Słońce | Contra 3: Alien Wars

slonce2Zarówno pierwsza Contra jak i Super C to były legendy gier akcji na NESa. W Polsce ta pierwsza była bardziej znana dzięki składance „168 in 1”. Nieuniknionym było więc, aby ta flagowa seria od Konami znalazła się również na nowej 16bitowej konsolce Nintendo. Nieuniknionym również było, aby w końcu ją ukończyć w piwnych oparach.

 

O samej grze

Przyznam, że w dawnych czasach, po długim obcowaniu z grami na Pegasusa, Contra 3 przy pierwszym zetknięciu średnio przypadła mi do gustu. Wydawała mi się przekombinowana w stosunku do tego, co znałem wcześniej. Byłem głupi i po otrzepaniu się z 8bitowych nawyków wkręciłem się bez reszty w nowe przygody Bill’ego i Lance’a.

Na samym początku na ekranie startowym mamy możliwość wybrania opcji gry. Wybieramy tutaj jeden z 3 dostępnych poziomów trudności (easy, normal i hard), a także ilość żyć, z którymi chcemy zacząć (maksymalnie 7). Potem jeszcze tylko jeden lub dwóch graczy i rzucani jesteśmy w wir ognia wojny. Przed nami 6 plansz przepełnionych akcją, wybuchami, masą przeciwników i ogromnymi robotami. Jak w poprzednich odsłonach oprócz plansz tradycyjnych (czyli od prawej do lewej) są dwie z widokiem z góry, a nawet jedna nowość – jazda na motorach po bezkresnych autostradach, niczym w Mad Maxie! O ile poziomy z lotu ptaka są po prostu w porządku, choć bywają denerwujące (przynajmniej na wyższych poziomach trudności – ale co wtedy nie jest?) to mknięcie na jednośladzie to już czysta frajda. A co się dzieje później! Hoho, helikoptery i skakanie po rakietach! Naprawdę  panowie z Konami postarali się o różnorodność zmagań, jak i przeciwników. Praktycznie każda plansza to nowe wyzwania i nowe poczwary do ubicia. Czasem po prostu biegniemy na żywioł i walimy ile fabryka dała, by potem konkretnie się napocić podczas zmagań platformowych. Wydaje mi się, że w części trzeciej szczególnie postawiono nacisk na „zręcznościowość” wyzwań. Co i rusz skaczemy po linach unikając czy to jęzorów ognia, latających poczwar, czy robotów próbujących nas nabić na swoje wiertła. W jednej planszy „z góry” będą nas dręczyć taśmociągi zrzucające w przepaść. Gdy to wszystko przyprószymy jeszcze pokaźnym wachlarzem potworów sięgających od zwykłych żołdaków, poprzez roboty, a na demonicznych kosmitach skończywszy otrzymamy iście wybuchową mieszankę.

Ciekawostki:

» Postacie bohaterów z gry były wzorowane na sylwetkach Arnolda Schwarzeneggera i Sylwestra Stalone.

» Imię Bill Rizer to cześć oddana aktorom Billowi Paxtonowi i Paul’owi Reisor’owi, natomiast w przypadku Lance’a Bean’a jest to Lance Henriksen i Michael Biehn. Cała czwórka wzięła udział w filmie o Obcym.

Nie będziemy jednak bezbronni, o nie! Arsenał naszych dzielnych chłopaków został odpowiednio podrasowany. Po pierwsze możemy mieć na sobie dwie bronie na raz i w zależności od potrzeb przełączać je pomiędzy sobą. Jest to bardzo dobrze przemyślany aspekt strategiczny, bo możemy lepiej dostosować oręż do stawianych przeciw nam wyzwań. Dzięki temu też trudniej jest nas pozbawić broni całkowicie, ponieważ gdy giniemy tracimy tylko aktualnie używaną pukawkę, a druga zostaje bezpieczna w kaburze. Co do samego rodzaju pocisków to tak jak poprzednio są one wyrażone literami: S – spread gun, czyli nasz ulubiony rozpryskiwacz, H – homing, rakiety samonaprowadzające, F – fire, miotacz ognia, L – laser oraz C – crush, bardzo mocne rakiety. Od czasu do czasu znajdziemy też B – barrier, czyli pole siłowe, które na krótki czas uczyni nas nieśmiertelnymi. Wymienione bronie są na tyle dobrze zrobione, że każda ma swoje zalety i wady i najlepiej samemu sprawdzić, która nam najlepiej podpasuje. Nie jest to już pogoń za S’ką jak kiedyś:)

Grafika oczywiście to 16 bitów w świetnym wydaniu. Dobre duże sprite’y postaci i przede wszystkim duże, ogniste wybuchy, których nigdzie nie brakuje. Nie zauważyłem też żeby gra w jakimkolwiek momencie zwalniała, tak że jazda na pełnej … szybkości!

Retrometr


Jak hartowały się kciuki

Kolejny wieczór, kolejne kufla uniesienia. Nasze żyły wiedziały, że nadszedł ten moment, aby znów uratować świat. Padło na Contrę 3, a właściwie, z racji tego, że mieszkamy w Europie, Super Probotectora. Od dawna próbowaliśmy ukończyć ten tytuł, ale tym razem czas wydawał się właściwy.

Początek obył się raczej bez szwanku. Nawet jeśli, któryś z nas po drodze gdzieś oberwał to nie mieliśmy czasu na krwawienie. Dobiliśmy do końca planszy, a boss tak szybko uległ pod gradobiciem naszych rakiet, że do dziś kwestią sporną jest, czy boss w ogóle się tam znajdował. Kolejny etap był już nieco bardziej kłopotliwy. Zadaniem było odnalezienie i zniszczenie 4 bunkrów. Gdy są zamknięte nie da się ich uszkodzić. Trzeba sprowokować je do otwarcia i strzelać ile magazynek mieści. Na poziomie hard są one na tyle bezczelne, że np. otwierają się tylko wtedy gdy jesteśmy odwróceni do nich plecami. Ale od czego jest tryb kooperacji! Jeden wystawił zad, a drugi przerobił je na durszlak. Kolejny boss i kolejny śmiech na sali.

scon3

W trzeciej planszy ilość żyć zaczynała się już wykruszać i realnym celem wydawało się dobić chociaż do checkpointa. Nawet jeśli całkiem zginiemy, nowe „continue” zacznie się od tego miejsca. Ale przed nami najgorsze wyzwanie – wdrapać się po pionowej ścianie, na której wielki robot atakuje nas wiertłem. Cały problem polegał na tym, że jego ataki są całkowicie losowe i trzeba się naprawdę wykazać unikami. Góra, dół, góra, dół, lufa pluje ogniem i huczy. Pac! Co jest? O nie! To kolega (damy mu ksywkę Fuzzy Majk dla lepszej rozpoznawalności) został ugodzony wiertłem w żebro… to było jego ostatnie życie. Nieeee!!! Maaaajk!! – Kurna człowieku, siedzę obok ciebie. – Niestety po Majku nie było śladu… – Ty, normalny jesteś? – Pomszczę Cięę!! – Dobra, idę do kuchni po piwko. Góra, dół, góra dół!! Unik za unikiem, w końcu ogniu chwały ubiłem metaliczną bestię!! Jej żałosne szczątki pochłonęła otchłań! Pomściłem Cię Majk! Słyszysz!? POMŚCIŁEM!! – Fajnie… gdzie otwieracz?

scon1

Przy kolejnym checkpoint’cie i ja poległem, ale w końcu mogliśmy znów zacząć grę razem. We dwóch bezlitośnie wyoraliśmy sobie drogę do ostatniego bossa trafiając w końcu na odjazdową planszę na motorach. Tu właściwie można było trochę odsapnąć. Zniszczyliśmy parę hord robotów, zostawiliśmy na autostradzie szczątki statku kosmicznego i skacząc po rakietach zniszczyliśmy kolejny. Zaczynaliśmy zbliżać się do gniazda podłych obcych. Przedostatnia plansza podobnie jak druga była z widokiem z góry i choć znajdujące się na niej ruchome piaski są bardzo irytujące to taka trudna nie jest. Najgorszy był boss. Podczas drugiej fazy owe piaski wokół niego tak szaleją, że nie sposób w cokolwiek trafić. Podobno istnieją sposoby na odpowiednio szybkie klikanie L lub R, żeby utrzymać się „na wprost”, ale średnio to wychodziło. Opracowaliśmy lepszą metodę. Otóż zaraz po odrodzeniu nasza postać jest chroniona chwilową nieśmiertelnością. Wobec tego ginęliśmy, stawaliśmy na cielsku potwora i waliliśmy w jego oko ile sił. Poświęcając tak 5 żyć każdy, stanęliśmy bardzo honorowo w ostatniej planszy.

Siły zła w akcie desperacji zalewały nas zewsząd całymi hordami szaleńczych potworów. Wybiegały to z lewej to z prawej, wychodziły nawet z podłogi. Natknęliśmy się nawet na starego znajomego z pierwszej części Contry – wielkie serce…hehe! ale to był prawdziwy … zawał! ;-) Następnie trafiliśmy na ostatniego bossa z drugiej części gry – jakaś dziwna, wielka kobieca twarz w objęciach kosmity. Nasze rozgrzane lufy oddały nań liczne strzały i tak kolejny wielki wróg odszedł do historii.

scon4

W końcu prawdziwy ostatni „szef”. Koniec ukrywania się! Było serce, była twarz, przyszedł czas na mózg. Walka była zacięta. Przeciwnik miał wiele różnych taktyk, do których trzeba było się szybko dostosować i zdobyć przewagę. Ostatkiem sił, na końcówce żyć, udało się! Z pola bitwy zabrał nas helikopter. Odlatując z siedziby wroga, umierające truchło ostatnimi podrygami chciało nas jeszcze sięgnąć swoimi mackami, ale w heroicznym „slow motion” nie było już miejsca na złych kosmitów. Baza wybuchła, a my odlecieliśmy w świetle słońca, wśród okrzyków wiwatujących ludzi.

scon2


Statystyki

Czas: kilka dłuuugich wieczorów

Straconych żyć: niezliczenie wiele

Napoje: 4 piwka

Poziom trudności: dużo bluzgów, tupania, Fuzzy nawet raz rzucił padem

Inne artykuły:

Recenzja | WarioWare: Smooth Moves Gry "ruchowe", tudzież party games w kręgach graczy są raczej postrzegane jako gry dla dzieci i graczy niedzielnych, więc nie są warte uwagi "tru gejm...
Recenzja | Donkey Kong Country W latach 80tych Donkey Kong był prawdziwym królem dżungli, chętnie widzianym na salonach. Właściwie każdy szanujący się salon winien go gościć w swych...
Recenzja | Pandora’s Tower W temacie gier na Wii jestem zielony jak szczypiorek (weź mi się nawet nie przyznawaj - Nacz.Os. Rep). Na szczęście dzięki wypuszczaniu przez Nintendo...
O Czarny Ivo 23 artykuły
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), Hack n’ Slash, Mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, N64, GC, SMD, PSX, PS3, 3DS do renowacji: PS2, DC i Amiga 500.

8 Comments

  1. Gdy zobaczyłem obrazek z dwoma supergierojami lecącymi na rakiecie wiedziałem, że mam do czynienia z epicką opowieścią. Dzięki dzielnemu Fuzziemu poświęcającemu się w imie wyższych wartości świat został wyrwany z szponów płaskich kosmitów po raz kolejny. Unlimited Ammo z Wami!

  2. Powiem tak, bardzo dobra część chyba moja ulubioną po jedynce Arcade i Nes. Fajny pomysł jak hartowały się kciuki hehe. Ją po browarach nigdy nie mogłem grać. Może chodzi o ilość? Pewnie tak… Uwielbiam Contre! Dobry wpis Ivo, fajna przystawką przed… Zobaczycie!

    • Byłbym nawet skłonny napisać, że Contra była najlepszym tytułem, jaki ta spora składanka oferowała! Duża w tym pewnie zasługa czynnika „dwóch graczy”, który z racji posiadania na stanie brata bliźniaka zawsze odgrywał dla nas obu dużą rolę. Gorzej, że jakichkolwiek kolejnych Contr nie kojarzę aż do momentu zagrania w Hard Corps: Uprising na PS3, które przewrotnie uchodzi za wprowadzenie do całej serii.

  3. Dla mnie Contra jest tylko jedna. Pewnie w tamtych czasach łykałoby się wszystko zwłaszcza po pierwszym efekcie „wow! kolejna Contra”
    Ja miałem styczność styczność z innymi Contrami dopiero po latach i szczerze? Po 20 min zarzucałem sobie pierwszą część i mogłem ciorać do upadłego z kodami, bez kodów, z kumplem czy sam. Ale sam tekst dobry bo pokazuje, że warto spojrzeć na inne części, chociaż ja jestem zbyt sentymentalny ;]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*