Recenzja | The Ninja Saviors – Return of the Warriors (SNES, Switch, PS4)

Natsume lubi ostatnio odświeżać swoje klasyki. W sierpniu pisałem o futurystycznym dzikim zachodzie. Dziś przyszła kolej na cyborgi ninja.

Tym razem, w porównaniu do Wild Guns, historia sięga nieco głębiej bo do roku 1987, w którym to wyszło pierwsze Ninja Warriors na automaty. Nie będę kłamał, że grałem w tę iterację, ale wyglądała ona biednie i dopiero wersja na domową konsolę Nintendo SNES z 1994 została należycie dopieszczona. Trzech zróżnicowanych bohaterów, gdzie każdy prezentuje zupełnie odmienny styl walki, a i sami przeciwnicy to zupełnie inna liga. No i w końcu przychodzi rok bieżący, a uradowani gracze dostają na konsole nowej generacji najbogatszą wersję ze wszystkich i nie muszą już walczyć na setki złotych na aukcjach by zdobyć swój upragniony kartridż (no chyba, że chcą bo to zawsze więcej plastiku na półce).

No więc o co chodzi w Ninja Warriors? A właściwie to teraz Ninja Saviors (nie sięgnąłem do źródła i nie wiem skąd ta zmiana tytułu – zakładam, że chodzi o pieniądze i jakieś prawa autorskie:P). Otóż, ku zapewne waszemu zaskoczeniu, świat ma się nie najlepiej i tylko my możemy go ocalić ;-) Ludzkość opanowana jest przez reżim totalitarny, na którego czele stoi zmutowany kurdupel Banglar zwany Tyranem. Włada on armią żołnierzy z wypranymi mózgami (niektórzy powiedzieliby, że podobna historia dzieje się na naszych oczach), ale też nieco bardziej futurystycznymi zmutowanymi potworami i robotami bojowymi. Na przeciw wychodzi niejaki Mulk (podobno też mutant) wraz ze swoją rebelią. Niestety nie bardzo sobie radzi i jego ostatecznym pomysłem jest wysłanie trójki cyborgów ninja z samobójczą misją pokonania dyktatora. Ich zadaniem jest przedrzeć się przez zastępy sługusów Banglara i gdy już zapukają do jego drzwi zdetonować bombę, którą noszą w sobie. Jak zwykle nie przywiązywałbym jakiejś większej uwagi do fabuły, ale tym razem uważam warto ją poznać, bo zakończenie, choć proste, jest naprawdę fajne i nietypowe dla tego typu gierek.

Kobieta też ninja

Rozgrywka to klasyczny beat’em up z dużym naciskiem na słowo „klasyczny”, bo sięga początków tego gatunku. Mianowicie nie ma tu możliwości chodzenia w górę i dół ekranu. Poruszamy się jak w platformówkach – wyłącznie lewo i prawo. Na początku miałem trochę za złe takiej mechanice, ale koniec końców okazała się chyba bardziej taktyczna i nie ma tyle „wiercenia się”. Do dyspozycji mamy trzech bohaterów i każdym z nich gra się zupełnie inaczej. Moim faworytem jest wielki i potężny Ninja. Ruchy ma powolne, nie potrafi nawet skakać, nie licząc krótkiej lewitacji zawdzięczanej jetpackowi na plecach, ale za to ma mocne ciosy, a dzięki nunchako i rzutom, którymi atakuje na wszystkie strony świetnie radzi sobie w tłumie. Druga na liście jest Kunoichi (kobieta ninja)- zwinna i szybka. Jej atutem jest przede wszystkim skoczność, możliwość ataku na dystans i rzuty. Jest najbardziej zbalansowana w aspekcie siła/szybkość. Z podstawowej trójki do wyboru mamy jeszcze Kamaitachi’ego. Najszybszy z zarazem najsłabszymi ciosami i niestety nie wiele mogę o nim powiedzieć, bo jakoś się w niego nie wkręciłem i nie bardzo szła mi nim gra. W wersji z 2019 r. zostały dodane jeszcze dwie zupełnie nowe postacie. Yaksha, kolejna kobitka, mała ale z wielkim cycem…znaczy sercem…znaczy bombą…ukrytą w wielkich cycach… Ekhm… no więc ma cios nieco słabszy od Kunoichi, ale nadrabia zwinnością – przede wszystkim skoki i rzuty, dzięki którym może robić juggle niczym w Tekkenie. Drugi jegomość to Raiden. I to jest kurna gigant. Przy nim nawet Ninja to pokurcz. Ba! Nawet najwięksi bossowie nie są tak wyrośnięci jak on. Niesamowita siła ataku, ale z uwagi na wagę ( 32 tony wg jego dossier) wyjątkowo niska mobilność. Sterowanie nim wymaga sporej wprawy, bo nawet zwykłe obrócenie się wymaga specjalnej kombinacji przycisków, ale za to potrafi przywalić.

Oprócz ciosów podstawowych i specjalnych, które determinują styl walki danej postaci, każdy z wojowników może blokować, podnosić i rzucać różnymi napotkanymi przedmiotami (od walizek, poprzez motory aż po wózki widłowe) oraz po naładowaniu paska energii mogą odpalić „nuke’a”, który czyści planszę z większości przeciwników. Pasek ten ładuje się samoistnie, ale spada do zera jeśli zbyt mocno oberwiemy. Zatem jesteśmy odpowiednio nagradzani za „czystą” grę.

Siostra, to ten Ci dokuczał?

Siostra, to ten Ci dokuczał?

Ponadto wędrówkę wojownika możemy odbyć samotnie lub w parze. Niestety, podobnie jak w Wild Guns, tryb kooperacyjny nie jest przyjazny niedoświadczonym graczom. Po pierwsze dzielimy z partnerem zarówno pasek życia, jak i pasek energii. Po drugie domyślnym i jedynym poziomem trudności dla dwojga jest hard. Więc nie ma „pożyczania” żyć czy obijania się. Trzeba być skupionym niczym John Wick. Ponadto dowodem, na to że walka w parze jest … niepopularna, niech będzie fakt, że w rankingach (przynajmniej na dzień pisania recenzji) na całym świecie jest tylko jedna para, która ukończyła grę za jednym podejściem i znalazła się na liście.

Na naszej drodze staną zarówno jednostrzałowi żołnierze uzbrojeni jeno w nóż, jak i jednostki bardziej doborowe, które i z karabinu do nas postrzelają i poczęstują granatem. A później to już w ogóle dojdą wojownicy mutanty i roboty o pancerzu tak mocnym, że nawet nasze pięści na nic się zdadzą. No i do tego oczywiście wisienka w postaci bossów. Tak jak w Wild Guns tak i tu stoją na wysokim poziomie. Mamy wielkich bydlasów, niewidzialne mutanty, mistrzów pięści i nogi i klasycznego pana z piłą łańcuchową. Ostatni szef jest chyba najmniej ciekawy i zdecydowanie upierdliwie trudny. W ogóle gra jako całość nie jest jakaś bardzo trudna. Głównie przez to, że w planszach są checkpointy i mamy nielimitowaną ilość kontynuacji, więc w końcu się nauczymy i się uda. Za drugim podejściem jak grałem na hardzie ginąłem rzadziej niż przy pierwszym na normalu. Dla prawdziwych śmiałków czekają listy rankingowe za najlepszy czas, w którym ukończyło się całą grę lub konkretną planszę (więc można sobie trenować). Jednak żeby wskoczyć na listę trzeba ukończyć całość bez zgonu.

Sprawdźmy, który z nas ma dłuższe nunczako

Graficznie mamy tu do czynienia z podrasowaną wersją SNESową. Obraz został rozciągnięty do wymiarów 16:9 a wszelkie piksele zostały pięknie wygładzone. Postacie mają odświeżone sprite’y z dużo płynniejszą animacją. Dużą robotę robią efekty świetlne podczas uderzeń. Z przeciwników gęsto leje się zielona krew, a jeśli macie mocne nerwy, w opcjach możecie zmienić jej kolor na czerwony ;-). Co do krajobrazów to przewijają się głównie motywy miejskie. Bogate dzielnice, posiadłości pełne przepychu, ale też kanały i laboratoria. Ogólnie wszystko jest spojone w jednolity trzymający się kupy klimat. Muzyka jest raczej spokojna. Określiłbym ją jako przeplot mistycyzmu z epickością, która odpowiednio zachęca do walki dzięki swojej bardzo wyraźnej rytmice. Wszelkie odgłosy uderzeń czy samych wirujących ostrzy również cieszy ucho, więc nie ma tu czego zarzucić.

Ninja Saviors: Return of the Warriors to, po Wild Guns Reloaded, kolejny pięknie odświeżony klasyk, którym każdy miłośnik retro powinien się żywo zainteresować. Mamy płynną, brutalną rozgrywkę bogatą w całkiem głęboki i zróżnicowany system walki. Pięć postaci do wyboru i dobrze wyważony poziom trudności. Niestety, po raz kolejny, mało zachęcający tryb dla dwojga, ale można przymknąć na to oko. Jak dla mnie świetna okazja aby nabyć tego klasyka za rozsądną cenę w najlepszej możliwej wersji.

Retrometr

O Czarny Ivo 36 artykułów
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), hack n’ slash, mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, Nintendo 64, GameCube, Switch, Sega Mega Drive, PSX, PS2, PS3, PS4, 3DS i Amiga 500.