The Legend of Pyza #3 | Zelda: A Link To The Past (SNES)

the legend of Zelda NESSiema po raz trzeci!

Nadszedł czas na trzeci odcinek mojego cyklu i nie ukrywam, że jest to odcinek, na który prawdopodobnie czekałem najbardziej. A Link To The Past to Zelda przy której spędziłem najwięcej czasu jako dzieciak, i z którą mam najwięcej wspomnień. Ot taka typowa gra dzieciństwa – każdy pewnie ma taką grę.

Jako ciekawostkę dodam, że do dzisiaj mam sprawnego SNESa z ową Zeldą. Dzięki wujowi z Niemiec który swego czasu postanowił wyrosnąć z grania (długo nie wytrzymał bo kilka lat potem kupił nowego N64) dostaliśmy dwie praktycznie nie znane nam konsole wraz z małą kupką jeszcze mniej znanych gierek. Pomijając MegaMany które jako 6-8 letnie dzieciaki mieliśmy ogrywać (dzisiaj odczytuje to jako sadyzm mojego wuja który każdemu z nas przypisał jednego MegaMana) to właśnie owa Zelda była moim mesjaszem dzieciństwa. Gdyby nie oryginalny niemiecki poradnik raczej bym tej gry w tamtym czasie nie skończył. Zabawnym jest fakt, że wraz z bratem z zazdrością patrzyliśmy na kolegów którzy mieli Pegasusy z mnóstwem gier podczas gdy u nas w kraju nie mogliśmy w żaden sposób doposażyć naszych konsolek. Tym razem jednak A Link to The Past było przeze mnie ogrywane po raz pierwszy na konsoli przenośnej i…. po raz pierwszy w języku angielskim (ach te niemieckie nawoływania Zeldy o pomoc, „Hilfe, Hilfe!”).

poradnik po niemiecku, więc do poziomu mistrzowskiego doszlifowałem umiejętność „czytania” z obrazków

Jak już z wypiekami na twarzy odpaliłem alttp to pierwsza uderzyła mnie muzyka. Jak usłyszałem znajome dźwięki to dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że to ich tak bardzo mi brakowało w poprzedniej Zeldzie. Tak jak główny dźwiękowy motyw z pierwszej części zapadł mi w pamięć, tak tego z drugiej praktycznie nie mogę sobie w głowie odtworzyć. Wracając jednak do SNESowskich przygód Linka, muzyka oraz wszelkie dźwięki, obojętnie czy są to dźwięki deszczu na początku gry gdy musimy ratować w nocy naszego wuja, czy są to dźwięki odkrywania kolejnych skarbów czy też może dźwięki czarów w pojedynku z czarnoksiężnikiem, wszystko to buduje niesamowity klimat. Oczywiście, w moim przypadku, dużą rolę ogrywa tu nostalgia, ale ta gra aż ocieka klimatem i Zeldową magią. Do tego stopnia, że gdy kilka dni temu przed pracą chciałem sobie chwilę pograć a okazało się, że jednak nie mam na to wystarczająco dużo czasu po prostu jadłem śniadanie z Zeldową muzyką w tle. Tak, tak bardzo działa na mnie ta gra.

W każdym bądź razie trzecie przygody Linka, jak już pewnie każdy wie, wracają do pierwotnej formuły. Mamy więc widok izometryczny bez żadnego kombinowania z levelami, czarami i randomowymi przeciwnikami. Nowością z kolei jest to, że dostajemy prawdziwą historię. To wciąż oczywiście Zelda, więc historia skomplikowana nie jest, ale to właśnie w tej części dostajemy uzasadnienie kolejnego ratowania Zeldy. Otóż Link to powracający bohater, który pojawia się co jakiś czas, aby unicestwić również pojawiającego się co jakiś czas Ganona. Jest to więc baza, na której podstawie powstaje linia czasowa Zeld.

trzecie przygody Linka wracają do pierwotnej formuły

Wracając jednak do gry, na samym początku mamy deszcz, klimatyczną muzyczkę i misje ratowania wujka. Wszystko to, razem z trzema pierwszymi labiryntami i walką z złym czarodziejem  Aghanimem, jest tak naprawdę jedynie prologiem do właściwej gry. Wraz z postępem fabuły dowiadujemy się o alternatywnej mrocznej wersji Hyrule, do której zostaje przeniesiony nasz bohater. To właśnie w tej mrocznej wersji dostajemy kolejne osiem labiryntów, nowych przeciwników i liczne zagadki, z których część opiera się na przenoszeniu się z jednego świata do drugiego celem zdobycia np. 1/4 serca. Tutaj oczywiście jest utrudnienie bo za pomocą lusterka z ciemnego do jasnego możemy się przenosić w dowolnym momencie, natomiast w drugą stronę już nie jest tak łatwo – przenosić możemy się albo w określonych ukrytych miejscach albo tam gdzie owego lusterka użyliśmy.

Poziom zagadek uniemożliwiających dojście do labiryntów oraz poziom samych labiryntów widocznie wzrasta, więc wspomniane serca oraz pozostałe nie obowiązkowe gadżety były więcej niż pożądane. Oczywiście w moim przypadku i tak nie zdobyłem wszystkich serc, ba, ja nawet wszystkich słoików nie zdobyłem, a te bywały pomocne. W słoikach bowiem możemy przechowywać pomagające nam mikstury bądź wróżki, odradzające nas po każdym zgonie.

Tak czy owak świat Hyrule trzeba zwiedzać, z mieszkańcami trzeba rozmawiać i podpowiedzi trzeba zapamiętywać. Bez tego ominą nas liczne przedmioty, bez których prędzej czy później utkniemy. Wciąż część z nich zdobywamy w znanej Zeldowej formule – czyli z labiryntów (jako ich główny skarb) ale pozostałe z nich, równie istotne, musimy zdobyć rozwiązując zagadki wspomnianych NPC. I tak aby zdobyć płetwy musiałem znaleźć króla wodnego ludu, który tak ochoczo nas ostrzeliwuje. Żeby zdobyć lepszy miecz musiałem przyprowadzić do kowala jego zaginionego brata, a żeby zdobyć flet musiałem go wykopać w lesie. Pomimo moich starań i tak sporo w grze mnie ominęło. Do dziś nie pamiętam jak się zdobywało ten nieszczęsny złoty miecz albo pozostałe dwa słoiki. Tutaj kolejna uwaga – ilość gadżetów w nowej Zeldzie jest porażająca. Jestem ciekaw, czy w którejkolwiek części przygód znajdziemy taką ilość wykorzystywanych narzędzi.

Nie samą eksploracją Zelda żyje więc czas przejść do tego co Linki lubią najbardziej. Jak wspomniałem wcześniej, prawdziwe labirynty zaczynają się po przenosinach naszego bohatera do ciemnego świata, z którego Ganon próbuje się wyrwać i zdominować ten właściwy wymiar. Po pierwsze z każdym kolejnym labiryntem uświadamiałem sobie, że pamiętam coraz mniej, a po drugie w każdym kolejnym gubiłem się coraz bardziej. W pamięci chyba najbardziej zostanie mi bodaj piąty labirynt „Ice Palace”. Kilka naprawdę trudnych pokoi w których dochodził efekt ślizgania się naszego bohatera potrafiły solidnie dopiec. Jeden z najfajniejszych i zdecydowanie najtrudniejszy labirynt w grze, choć być może sam go sobie skomplikowałem, pomijając klucz w jednym z pokoi.

Konstrukcja labiryntów to małe mistrzostwo, praktycznie wszystkie klimatyczne i nieźle zakręcone, a na końcu każdego z nich – bossowie. Strażnicy kryształów, które musimy zdobyć aby zerwać pieczęć wieży Ganona to ogromny krok do przodu względem poprzednich części. Z reguły fajnie zaprojektowani, z walkami które najczęściej wymagały dodatkowego elementu – strzelania magiczną różdżką w odpowiednim żywiole, podkładania bomb pod nos, ściągania osłony harpunem itd. To wszystko to jednak pikuś przy ostatniej walce z Ganonem. Do trzeciej części Zeld walka z głównym złym pozostaje najbardziej dopracowaną walką w serii. Ciekawostką jest natomiast fakt wykorzystania pod koniec pojedynku motywu znikania Ganona i konieczności ubicia go specjalną strzałą, bowiem dokładnie na tym polegała walka z nim w pierwszej części gry!

Nie tylko finałowa batalia przypomina pierwszą Zeldę – cała konstrukcja świata Hyrule czerpie znacznie więcej z pierwszej niż z drugiej części. Podobnie jak w pierwowzorze mamy Death Mountain na górze mapy, walczymy Master Swordem, mamy Zora’s wyskakujące z wody i wodospad skrywający pewien sekret. Znów są ściany, które po użyciu bomby otwierają pewne sekrety (ale akurat pod tym względem jest znacznie łatwiej bo owe przejścia są zaznaczone pęknięciem w skale/murze), mamy też te same ruppes i kupców oferujących nam za nie przedmioty. Jest też znowu wspomniany Ganon i księżniczka Zelda, która została przez niego porwana/uwięziona, a nie jedynie uśpiona. Po raz pierwszy natomiast to właśnie w tej grze pojawia się ocarina, czyli flet, który miał ważną funkcję zarówno w pierwszej jak w drugiej części.  Ale to właśnie tu, a nie w następcy zrobili z niego Ocarinę. Dla tych co nie wiedzą Okaryna to faktyczny instrument dęty, mało popularna i mało wykorzystywana ze względu na swój amatorski charakter ale czemu akurat ona zastąpiła flet? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że odegra znacząca rolę w pierwszych trójwymiarowych przygodach naszego pogromcy Ganona ale o tym wkrótce ;).

 

A Link to The Past to pierwotna Zelda odpicowana na maksimum. Ciężko mi nie pisać o tej grze w superlatywach, ale takie momenty jak zdobycie Master Sworda, pierwsze pojawienie się w Dark World, znalezienie pewnego chłopca w lesie i odkrycie jego historii oraz ukazanie losów wszystkich mieszkańców po przejściu gry zdecydowanie mocniej działają na emocje niż bardziej surowy prekursor.

Ciekawe jest to, że pomimo iż przechodziłem tę grę po raz któryś, to sporo mi z pamięci pouciekało i w związku z tym, że postanowiłem nie korzystać z żadnego poradnika, to zdążyło mi się raz czy dwa porządnie utknąć. Na szczęście z reguły poziom zagadek jest fajnie wyważony. Gra nie prowadzi za rękę ale zawsze znajdzie się npc, który podpowie co mamy robić. Przy okazji dostajemy też kilka urozmaiceń jak gra w kopanie ogródka na czas, aby zdobyć kawałek serca (pomysł psychopaty jakiegoś bo serce jest losowane za każdym razem więc przy złym dniu możemy kopać cały dzień…), spacer z wielką bombą, małpa przewodnik, czy uciekanie przed złodziejami.

„złota” kolekcja

Zelda A Link to the Past to Zelda kompletna, korzystająca z rozwiązań debiutanckiej części wprowadzając jednocześnie swoje pomysły. Ustanawia tym samym żelazny standard dla przygód Linka w 2D. Dopiero gdy skończę swój challenge zacznę porównywać wszystkie odsłony do siebie ale wiem, że podium jest raczej gwarantowane. Zdecydowanie „Na Medal”!

Retrometr

Autor tekstu: Yangberg