Wektorowe Światy VECTREX’a | Przegląd Gier #3

Vectrex przegląd gierZapraszamy na trzecią i najprawdopodobniej ostatnią część naszego przeglądu najlepszych gier na konsolę Vectrex. Parę miesięcy temu wraz z profesorem Larkiem pograliśmy mocno na tym egzotycznym sprzęcie, co udokumentowaliśmy w jednym z odcinków naszego programu Gramy na Gazie. Fajnie się bawiliśmy i pośród zalewu słabych gier homebrew i freeware udało nam się znaleźć kilka tytułów godnych waszej uwagi. W polskich internetach wektorowa konsola praktycznie nie istnieje, wiec można powiedzieć, że Wektorowe Światy VECTREX’a to materiał, którego nie znajdziecie nigdzie indziej! Na oscyloskopowym ekranie tej maszynki królują głównie strzelanki oraz adaptacje hiciorów z salonów gier, zaś w dzisiejszym wpisie znalazł się w miarę świeży (ale będący konwersją starego) i wybitny tytuł, który został mi sprezentowany przez widza Gramy na Gazie. Dziękuję bardzo! Znajdziecie poniżej również trochę dobrych szpilów i niestety parę słabych. Mam nadzieję, że dzięki tej trzyodcinkowej serii artykułów poszerzyliście swoją wiedzę zarówno o konsoli Vectrex, jak i o wydanych na nią produkcjach. Zapraszam do lektury!


VECTOR PILOT

KRIS TUTS aka TUTSTRONIX (2011)

Wektorowy Pilot wkracza do gry! Nie bierze jeńców! Okładka gry stylizowana na kasetę VHS.

Zaczynamy z gruuuubej ruuuury, gdyż od drugiej najlepszej gry w historii Vectrexa! Najbardziej zdolny twórca gier na tę maszynkę – niejaki Krzysiek Tuts aka Tutstronix, na początku tej dekady, czyli parę lat przed wydaniem kapitalnego Vector Patrol (adaptacja klasycznego Moon Patrol) – zaatakował vectrexową grotękę innym klasycznym hitem z automatów arcade. Jakim? Prostym pod względem rozgrywki, ale wielce grywalnym po dziś dzień shmup’em zwanym Time Pilot od Konami z 1982 roku. Oczywiście zmienił mu nazwę na taką kojarzącą się z wektorami i tak powstał Vector Pilot, jednakże Tutstronix nie byłby sobą, gdyby zrobił tylko zwyczajną konwersję, więc zawarł w niej wiele świetnych dodatków. Zanim jednak przejdziemy do różnić pomiędzy klasyką a jej wektorowym odpowiednikiem, może przypomnijmy młodszym czytelnikom o co chodzi w Pilocie Czasu?

Time PilotOryginał Time Pilot od Konami z 1982 roku. Automaty Arcade.

Fabuła jest tutaj naprawdę epicka, przynajmniej w mojej głowie: pewien bohaterski pilot w swoim wypasionym, nowoczesnym myśliwcu F88HX Stealth wyposażonym w szybkostrzelne działo pokładowe wielkiego kalibru, podróżuje w czasie w rożne epoki historyczne, gdzie sieje pożogę wśród udających Ziemian przybyszów obcej cywilizacji. Pierwszym przystankiem naszego wojaka jest rok 1910, gdzie roznosimy w pył eskadry wrogich dwupłatowców oraz niszczymy wielkiego zeppelina bombowego, następnie udajemy się do roku 1940, gdzie na zniszczenie przez nas czekają szybsze i bardziej agresywne jednopłatowce oraz Latająca Forteca B17. Kolejnym krytycznym punktem w czasie będzie rok 1970, w którym czynimy spustoszenie nad Vietnamem pośród roju helikopterów broniących większego i lepiej uzbrojonego modelu śmigłowca wielozadaniowego CH-41 Chinook. Naprawdę trudno zaczyna się robić w trakcie kolejnej misji czyli w roku 1982 – gdzie zostajemy zaatakowani przez podobne naszemu myśliwce, dorównujące nam szybkością poruszania, wsparte przez niszczycielskiego i opancerzonego  Lockheeda C-130 Herculesa. W ostatnim, najtrudniejszym etapie (automatowy rok 2001)  – zmierzymy się z bezpośrednim atakiem kosmitów i ich latających spodków. Jeżeli jakimś cudem uda nam się to starcie przeżyć – zostaniemy zaatakowani przez statek matkę ufoków – wielki latający talerz X666 Planet Cleaner! Uff, sami widzicie, że sztuką pilotażu i sprawnym okiem strzelca trzeba będzie się tutaj wykazać! Uwaga, uwaga – tak było w oryginalnym Time Pilot od Konami, zaś w jego wektorowym odpowiedniku dochodzi jeszcze jeden etap z kolejnym dużym statkiem do zezłomowania! Przenosimy się jeszcze dalej w przyszłość i walczymy z wrogami oraz bossem, którzy pochodzą z innej klasycznej gry na Vectrexa (ekskluzywnej), zwanej Mine Storm, która jest naprawdę udaną wariacją na temat Asteroids! Najpierw walczymy z małymi pojazdami, które z wyglądu przypominają bryły geometryczne, a później ze statkiem matką, który dla odmiany od innych bossów z Time Pilot – przelatuje przez ekran w pionie i wypluwa z siebie pociski niczym w Mine Storm. Zacny pomysł Panie Tutstronix, żeby nawiązać do tejże gry, która była wbudowana w Vectrexa! Rys fabularny mamy za sobą, przyjrzyjmy się rozgrywce!

Od góry: mój Vectrex i pudło z grą, pierwszy etap, wybuch naszego myśliwca oraz odblokowanie nowego samolotu.

Vector Pilot to wielokierunkowa, płynnie scrollowana i bardzo dynamiczna strzelanina, nasz samolot zajmuje zawsze centralne miejsce na planszy i tylko od wychylenia analogowej gałki zależy w którą stronę polecimy, możliwe są tutaj podniebne akrobacje: płynne zmiany kierunku lotu, a nawet szybkie obroty wokół własnej osi. Za pomocą przycisku fire strzelamy szybkimi seriami do wrogich jednostek i trzeba przyznać, że to bardzo techniczna gra, żeby osiągnąć dobry wynik punktowy trzeba naprawdę się postarać. Mechanika, zasady, grywalność, a przede wszystkim bardzo dokładna detekcja kolizji, która umożliwia zestrzeliwanie wroga przy samym dziobie naszego samolotu – wszystkie te zalety zostały w wersji na Vectrex idealnie przeniesione z oryginału. W każdym etapie naszym celem jest zniszczenie określonej liczby wsparcia lotniczego przeciwnika (wskaźnik na górze ekranu) i pojedynek z największym zagrożeniem – bossem. Wrogowie strzelają w nas zarówno pociskami (które musimy wymijać), rzucają w nas bomby (te możemy zestrzelić) jak i uskuteczniają ataki kamikaze. W międzyczasie możemy ratować spadochroniarzy, którzy zdążyli katapultować się z ziemskich samolotów zniszczonych przez Obcych – za każdego ocalonego dostaniemy 2 000 premii punktowej. Po zniszczeniu szefa planszy, zostajemy przeteleportowani do innego okresu historycznego, zaś po rozprawieniu się z ostatnim „zmianowym” – gra ulega zapętleniu i zaczynamy wszystko od nowa. Oczywiście na wyższym poziomie trudności, z szybciej strzelającymi i poruszającymi się przeciwnikami.

Od góry: ekran ostrzegawczy, podróż przez tunel czasoprzestrzenny, animacja gratulacyjna plus tabela najlepszych wyników. 

A jak się ma oprawa audiowizualna tej wersji? Pierwowzór był grą z roku 1982 i praktycznie cała grafika w nim zawarta miała charakter informacyjny, bez żadnych wodotrysków, jednak te wszystkie malutkie obiekty szybko zasuwające po ekranie miały swój urok. W Vector Pilot wiadomo, że wszystko zostało przedstawione w wektorach, ale zostało narysowane bardzo przyjemnie dla oka. Samoloty, helikoptery bossowie – nie są znaczących rozmiarów, ale wyglądają jakby były zrobione z drucików przez zręcznego rzemieślnika, jednak nie ma tu aż takiej dbałości o szczegóły, jaka była w przypadku Vector Patrol. Wiadomo, iż tamta gra Tutstronix jest dużo nowsza (7 lat różnicy), plus jazda łazikiem po księżycu to zdecydowanie bardziej wdzięczny temat dla grafika, niżli prosta strzelanina samolocikami. Wszystko jest jednak jest tu natychmiastowo rozpoznawalne i każdy weteran Time Pilot poczuje się tutaj jak w domu, znaczy się jak w swoim salonie gier z młodości! Szczególnie jeśli założy na ekran vectrexowego telewizorka kolorową nakładkę (zawarto dwie wersje takowej), która dodaje rozgrywce barw powodując, że ta dosyć prosta graficznie rozpierducha prezentuje się wyborowo neonowo!

Ja ciebie nie pierniczę! Jaki cudny Vectrex przemianowany na automat z Vector Patrol! Nie pokazujcie mi takich rzeczy, bo chciałbym!

Ci z was, którzy czytali już moją recenzję Vector Patrol wiedzą, że Tutstronix zawsze mocno rozbudowuje swoje wersje klasyków z automatów arcade. I dokładnie tak samo jest w przypadku tego szpila. Oprócz dodatkowego zupełnie nowego poziomu, znajdziecie tutaj także: wiele ekranów i animacji przerywnikowych nieobecnych w oryginale, muzyczkę inspirowaną motywem przewodnim z filmu Top Gun (pasuje jak ulał) oraz najważniejsze – możliwość odblokowania nowych samolotów, które możemy pilotować! Świetnie! Fajowo także, iż gra zapisuje wszystkie nasze postępy, a także nasze najlepsze wyniki na kartridżu, który wyposażono w zapisywalną pamięć EEPROM. Zerknijcie tylko na zamieszczone w tym wpisie zdjęcia: podróż przez tunel czasoprzestrzenny, ekran gratulacyjny, odblokowanie dwupłatowca… Tak, właśnie tak powinien wyglądać Time Pilot moich / waszych marzeń. Po prostu wierny pod względem rozgrywki i rozbudowany o dodatki niespotykane nigdzie indziej, a na dodatek zaprezentowany w cudnej neonowej styylistyce. Cóż mogę rzec na koniec tej mini recenzji? Vector Pilot to druga najlepsza gra w grotece Vectrexa, zaś dla miłośników oryginału prawdziwa perełka! Nie jest on może tak efektowny jak Vector Patrol, ale podobnie do niego przebija oryginał, na którym został oparty. Brawo! Ode mnie medal jak bez dwóch zdań, a ci z was, którzy nie przepadają za Pilotem Czasu niech zapalą zielone światło w retrometrze.

Vector Pilot – druga najlepsza gra na Vectrexa i najlepszy Time Pilot jednocześnie!

Retrometr

PS. Dziękuję widzowi Gramy na Gazie zwanemu: Bisquit.PL za zrobienie mi przecudownego prezentu w postaci oryginału Vector Pilot! Brawo TY! Jesteś debeściak!


SCRAMBLE

KONAMI (1982)

Okładka wektorowego Scramble. Klimat retro milion procent!

Teraz zapraszam na kolejny wielki klasyk z lat 80-tych i to nie byle jaki, bo na Scramble, czyli „matkę wszystkich scrollowanych strzelanin poziomych”! Z takim sloganem reklamowym spotkałem się w ostatniej składance arcadowych hitów od Konami na PS4. I jest to prawda, gdyż to pierwszy horyzontalny shmup w historii elektronicznej rozrywki z wymuszonym przesuwem ekranu, do tego cholernie popularny na całym świecie, a szczególnie w Polsce. Lecimy myśliwcem ciągle w prawo i strzelamy do startujących w naszym kierunku rakiet, zrzucamy na nie bomby, a przy okazji celujemy w zbiorniki z paliwem, celem uzupełnienia tego drogocennego dla nas surowca. Na początku przelatujemy nad górskimi krajobrazami złowrogiej planety, później przemierzamy jej jaskinie walcząc ze spodkami obcych, następnie karkołomnie pilotujemy nasz pojazd poprzez rój meteorytów, zwiedzamy dachy kosmicznych wieżowców, a na końcu przeciskamy się przez wąskie korytarze bazy wroga i bombardujemy jej generator atomowy. Buuuuuuum! Mission complete, zapętlamy grę i próbujemy wyżyłować jak najwyższy rekord punktowy! Zaprawdę fajny to i nieśmiertelny szpil.

Tutaj Scramble z nakładką, nie posiadam takowej, ale już sobie drukuję!

A wersja na Vectrexa? Wszystkie zasady, cała mechanika oraz wszystkie etapy, o których możecie poczytać powyżej zostały bardzo wiernie przeniesione na tę maszynkę, tylko ubrane w bardzo skromną, wręcz ascetyczną grafikę. Wszystko zbudowane z oszczędnych wektorów, ale od razu rozpoznawalne. Na początku jednak tytuł ten może niestety odrzucić graczy bardziej wyczulonych na doznania wizualne. Nie ma się co zrażać tylko zagrać i już po paru chwilach każdy rozpozna, że ma do czynienia z bardzo wierna adaptacją Scramble. Nasza rakietka (tak tu wygląda nas statek) jest bardzo sterowna i idealnie reaguje na wychylenia dżoja, spust oraz luk bombowy obsługujemy osobnymi przyciskami i siejemy pożogę! Miód wylewa się z ekranu, a wszelkie chwyty znane z salonów gier mają tu zastosowanie (niski lot i koszenie rakietek zanim wystartują, chowanie się przed meteorytami za górskimi szczytami, jednoczesne cofanie i opadanie naszego myśliwca w wąskich tunelach), dzięki temu gracz czuje się jakby stał przed automatem arcade.

Scramble w wydaniu drucianym. O dziwo, grywalność podobna do oryginału.

Bardzo podobne do oryginalnych efekty dźwiękowe i dżingle dodatkowo potęgują to wrażenie. Podsumowując to cholernie dobra adaptacja hitu od Konami (zrealizowana zresztą przez nich samych), zaufajcie mi, gdyż wiem co mówię – jestem wielkim fanem tej gry i zapętlam każdą wersję tej gry, której dotknę. Dlaczego nie ma medalu? Patrząc na oprawę innych gier na Vectrexa wiem, że grafikę dało się tutaj zrealizować zdecydowanie lepiej, ale z drugiej strony taka jej oszczędność potęguje jeszcze retro klimat całości. Przekonali się swego czasu o tym legendarni Panowie Kurek i Kamiński w jednym odcinku Sondy, pamiętacie? My pamiętamy i tym wybitnym ludziom hołd w tym wpisie składamy!

Borsuk zapętla vectrex’owe Scramble na jednej blaszce.

Retrometr


STAR TREK

GENERAL CONSUMER ELECTRONICS (1982)

O kurdelebele, ale fajowy symulator w uniwersum Star Treka! Widok z kokpitu, kilka rodzajów amunicji do wyboru, a także tarcze energetyczne służące do osłony (wiadomix!), bardzo szybka akcja, nieustanna walka z napierającymi na nas eskadrami przeciwnika, pomysłowe efekty pękania wrogich kosmicznych myśliwców. Normalnie i genialnie, a nawet rzekłbym – prawie jak mój ulubiony The Last Starfighter na Atari! Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy to super płynność poruszania się pojazdów wroga, w końcu wektorowe wyświetlanie grafiki do czegoś zobowiązuje, dzięki temu ta kosmiczna jatka podnosi znacząco adrenalinę. Drugie, co cholernie mi podpasiło to teleportowanie się pomiędzy sektorami galaktyki, wskakiwanie jakby w czarne dziury, no i na końcu – oczywiście walka z wielkimi fregatami! Cholewcia, trochę się w tej grze dzieje! Może delikatnie przesadziłem nazywając ten tytuł symulatorem kosmicznym (w momencie premiery pewnikiem tak był określany), gdyż to zdecydowanie bardziej strzelanina, ale jak zerknąłem do instrukcji – to Star Trek The Game naprawdę nie ma się czego wstydzić.

W Star Treku siedzimy oczywiście za kokpitem Enterpise! Symulator? Nie, strzelanka, całkiem żwawa.

Kontrola stanu tarcz energetycznych, podróżowanie pomiędzy różnymi rejonami galaktyki, walka ze statkami matkami, uzupełnianie amunicji i energii w gwiezdnych bazach… Mówiłem, że prawie jak jedna z moich ulubionych gier na Atari? A tak, wspominałem. Szkoda tylko, że z tego co widziałem to latamy głównie w przestrzeni kosmicznej i żadnych powierzchni planet tutaj nie uświadczymy, więc po pewnym czasie rozgrywka może zalatywać nudą… Z drugiej strony my z profesorem Larkiem za bardzo nie potrafiliśmy grać w tego szpila, lataliśmy głównie na pałę (no, na radar też…), ale jaki był cel naszej misji to nie odkryliśmy, czyli gra nie jest natychmiastowa pod względem przystępności zasad. Wtedy Star Trek the Game zasługiwał według mnie tylko na żółte światło w retrometrze, jednak gdy przeczytałem instrukcję i zagrałem więcej to jednak daję mu zielone. Może trochę na zachętę, ale z drugiej strony te wektorowe gwiezdne wojny mają w sobie wiele retro uroku…

Dwaj stetryczali kapitanowie Enterprise: Borsuk i Larek w Star Trek The Game!

Retrometr


WORMHOLE

JOHN DONDZILLA (2001)

A teraz czas na „nowość”, na kolejną (były w poprzednich częściach tego wpisu) dobrą grę od Pana Dondzilli inspirowaną wielkim klasykiem, którym jest Gyruss – popularny zarówno na automatach, jak i na mikrokomputerach. Pamiętacie? Nasz kosmiczny myśliwiec leci w głąb ekranu poprzez galaktykę, strzela do eskadr kosmitów, zbiera ulepszenia broni pozwalające mu na prucie podwójnymi pociskami, a co pewien czas czekają na niego plansze bonusowe (zestrzel wszystkich), no i w sumie tyle. Musimy dolecieć z odległych krańców Układu Słonecznego na Matkę Ziemię, a w trakcie walki przygrywa nam świetna adaptacja muzyki poważnej. Był to spory hit, który jest wielce grywalny do dzisiaj.

gyrussGyrussa od Konami znają wszyscy w wieku 40+.

Wormhole mechanikę rozgrywki żywcem kopiuje od sławniejszego poprzednika i na pierwszy rzut oka wygląda nawet lepiej od Gyrussa. Świetna neonowa grafika, super płynność, zasady i mechanika identyczne jak w starszym bracie (zbieranie power’upu broni rozwiązane identiko), są nawet etapy bonusowe. Nic tylko grać. Po dłuższym posiedzeniu okazuje się jednak, że nie ma tutaj podróży pomiędzy planetami, a świetna muzyka (niestety nie Bach, ale i tak wyborna) przygrywa nam tylko na efekciarskim ekranie tytułowym. Rodzajów przeciwników jest równie mało jak w pierwowzorze i po pewnym czasie możemy się tym tytułem najzwyczajniej znudzić. Oczywiście fajowo pobija się w nim rekordy (na poniższym filmie przycisk fire przestał nam dobrze funkcjonować w prawie 40-letnim kontrolerze i zbytnio nie pograliśmy), ale widać, że Johnowi Dondzilli zabrakło chęci, a może zbyt szybko zadowolił się rezultatem końcowym, przez co nie mogę dać Wormhole zielonego światła w ocenie.

Prawie jak Gyruss! Prawie robi różnicę, ale jakby dopracować Wormhole to mógł wyjść z tego hit!

– Patrzcie Vectrexowcy (a może Vectreksiarze?) zrobiłem klon Gyrussa, da się! – no i tyle. Tylko, że to taka namiastka, z olbrzymim potencjałem i jeśliby ją dopracować byłaby jedną z najlepszych gier na ten system (na przykład rozbudować podobnie do Vector Patrol / Pilot). Aha, zapomniałbym – elementem całkowicie nowym w rozgrywce jest laser, który co pewien czas atakuje nas z wnętrza ekranu, a my musimy go unikać. Wormhole to mógł być wielki hit, a wyszedł tylko niezły szpil. Aha, grę znajdziecie na kartridżach: multicart Seana Kelly’ego oraz Vectopia (zestawie gier Johna Dondzilli), ten ostatni chyba wyszedł nawet w dwóch wersjach: starszej oraz reedycji.

– Borsuku! Z popsutym spustem raczej nie uratujesz galaktyki! – Co? Ja nie uratuję? Potrzymaj mi piwo…

Retrometr


3D NARROW ESCAPE

RICHARD MOSZKOWSKI / GCE (1983)

A teraz gra, która pierwotnie ukazała się tylko na trójwymiarowe bryle dołączane do Vectrexa, jednakże po premierze wypuszczono jej wersję 2D (hack przygotował niejaki Fred Taft) i dzięki temu mogliśmy z Larkiem w nią zagrać. Tak przy okazji zapytam, czy jakiś Polak posiada okulary 3D Imager do tej wektorowej konsoli? Prosimy o odpowiedź bośmy ciekawi fest jaki dają efekt! Wróćmy jednak do Wąskiej Ucieczki, bo to naprawdę zacna i klimatyczna produkcja, która pod względem rozgrywki przypomina trochę Stealth – czyli wielce lubiany przez atarowców i komodziarzy szpil. Jest to w pełni trójwymiarowa strzelanka kosmiczna, z kamerą umiejscowioną za silnikami naszego myśliwca, w której lecimy przez wektorowy labirynt (a naprawdę jest to tylko prosty tunel) i kosimy eskadry przeciwników. Każdy etap składa się z dwóch części: pierwsza to właśnie odpowiednik Stealth, czyli strzelanka latana w głąb ekranu i wrażenie robi szczęko-opadowe! Zaprezentowana w okularach 3D musiała w latach 80-tych powodować zawały serca, albo co najmniej obfite wymioty… Świetne pierwsze wrażenie jednak znika po dłuższej chwili, gdyż gra okazuje się dosyć prosta pod względem mechaniki i taki Stealth na 8-bitowce był zdecydowanie bardziej rozbudowany.

Trójwymiarowa strzelanka / omijanka z widokiem zza statku. Ciekawe jak wyglądała w brylach 3D?

Drugą składową każdego poziomu jest lot poprzez ściany, a raczej otwory w nich wydrążone. Mi było ciężko się połapać, czy lecę na odpowiedniej wysokości i roztrzaskiwałem swój pojazd w drobny mak, jednakże profesorek Larek wyliczał w mgnieniu oka odpowiednią trajektorię lotu (jak na mózgowca przystało) i manewrował bardzo precyzyjnie! Udało mu się przelecieć cały jeden etap i okazało się, że następny jest bardzo podobny do poprzedniego, z większą ilością wrogów oraz otworów w zabójczych ścianach. Po prostu jest to zwyczajne zapętlenie z większym poziomem trudności. Na szczęście jeżeli pokonamy trzy takie całe plansze to wtedy mamy jakąś nowość – stoczymy pojedynek w przestrzeni kosmicznej ze złowrogą kosmiczną fregatą! I to jest dopiero zakończenie tego krótkiego, prostego, choć naprawdę efektownego szpila. Podsumowując – warto chociaż chwilę pograć w 3D Narrow Escape!

– Patrz Larku, znowu przeniosło mnie do filmu Tron? – Ha, ha, ha, ha, Borsuk nie umie trafić w dziurę!

Retrometr


BLOXORZ

FRANK BUSS (2013)

Niby wersja niedokończona, ale i tak została wydana na kartridżu. Fajnie.

Bloxorz to w sumie tylko wersja demonstracyjna (w pełni grywalna, lecz niedokończona) adaptacji popularnej niegdyś gry przeglądarkowej o tym samym tytule. Autorem oryginału był niejaki Damien Clarke i ponoć ten logiczny szpil był swego czasu mocno popularny. Nie wiem, nie znam się, nie widziałem, nie grałem, ja tu tylko sprzątam.  Wersja vectrexowa została napisana specjalnie na Retrochallenge Competition w 2013 roku i jak to z takimi grami bywa, po zakończeniu tego konkursu nie została przez autora dopieszczona. Sikor zna podobne przypadki ze sceny Atari, prawda? Czy mamy czego żałować? Jak najbardziej, szczególnie jeżeli lubicie sobie prostować (i łamać) zwoje mózgowe. Prostopadłościanem o wymiarach 1 na 2 pola zasuwamy po izometrycznej planszy (oczywiście podzielonej na pola), z której nie możemy spaść. Poruszamy się poprzez obracanie wokół własnej osi (wychylając dżoja), czyli najzwyczajniej w świecie turlamy.

Bloxorz to logiczny szpil o umiejętnym stawianiu kloca…

Etapy są tak perfidnie skonstruowane, że zawierają wąskie przesmyki (a raczej półki), z których łatwo spaść i musimy odpowiednio wyliczyć nasze ruchy by się przez nie przedostać. Dodatkowo wyjście z planszy to tylko 1 kratka i aktywuje się ono dopiero, gdy nasza bryła stanie na nim pionowo, zmuszeni więc jesteśmy postawić tego cholernego klocka, a nie zawsze się tu udaje…  Powiem wam szczerze, że nie jest łatwo i trzeba mocno wysilić mózgownicę, żeby umiejętnie manewrować klocuszkiem by dojść do celu. Larkowi się Bloxorz podobało, mi także, gra ma fajowy pomysł na siebie (ciort z tym, że zapożyczony) oraz czytelne wykonanie. Ciekawe ile zawarto etapów w tej wersji? Jeśli posiadacie Vectrexa z multicartem to polecamy zagrać i sprawdzić tego mózgołamacza!

Retrometr


FORTRESS OF NARZOD

GENERAL CONSUMER ELECTRONICS (1983)

A teraz czas na jednoekranową strzelankę klimatem nawiązującą trochę do znanego z automatów i 8-bitowców Satan’s Hollow. Przynajmniej mi się tak skojarzył nastrój jaki panuje w Fortecy Narzoda: posępne zamczysko w tle, majaczące pośrodku górskich szczytów, wielkie nietoperze i pająki czyhające na nasze życie, po prostu mroczne fantasy pełną gębą. Strzelaniny w takim sztafażu to rzadkość, więc mocno się ucieszyłem z tego powodu! Jak na ten gatunek gier przystało – naszym statkiem sterujemy na dole ekranu i strzelamy do góry, musimy przebić się przez hordy wrogów do zamku, poruszając się tylko w obrębie wąskiej skalistej drogi. Ciekawym patentem jest odbijanie się naszych pocisków od ścian wąwozu, co może nam mocno pomóc w walce, gdyż możemy załatwiać paskudy zza winkla. Z drugiej strony jest to miecz obosieczny, gdy okazuje się, że nasze pociski są także śmiertelne dla nas samych…. Źle wymierzona seria odbije się od skał, powróci do nas i jebudu, nie ma co zbierać… Nie polecam więc prucia ołowiem na pałę, bo negatywnie wpływa to na grywalnośc tej produkcji, która w sumie nie jest taka wysoka jak mi się zdawało na starcie… A przecież wielu recenzentów vectrexowych gier zachwalało ten tytuł…

Forteca Narzoda ma fachowy klimat i wiązałem z nią duże nadzieje. Nadzieja matką mą…

Podobała mi się ta produkcja na screenach, podobała kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, ale po dłuższym obcowaniu stwierdzam jednak, że to nudy na pudy. Nie jest to zbytnio taktyczna strzelanka, ani emocjonująca (wąskie pole akcji i przez to mała dynamika), a element losowy (odbicia pocisków) mocno frustrują. Kiedy rozprawimy się z trzema falami wrogów na każdym etapie, możemy podążyć drogą i zbliżyć się do upragnionej fortecy. Po wyczyszczeniu trzech takich ścieżek ponoć skonfrontujemy się z władcą tego zamku, ale mi się to nie udało, gdyż zabrakło mi cierpliwości. Wrogowie są tutaj mocno nieciekawi, mało zróżnicowani, a jakikolwiek system upgradów arsenału po prostu nie istnieje. Pomimo fajnego pierwszego wrażenia – tytuł tylko dla zatwardziałych fanów Space Invaders i innych archaicznych shmupów.

Borsuk zmierza do Fortecy Narzoda! Czy dotarł? Nie, umarł z nudów…

Retrometr


SPIKE

GENERAL CONSUMER ELECTRONICS (1983)

Scenki przerywnikowe (na okładce widać jedną) to miłe urozmaicenie Spike’a.

Tytułowy Kolec to fajowe imię dla głównego, zwierzęcego bohatera gry platformowej, nieprawdaż? A tak właśnie wabi się nasz łobuzerski kociak, któremu pewien niegrzeczny jegomość porwał dziewczynę. Hejże ha, hejże hola, nie przystoi ta zbrodnia, więc ruszamy odbić pannę z rąk potwora! Wiecie, rozumiecie, nasza para miała się właśnie hajtać, goście zaproszeni, orkiestra także, nawet sala zamówiona i nawet Warszawa miała robić za automobil młodej pary… A tu z ożenku nici! Zamiast hucznego wesela mamy więc jednoekranowego platformera! Powiem wam szczerze, że na pierwszy rzut oka bardzo zgrabnego, jakby troszkę izometrycznego. Ekran akcji przedstawiony jest tradycyjnie z boku, jednakże pod dziwnym kątem, postać naszego kociaka jest naprawdę duża, dodatkowo całkiem nieźle animowana. Potrafi on skakać po przesuwających się w poziomie platformach oraz uderzać we wrogów łapami (jak to na potomka tygrysa przystało) oraz (uwaga, uwaga, bo to nie jest oczywiste) zmieniać położenie drabin (jednym z przycisków na padzie). Celem rozgrywki jest zebranie klucza umieszczonego (chyba losowo) na planszy i dotarcie z nim na szczyt etapu, gdzie znajduje się klatka z naszą ukochaną kocicą. Za przeszkadzajki robią tutaj dziwaczne ptaszydła, które namalował chyba Picasso, skaczące prezenty i inne bliżej nieokreślone stwory. Dodatkowo gra posiada jajcarską syntezę mowy, animacje przerywnikowe i kiedy ją włączymy to świta nam w głowie nadzieja na wielki hicior!

Platformer w ujęciu jakby izometrycznym? Sterowanie drabinami? Vectrexa stać na więcej…

Niestety kiedy zagramy dłuższą chwilę to czar gry pryska… Dziwne ujęcie kamery mocno nie pasuje do gry platformowej i wprowadza niepotrzebny zamęt w głowie grającego. Plansze są proste jak budowa cepa, a kiedy uświadomimy sobie, że to my sterujemy położeniem drabin (niezależnie od miejsca w którym stoimy), nie musimy nawet próbować siędo nich dostawać… Sama rozgrywka staje się przez ten fakt łatwiutka, a co gorsza jest ona cholernie mało urozmaicona. Ustaw sobie drabinę jak najbliżej, przejdź parę kroków do niej, weź klucz, przestaw sobie drabiny tak żeby znowu ci podpasowały i hop – już jesteś na górze! Następny etap to to samo tylko przeciwników do pokonania (lub wywiedzenia w pole) mamy troszkę więcej. Widzieliście jeden ekran gry Spike to prawdopodobnie widzieliście wszystko i wierzcie mi, że grywalność tego tytułu nie umywa się do najlepszych platformerów jednoekranowych pokroju Donkey Kong, czy Mouse Trap. Co więcej – każdy 8-bitowy średniak z tego gatunku zjada tę grę na śniadanie pod względem różnorodności! Spike to dla mnie największe rozczarowanie tego przeglądu gier – niesamowita popierdółka, która próbuje nas zauroczyć pierwszym wrażeniem…

Kociak Spike wystąpił jeszcze w: Spike Hoppin’, Spike Water Baloons i Spike Vortex. Z nudów można zagrać.

Aha, ze Spike’a chyba próbowano zrobić nieoficjalną maskotkę Vectrexa, gdyż wystąpił one jeszcze w bodajże trzech różnych grach na tę konsolę. Niezłej wariacji na temat Kaboom! zwanej Spike Water Baloons (łapanie bomb a raczej balonów z wodą zrzucanych na nas z góry), przyjemnym klonie Q-Berta o nazwie Spike Hoppin’ (izometryczna zręcznościówka) z trochę spieprzonym sterowaniem oraz w trójwymiarowej grze Spike Vortex (widok zza pleców kociaka, omijanie dziur w środowisku 3D). Wszystkie te gry są produkcjami homebrew i jeżeli już naprawdę chcecie sprawdzić je w akcji to polecam jedynie ten klon Q-Berta… Gameplay ze wszystkich gier z kotem o imieniu Spike znajdziecie w naszym filmie poniżej – jeden po drugim.

– Ja ciebie jaki ładny platformer! Izometryczny jakby! A fajny? Hmm, niezbyt… Przerost formy nad miodnością.

Retrometr


TYTUŁY TYLKO DLA MANIAKÓW

W naszym przeglądzie video oprócz wymienionych przeze mnie produkcji, znajdziecie jeszcze morze różnorodnych tytułów, w większości to słabiaki freeware (homebrew) i kilka niewypałów komercyjnych, jednak w niektóre da się jeszcze od biedy zagrać… W końcu wraz z Profesorem Larkiem rzuciliśmy okiem na ponad 100 gier! Gruuuuubo i to bardzo, chyba sami przyznacie… Na Vectrexie znajdziecie dużo klonów Asteroids, ale jeśli mam być z wami szczery to żaden z nich nie był lepszy od MineStorm. Maniacy Berzerka mogą zacisnąć mocno pośladki i próbować pomęczyć się z konwersją tej chodzonej, komnatowej strzelanki, ale jak dla mnie to dzisiaj nadaje się ona tylko do muzeum. Armor Attack także może znaleźć jakichś zwolenników, lecz u mnie ta jednoekranowa strzelanka czołgiem (podobna trochę do kultowego Battle City na NES’a) wcale nie podniosła adrenaliny. Graliśmy także z Larkiem w bardzo trudny klon Flappy Bird zwany Veccy Bird, którego w sumie nie polecamy bo szkoda nerwów (ale zrobiony jest całkiem, całkiem), podobał nam się za to Pipe Race, czyli lot statkiem we wnętrzu rury, podobny w założeniach trochę do Hexagona, jednakże jakby z odwróconymi zasadami.

W te tytuły możecie jeszcze zagrać bez uszczerbku na zdrowiu: Veccy Bird, Star Hawk oraz Pipe Race.

Znaleźliśmy tony darmowych i słabych wariacji na temat Space Invaders, a także gier ze skoczkami wspinającymi się w górę ekranu po platformach z zasadami podobnymi nieco do PC-towego Icy Tower. Niestety zachwalane przez wielu posiadaczy Vectrexa hity: Solar Quest oraz Star Castle wcale nie zapisały się w mojej pamięci, wręcz musiałem sprawdzać, czy na pewno w nie graliśmy? I co? Jak szybko je włączyliśmy tak szybko wyłączyliśmy. Świetne pierwsze wrażenie zrobił na nas Star Hawk – celowniczek science fiction, w którym latamy nad niby Gwiazdą Śmierci i kosimy przeciwników niczym pilot X-Winga. Jednakże kiedy pograliśmy dłużej to okazało się, że to bardzo ograniczona i mało urozmaicona pod względem rozgrywki produkcja. Pewnikiem wiele tytułów jeszcze tutaj pominąłem, ale starałem się opisać wam te najbardziej grywalne gry, najfajniejsze lub przynajmniej mające w sobie coś szczególnego. Poniżej wrzucam jeszcze raz cały film od początku do końca, żebyście sobie mogli go na spokojnie obejrzeć do porannych kaw, czy wieczornych kolacji i nie martwcie się, nie zajmie wam to miesiąca tylko 9 godzin :-). Aha zapomniałbym – oglądając poniższy odcinek Gramy na Gazie, zobaczycie że na Vectrexie istnieje nawet demoscena, a także programy muzyczne. Niespodzianka!

Całość przeglądu gier na Vectrexa w wykonaniu Larka i Borsuka.


GRY, KTÓRYCH NIE POSIADAMY

Świetne jest to, że ta egzotyczna maszynka jaką jest Vectrex żyje do tej pory i miewa się całkiem dobrze, gdyż programiści co trochę wydają na nią nowe produkcje, które nieraz są dużo lepsze od starych gier komercyjnych. Czego wam nie pokazaliśmy, gdyż nie posiadaliśmy? Wiecie, rozumiecie to nie są tanie rzeczy… Bardzo przyjemnie prezentuje się scrollowany pionowo shmup vecZ (2016), a jeszcze lepiej inny przedstawiciel tego gatunku zwany Debris Revisited (2010), a może zaciekawi was adaptacja Wipeouta znanego z Playstation? Jest takie cudo? A jakże i zwie się WireOut (2019), ale żadne z tego cudo, tylko marna podróbka tego znanego i lubianego future racera, moim zdaniem powinni się nią zainteresować tylko kolekcjonerzy. Z kolei stare konie pokroju naszego zgreda Sikora ucieszą się z nieoficjalnej konwersji BattleZone nazwanej dla niepoznaki Stramash Zone (2018), jednakże jej szybkość działania pozostawia wiele do życzenia.

Vectrexagon to bardzo uzależniająca adaptacja Hexagonu. Chciałbym!

Wiem, że celowniczek z zombiakami, czyli USA Zombie Apocalypse (2020) ma swoje wierne grono fanów, jednakże ja się do nich nie zaliczam i odpuszczę jego zakup. Podoba mi się za to ascetyczna pod względem grafiki, ale ładnie brzmiąca adaptacja Hexagonu nazwana Vectrexagon i w ten tytuł bym sobie pograł i nawet spróbował pobić jakieś rekordy. Profesor Larek jak zobaczył filmik ze Star Wars z nałożoną fachową nakładką na ekran Vectrexa to normalnie nie mógł później spać, sprawdziłem więc dogłębnie ten temat i musze go trochę rozczarować. Niezawodny i niezmordowany John Dondzilla zrobił co prawda demo Gwiezdnych Wojen zwane Star Fire, ale to nie nim podniecał się mój kumpel. To co widział Larek i co naprawdę robi przezajebiste wrażenie to emulator oryginalnego Star Wars (z automatów arcade) jakimś cudem puszczony przez Vectrexa. Ponoć można podłączyć komputer z konsolą, albo zaprząc do tego pewne urządzenie o nazwie VecFever i w ten sposób oscyloskop naszej konsolki udaje kokpit X-Winga…

Oryginalne Gwiezdne Wojny z automatu arcade puszczone poprzez Vectrexa. Robi wrażenie!


PODSUMOWANIE

Jak oceniam konsolkę Vectrex jako maszynkę do grania? To nie jest taka prosta odpowiedź… Z jednej strony ten sprzęt w akcji robi piorunujące wrażenie, nieporównywalne z żadną inną konsolą: neonowe wektory poruszają się ultra płynnie, kontrast obrazu wypala gałki oczne, a obiekty skalują się natychmiastowo… A jeżeli nałożycie na ekran ładnie zaprojektowane nakładki to ujrzycie kolorowe, oscyloskopowe cudo przeniesione jakby z jakiejś odległej, zapomnianej retro galaktyki. Z drugiej strony jego cena na portalach aukcyjnych przytłacza portfel (a nawet konto bankowe), a naprawdę dobrych gier wyszło na tę konsolę mało, przecież jakby nie patrzeć to w trzech częściach Wektorowych Światów VECTREX’a przedstawiłem wam większość wartych uwagi tytułów. Potencjał tego sprzętu jest ogromny co udowadnia Tutstronix w swoich produkcjach, przecież Vector Patrol to najlepsza, najpiękniejsza, najbardziej rozbudowana adaptacja Moon Patrol w całej historii elektronicznej rozrywki, lepsza nawet od legendarnego przecież oryginału! Podobnie ma się sprawa z Vector Pilot, który jednak nie jest aż tak efektowny i nie u wszystkich wywoła natychmiastowy zachwyt. Dla tych dwóch gier plus kilku innych konwersji z automatów arcade (Scramble, Protector, Pole Position) warto nabyć Vectrex’a, a jeżeli podobnie jak ja jesteście wielkimi miłośnikami Księżycowego Patrolu oraz Pilota Czasu to musicie ten sprzęt mieć! Już, teraz, natychmiast postawić go na biurku!

Na Vectrexie istnieją nawet programy do grafiki i animacji, tylko musicie mieć pióro świetlne. Fajowe to to!

Jednakże jeżeli nie czujecie mięty do tych wielkich klasyków to musicie się mocno zastanowić przed zakupem, vectrexowy rynek gier to wielka nisza i raczej nie spodziewałbym się tutaj wielu hitów w przyszłości. Chociaż kto wie, jeden człowiek pracuje nawet nad konwersją Elite (hmm, czy ktoś wytrzyma kilkadziesiąt godzin przed ekranem Vectrexa, by to porządnie ograć?) oraz mam nadzieję, że panowie programiści Kris Tuts, Alex Herbert, czy John Dondzilla nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Ja zakupu nie żałuję i wręcz jestem z niego dumny, gdyż oprócz świetnych wersji paru moich ulubionych gier z dzieciństwa dostałem największego szpanera na dzielni, bo tym też jest Vectrex. Miałeś Atari Jaguara byłeś kozak pośród retro braci, ale jak masz Vectrexa to wiecie, rozumiecie, mucha nie siada, nawet się nie zbliża, zawał w locie! A na poważnie, jeżeli zastanawiacie się nad zakupem Vectrexa zerknijcie na opisy gier jakie zamieściłem w trzech częściach tego wpisu. Widzicie tutaj szpile, w które będziecie łupać z wypiekami na twarzy? Tak? To atakujcie śmiało, a jeżeli nie to oszczędźcie sobie wydatków.


PS. Dziękuję widzowi Gramy na Gazie ukrywającemu się pod nickiem Bisquit.PL za prezent w postaci prześwietnego Vector Pilot! Jesteś debeściak! Zdjęcia dostarczył Borsuk lub Larek, albo ich źródło jest pod nimi podane.

O RetroBorsuk 203 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.