Recenzja | Wormhole (Commodore 64)

worm hole c64 Jest rok 2035. Profesorek w swoim laboratorium Hadronics pracuje nad eksperymentem Wormhole. Jest to tunel łączący Ziemię z najdalszą planetą we wszechświecie. Przez tunel dostają się na Ziemię kosmici, którzy porywają naukowca, a tylko on jest w stanie ów eksperyment zakończyć. Zatem by nie doszło do totalnej zagłady Ziemi, trzeba profesora sprowadzić z powrotem na naszą planetę – oczywiście to zadanie powierzone zostaje nam! Tak po krótce brzmi fabuła gry Wormhole na Commodore 64, wydanej w marcu 2020 roku przez Protovision. Jak przystało na tego wydawcę, gra ma wersję zarówno fizyczną jak i elektroniczną.

W zalewie wielu nowości, które w ostatnich czasach pojawiają się na nasze retro maszynki bardzo trudno znaleźć jakieś tytuły, które na dłużej przyciągną nas do komputera. Choć trzeba uczciwie przyznać, że C64 ma w tym aspekcie duże szczęście, bo wiele z produkcji jest naprawdę dobrych i cieszy graczy. Nie jestem człowiekiem, który na bieżąco śledzi wszystkie nowości i doniesienia, ale pomaga mi w tym bardzo mocno nasze comiesięczne podsumowanie retro rozmaitości. Grę Wormhole również zapowiadaliśmy na naszym portalu w marcu. Komentując te zapowiedzi ostrzyłem sobie zęby, bo Borsuk zapowiadał, że jest to produkcja, która nawiązuje do Giany Sisters. A jako, że fanem Giany Sisters jestem – co pewnie już wiecie stąd, to obiecałem sobie, że na pewno się nad tytułem pochylę. Ale na obietnicach się skończyło, bo nastały dziwne czasy, a dodatkowo kolejny strumień innych retro tytułów się sączył przez internety, co spowodowało, że miejsce w mojej pamięci, w którym był odłożony ten tytuł, zostało zamazane innymi informacjami. Do czasu, aż w ręce moje wpadł szesnasty numer czasopisma K&APlus. Czytałem go sobie którejś niedzieli podczas popołudniowego relaksu. W tym numerze pojawia się krótka recenzja tej gry, co spowodowało przywrócenie jej do mojej pamięci. Zatem tym razem już nie pozwoliłem, aby informacja ta się ponownie zagubiła i od razu podążyłem na stronę Protovision, aby dokonać nabycia drogą kupna tegoż tytułu.

W związku z tym, że już od jakiegoś czasu zdecydowałem, że nie kolekcjonuję gier na C64 (ich fizyczne wersje są drogie a nie mam ciśnienia, by wytapetować pudełkami swoje ściany…), wybór padł na wersję elektroniczną. Mój Paypal zabrzęczał, uszczuplając się o niecałe 5 eurasów i na moim dysku pojawił się plik z grą w formacie d64 – obrazu dyskietki na komodorka. Wrzuciłem plik na kartę SD, wsadziłem kartę do mojego UK-1541 i odpaliłem komputer. Kilka minut pograłem i zająłem się innymi sprawami…

Dziwne, znajdujemy się na obcej planecie, a latają tam całkiem ziemskie helikoptery…

Jednak te kilka minut wystarczyło, by wzbudzić moje zainteresowanie na tyle, bym wrócił do tytułu po kilku dniach. I zacząłem się z nim zapoznawać na dobre. Autorzy ułatwili proces zapoznawania się z grą – ponieważ od razu, nie czekając aż zrobią to crackerzy, wbudowali do gry tryb trainer. Dzięki temu trybowi możliwe jest początkowe zapoznanie się z grą w sposób dużo łatwiejszy niż żmudne (acz przyjemne) przechodzenie kolejnych etapów i rozpoczynanie od początku, kiedy nam się nie powiodło. Trainer jest zrobiony tak, jak za starych dobrych czasów bywało. Zatem można zdecydować jaki rodzaj ułatwień sobie zaaplikujemy – od nieskończonej liczby żyć przez niekończące się powietrze, paliwo czy skoki po totalną nietykalność czy przeskakiwanie poziomów. Do wyboru, do koloru. Muszę powiedzieć, że skorzystałem z tej możliwości, by się z grą dobrze zapoznać i pierwszy raz ukończyłem ją przy włączonych wszystkich ułatwieniach. Przy włączonym trainerze – wyłączona jest opcja zapisywania hi-score, co jest chyba oczywiste. Gra jest, podobnie jak wspomniana wcześniej Giana Sisters, zrobiona w sposób powtarzalny, więc z trainerem łatwiej ją poznać i zapamiętać. Etapy są skonstruowane tak, że przeciwnicy pojawiają się zawsze w tym samym miejscu – co znacząco ułatwia, trudną i tak, rozgrywkę.

Przyjdzie nam pokonywać wiele różnych etapów, które są ciekawie zaprojektowane…

O co zatem chodzi w grze i czy rzeczywiście jest to gra podobna do Giany Sisters? Zobaczmy. Gra jest klasycznym platformerem, bardzo podobnym do wspomnianej gry. Jednak ma kilka nowatorskich rozwiązań, które powodują, że mimo iż grając czujemy pewne podobieństwa i czynimy porównania, to widać, że autorzy postarali się o lekki powiew świeżości. I tak, mamy tutaj klasyczne skakanie po platformach stałych i takich, które się zapadają po naszym przejściu, mamy też taśmociągi. Mamy przeciwników, którzy nas chcą unicestwić – a część z nich zarówno z wyglądu, jak i zachowania, jest podobnych do tych, które były w GS – np. pszczoły, czy „glizdy”, które w specyficzny dla siebie sposób się poruszają. Mamy również wodę, kontakt z którą kończy się dla nas śmiertelnie – swoją drogą ciekawe czemu, skoro nasz bohater jest w skafandrze (ale być może nie jest to woda, a jakiś kwas, który występuje na planecie, na której toczy się rozgrywka?). Nie tylko woda jest dla nas zabójcza, natrafimy również na inne elementy otoczenia, których należy unikać – w zależności od poziomu mogą to być elektryczne prądy, kolce, żrący kwas, czy wystające skały.

Oczywiście zbieramy również bonusy – w postaci porozrzucanych po poziomach kółek – a zebranie ich w liczbie 100, powoduje, że przybywa nam dodatkowe życie (startujemy z pięcioma). Dodatkowe życie można również uzyskać, znajdując gdzieś na etapie serduszko z napisem 1UP. Często warto zaryzykować, by je zebrać – bo może się przydać później, choć zdarza się, że po jego zebraniu od razu tracimy życie, wpadając na jakiś kolec lub przeciwnika… no cóż, jak to mówi Borsuk san, trzeba trenować, Panie! W grze mamy również uciekający nieubłagalnie czas – tutaj reprezentowany w postaci punktów powietrza – startujemy z poziomu 50, a kiedy spadnie do wartości 0 – tracimy życie. Na szczęście, po utracie życia – rozgrywkę kontynuujemy w pobliżu miejsca, w którym zginęliśmy.

Będzie łubudu… wrzucanie bombki do wąskiej szczeliny, do której trzeba nam za chwilę wskoczyć po jetpack. Bez obaw – te silosy nie wybuchną :)

Zatem, do tej pory, gra bardzo przypomina Gianę Sisters. Są jednak pewne różnice – mianowicie nasz bohater od samego początku jest uzbrojony, a swoją broń może ulepszać. Startujemy z pistoletem, który nie jest zbyt silny i wymaga, aby w przeciwnika trafić kilka razy. Następnie można zebrać laser – pojedynczy, a później podwójny – jest to ciekawa broń, dzięki której przeciwnicy giną szybciej i można się rozprawić z więcej niż jednym na raz, jeśli tylko stoją na linii strzału. Najmocniejszą bronią są rakiety – tutaj przeciwnicy giną od jednego strzału i również w grupie. Niestety nie ma nic za darmo – w przypadku broni rakietowej, trzeba uważać, aby samemu nie zginąć od siły uderzeniowej, która powstaje, kiedy rakieta rozbije się o jakąś przeszkodę. Dodatkowo można swój arsenał uzupełnić o bomby, które otrzymujemy po zebraniu widniejących gdzieniegdzie literek B w czarnym kółku – każdorazowo, po zebraniu, licznik bomb zwiększa się nam o trzy. Bomby zrzucamy przez wychylenie joy-a w dół. Detonują się same po kilku sekundach albo możliwa jest zdalna detonacja – przyciśnięcie fire powoduje wybuch. Warto pamiętać o bombach i tym, że można je samemu detonować – w wielu miejscach będzie to bardzo pomocne.

Oprócz broni, nasz bohater ma jeszcze dwie dodatkowe umiejętności. Oczywiście może skakać (jakby inaczej dostał się na platformy), ale dodatkowo, ten skok może jeszcze wzmocnić jetpackiem. Jetpack reprezentowany jest podobnie jak bomby – tyle, że z literką J. Mamy jeszcze ostatni element – mianowicie turbodoładowanie. Nasz bohater początkowo bardzo wolno się porusza, ale zebranie bonusu z literką F, uzupełnia jego paliwo rakietowe, co powoduje, że zaczyna się poruszać zdecydowanie szybciej. W połączeniu ze wzmocnionym skokiem może wtedy pokonywać wyższe jak i dłuższe odległości. Zarówno wzmocnienie skoku, jak i turbodoładowanie, trwa kilkanaście sekund – więc warto odpowiednio planować ich zbieranie, a także po ich zebraniu odpowiednio szybko pokonywać kolejne fragmenty poziomu, bo zdarza się, że bez tych dodatków dotarcie do niektórych miejsc jest niemożliwe, bądź mocno utrudnione. Czy wspominałem już, że do ukończenia etapu potrzeba zebrać klucz, który się znajduje przeważnie w jakimś paskudnym miejscu? Jeśli nie, to już nadrabiam – często jest on w takich miejscach, że bez przyspieszacza, czy wysokiego skoku, trzeba się udać po klucz okrężną drogą, a przy upływającym czasie i naszpikowanych przeszkodami etapach, nie jest to przyjemne.

Ta gra to nie jest spacerek po fabryce, to jest naprawdę kawał wyzwania…

Wspomniane dodatki w postaci bomby, wzmocnienia skoku oraz turbodoładowania powodują, że gra nabiera dodatkowego, lekko strategicznego, waloru. Etapy są tak zaprojektowane, że często trzeba dobrze rozplanować użycie odpowiednich dodatkowych umiejętności, aby je pokonać lub zebrać dodatkowe bonusy. Samych etapów jest w sumie piętnaście i podzielone są na trzy poziomy. Każdy z poziomów jest inny graficznie. Zaczynamy w obszarach zewnętrznych planety – gdzie dominuje zieleń, woda i budynki fabryczne. Drugi poziom to wnętrza fabryk, natomiast trzeci poziom to już przestrzeń kosmiczna, po której poruszamy się, by dotrzeć do tunelu czasowego, którym wrócimy na Ziemię.

Ahhh…. Zapomniałbym! Aby nie było tak prosto, autorzy dołożyli nam jedno dodatkowe urozmaicenie, które jest dość fajnym utrudnieniem. Mianowicie w ostatnich etapach natrafiamy na, wspomnianego w historii początkowej, profesora. Profesora należy uratować i… doprowadzić do końcowego tunelu czasowego – przecież po to tutaj przylecieliśmy prawda? Oznacza to, że końcowe etapy trzeba rozgrywać dwoma postaciami, przy czym sterujemy tylko naszym bohaterem. Profesorek próbuje naśladować nasze ruchy, ale czyni to niedokładnie. Zatem trzeba się wyuczyć tego, jak postępować z naszym towarzyszem. Trzeba uważać, by nie wpadł do otchłani, bo wtedy oczywiście giniemy. Trzeba wyuczyć się jak skakać, by profesorek oddał skok w odpowiednim miejscu i by nie utknął, bo nie jest w stanie się cofnąć. Przyznam, że jest to ciekawe rozwiązanie i bardzo mocno urozmaica końcówkę gry. Dodatkowo powodując, że jej ukończenie wcale nie jest proste. Szczerze powiem, że sam kończyłem ją tylko na trainerze, natomiast przy normalnej grze, nigdy nie udało mi się doprowadzić profesora do wyjścia, ale byłem bardzo blisko – jeden etap do końca.

Trzeba uważać, by nie wpakować się na prądy pod spodem – umiejętne skakanie po lampach, koniecznie z jetpackiem, wymagane…

Na koniec trzeba oczywiście wspomnieć o grafice i muzyce. Tutaj nie ma się do czego przyczepić. Grafika może nie jest tak kolorowa, jak w Gianie Sisters, ale jest ładna i czytelna. Wszystkie platformy są dobrze widoczne, przeciwnicy są ładnie narysowani i również się wyróżniają. Muzyka jest fajna i wpadająca w ucho – nie jest to oczywiście Chris Hulsbeck, ale nie mamy odczucia zmęczenia muzyką i nie chcemy jej wyłączyć. Sama animacja bohatera, a raczej jego sterowanie i zachowanie przy użyciu dodatkowych przyspieszaczy, jest idealne. Świetnie się steruje, no i oczywiście mamy to, co w platformerach najważniejsze, czyli możliwość zmiany kierunku w powietrzu – co w tej grze jest po prostu konieczne.

Jak wspomniałem na początku, w grze normalnej gra zapisuje wyniki w tabeli hi-score, więc jest motywacja do tego, by grać kolejny raz, nawet jeśli się już grę przejdzie. Oczywiście jej ukończenie wymagać będzie wielu, bardzo wielu, godzin treningów, ale zaręczam, że nie będą to nudne godziny i do gry chce się wracać, aby przejść dalej. Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę, że gra oferuje tryb gry na dwóch graczy. Instrukcja wspomina, że rozgrywka toczy się w trybie turowym – tak jak w Gianie Sisters – zmiana po utracie życia. Jednak ja podczas testów nie zauważyłem takiego zachowania – drugi gracz dostał swoją szansę dopier, kiedy pierwszy grę całkowicie zakończył. Albo jest to błąd w grze, albo tak miało być – jednak, jeśli to drugie, to tryb ten nie ma najmniejszego sensu – bo również dobrze można było to uzyskać przy grze jednoosobowej. Na sam koniec pozostaje ocenić ten tytuł. Jako że mam mało czasu (wiem, wiem, że wiecie), który mogę poświęcić na granie, to wybieram gry, które są dobre i dają dużo frajdy. Dla mnie, miłośnika wspomnianej już wiele razy Giany Sisters, gra Wormhole jest jej idealnym następcą (śmiało mogę stwierdzić, że lepszym niż Hard’n’Heavy). Dostałem tutaj naprawdę solidny kawał rozrywki, podlany kilkoma nowatorskimi rozwiązaniami, no może nie całkiem nowatorskimi, ale, jednak w takiej kombinacji, że stwierdzam, iż wydane pieniądze były tego warte. Tytuł, na przekór Borsukowi, dostaje ode mnie medalik lśniący złotem. A Wy sprawdźcie, czy według Was również się należy i dajcie znać w komentarzach.

Retrometr

 


Ciekawostki

  • W instrukcji znajdziemy informację, że gra wspiera aż trzy przyciski joysticka – dodatkowe dwa mogą być wykorzystane do przełączania broni i rzucania bomb. Oczywiście wymaga to odpowiedniego kontrolera, ale instrukcja opisuje jak zmodyfikować własny joystick (wymaga to odpowiedniego przelutowania kabelków – lub dolutowania i dołączenia dodatkowych przycisków).
  • Gra jest wprost stworzona do speedrunowania – czego nie omieszkałem spróbować i nawet dość poważnie się do tego przymierzyłem, ale w pewnym momencie poddałem się – co wcale nie oznacza, że całkowicie i kiedyś nie wrócę do tej próby. Tutaj filmik z jednej z podjętych prób.

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...