Recenzja | ToeJam & Earl III: Mission to Earth (Xbox)

ToeJam & Earl III Xbox

Funk z wami drodzy czytelnicy! Dziś przed nami kosmiczny trip w negliżu w wykonaniu ToeJama i jego pokracznej ekipy.

Pisząc KONSOLidację o perypetiach platformerów na Xboxie na końcu zapodałem zbiorczą fotką i wśród tych skazańców był ToeJam & Earl III: Mission to Earth. Nie wiedziałem o tej grze zbyt wiele, prócz tego że z ziomalską ekipą w rytmie funka zostanę zabrany na przygodę po kolorowych światach. Szybko przywitali mnie TJ i Earl na swym statku i oznajmili, że ta przygoda będzie miała miejsce na ziemi, gdyż z Funkotronu skradziona została kolekcja winyli wielkiego Funkopotamusa. Bez nich życie traci swe barwy więc trzeba je odzyskać, a przy okazji ziemianom wbić do głowy trochę luzu i funka przy pomocy funk-fu, bo zbyt spięte to sztywniaki z kijem w dupie. Jak się okazało leci z nami też Latisha do której TJ się ślini i tak oto się zaczęło.

Here comes da funk! Tak jakby…

Niestety, ta zgrana ekipa okazała się być bandą nieudaczników, miało być funktastycznie, a było w szczytowych momentach jedynie znośnie, nasi ratownicy funka sami wymagali terapii. Filarem miał być ziomalski humor znany z takich genialnych filmów jak np. How High, który swego czasu katowałem w opór cedząc z Methoda i Redmana (oglądajcie tylko w oryginale! Polska wersja językowa dosłownie mieli i przeżuwa cały klimat, wydalając jakąś wypluwkę!). ToeJam & Earl III niestety nie ma nic wspólnego z tego typu zagrywkami, podtekstami i ogólnie kulturą afroamerykanów, nawet jeśli widzianą w krzywym zwierciadle. Tutaj żenada z jaką gra próbuje być śmieszna i nadużywa słowa funk we wszelkich konfiguracjach przez pierwsze 30 minut potrafi rozbawić, ale potem jest już po prostu, no… ten… żenadą. Jedyną w miarę śmieszną zagrywką są Soul Sisters wyśpiewujące coś przed każdą misją w stylu gospel, są pokraczne i często się powtarzają, ale na swój sposób dają radę.

ToeJam & Earl III Xbox

Soul Sisters przed rozpoczęciem misji to jeden z niewielu przebłysków jako takiego afroamerykańskiego humoru

Czerstwy humor jednak bym przełknął, w końcu TJ i ekipa nie otwiera gęby zbyt często (TJ w ogóle nie ma gęby, ale gada i je, o co w tym chodzi nie wiedzą sami twórcy), z czym nie dałem rady przejść do porządku dziennego to ogólny bezsens jakim jest ta gra. W wielkim uproszczeniu jest to jakiś miraż platformera i roguelike, masz pierdyliard podobnych do siebie aren w których musisz zdobyć przedmioty – tyle, na serio, tyle. Wlatujesz na planszę, wybijasz wrogów, zbierasz świecidełka, odnajdujesz wyjście i koniec. Główną znajdźką są klucze, których jest ponad 400 i dzięki nim uzyskasz dostęp do kolejnych aren, prócz tego jest kilkanaście mikrofonów i winyli potrzebnych do odblokowania dalszych segmentów w tym ostatniej walki. Największa wada? Trudno wyłonić, dużo tu mi się nie podobało, ale chyba najbardziej powtarzalność wszystkiego i nuda. Ten moment, gdy uświadamiasz sobie, że po 2 godzinach widziałeś wszystko co gra ma do zaoferowania, a musisz grać dalej bo ona nadal trwa i udaje że jest wciąż fajna. Łącznie musiałem grać 9 godzin bo inaczej do ostatniego bossa ciebie nie dopuszczą, miałem 98% gry gdy mi odblokowali bossa! Rukwa! Niemal wymaksowałem ten tytuł! A ostatni boss? Toż to kwintesencja tej gry, jej bezsensu, głupoty, braku umiejętności i parahumoru. Nazywa się Antifunk bo jakby inaczej, jest lewitującą zieloną czachą z oczami i zwisającymi dłońmi… no pięknie. Generalnie część z Xboxa to przeniesienie założeń z pierwszej części na Mega Drive z 1991 roku. W tamtych czasach pewne założenia były ok, gra znalazła swoich fanów którzy lubią ją do dziś, ale w 2002 roku świat gier wyglądał inaczej i wymagam więcej. Możesz zmieniać sobie bohatera, wszyscy trzej są grywalni i różnią się drobnymi niuansami, ale to i tak nic nie ratuje.

Funk-fu kontra pomponiary

Wszechobecny kicz i głupota atakuje przez całą grę i to dosłownie. Nasi przeciwnicy to dziwacy: pomponiary, dentyści, facet z kosiarką do trawy, kurczak z wyrzutnią jajek, śpiewak country, malutka dziewczynka, duch krowy, meduza w wózku dziecięcym… wymieniać dalej? Pozwólcie że nie. Może gdybym grał po prażonych brokułach to bym inaczej patrzył, ale podchodziłem z czystym umysłem. Jako że ma ta gra w sobie coś z rogalika tych przeciwników w każdej arenie jest masa, właściwie każda to taki wykoś wszystkich. Przeciwników jest w bród choć w gruncie rzeczy są niemal cały czas ci sami, potem różnią się odpornością, kolorem, rozmiarem itp. Tak jak mówiłem po 2h widziałeś wszystkich a potem się wszystko powtarza. Naszym orężem przeciwko nim przez całą grę będą 3 elementy. Jednym z nich będzie funk-fu, czyli po prostu atak po którym nasz oponent zostanie nawrócony na funka i nie będzie nas już nawalał. Drugą bronią jest boombox z którego strzelamy funkiem w postaci nut. Nuty to takie naboje i są jak amunicja więc trzeba z nią oszczędnie, im dalej w las tym więcej nut trzeba wpakować w dziwaka przez co może być problem i nagle masz pół planszy, a amunicji zero. Funk-fu często okazuje się nieskuteczne bo dziwolągi są na nie w większości odporni gdy widzisz ich pierwszy raz. Tyle godzin i non stop dwa ataki z czego jeden często nieskuteczny? WTF!? No ale pisałem że są 3 ataki, więc jeden wciąż został, przedreptajmy akapit niżej bo trzeba o nim więcej napisać.

ToeJam & Earl III Xboxpomponiary, dentyści, muzycy contry, faceci z kosiarkami do trawnika… oto tutejszy bestiariusz

Chyba największym ficzerem wpływającym na fun z gry miały być prezenty. Są one po prostu dopałkami, które pomogą nam w walce z tą dosłownie hordą dziwolągów jakich nosi ziemia. Jest ich od groma, nie chce mi się sprawdzać ile dokładnie ale nie będzie przesadą jeśli napisze że może to być nawet setka umiejętności/broni. Są czasem negatywne jak taki który zwabia do ciebie wszystkich wrogów w koło, są neutralne jak identyfikacja przedmiotu, lecznicze, pozytywne jak wysoki skok, ofensywne jak funkifikacja wszystkich w koło oraz eksploracyjne jak teleport prosto do winyla. Jak dotąd w sumie ok, sporo zróżnicowanych umiejętności zawsze na propsie, problem w tym że ci kolesie i to spieprzyli. Wiele z tych prezentów jest niepotrzebnych, brak jest też zarządzania nimi, one się po prostu będą pojawiać losowo na liście do wyboru… o ile będą zidentyfikowane. Tutaj jest funk pogrzebany, czyli brak ciągłego dostępu do nich. Wiele wrogów na planszy ma umiejętności takie jak randomize – losowo zmienia ci prezenty dodatkowo je zakrywając, freeze – czyli przez chwilę niczego nie użyjesz, i random prezent – losowo użyje ci jakiegoś prezentu. To doprowadza do sytuacji w której non stop masz jakieś prezenty zakryte, pomieszane, zużyte lub masz w ekwipunku masę niepotrzebnego śmiecia i tak jest przez całą grę! Masz mało nut, funk-fu nie działa, chcesz aktywować prezent ale dorwały ciebie dwie meduzy na wózku i masz 2x randomize, które ci twój funk-blast odebrały, idzie dostać pierdolca!

bo Funk puszczany w eter nie zna ścian

Może chwilę o oprawie a/v, może tutaj będzie coś pozytywnego… nie. Na screenach to tu wszystko wygląda ładnie, nasycone barwy, piękna woda, niczego sobie efekty świetlne, tryb dzień-noc, no Xbox pozwalał twórcą na wiele. Problem w tym, że plansza to lewitująca w powietrzu wyspa i wąska ścieżka. Często masz ok. 5m szerokości ścieżki otoczonej po prostu powietrzem, ewentualnie znajdujesz się na dużej wyspie obok której jest kilka małych wysepek. Gdyby nie to że mi co chwila wywalało skrzydła Ikara z prezentów to częściej bym po prostu przelatywał z wyspy na wyspę bez chodzenia ścieżkami. Nie możesz jednak ot tak po prostu iść do wyjścia, nie zbierając kluczy nie odblokujesz kolejnych poziomów. Grafa była to leci zdań kilka o stronie audio. Dialogi są drętwe ale o tym już pisałem, jest cały czas dubbing więc to na plus, technicznie głosy są ok, fajnie dobrano aktorów, ale ich kwestie są czerstwe. Jak na grę w której co chwila używa się słowa funk spodziewać się można mocnego nacisku na OST. Jest jakieś 2 tygodnie po ukończeniu przeze mnie gry a nie pamiętam z niej nic, ot cały opis muzyki. Przygrywa w tle, spełnia rolę zapychacza ale nic więcej. Z innej beczki – podczas loadingu czasem Latisha rapuje jeden utwór (można przełączyć na szczęście), a w samym outro mamy rapsy naszych bohaterów ze sceny – to się akurat ceni, coś udało się tym kosmitom na sam koniec.

ToeJam & Earl III Xbox

widzisz po lewej kraniec areny? Widzisz. A wiesz że zaraz za kadrem po prawej też jest jej krawędź? Ten pasek lądu to wszystko czym na ogół są te areny

Gra ma też tryb co-op, ale w tym trybie gra się z kumplem a przynajmniej powinno…  i tu jest problem bo przecież jak masz kumpla to chcesz by nim pozostał, a nie zaczął ciebie omijać szerokim łukiem. Kto w to gra z ziomkiem na jednej kanapie? Ejjj stary 9 godzin walenia w tych samych przeciwników na tych samych mapach z czerstwymi hasłami bohaterów, brzmi jak epicka przygoda! – nie powiedział nikt nigdy. Autentycznie gdy w ten tytuł grałem w duchu wstydziłem się sam siebie, mam taką dziwną przypadłość, że jak już coś zacznę to muszę skończyć i do cholery grałem! Żona patrzyła na mnie z politowaniem, wiele rzeczy toleruje, ale tutaj i jej się udzielił ogólny WTF!? na wuja ty w to grasz debilu! 

Nie będę się silił na jakiś obiektywizm i chwalił nawiązania do pierwowzoru z Mega Drive bo zbyt dużo się nacierpiałem, to jedna z najgorszych gier w jakie w życiu grałem! Narzekałem nie raz na pierwszego Kao i Croca 2, ale tutaj chyba mamy poziom niżej. Jest czerstwo, nudno i bez sensu, to co miało być zaletą (humor i prezenty) staje się największa kulą u nogi. Żal mi dupę ściska że w to w ogóle grałem.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Xbox/2019

3 słowa do gracza: bardzo dobry szpil, którego polecam każdemu kto chce przestać grać w gry


Ciekawostki:

» prace nad tym tytułem ponoć zostały rozpoczęte jeszcze z myślą o N64. Ostatecznie szlifów i kształtu kod nabrał na Dreamcaście gdzie już był w zaawansowanym stadium. We wrześniu 2013 roku odnaleziono kod źródłowy z DC i postanowiono go upublicznić, dzięki czemu na tubie dziś bez problemu można znaleźć gameplay z tej wersji.

» głosu Latishy użyczyła aktorka Sherrie Jackson

» Antifunk początkowo miał kształt maski z Ku Klux Klanu, ale szybko twórców spacyfikowano i poszli w bardziej „bezpieczny” design. Nie wiem czy ten KKK by coś zmienił, ale to co jest antifunkiem jest żałosne. Popatrzcie jak wygląda antagonista, przypominam że gra wyszła na Xboxa, a nie jakieś 3DO 10 lat wcześniej…

symbol bylejakości, oto Antifunk

» po premierze tego jakże funktastycznego szpila ToeJam & Earl Productions zbankrutowało. W wywiadach widziałem że mieli żal do Segi (wydawca) że im 2 i 3 części nie pozwolili zrobić po swojemu, czytaj – na Xboxa wydać remake jedynki zamiast 3 części, no kurna geniusze… Jeden z założycieli (Greg Johnson) założył HumaNature Studios, mając prawa do marki w 2015 rozpoczął zbiórkę na platformach crowdfoundingowych na ToeJam & Earl: Back in the Groove, które ma być tym samym czym była „jedynka”, czyli tym czego im Sega zabroniła, a co ponoć byłoby hitem. Premiera była w 2019, po trailerze wiem jedno, ja w to nie zagram.

» Kazimierz Funk to polski naukowiec który odkrył istnienie witamin! Nie tylko je odkrył, ale i nazwał, to właśnie mu świat zawdzięcza nazwę „witamina” (łac. vita – życie, amina – związek chemiczny zawierający grupę aminową), który wprowadził w 1912 roku. Od tej pory świat stał się lepszym miejscem, szkoda że o Panu Kazimierzu musiałem się dowiedzieć z Australijskiego programu, a nie podczas obrzydliwie długiej i bezwartościowej ścieżki edukacyjnej w Polskiej szkole. To tak drogą dygresji, byście coś wartościowego z tej recenzji wynieśli.

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, logiczne, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox