Recenzja | Voodoo Vince (Xbox, XOne, PC)

voodoo vince recenzja xbox

Jest czas „około” Halloween to pora na jakieś odjechane klimaty, co powiecie na laleczkę voodoo obcinającą sobie łeb by zniszczyć wrogów?

Jakiś czas temu napisałem specjalny odcinek KONSOLidacji pt. Ofiary popularności platformerów na 6 generacji konsol (Część II, Xbox). Wnioski z tamtejszej analizy były smutne, mimo chęci i ciężarówki dolarów Microsoft nie dał rady zbudować dobrej marki wśród platformerów i mimo znanych nazwisk właściwie żadna nie osiągnęła zadowalających wyników finansowych. Vince z sprzedażą na poziomie 120.000 sztuk plasował się niemal na samym dnie tej deprymującej stawki. Na taki katastrofalny wynik złożyło się zapewne wiele czynników, m.in. teoria Borsuka o mało sympatycznych bohaterach, będących zbiorem „platformerowych żuli”. Osobiście sparzyłem się grając w mało grywalnego Blinxa i ToeJam & Earl (po tym ostatnim mam traumę do dziś), ale moja miłość do platformerów 3D nie pozwala mi po prostu spuścić tej ekipy do kibla, więc powróciłem w ten rejon by zbadać go dogłębniej, na dnie znalazłem kukiełkę o której dziś co nieco opowiemy.

Xbox platformery dziwolągi

Od lewej: rasta kosmici z czerstwymi sucharami, nastolatek w nawiedzonym domu, wiewiórka na kacu, laleczka voodoo i kot z odkurzaczem w krainie bezkształtnych glutów…  Xboxowa brygada kryzys w komplecie

Beep Industries to developer który raczej nikomu nic nie powie, wydali w swoim życiu kilka indyków na PC, o których chyba tylko LukegaX coś słyszał, a z ich większych tworów na liście znajduje się tylko jedna pozycja, sfinansowany przez MS Voodoo Vince. Przewodził tam Clayton Kauzlaric, który po latach nieco współpracował z Ronem Gilbertem nad jajcarskim hack’n slashem DeathSpank, ale na tym kończą się jakiekolwiek znane epizody tej ekipy. Jak to kukiełka voodoo Vince nie miał w życiu łatwo, los go skopał mocno, kontynuacji nie ma i raczej nigdy nie będzie, ale my w retro światku zajmujemy się na szczęście głównie tym co się wydarzyło. Przejdźmy zatem do opisu właściwego by sprawdzić, czy ta porażka finansowa i wyroki graczy były sprawiedliwe.

I can’t believe they want a ten inch voodoo doll to be a hero…

Fabuła, fabuła, hmmm w platformerach zwykło się mieć ją w dupie, ale są chlubne wyjątki, tutaj mamy coś pomiędzy. W Nowym Orleanie niejaka Madame Charmaine prowadzi sklep z „akcesoriami” voodoo, świadczy też usługi magiczne i znachorskie. Jest też w posiadaniu pyłu zombie, który ma ponoć magiczne właściwości. Niejaki Kosmo the Inscrutable, jarmarczny magik, chciałby się dorwać do rzeczonego pyłu by w końcu awansować w arkanach magii. Jako że Madame ani myśli się nim dzielić, Kosmo nasyła swoich pomagierów w celu dokonania rabunku. Podczas tej akcji znika nie tylko pył, ale i sama Madame, niezdary rozsypują jednak przy tej okazji sporo magicznego proszku przez co cała okolica się zmienia, mutuje i … ożywa. Wśród tych efektów ubocznych jest Vince, jedna z ulubionych laleczek voodoo Madame Charmaine. No to już chyba wszystko jasne co? Vince musi odkręcić ten bajzel, dać łupnia Kosmowi i uratować swoją twórczynię.

Trailer z wersji Remastered, ale oryginalny Xbox niewiele gorzej prezentuje ten Nowo Orleański zakątek gier video

Muszę przyznać że fabuła z początku jest mocno ok, jej problem polega na tym, że poza początkiem przygody niewiele się w niej dzieje, właściwie to już się nic w niej ciekawego nie dzieje… Problemem są też postacie, nudne i nieśmieszne, choć mocno próbują udowodnić że jest inaczej, co dodatkowo żenuje. Vince na ich tle wypada najlepiej, ale i on nie jest aż tak śmieszny jakbym chciał, stara się burzyć czwartą ścianę będąc świadomym że jest w grze video, ale myślę że możemy ogólnie mówić o zmarnowanym potencjale. No ale jak już zaczynając te wywody napisałem, fabuła w platformerach w większości wypadków to pierdy, szkoda jednak  że tutaj nie wykorzystano dobrego pomysłu by być czymś więcej.

Feel his Pain

Ta gra to jak napisałem platformer 3D i to taki pełną parą, który czerpie z klasyki. Ruchy postaci to dobrze wszystkim znany standardzik: podwójny skok, powolne opadanie, obszarowy atak kręciołkiem, atak piąchą, atak w ziemię po wyskoku z dyńki – kto tego nie zna? No, ale jest coś co u Vincentego przynajmniej wygląda niecodziennie, a są to jego moce voodoo. Z początku nieco dziwne miałem odczucia, gdy okazało się że muszę zabijać swego bohatera by niszczyć wrogów dookoła siebie. Gdy walniesz piąchopiryną w wrogów zostawiają kulki z mocą, jeśli nazbierasz ich wystarczająco dużo możesz odpalić finiszer. Tym atakiem jest po prostu efektowna śmierć naszej kukiełki, która przypomina najlepsze zgony Crasha z czasów PSX’a (a te robiły swego czasu furorę!). Vince wyleje na siebie kwas, zostanie zdeptany przez giganta, pożarty przez rekina, a nawet wypije środki przeczyszczające i umrze z przesrania w wychodku! Na ten widok automatycznie wszyscy wrogowie wkoło giną, a nasz bohater jakoś wychodzi z tego cało. Energii do odpalenia tego ruchu nie musimy zbierać długo, właściwie po załatwieniu sporej szajki z niej wypadnie tyle energii, że jesteśmy gotowi do ponownego użycia, co mi się podobało. Choć mocy voodoo jest kilkadziesiąt do zebrania to nie dajcie się zmylić, to cały czas jedna umiejętność, tylko jej animacja się zmienia.

voodoo vince recenzja xbox

Vince stracił głowę dla sprawy, żaboludy jeszcze nie wiedzą jakie będą tego konsekwencje

Na tej samej zasadzie działają bossowie, na których trzeba znaleźć sposób, a w sumie to znaleźć sposób jak siebie w efektownym stylu załatwić by bydlaka aż skręciło. Przykładowo u pierwszego bossa musisz założyć metalowy kapelutek, otworzyć dach, wystawić piorunochron i stanąć na platformie gdy pierdyknie błyskawica! Każdy bossior musi być załatwiony w ten sposób, musisz wybadać jak możesz siebie najlepiej pokaleczyć by go załatwić. Mimo wszystko szefowie podobnie jak i cała gra nie należą do trudnych, to raczej mało wymagający szpil w którym nie od wrogów, a od wpadania w przepaść będziesz częściej ginąć.

Konsolowy Mardi Gras in Louisiana style

Konstrukcja leveli to właściwie tak jak i konstrukcja umiejętności kukiełki, po prostu stary dobry platformer 3D. Dużo skaczesz, czasem powalczysz, czasem trafi się zagadka lub minigierka, znajdźki są, czego chcieć więcej. Twórcy starają się non stop czymś ciebie zabawić, mieszają rynnowe levele z otwartymi, wrzucają Vincea do pojazdów itp. itd. Raz wieśniak na bagnach chce przyrządzić gumbo ale nie ma składników, oczywiście my je znajdziemy w kilku różnych miejscach. Innym razem truposze wyjdą z grobowców i musisz ich zagonić z powrotem, trzeba dać na ich nagrobek specjalne światło za którym pójdą, ale i trzeba tego światła strzec przed impami, które chętnie je zapalą na złym mauzoleum i przejmą zombie, więc ciągle się z nimi przepychasz. Fajne są wstawki wykorzystujące samobójcze ciągotki Vincentego, np. na stacji paliw ożywione dystrybutory ewidentnie mają problem z Tobą i wypada ich wyjaśnić. Na jednym końcu ulicy płomieniem się podpalimy, zahaczamy po drodze o nieszczelne rury z gazem by podsycać płomień, a na końcu wskakujemy w plamę paliwa pod dystrybutorami – po tej akcji już nie cwaniakują! Mimo wszystko wydaje się to być dobrze znany asortyment zagrań i plansz z tuzów gatunku, tylko podany w innej stylistyce. Jeśli grałeś w Mario, Crasha, Spyro, Gexa, Jaka, Raymana czy Tya to wiesz czego się spodziewać. Wyróżnia się nasz Vince na ich tle zatem głównie stylistyką…

voodoo vince recenzja xbox

świniak jeszcze nie wie, że Vince potrafi rozbić bank nie wchodząc do niego, a z sejfem nad własnym łbem nie żartuje

Akcja gry dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach to i stylistycznie wszystko tu nawiązuje do tego bagnistego rejonu. Jest dość mrocznie, to nie jest kolorowy platformer, klasyfikacja 12+ moim zdaniem nie jest z dupy, bo rzeczywiście nie jest to gra dla najmłodszych. Jest taka jedna akcja w której za duchem po ciemnym pokoju musimy zmierzać za jego poświatą na czas by nie spaść w otchłań, zaprowadzi on nas to zrujnowanej biblioteczki gdzie na fotelu spoczywa trup… a na nim upiorna laleczka Dolly, która zacznie nam zlecać zadania. Gadajcie co chcecie ale grając w tą grę po nocy przy tej scenie miałem ciary, zdecydowanie jeden z mocniejszych akcentów. Prócz tego odwiedzimy cmentarzysko, mroczne uliczki miasta, kanały, bagna oraz ostatni etap jakim jest cyrk-jarmark na przedmieściach. Nie ma np. sytuacji gdzie w innym platformerze jeden etap jest w zimowej krainie, a zaraz jesteś np. w planszy z wielkimi tortami czy coś, tutaj przez całą grę jest spójna i konsekwentna koncepcja, co mi odpowiada. Stylistyka przypomina nieco styl Tima Burtona, groteska, mrok, ale i pstrokate barwy podkreślające „dziwność” tego poskręcanego świata. Ja lubię te klimaty, ale jak ktoś w 2003 roku szukał miłego platformera dla dzieciaka żeby sobie pograł na konsoli to niekoniecznie był to dobry wybór. No ale jest rok 2020, a my mamy dość dużo wiosen na karku, więc nie ma się co tym teraz przejmować, tylko cieszyć zmysły.

voodoo vince recenzja xbox

Dolly to jedna z postaci którą bankowo zapamiętasz po ukończeniu Vinca

A cieszyć zmysły będziemy również dzięki muzyce, a ta jest również spójna z czasem i miejscem akcji, w końcu to Nowy Orlean! To kolebka Jazzu! A więc nie wypada tak pominąć tego dorobku i mamy jazzik przez całą grę, ba! Raz nawet umarły jazzman zaprosi nas do wspólnego grania. Nie będę ukrywał, że średnio mi jazz pasuje, ale tutaj się sprawdza, czasem jest nieco zbyt melancholijny co usypia, ale potrafi też pojawić się żywszy kawałek. Motyw z „On fire” wciąż kołacze mi się po głowie po kilku dniach od zakończenia przygody, więc jest dobrze. Kompozytorem muzyki jest Steve Kirk, który tworzył również na potrzeby Star Wars: The Old Republic i kilku mniej znanych gier. Będąc w sferze audio warto wspomnieć że wszystkie dialogi są mówione, nie mamy zatem jakiś pisków i napisów do tego, tylko porządne nagranie.

Voodoo Vince- On Fire

Mimo wszystko Vince zawodzi tam gdzie nie powinien, czyli w ostatniej lokacji. Grając kukiełką od Beep Industries byłem pozytywnie zaskoczony, momentami myślałem że mam odkrycie na miarę Scalera, czy The Kore Gang, a w moim prywatnym rankingu to duża pochwała. Niestety w ostatniej planszy zostałem sprowadzony na ziemię. Jest nudna, przydługa, bez pomysłu, słabo zaprojektowana pod względem level-designu i generalnie jest niczym kwarantanna jednym wielkim „niech już się to w końcu skończy”. A nie kończy się zbyt prędko również za sprawą ostatniego bossa, który mi się dłużył i był jak cały level, bez pomysłu, chaotyczny i nieciekawy. Większość z was zapewne kojarzy Shadow of the Colossus, w Voodoo Vince mamy coś w tym stylu. Będziesz się wspinać bo wielkiej machinie zadając jej co jakiś czas obrażenia w newralgicznych miejscach, nie jest to jednak dobrze zrealizowane. Nic tylko się dźgnąć, co nasz Vince w sumie ostatecznie robi.

voodoo vince recenzja xbox

ostatnia lokacja jakaś taka… mało interesująca

Reasumując mamy tutaj świetnego platformera nawiązującego do klasyki. To że jest to zbiór starych zagrań w nowej stylistyce mi nie przeszkadza, schaboszczak też jest cały czas ten sam, ale wciąż opierdzielam go ze smakiem. Zabrakło trochę lepszego humoru, wyrazistszych postaci, nieco wyzwania i jakiejś zawartości dodatkowej. Niby są poukrywane znajdźki ale nic nie dają więc po cholerę je zbierać, zakładka „extras” to tylko trailery gier Mikromiękkich które są dostępne od razu (w sensie dema, gry trzeba sobie kupić;). No i ten ostatni poziom… kurde na serio przez większość czasu grało się rewelacyjnie i przymykałem oko na minusy, ta gra jest po prostu fajna, długość niby w sam raz bo w 8 godzin się z nią uporałem, ale z tego w ostatnim etapie + boss chyba ze 2h zabawiłem. Mimo iż stylistyka jest spójna i ciekawa to trochę z czasem nuży i brakuje jakiegoś wesołego akcentu, tym bardziej jak wejdzie powolniejszy jazzik. Mogło być lepiej, choć na los banity waciak sobie nie zasłużył, druga część mogłaby zaskoczyć, no ale tej zapewne nigdy nie ujrzymy. Następnym razem myśląc o zapomnianych, ale dobrych tytułach na Xboxa pomyśl o Voodoo Vince… bo inaczej Vince otworzy sobie parasol w dupie myśląc o Tobie, a tego byś nie chciał!

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Xbox/2020

3 słowa do gracza: klasyczny w treści, nieszablonowy w formie, wart ogrania dla fanów platformerów mimo niewykorzystanego w pełni potencjału


Ciekawostki:

» gra była tytułem ekskluzywnym na Xbox’a, nie można było w VV zagrać w ramach wstecznej kompatybilności na Xboxie 360 i XboxOne. Ponoć ze względu na kod gry którego nie dało się zaprzęgnąć tak by działał we wstecznej (a przynajmniej taka jest wersja Claytona Kauzlarica)

» „we wstecznej” się Vince nie pojawił, ale za to w kwietniu 2017 roku dostał wydanie Voodoo Vince: Remastered na Xboxa One i PC z podciągniętą nieco grafiką i dodanymi „aczikami”, choć bez większych zmian i dodatków… prócz jednego akcentu

voodoo vince recenzja xbox

I should have signed that fucking sequel

» jak się po latach okazało wielkim fanem gry był Phil Spencer, który można powiedzieć za czasów XboxOne do dnia dzisiejszego jest właściwie w MS „szefem od Xboxa”. Współpracował przez te wszystkie lata w Microsofcie z twórcami Halo, Gears of War i Forzy, ale najmilej ponoć wspomina właśnie Voodoo Vince, którego przechodził razem z córami. Wysoce prawdopodobne że to jego sympatia do kukiełki sprawiła że wydano remaster, jednocześnie mając duże wpływy mógłby sprawić że powstanie kontynuacja… czego nie uczynił, stąd wymowny nagrobek w Voodoo Vince: Remastered ;)

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, logiczne, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox