić, lepiej zrobisz jak przeczytasz książkę (nawet kolejny raz), niż zainwestujesz ok. 10 godzin w tą przygodę, osobliwą, ale jednak nie wartą większej uwagi. Sierra w tym momencie była już cieniem Sierry z lat ubiegłych, zabrakło czasu, kasy, ale i pomysłu.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Xbox/2020

3 słowa do gracza: klasyk mawia, że „jest potencjał”, ale niestety zanim to powie umrze z nudów w pierwszej połowie gry


Ciekawostki:

» pisałem już o cięciach w grze, że wiele rzeczy po prostu wyleciało, jednym z takich elementów jest ostatni scenariusz z Bitwą Pięciu Armii. Planowano by w tym etapie gracz przejął kontrolę nad Gandalfem co zapewne dałoby ciekawą perspektywę i powalczylibyśmy mocniej, no ale ostatecznie przemykamy Hobbitem po okopach pomiędzy goblinami i wojskami sprzymierzonymi.

» wg pierwszych informacji jakie puszczała w eter Sierra gra miała być tytułem ekskluzywnym na GameCube. Faktycznie tworzona była właśnie na GC, choć cały czas (jeśli wierzyć twórcom z którymi przeprowadzono wywiad) z myślą o multiplatformie. Po prostu nikt nie wiedział na ile platform uda się przeportować grę, ostatecznie (możliwe że kosztem etapów) pojawiła się na wszystkich.

» Hobbit zawitał nie tylko na sprzęty stacjonarne, jest też wersja na GBA. Z powodów chyba oczywistych jest to jednak zupełnie inna gra niż dziś opisywana

» jak już pisałem muzyka w grze jest rewelacyjna, skomponowana została przez Northwest Sinfonia, która ma na koncie również produkcje dla Hoolywood (np. Pan życia i śmierci czy Ghost Rider) i innych gier (np. pierwszy Medal of Honor czy Gears of War).

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, logiczne, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox