Recenzje | The Mark of Kri, Rise of the Kasai (PS2)

Jak już przyszło mi wspominać przy okazji innej recenzji – uważam się za growego archeologa. Wiele gier, a nieraz i całych serii zostało przez graczy zapomnianych pomimo tego, że kiedyś cieszyły się niemałą popularnością, inne zaś nigdy nie miały szans zabłysnąć. Moim zadaniem jest odkopywać takie tytuły i utrzymywać je w naszej pamięci… Oczywiście o ile są tego warte, gdyż to chyba zrozumiałe, iż czasem zapominamy po prostu o tym czego wspominać nie warto. No cóż, dzisiaj mam dla was dwie perełki do niedawna ekskluzywne dla najlepszej maszyny do grania czyli Playstation 2, a od jakiegoś czasu dostępne również w dystrybucji cyfrowej na Playstation 4. Mowa o fantastycznych The Mark of Kri oraz jego sequelu Rise of the Kasai. O ile ten pierwszy cieszył się jako taką popularnością w chwili swojej premiery, o tyle ten drugi miał nieszczęście ujrzeć światło dzienne blisko premiery God of War. Gra o spartańskim wojowniku kosztowała Sony znacznie więcej więc przeznaczyli ogromną większość budżetu na jego reklamowanie, to też druga cześć przygód Rau nie została nawet wydana w Europie.


THE MARK OF KRI

SONY / SAN DIEGO STUDIO (2002)

PLAYSTATION 2

GATUNEK: ACTION ADVENTURE / BIJATYKA / SKRADANKA

Nasz bohater: wielki wojownik Rau oraz jego kruk zwiadowca.

Tyle w kwestii wstępu, teraz mogę wam wyjaśnić o co tu chodzi i skąd mój zachwyt nad tymi perełkami. Po kolei. W The Mark of Kri przyjdzie nam wcielić się w potężnego wojownika Rau Utu, który jak przystało na niewyżytego młodzieńca chce jak najszybciej dorobić się sławy. W jej poszukiwaniu podejmie się pierwszego zadania polegającego na ograniczeniu populacji pobliskich bandytów, jednak akcja szybko się rozkręci, gdy dowiemy się co nieco o starożytnej klątwie zwanej Kri, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. Tak się nieszczęśliwie składa, że siostra naszego bohatera jest jej aktualnym nosicielem, a co gorsza potężny klan czarnoksiężników Kasai pragnie położyć na niej swoje obleśne łapska. Rau podejmie się podróży po świecie w celu zasięgnięcia rady u prastarej wyroczni i zdobycia odpowiedniej wiedzy. Nie chcę tutaj zdradzać za wiele, gdyż tą nieskomplikowaną opowieść wciąga się bardzo przyjemnie. Gra jest po prostu dobrze napisana, a klimatyczny narrator jedynie dopełnia czaru, więc będziemy niecierpliwie wyczekiwać kolejnych cut scenek. Ale to wszystko jest jedynie wisienką na torcie.

Spokojnie chłopcy… Wujek Rau zaraz się wami zaopiekuje…

Myślicie sobie teraz pewnie: „co on gada, przecież to tylko gra akcji – wciśniemy jakieś przyciski, mięśniak machnie mieczem i tak od A do Z”. No nie do końca. Po pierwsze The Mark of Kri pozwoli nam bezmyślnie wymachiwać ostrzem jedynie z samego początku oraz pod koniec naszej przygody. Rau to świetny wojownik, ale daleko mu do Kratosa, czy nawet Conana. Temu też połowa poziomów wymusi na nas wytężenie tego czegoś zamieszczonego na naszym karku, dodatkowo rozgrywkę uprzyjemni nam skradanie się, czy nawet zastawianie pułapek. Mimo, że nie jestem fanem skradanek to pozwólcie mi zauważyć, że zrobiono to kapitalnie! Po prostu nie przepadam za nudnawym czajeniem się w krzakach i nie jestem w tym zbyt dobry… The Mark of Kri jest wyjątkiem – w nim nawet preferuję cichą eliminację oponentów, najlepiej kilku jednocześnie… Widocznie wszystko jest kwestią odpowiedniego zaprojektowania poziomów i dostosowania inteligencji przeciwników…

Jak już przy mądrości naszych wrogów jesteśmy to ta niestety nie jest zbyt dobra… Wszystko opiera się raczej na skryptach, ale hej, to działa! Efektem ubocznym jest to, że jeśli zajdziemy parę wrogów od tyłu i odpowiednio szybko uderzymy w przyciski na kontrolerze to jeden z bandziorów będzie stał jak głupi i przypatrywał się jak podrzynamy gardło jego koledze, po czym sam straci głowę… Jest to po prostu jedna z mechanik tej gry i wątpię by ktoś kręcił na nią nosem. Podoba mi się również to, że sekcje w etapach wymuszają na nas nieco planowania, śledzenia ścieżek patrolów wroga, czy jak wspomniałem zastawiania pułapek. Dla przykładu czasem spłoszymy grupę ptaków – co na chwilę odwróci uwagę naszego celu, innym razem wpakujemy dzikowi strzałę w zadek, by ten w szale przebiegł przez wrogi obóz – my w tym czasie po cichu wyeliminujemy zdezorientowanych adwersarzy.

Rau siekać na plasterki!

To jest naprawdę proste i przyjemne, ale w końcu mowa tu o grze akcji, tak więc przedstawię wam najlepszy system walki jaki NIGDY nie został skopiowany do innych gier (a szkoda). Jeśli macie pod ręką to sięgnijcie po dowolny kontroler do Playstation – co na nim widzicie? Analogi, krzyżaczek, grupę przycisków oznaczonych figurami geometrycznymi… Oooo tototo, o nie mi własnie chodzi, a raczej o ich wykorzystanie. Mianowicie zaznaczać będziemy wrogów prawym analogiem i wtedy wyświetli się nad głową oponenta symbol widniejący również na przycisku pada. Możemy w ten sposób oznaczyć wielu nieprzyjaciół jednocześnie i wciskając dany symbol ataku, nasz Rau przeskoczy do odpowiedniego przeciwnika i przyłoży mu mieczem. Walka z grupami wrogów jeszcze nigdy nie była tak prosta! Wraz ze zdobywaniem nowych broni robi się tylko jeszcze ciekawiej . Ogromny topów dla przykładu pozwoli przydzielić nawet trzech wrogów do każdego guzika, a po jego wciśnięciu Rau rzuci się na nich wymachując nim dookoła. Oczywiście to może wydawać się proste, ale wcale takie nie jest. W ten sposób będziemy walczyć z hordami słabeuszy, bowiem na silniejszych oponentów skuteczniejsze są widowiskowe combosy. Jeśli zaznaczymy mniejszą liczbę wrogów to wolne przyciski posłużą nam do wyprowadzenia komba, jest to opłacalne gdyż poprawnie wklepana kombinacja najczęściej natychmiastowo eliminuje wybrany cel. Dzięki temu system walki w The Mark of Kri (a także w sequelu) jest naprawdę intuicyjny i przyjemny. Więcej o tej naprawdę świetnej grze dowiecie się z mojej poniższej recenzji video, do której obejrzenia serdecznie zachęcam.

Recenzja Video THE MARK OF KRI (PS2)

Retrometr


RISE OF THE KASAI

SONY / BATTLEROCKET ENTERTAINMENT (2005)

PLAYSTATION 2

GATUNEK: ACTION ADVENTURE / BIJATYKA / SKRADANKA

Tandemowa jatka w sequelu – brat i siostra skopią wieeeele tyłków!

Zostawmy na chwilę część pierwszą, a przejdźmy do Rise of the Kasai, który jest jednocześnie sequelem i prequelem. Jak to tak? Otóż naprzemiennie będziemy kontynuowali przygody Raua, jak i poznawali przeszłość jego klanu oraz mrocznych Kasai wcielając się w jego mistrza. W tej części zawsze gramy parami i możemy wybierać jedną z dwóch postaci do każdego poziomu. W epizodach opowiadających o przeszłości będzie to potężny Baumusu, albo jego przyjaciel Griz, a w teraźniejszych znany nam Rau lub jego nastoletnia teraz siostra, której klątwa Kri dodała nieco przydatnych mocy (np. niewidzialność podczas pozostawania w bezruchu). I wiecie co? Grajcie po prostu jako siostrzyczka Tati – jest szybsza i posiada lepszy arsenał. Fabularnie ta część nie jest szczególnie angażująca, otóż Rau został rzekomo zabity przez swą siostrzyczkę, a że był ulubieńcem bogów, ci postanowili zbadać sprawę, tak więc cała gra jest jednym wielkim flashbackiem. Choćbyście prosili to więcej nie zdradzę…

Chyba mają pietra? Nie dziwota! Baumusu to maszyna do walki.

Gameplay doczekał się nieznacznych usprawnień, np. inteligencja wrogów została lekko poprawiona i teraz reagują na zniknięcia swych towarzyszy, czy znalezione ciała. Niby nic wielkiego, ale ogromnie wpływa na próby wcielenia się w cichego zabójcę. Problem w tym, że Rise of the Kasai nie wymaga już od nas takiego podejścia. Najczęściej znacznie łatwiej i szybciej będzie po prostu wskoczyć na środek wrogiego obozu wycinając go w pień, zwłaszcza że jak już wspomniałem walczymy teraz w parach. W sumie to jest jedna, jedyna nowa mechanika – czasem będzie trzeba odciągnąć uwagę wrogów, by nasz towarzysz mógł się gdzieś niepostrzeżenie przekraść, innym razem skoordynujemy ciche zabójstwa. Smaczki, niestety nic więcej.

Interesującym aspektem obu tych gier jest oprawa audiowizualna. Mianowicie już na pierwszy rzut oka zauważymy styl podobny do klasycznych filmów Disneya… Okazuje się, że tak jest nie bez powodu, bowiem kilku animatorów tego legendarnego studia odpowiedzialnych było za projekty postaci i innych stworzeń. Efekt dopełniony jest jedynie przesadzonymi, a zarazem bardzo płynnymi animacjami oraz mocno wyolbrzymioną przemocą. Dosłownie jakby torsy były przymocowane do nóg jedynie taśmą klejącą. Właśnie dzięki temu unikatowemu stylowi – dzisiaj te gry wciąż prezentują się nienagannie, a zwłaszcza część druga bogatsza o całkiem imponujące efekty świetlne, bardziej szczegółowe modele, czy nawet fizykę żeńskich wdzięków…

Nasza siostrzyczka nie przebiera w środkach…

Rise of the Kasai jest zdecydowanie bardziej rozbudowana, po prostu większa, ale osobiście bardziej przypadła mi do gustu krótka przygoda Raua z The Mark of Kri. Nie są to trudne gry, a omówiony już system walki okaże się niesamowicie intuicyjny nawet dla osób, które kontroler trzymają w ręku pierwszy raz w życiu. Co jednak nie znaczy, że brak mu głębi. Polecam zakupić oba te zapomniane hity na PS4, albo odnaleźć wydania fizyczne na oryginalną platformę. Problem w tym, że jak już wspomniałem – część druga nigdy nie zawitała na stary kontynent, więc pomimo tego iż nie jest droga – to upierdliwe może być jej zaimportowanie z USA czy Kanady. Polecam obejrzeć także moją recenzję Rise of the Kasai poniżej, gdyż mam zwyczaju więcej gadać niż pisać oraz możliwość zobaczenia jak to wszystko wygląda na własne oczy jest bardziej przekonująca niż czytanie o tym. Przynajmniej ja mam takie odczucie. Miłych dwóch seansów i do zobaczenia w następnym odcinku mojego cyklu Z Browarkiem Przez Retro.

Recenzja Video RISE OF THE KASAI (PS2)

Retrometr


Autor tekstu i filmu: Mocny Browarek

PS1. Screeny i okładki  pochodzą głównie z Mobygames.

PS2. Naszych czytelników zachęcam do wyrażania opinii zarówno o wpisie jak i o filmach autorstwa Mocnego Browarka, zarówno na naszej witrynie oraz na jego youtubowym kanale. Przyznam się, że jestem pod dużym wrażeniem filmów przygotowanych przez autora. (Borsuk)