Recenzja | Trylogia Ninja Gaiden (NES)

Niedawno wydana została składanka trójwymiarowych odsłon Ninja Gaiden. Korzystając więc z tej okazji chciałbym sięgnąć głębiej, do początków serii, i przyjrzeć się 8bitowej trylogii wydanej na NESa.

Wszystko zaczęło się właściwie od beat’em up’a na automaty arcade w 1988 r. W tym samym czasie na NESa wyszła również pierwsza odsłona przygód dzielnego wojownika imieniem Ryu Hayabusa. Za produkcję i publikację odpowiada firma Tecmo i w sumie do dziś się to nie zmieniło. Sam serię odkryłem dopiero na studiach, kiedy mój Pegasus kurzył się za kanapą w pudełku po butach i cierpliwie czekał aż moje serce rozpali nostalgia. Podsunął mi ją przyjaciel – swoją drogą stary mistrz, któremu udało się ukończyć pierwszy tytuł bez straty życia używając tylko miecza. Do dziś krążą o nim legendy, a każdy mieszkaniec dzielnicy uroczyście oddaje mu pokłon lub po prostu uśmiecha się z uznaniem mijając go, ale ja nie o tym. W każdym razie nie trzeba było mnie długo namawiać. Szybko podchwyciłem temat.

Historia w całej serii Ninja Gaiden kręci się wokół wspomnianego Ryu Hayabusy – młodego ninja, który co i raz wplątuje się w intrygi uknute przez straszliwe demony, a nawet samo CIA. Stawką oczywiście jest bezpieczeństwo całej planety, więc w sumie standard. W ogóle fabuła jest tu całkiem istotnym elementem, na który nacisk kładą innowacyjne, jak na swój czas, wstawki przerywnikowe pomiędzy kolejnymi planszami. Podobno (ktoś to policzył) w każdej części jest to około kilkudziesięciu minut, co według mnie jest imponujące. Niestety grając na Pegasusie/Famicomie mam dostęp do wydań japońskich i nigdy nie zgłębiłem zawiłości fabularnych żadnej z odsłon. W ogóle wyrobił mi się nawyk w 8bitowych platformówkach, że raczej pośpiesznie przewijam wszelkie dialogi nie dając akcji wytracić tempa. A w przypadku trylogii jaką jest Ninja Gaiden szybkość i dynamika to słowa kluczowe.


Ninja Gaiden

Jeszcze raz. Jest to pierwsza część wydana w 1998 r. przez Tecmo. W Europie, z dbałości o umysły młodych ludzi (chyba w szczególności niemieckich), nie można było pozwolić aby interesowali się ninjami – skrytobójcami, a więc tytuł przemianowano na Shadow Warriors. Tak więc skrytobójczy, a na Starym Kontynencie cienio-wojowniczy, Ryu Hayabusa natrafia na ślad zabójców swego ojca. Po drodze pojawia się tajemnicza kobieta. Piękna. Ale czy można jej ufać? Do tego okultyści i mroczne rytuały pełne demonów. Klimat się zagęszcza, a najlepszym sposobem na rozrzedzenie zdaje się być wymachiwanie kataną.

Rozgrywka w Ninja Gaiden to klasyczna side-scrollowana platformówka, w której przeciwników obalamy w bliższym kontakcie żelastwem. Oprócz miecza w walce posługujemy się również atakami specjalnymi jak rzut gwiazdkami, kulami ognia czy – najpotężniejszą techniką w grze – tzw. „wirkiem”. Nasz protagonista kręci się wtedy w powietrzu niczym piła tarczowa. Technika o tyle potężna, że nawet bossów można zabić jednym takim strzałem. Nie jest ona nielimitowana. Wtedy byłoby za łatwo. Za „specjale” zapłacimy „siłą duchową”, którą zbierzemy po rozbiciu przeróżnych … nazwijmy to „świeczników”. No i jeszcze jest ciekawy patent z „przyklejaniem się” do ścian.

Dynamika gry ustawiona jest na wyższe obroty. Sama postać jest bardzo żwawa, a nacisk jest położony na bieganie i ciachanie bez zbędnej zwłoki. Ociąganie się może spowodować natłok zrespawnowanych przeciwników lub pozwolenie im na przejęcie inicjatywy. Są np „bokserzy”, którzy na dobrą sprawę przez długi czas nic nie robią i sprawiają wrażenie bezużytecznego mięsa armatniego. Jednak utrzymani zbyt długo przy życiu zaczną bez opamiętania walić na lewo i prawo. Zjedzą nam wtedy dużo życia albo chętnie zrzucą w przepaść. Podobnie jest z „karatekami”. Zasada generalnie jest taka, że najlepiej jest gdy to my zadamy pierwszy cios nie dając szans na ripostę. Tak jak nas nauczył Han Solo … ten oryginalny. Zdarzają się też segmenty gdzie trzeba się zatrzymać, przykucnąć i wyczekać moment, ale to rzadkość. Zawsze należy się mieć na baczności. Zwłaszcza podczas długich skoków z platformy na platformę odsłaniających ekran. Możemy być niemal pewni, że wyleci wtedy jakaś pokraka ażeby nas zepchnąć w przepaść. W ogóle poziom trudności jest już w całej trylogii legendarny, ale nie jest to gra zepsuta. Jest trudna, może wydawać się czasem nieuczciwa, ale w to aż chce się grać. Chce się pokonać kolejny etap, zmierzyć z kolejnym wyzwaniem bo mamy świetne, czułe sterowanie i pełną kontrolę nad postacią. No, czasem niechcący można „przykleić” się do ściany. W ogóle samo łażenie po ścianach to też fajna mechanika, ale rozwinięta prawidłowo dopiero w kolejnych częściach.

Grafika nie jest wybitna choć jak na ’88 rok bardzo dobra. Jest szeroka gama kolorów i wszystko jest czytelne. Czasem wystawieni jesteśmy na jakimś wzgórzu by rzucić okiem na piękną panoramę. Pomysłowa rzecz, która świetnie sprawdziła się lata później przy produkcji np. takiego God of War.Co się zaś tyczy muzyki to jest bardzo dobra, a niektóre utwory fenomenalne. Mój faworyt to „Masked Devil„, polecam sprawdzić. Ta dramaturgia! W sam raz na walkę z ostatnim bossem. W ogóle utwory z pierwszej części trafiły na płytę winylową, a to też powinno o czymś świadczyć … o czymś poza tym, że kolekcjoner kupi wszystko.

Podsumowując pierwszy Ninja Gaiden to fantastyczny wstęp do nowej serii. Jest trochę surowy (przydałby się szlif przy respawnie wrogów czy balans „wirka”) i ciężki do zgryzienia przez wysoki poziom trudności, ale dziś to już gra kultowa. Gdyby była to gra słaba to przez wysoki próg wejścia zostałaby znienawidzona, ale innowacyjność i przejrzyste sterowanie sprawia, że chce się poddać tym torturom i stać prawdziwym ninja gejmingu. Serdecznie polecam.

Retrometr


Ninja Gaiden II

The Dark Sword of Chaos

Drugie części to zwykle „więcej i lepiej” tego samego. Czy tak było tutaj? Nasi japońscy bracia mogli się przekonać już w roku 1990. W Europie trzeba było czekać dwa kolejne lata. Jak na moje oko to nie ma tu jakiś radykalnych zmian i ulepszeń. Mamy raczej do czynienia z tą samą grą, ale doszlifowaną. Grafika jest nieco lepsza, ale trzon rozgrywki taki sam z pewnymi usprawnieniami. Od ostatniej części Ryu nieco wzmocnił swoje ręce i teraz może nie tylko „przyklejać” się do ścian, ale normalnie po nich wspinać. Porzucił tym samym „drogę drabiny”. Zdobywane „specjale” są bardziej czytelne. Wcześniej opisane były one „chińskimi krzaczkami”, zaś teraz wyrażone są rysunkami, które łatwiej przyswoić. Ogniki pełniące wcześniej rolę „Marianowej gwiazdki” teraz działają jak każda inna umiejętność i można zachować ją na później. Dodano też parę nowych ataków i zlikwidowano „wirek”. Widać nie dało się go zbalansować :P Zamiast tego dodano nową, charakterystyczną dla tej odsłony zdolność specjalną – „duszki”. Możemy zdobyć do dwóch dodatkowych „duszków” naszej postaci, które razem z nami biegają i atakują. Bardzo mi się to podoba, bo daje podobny efekt co w Gradiusie. Wnosi to do zabawy pewien aspekt taktyczny. Po odpowiednim pozycjonowaniu chłopaków atakujemy trzy różne miejsca, albo zadajemy zwiększone obrażenia. Problem może przydarzyć się tylko taki, że mimo kolorystycznych dystynkcji pomiędzy naszą postacią a duszkami, w ferworze walki mogą nam się pomylić postacie i wykonamy jakiś skok niekoniecznie tak jak byśmy chcieli. Przynajmniej mi się tak nie raz zdarzyło. To błąd znany chociażby z Contry gdy grając na dwóch po nieszczęsnym zazgonieniu słyszymy „Myślałem, że jestem tobą!”. Ha! Każdy tak myśli!

Drugą charakterystyczną nowością jest, nazwijmy to, wpływ środowiska na rozgrywkę. W drugiej planszy na przykład mocno wieje wiatr i trzeba dostosować swoje skoki do jego kierunku. Czasem pomoże nam skoczyć dalej niż normalnie, a czasem po chamsku zepchnie nas w przepaść. Z kolei w innej lokacji jest zupełnie ciemno i tylko pioruny na krótki czas rozświetlają nam teren. W moim odczuciu są to ciekawe urozmaicenia ubogacające rozgrywkę, ale ktoś może narzekać, że takie zabiegi wymuszające nieraz wyczekiwanie na przychylność matki natury, wyhamowują tempo, które w części pierwszej było mniej skrępowane. Co się tyczy muzyki to wciąż jest bardzo dobra, ale nie ma tak wybijających się kawałków jak u poprzedniczki.

Podsumowując drugie Ninja Gaiden to wciąż ta sama dobra gra z paroma nowościami i usprawnioną rozgrywką. Bardziej czytelne bonusy, respawny przeciwników nie są już tak agresywne, a sami bossowie zdecydowanie ciekawsi. Całość wydaje się mniej „surowa” niż część pierwsza, ale przez warunki pogodowe nieco mniej szybka, choć wciąż dynamiczna i oczywiście trudna. Pamiętajmy, że tu również można połamać palce na „krzyżaku” ;-)

Retrometr


Ninja Gaiden III

The Ancient Ship of Doom

No i pozycja numer tri, która przyszła na świat w 1991 r. Niestety nie trafiła na rynek europejski goszcząc wyłącznie w Japonii i USA. Jak to zwykle bywa z trójkami – oszlifowana już na maxa. Wszelkie mankamenty poprzedniczek już wyłapane i naprawione. Grafika podkręcona do granic możliwości systemu. Zwykle też części trzecie mają problem z klimatem, który pod natłokiem nowości wytraca to co zaproponował pierwowzór. W sumie ciężko mi powiedzieć czy tak jest tutaj. Całą trylogię poznałem niemal równocześnie, więc nie miałem możliwości nasiąknąć pierwotnym obrazem, żeby potem móc kręcić nosem „aj to tu coś zmienili, oj nie takie były pra-założenia serii„. Tak z grubsza wydaje mi się, że to „stary dobry” Ninja Gaiden. Rzeczywiście, tak jak w pierwszych dwóch odsłonach przemierzaliśmy raczej starożytne ruiny, jaskinie czy wspinaliśmy się na góry, tu pojawia się więcej elementów nowoczesnych – laboratoria, statki powietrzne czy inne „technodromy”. Nawet przeciwnicy się nieco zmechanizowali. Obok typowych demonów i karateków pojawiają się różnej maści roboty. Mimo to całość trzyma poziom.

Po raz kolejny mamy małe przemodelowanie umiejętności specjalnych. Wyrzucona zostaje oczywiście cecha charakterystyczna poprzedniczki – tj. „duszki”, a zamiast tego dostajemy … słabszy miecz :D Serio, to jest właściwie najkonkretniejsza zmiana w naszym orężu. Startujemy z mniej celną i o gorszym zasięgu kataną niż dotychczas żeby w trakcie dalszej gry ją ulepszyć do prawdziwej kosy. Jak już znajdziemy upgrade to dysponujemy wówczas klingą najlepszą z całej serii, ale bez niego – najgorszą. Oręż z jedynki i dwójki stanowiłby tu formę pośrednią.

Nasz protagonista najwyraźniej cały czas ostro ćwiczy, bo teraz nie tylko może wspinać się po ścianach, ale i podciągać na drążku. Fajnie potem ten element jest wykorzystywany czy to podczas ucieczki przed lawą czy na przeróżnych ruchomych platformach. W ogóle stawiane przed nami wyzwania wydają mi się ciekawsze niż wcześniej. Wtedy oczywiście również liczyły się zdecydowane i wyważone skoki, ale nacisk był raczej położony na walkę. Choć w trójce walki też nie brakuje. Takie są przynajmniej moje odczucie i mogą one wynikać z tego, że mówię tu głównie o wydaniu japońskim, które ukończyłem. Poziomem trudności różni się ono wyraźnie od produkcji na rynek amerykański. Po pierwsze miłośnicy hamburgerów muszą liczyć się z ograniczoną ilością kontynuacji gdzie siorbacze sosu sojowego mają ich nieskończone pokłady. Mało tego mają nawet system haseł do ukończonych już poziomów. Ponadto w wersji z zachodu przeciwnicy biją mocniej, a ich rozmieszczenie jest zdecydowanie bardziej upierdliwe i nie wiem czy to połączenie właśnie nie czyni trójki najcięższą z serii. Z kolei wschodnie wydanie jest wyjątkowo lajtowe i polecam je wszystkim którzy boją się wyzwania, z którego słynie seria.

Dodam jeszcze, że muzyka stoi na wyższym poziomie niż poprzednio i moim zdaniem dorównuje tej z jedynki tylko nieco w innym tonie. Samo udźwiękowienie jest najlepsze z całej serii, bo dodano okrzyki Hayabusie przy każdym szlagu wymierzającym sprawiedliwość, a także brzdęki, gdy uderzamy w coś metalicznego.

Retrometr


 

Tak oto prezentuje się oryginalna trylogia Ninja Gaiden znana miłośnikom NESa. Dynamiczna, wciągająca, poniewierająca, ale satysfakcjonująca platformówka z przełomowym prowadzeniem narracji. Każda część prezentuje podobny styl rozgrywki zachowując pewną ciągłość doznań, ale z jednoczesnym wyróżniającym pomysłem na siebie wnoszącym odpowiednią dozę świeżości przyciągającej do kolejnych odsłon. Zdecydowanie polecam, choć poziom trudności potrafi dać kość. Jednak cierpliwość i upór powinny zapewnić zwycięstwo, tym bardziej gdy wspomagają nas nielimitowane kontynuacje. A w przypadku japońskiej części trzeciej nie ma już żadnych wymówek. Tu już naprawdę można cieszyć się bardzo dobrze zaprogramowaną grą i dobrze wyważonym wyzwaniem.

Ciekawostka
W 1995 r. na SNESa wyszedł „remaster” omawianej tu trylogii. Niestety graficznie nie różnił się prawie niczym, a muzykę z kolei totalnie skopano. Do tego sterowania nie dostosowano do SNESowego pada przez co gra się nie wygodnie z uwagi na „skośny” układ przycisków. Jedynym pozytywnym aspektem wydaje się być dodanie systemu haseł do każdej części, co powinno ułatwić sprawę obejrzenia napisów końcowych. Tytuł można również odblokować w Xboxowym Ninja Gaiden z 2004 r.

O Czarny Ivo 38 artykułów
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), hack n’ slash, mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, Nintendo 64, GameCube, Switch, Sega Mega Drive, PSX, PS2, PS3, PS4, 3DS i Amiga 500.