Recenzja | Vampire the Masquerade: Redemption

VTMminiNa dobry początek zadam Wam pytanie. Ile dobrych gier RPG, w których mieliście możliwość wcielenia się w wampira, jesteście w stanie wymienić? Osobiście do głowy przychodzą mi tylko dwa tytuły, rozgrywające się w tym samym uniwersum – mowa oczywiście o Świecie Mroku i dobrze znanej serii Vampire The Masquerade. Niestety twórcy gier nie są chętni do czerpania z tego arcyciekawego świata i do tej pory ukazały się jedynie dwa tytuły z nim związane. Na pocieszenie dodam, że to prawdziwe perły, które odcisnęły swoje piętno na gatunku i w mniejszym lub większym stopniu są źródłem inspiracji dla innych twórców.

Wszystko zaczęło się  pewnego wieczoru…

Pierwszym z tytułów, które chcę Wam przybliżyć jest Vampire The Masquerade – Redemption, który swoją premierę miał w roku 2000. Była to pierwsza gra cRPG w pełni oparta na systemie firmy White Wolf. Przejmowaliśmy w niej kontrolę nad postacią francuskiego krzyżowca – Christofa Romualda, który podczas pobytu w Pradze zdążył znaleźć miłość swojego życia – zakonnicę Anezkę, by chwilę później zostać przemienionym w wampira i zarzucić światłą karierę zabijaki na kontrakcie kościelnym. Sprawa komplikowała się bardziej, gdy doszło do uprowadzenia Anezki, a zagubiony Christof musiał przyswoić kolejne poziomy wtajemniczenia w prawa, na których opiera się wampiryczna społeczność. Na szczęście dzielny krzyżowiec miał do pomocy swoją nową „mamę” – Ecaterinę z klanu Brujah, która odpowiadała za jego przemianę. Wampirzyca stopniowo otwierała skrytą wiedzę oraz całkowicie nowy świat przed bohaterem gry. W ten sposób zaczynała się podróż przez wieki w poszukiwaniu utraconej kobiety oraz walki z ciemną naturą wampira – bestią, która czeka na najmniejsze potknięcie, by w całości pochłonąć Christofa.

VTM1

Przygodę zaczynaliśmy we wspomnianej dwunastowiecznej Pradze, z krótkim wypadem do Wiednia. Kolejny na mapie wycieczki był Londyn roku 1999, a zakończenie historii czekało na nas w Nowym Jorku. W trakcie naszej wędrówki mogliśmy liczyć na pomoc ze strony wampirów związanych z innymi klanami. Dołączali oni do nas wraz z postępami w wątku głównym i stanowili ciekawe uzupełnienie wampirzej drużyny. Byli dobrze napisani i nie stwarzali wrażenia „płaskich” zapychaczy. Porywczy i gwałtowny Eryk z klanu Gangrel, z którym kontrastowała eteryczna i spokojna Serena. Anarchista Pink oraz nauczyciel Wilhelm – kompani, którzy gotowi byli oddać życie za sukces misji Christofa. Nie było ich może zbyt wielu, ale widać, że autorzy poszli w jakość, a nie ilość.

Być wampirem

Akcję w grze obserwowaliśmy w pełnym 3D z perspektywy trzeciej osoby (z możliwością oddalania i przybliżania kamery). Sterowanie postacią odbywało się za pomocą myszki (w głównej mierze) oraz wsparciem w postaci skrótów klawiszowych. W momencie premiery tytuł spowodował niemałe zamieszanie za sprawą oprawy graficznej. Komputerowe erpegi nie wywoływały jak dotąd opadu szczęki, nie wyciskały ostatnich soków z procesorów i kart graficznych. Wszystko zmieniło się po roku 2000, wtedy to autorzy oprócz bogatej treści postanowili także zadbać o odpowiednie przedstawienie wizualne swoich opowieści. Vampire the Masquerade, później Gothic, Morrowind i lawina ruszyła. Developerom z Nihilistic Software udało się stworzyć autorski silnik NOD i wykreować dzięki niemu przepiękny świat, który po dziś dzień doskonale się broni (choć jak wiadomo, to gry z ręcznie rysowanymi tłami najlepiej znoszą próbę czasu). Osobiście największe wrażenie zrobiły na mnie średniowieczne miejscówki – Praga oraz Wiedeń, jako że nigdy nie byłem fanem współczesnych klimatów w grach (mam je przecież na co dzień).

VTM2

Jak przystało na grę RPG tak i w VtM:R przyszło nam wykonywać szereg misji głównych (liniowych), które popychały historię do przodu + parę zadań pobocznych. Za skuteczne ich wypełnianie dostawaliśmy punkty doświadczenia, które później mogliśmy wykorzystać do podniesienia lub wykupienia dyscyplin. Czym są te tajemnicze dyscypliny? Są to wampirze umiejętności, które różnią się między sobą w zależności od tego z jakiego klanu wywodzi się dany krwiopijca. Dyscypliny dzieliły się na wiele kategorii od tych wpływających na umysł przeciwnika, przez zdolności nekromanckie (m.in. wskrzeszanie zwłok), a na rażeniem piorunami i innymi kulami ognia – kończąc. Wszystkie dyscypliny łączyła jedna rzecz, która wymagana była do ich użytkowania – krew. Każdorazowe użycie danej dyscypliny zużywało ten cenny – dla wampira, surowiec. Oczywiście mieliśmy możliwość jej zregenerowania, czy to poprzez wypicie krwi z butelki, czy bardziej klasycznego – wyssania z czyjejś szyi. Jak wspomniałem wcześniej – dyscyplin była w grze ogromna ilość, więc i możliwości budowania postaci były wyjątkowo rozbudowane. Dodajmy do tego standardową możliwość zakupu ekwipunku (tutaj lekkie rozczarowanie, bo nie było tego wiele) – mieczy, pałek, toporów, tarcz i zbroi.

Kill it with fire!

Jak wcześniej już wspomniałem – naszą wesołą drużyną umarlaków sterowaliśmy przy pomocy myszki komputerowej, przełączając się pomiędzy poszczególnymi osobami. W trakcie walki mogliśmy wydawać rozkazy każdemu indywidualnie albo pozostawić ich samopas – tej opcji nie polecam, bo była to najprostsza droga do przegrania potyczki (sztuczna inteligencja nie stała na dobrym poziomie). Starcia cechowały się całkiem wysokim poziomem trudności i wyjątkową niecelnością naszych podopiecznych (czasem sam się dziwiłem jakim cudem przeżyli tak długo w tym brutalnym świecie). Warto było przez to pamiętać o częstym zapisywaniu postępu w grze.

Christof i jego niekończąca się walka
Christof i jego niekończąca się walka

Nie samą jednak walką gry cRPG wtedy stały, więc mieliśmy też w Redemption sporo tekstu do przeczytania podczas rozbudowanych dialogów, które wprowadzały nas coraz bardziej w opowiadaną historię. Gra nie została nigdy spolonizowana i mogło to stanowić w tamtych czasach pewną barierę, ale dla chcącego nic trudnego. Bardzo spodobał mi się dobór aktorów użyczających głosów bohaterom. Każde z nich było na swoim miejscu i nie odczuwało się niedopasowania.

Vampire the Masquerade: Redemption było jak na swoje czasy świeżym powiewem, zaoferowaniem czegoś nowego. Po serii Baldur’s Gate, Icewind Dale i Planescape Torment była to miła odskocznia i podanie mojego ulubionego gatunku w innym, bardziej „krwistym” sosie. Jako ciekawostkę dodam jeszcze parę słów o trybie multiplayer, w którym jeden z graczy przejmował rolę narratora i twórcę scenariusza, a pozostali odgrywali swoje role, wcielając się w różne postacie. Mistrz Gry przy użyciu specjalnych narzędzi rozmieszczał na mapie potwory, przedmioty i bohaterów niezależnych. Do tego był w stanie zmieniać otrzymywane przez graczy punkty doświadczenia, dyscypliny, czy statystyki. Był w stanie w sposób dynamiczny wpływać na rozgrywkę.

Wszystkim, którzy nie mieli okazji zapoznać się z tym tytułem – gorąco polecam.

Retrometr

Inne artykuły:

Indycza ferma | Brothers – A Tale of Two Son... Dzisiaj chciałbym zaprezentować Wam jedną z najważniejszych dla mnie gier jakie ogrywałem w ostatnich latach i mimo tego, że wiem, że nie jest to pozy...
Recenzja | Forbidden Siren Okres piątej oraz szóstej generacji zapisał się w historii gamingu niewątpliwie jako złota era dla gatunku survivali. To właśnie w tym czasie pojawiły...
Recenzja | Al-Qadim: The Genie’s Curse Zapraszam do krainy baśni tysiąca i jednej nocy. Pustynnych gorących wiatrów, panów z nagimi torsami i turbanami na głowie, tajemniczych kobiet skryty...
Redaktor i główny czaromiotacz. Ulubione gatunki: Wbrew pozorom nie ograniczam się tylko do RPG. Posiadane platformy: PS4, N3DS, WiiU, PC