Recenzja | Zemsta Urzędasa, Zemsta Kujona (PC)

Pośród mnogości gatunków gier, czasem pojawi się tytuł wykraczający poza ramy wcześniej zdefiniowanych schematów rozgrywki. Dobrym tego przykładem jest niegdyś w miarę popularna dwuczęściowa seria Sąsiedzi z Piekła Rodem. Jednak dziś nie będzie mowa o hicie od JoWooD, a o praktycznie całkowicie zapomnianej serii. W dzisiejszym materiale przyjrzymy się dwóm pierwszym produkcjom stworzonym przez niemieckie Limbic Entertainment, które nie tak dawno stworzyło takie tytuły jak Might & Magic: Heroes VII czy Tropico 6.

Zemsta Urzędasa

Limbic Entertainment (2003)

Eeee…Logiczna?

Dlaczego we wstępie wspomniałem o Sąsiadach? A to dlatego że być może część z Was będzie pamiętać zwariowane losy pechowego człeka mające ładnych parę lat na karku, któremu ciągle było pod górę dzięki „uprzejmości” sąsiada będącego gwiazdą telewizyjnego show w stylu ukryta kamera. Ogólne założenia Zemsty Urzędasa są bardzo zbliżone.

Wcielamy się w jedną z dwóch postaci do wyboru – kobietę i mężczyznę, którzy na dzień dobry zostali zwolnieni z pracy. Normalny człowiek pewnie by grzecznie poszedł do domu, zaktualizował CV i zaczął szukać kolejnego miejsca zatrudnienia. Jednak taki materiał na grę byłyby wyjątkowo nudny i dlatego też główny bohater (lub bohaterka) gry postanowił zemścić się na całej firmie w wyjątkowo nietypowy i niezbyt przemyślany sposób – niszcząc wszystko co się da, tak by nikt nie zauważył. Szalony pomysł na grę, prawda? Spokojnie, im dalej w las, tym więcej jodłujących drwali, czy jakoś tak.

Gefeuert! Dein letzter Tag” w wolnym tłumaczeniu „Zwolniony! Twój ostatni dzień” (na zachodzie wydane jako „Sacked”) to zwariowane połączenie gry logicznej, skradanki, przygodówki oraz odrobiny strategii. W rzucie izometrycznym poruszamy się naszą postacią za pomocą strzałek, a kliknięciem myszy wybieramy daną akcję. Naszym zadaniem jest zdobycie określonej liczby punktów niszcząc narzędzia biurowe w mniej lub bardziej kreatywny sposób w określonym limicie czasowym. Jak to zwykle bywa w grach na początku jest w miarę łatwo, by gracz mógł poznać mechanikę gry (samouczka tutaj nie ma, bo i po co), żeby pod koniec wyśrubować mocno w górę z poziomem trudności. Na szczęście nie musimy od razu wygrywać po kolei wszystkich 21 leveli, a to za sprawą drzewka rodem z Outruna.

Niech was pozory nie zmylą – to nie ma nic wspólnego z serią The Sims

No dobra, fabuła i zasady rozgrywki są omówione, pora przejść do konkretów. W każdym poziomie mamy do dyspozycji inny plac zabaw… znaczy biuro o różnej powierzchni i rozłożeniu pokoi. Takie zwykłe, standardowe biuro zawiera automat z napojami na korytarzu, kuchnię, dzięki której pracownicy mogą odetchnąć od natłoku zadań i przy okazji coś zjeść, ubikację w której załatwiają swe potrzeby, pokój szefa, który jest… no pokojem szefa oraz najważniejszy punkt każdego biura – pokoje z komputerami, przed którymi siedzą wiecznie zapracowani pracownicy. Opcjonalnie też pojawi się pokój konserwatora oraz miejsce odpoczynkowe do którego raczej za często ludziska nie wpadają, gdyż szef bacznie obserwuje swoich zatrudnionych.

W każdym pokoju znajdują się rzeczy, które mają z góry ustaloną definicję użycia – ketchup jako dodatek do kanapek, lodówka jako miejsce do przetrzymywania żywności, lustro do przeglądania się w nim, drukarka do drukowania i tak dalej. A co jeśli powiedzmy bohater opowieści zabierze toner do drukarki, wyłączy nie swój komputer, włoży pułapkę na myszy do teczki, pozabiera puchary w gabinecie szefa, użyje zapalniczki na koszu na śmieci lub pomaże na białej tablicy zawierające wytyczne na cały dzień? No wtedy wszyscy będą mocno zdenerwowani, dlatego też wszystkie czynności należy wykonywać z ukrycia kiedy nikt nie patrzy. W grze będziemy robić masę rzeczy które NIE należy robić w biurze (poza nim też). Podobnie jak w Commandosie po kliknięciu w każdą „wrogą” postać możemy zobaczyć ich trójkątny zasięg widzenia, co bardzo pomaga w planowaniu ruchów, bowiem nie raz bywa tak że w biurze zaczyna być zbyt tłoczno i praktycznie cały czas ktoś łazi po korytarzu bo nie może wykonywać swoich obowiązków… ale zaraz zaraz, skoro rozstaliśmy zwolnieni to dlaczego nikt się nie czepia naszych spacerów po budynkach firmy w tym także szef? Na to pytanie chyba nigdy nie uzyskamy odpowiedzi.

Wcześniej, czy później w końcu zostaniemy złapani na gorącym uczynku bo na przykład zapomnieliśmy uwzględnić że pracownik nr 3 co półtora minuty idzie podgrzać jedzenie w mikrofali, tyle że ta została zepsuta przez jakiegoś tajemniczego typa (czyli was). W takim wypadku chcąc, niechcąc będziemy brali udział w minigrze Simon Says”, to jest gdy przyłapany pracownik wybiera czerwoną, żółtą, czerwoną oraz fioletową linię dialogową my także musimy wybierać odpowiednie kolorki mając 3 sekundy na zastanowienie się. Trzy dobrze udzielone wymówki i możemy dalej siać chaos i destrukcję. Za pierwszym razem będą to kombinacje po dwa kolory, za każdym kolejnym będzie o jeden więcej. Najgorzej będzie gdy przyłapie nasz szef, gdyż ten jako jedyny ma dostęp do całej palety kolorów.

Proszę się nie denerwować, ja tylko miałem potrzebę kserowania sobie tyłka

Tak jak wcześniej wspomniałem na początku mamy wystarczająco dużo czasu na zastanowienie się jaką czynność mamy wykonać, potem niestety będziemy musieli część interakcji wykonywać odruchowo w odpowiedniej kolejności, tak aby zarobić jak najwięcej punktów w coraz mniejszych ramach czasowych. Pod koniec gry bywa tak trudno że bez odpowiedniego planu działania nie starczy nam czasu by osiągnąć wymagany wynik. Zazwyczaj ubikacja częściowo rozwiązuje wszelkie problemy, gdyż jest to jedyny pokój do którego każdy zagląda oraz może z niego korzystać naraz określona liczba osób, zamknięcie jednego lub dwóch delikwentów pozwoli nam trochę dłużej niż zwykle przebywać w danym pokoju oraz spowoduje że inni będą czekać w kolejce (nie próbujcie tego w biurze!).

Co by tu jeszcze o tej grze napisać? Graficznie nie powala, zwariowana muzyczka miło leci w tle, widać że jest to tytuł, który był tworzony z myślą żeby prędzej czy później trafić do jakiegoś czasopisma o grach.

Jakie są minusy ZU? Ano jest ich niestety trochę. Po pierwsze nie każdemu może spodobać się idea niszczenia mienia „dla jaj”, po drugie praktycznie większość gry wygląda tak samo, poziomy różnią się przede wszystkim rozkładem pomieszczeń i ich ilością oraz jak dużo patrolujących czeka na nas w danej misji. Dla zainteresowanych dodam że w grze jest możliwość nazwania każdego pracownika według własnej woli.

Kosz mu się pali – zero reakcji, widać że stara się o tytuł pracownika miesiąca

Urzędas może się jeszcze „pochwalić” jednym z największych minusów w dziejach gier – brak jakiejkolwiek możliwości pauzy! Naciśnięcie klawisza Esc nic nie daje. A to oznacza że jeżeli chcemy wyjść z gry to mamy trzy możliwości: dać się przyłapać i celowo przegrać minigrę by „odblokować” klawisz przejścia do menu, gdzie tam znajdziemy upragniony klawisz wyjścia. Możemy też spróbować kombinacji Alt+Tab, tyle że do gry już nie wrócimy, bo się zawiesi. Ewentualnie możemy grzecznie poczekać około 8-14 minut nim skończy się czas na zaliczenie danego poziomu.

Czy warto zagrać w przygody szalonego bezrobotnego urzędnika? Jeżeli macie tytuł gdzieś na płytce pod ręką to możecie spróbować, nie jest to zła gra, dobra zresztą też. Gdyby gra wyszła w dzisiejszych czasach prawdopodobnie potraktowano ją jako grą indie, na którą warto poczekać aż będzie po promocji 85% taniej. Jednak na chwilę obecną gra nie jest dostępna w sprzedaży i raczej wątpię by twórca poważniejszych produkcji chciał ją udostępnić ponownie na GOGu i na steamie, co nie znaczy że tytuł nie okazał się totalną porażką, gdyż w tym samym roku ukazała się jego kontynuacja.

Retrometr


Zemsta Kujona

Limbic Entertainment (2003)

Eeee… znowu Logiczna?

Tym razem w drugiej części zamiast biura mamy szkołę. W Crazy School: Schulverweis, czyli Szalona szkoła: wydalenie ze szkoły podobnie jak w odsłonie poprzedniej kierujemy losami chłopca lub dziewczyny i robimy to samo co ostatnio, tyle że w innej scenerii. Pomysł na papierze wydaje się być bardzo dobry, bo jak wiadomo szkoły w przeciwieństwie do biur są większe i różnorodniejsze. I tak owszem jest… i nie jest. Mamy od dyspozycji salę informatyczną, chemiczną, plastyczną, muzyczną oraz zwyczajną, szatnie, pokój nauczycielski, gabinet dyrektora, kuchnię no i oczywiście ubikacje. Do wyboru, do koloru.

Tak samo jak w części poprzedniej chodzimy od pokoju do pokoju, zbieramy niezbędny ekwipunek i siejemy zamęt, czyli to co zwykle. Właściwie to prędzej tej grze do level packu niż do prawowitej kontynuacji. Nie licząc całej zupełnie nowych przedmiotów oraz miejscówek główna mechanika pozostaje bez zmian. Jedną z nielicznych różnic jest odmienna, cięższa minigierka podczas przyłapania, tym razem będziemy grali w wisielca na tablicy z kredą, gdzie łatwo o skuchę na pierwszym potknięciu. Z logicznego punktu widzenia trochę śmiesznie to wygląda sytuacja gdy podczas niszczenia mienia „za karę” musimy odpowiedzieć na zagadkę nauczyciela.

No właśnie jakie „atrakcje” czekają nas w szkole? A no „pożyczanie” zawartości czyiś plecaków, klejenie taśmą klejącą zeszytów (bądź ich rwanie), zrywanie plakatów, wywieszanie czyiś świadectw na ścianie ogłoszeń, mazanie kredą po tablicach, czy chociażby formatowanie komputerów. Możemy także rzucić papierowym samolotem w środku sali – no nie do pomyślenia! Zdecydowanie nie jest to odpowiedni tytuł dla najmłodszych.

Pistolet na wodę strzelający przez ściany, czego ludzie to nie wymyślą

Pamiętacie jak w poprzedniej recenzji narzekałem na brak różnorodności po ograniu paru poziomów? W „Zemście Kujona” jest jeszcze gorzej. Praktycznie w każdym z 21 poziomów mamy te same rodzaje pomieszczeń, zawierających całą masę tych samych przedmiotów zawierające po jedną, dwie interakcje. No serio, ileż można grzebać w plecakach, piórnikach, czy tam zeszytach jak w każdej sali leży co najmniej po parę sztuk? W Urzędasie była możliwość , a to coś się robiło z komputerem, z lustrem, z mydłem, oknami i widać było tego skutki. W Kujonie sale lekcyjne zazwyczaj są puste, więc możemy spokojnie zaliczać pokój po pokoju, no czasem wejdzie jakiś uczeń lub nauczyciel do lokacji w której się znajdujemy, wtedy schowamy się gdzieś tam w rogu i nabijamy punkty dalej. Jakby to była jedynka to jeszcze bym zrozumiał że twórcy się dopiero uczyli robić ciekawe gry.

No niestety twórcy nie odrobili prawidłowo pracy domowej. Nie dość że bezczelnie ściągali, to jeszcze po łebkach, byle dostać dwójkę. Już lepiej zagrać w Urzędasa, a jeszcze lepiej w Sąsiadów z Piekła Rodem. Dlatego też ocena czerwona niczym pokreślona przez nauczyciela praca leniwego ucznia, który nawet nie starał się pouczyć choć przez chwilę do sprawdzianu.

Retrometr

Na koniec z wspomnę tylko że obie gry mogą mieć drobne problemy z kompatybilnością na nowszych systemach niż te na które zostały wydane, czyli od Visty wzwyż (mrugający obraz, odwrócone kolory itp.). Rozwiązaniem na to jest albo zabawa z DxWnd, albo uruchamianie w trybie zgodności ze starszymi systemami, albo wybierając zintegrowaną kartę graficzną (jeżeli takową macie), albo po prostu odpalenie na starym, dobrym „ikspeku”. Tylko pytanie „czy warto?”. No cóż sami musicie na to pytanie odpowiedzieć.

Informatyk z zawodu i zamiłowania. Ulubione gatunki: platformówki, gun and run, FPSy, TPSy, wyścigowe, metroidvanie oraz cała reszta co jest szybka i dynamiczna - wiek gry nie ma znaczenia. Posiadane platformy: Commodore C64, Brick Game, Pegazus, PC