Recenzja | Sturmwind (Dreamcast)

Sturmwind Dreamcast recenzjaPowitał mnie ryk syreny, huk dział, krzyk komunikatów ostrzegawczych i przydupas generała floty. Czasu nie było zbyt wiele, kolejny raz musiałem wyruszyć na złomowanie kosmicznego ścierwa, by ratować tą zasraną planetę. Może i nie była idealna, ale była nasza do cholery!

Stacjonowaliśmy na orbicie w stacji kosmicznej Duranik i byliśmy właściwie pierwszą linią obrony nie licząc pola siłowego, które w tym momencie było już tylko wykładem na lekcji historii. Przydupas generała, którego imienia nigdy nie pamiętałem wydawał w pośpiechu rozkazy, miał swe pięć minut, w tym całym zgiełku pierwszy raz nikt z niego nie będzie kpił, nie było czasu na takie przyjemności. Większość floty była już złomem, zbyt długo i natarczywie nas atakowano w ostatnim czasie i została nas ledwie garstka. Miałem tego pecha, że byłem z pozostałej grupki asów najlepszy, więc dano mi najlepszy statek bym czynił honory. Sturmwind był piękny i zabójczy, to z nim tworzyłem duet nadziei dla ludzkości. Od dziecka byłem zachwycony opowieściami o Ostatnim Pilocie na Ziemi, wręcz czciliśmy go i zawsze chcieliśmy iść w jego ślady. Problem w tym, że nie wiedziałem wtedy, że autentycznie będę miał szansę tego dokonać… było siedzieć w domu na dupie, a nie zaciągać się do floty.

Achtung! Achtung!

Szarpnęło mną, chwila na przywyknięcie do pozycji, rozeznanie się w sytuacji, stacja badań naukowych nad promieniami słonecznymi właśnie wybucha… nie jest dobrze, ale nie ma na co czekać. Rzut oka na kokpit i już widzę że chłopaki zdążyli zapakować pełne uzbrojenie. Sturmwind prowadzi ogień w trzech trybach, a każdy bardziej zabójczy, do tego ma specjalną niespodziankę na większych cwaniaków. Uzbrojenie:

Lichtblitz – podwójny promień, który przed statkiem się rozszczepia, by po określonej odległości się połączyć. Sprawdza się w każdej sytuacji, szczególnie pod wodą gdzie zwiększa swą moc


Nordwest – znów dwa śmiercionośne promienie, każdy z nich strzela po skosie, po jednym na górę i dół. Świetnie się sprawdza, dodatkowo ma opcję strzału naokoło statku przez co możemy ostrzelać oponentów pod i nad statkiem. Jego martwym punktem jest jednak przestrzeń bezpośrednio przed nami


Rudel – przy nim przestrzeń nad i pod statkiem pozostaje odkryta, ale niezawodnie czyści wszystko bezpośrednio przed nami, torując drogę nawet w najbardziej zatłoczonych akcjach

Sturmwind Dreamcast recenzja

Specjalną niespodzianką jest bomba, która niszczy wszystko w zasięgu wzroku, mam jednak tylko jedną taką na stanie, oszczędzę ją na większego bydlaka, no chyba że uda mi się jakąś dodatkową znaleźć gdy będzie dryfować po polu bitwy. Naturalnie by przetrwać muszę mieć cały czas jakąś broń na stanie, mam jej trzy typy, ale po odstrzeleniu przez wroga zostaje ona dezaktywowana. Kosmicznego śmiecia jednak dużo w tych czasach lata po przestrzeni i mogę uzupełnić braki w uzbrojeniu w trakcie walki. Gdy mam odstrzelony Rudel, muszę się uważnie rozglądać za zielonym kontenerem z literą R, jego zebranie odnowi mi to działko (ostrzał kontenera zmienia jego kolor). Walka to przede wszystkim przetrwanie moje i Sturmwinda, a ja nie chce być odpadem z częściami zamiennymi, trzeba mieć zawsze przynajmniej jedną broń na stanie. Nie po to jednak jestem najlepszym z ocalałych by się ograniczać do przeżycia, pora pokazać gnojom na co nas stać! Leci w mym kierunku właśnie czerwony kontener, aktywuję Nordwest, mam już tą broń, więc teraz po przejęciu dodatkowego zbiornika zwiększam jego moc, do mego statku dołączył dron który zwiększa siłę rażenia (można mieć max 2 drony na broń, trzeba zbierać power upy w takim kolorze jaki się ma aktualnie aktywny by zebrać drona) – niech się dowiedzą jak to jest żyć z dziurą zamiast tułowia!

Kolejne fale wrogów żegnają się z życiem, a ja prowadzę ostrzał z tyłu i z przodu zmieniając płynnie kierunek strzału na kokpicie lewym triggerem. Mając drony mogę dodatkowo kierować nimi pod przyciskiem Y i to niezależnie od głównej broni, przez co pruję w obie strony na raz. W tle dzieje się masa rzeczy, olbrzymie frachtowce obcych i skorupy naszych baz dryfują bezwiednie w bezkres kosmosu, miejmy nadzieję że tam odnajdą spokój. Co chwila rozbłyski, orgia barw i zgiełk bitwy otacza i pochłania, jestem skupiony w 100%, inaczej by mnie już nie było. Wtedy nadszedł on… niemal zesrałem się w kombinezon. Wrogowie mają w swych szeregach wiele olbrzymich kreatur i machin, a ja właśnie lecę na czołówkę z jednym z tych skubańców. Nie mieszczą się oni często na ekranie, mam podgląd tylko na ich wychylające się z znienacka olbrzymie szpony, macki, szczypce, klamry i inne narzędzia zagłady gotowe by mnie wyłuskać ze skorupy statku jak pistację.

Sturmwind Dreamcast recenzja

Odnalazłem go wewnątrz naszej galaktycznej kuźni wydrążonej w asteroidzie, pełnej ruchomych elementów i topiącej wszystko kadzi z płynnym metalem. Unik przed atakiem, unik przed pociskami, szyję do niego z Rudla ile fabryka dała i nagle zmienia pozycję. Jest już nade mną, znalazł się tam o wiele za szybko jak na swe gabaryty, a ja z Rudlem nie dosięgnę go w tej pozycji, zmieniam prawym triggerem na Nordwest i zabawa zaczyna się na nowo. Dezaktywacja… unieszkodliwił mi broń po tym jak mnie zaskoczył zmianą schematu zachowania, ale do piachu sam nie pójdę! Pod B odpalam bombę i w cholerę puszczam tu wszystko z dymem. Na szczęście tyle wystarczyło tym razem i kreatura rozpada się na części, wszystko staje w płomieniach. Pora jak najszybciej opuścić tą zdezelowaną strukturę. Maszkary uciekają w stronę tunelu czasoprzestrzennego, przydupas krzyczy przez komunikator by wracać. Jebać go! Teraz albo nigdy! Ile można tylko odpierać ataki. Wskakuję w tunel za obcymi.

Planeta obcych okazała się czymś z czym nie mogłem się długo oswoić. Nigdy nie przypuszczałem że będąc za sterami statku bojowego będę uczestniczył w scenach niczym z prozy H.P. Lovecrafta, a jednak to nieopisane zło przedwiecznych istniało. Wchodząc w atmosferę musiałem wykonać uniki pomiędzy asteroidami i kometami, strzelanie zeszło na dalszy plan, potem doszedł do mnie olbrzymi syk wyziewów z kraterów. Tylko to nie były kratery… ta planeta żyła, wręcz pulsowała i pełzała co zobaczyłem dopiero gdy przebiłem się przez chmury. Jamochłony pełne zębisk rzygały potworami które od razu mnie wyczuły. Uśmiechałem się pod nosem, po to właśnie tu przybyłem, by rozwalić im te zębiska na ich terenie. Im głębiej leciałem w pogoni za dalszymi kreaturami tym bardziej ogarniał mnie amok. Nie tylko kolejne przeładowania broni weszły mi w nawyk jak nigdy dotąd, ale i klimat tej beznadziejnej wędrówki mnie przytłaczał. Walka teraz toczona była w półmroku, odgłosy planety z miejsc skąpanych mrokiem były niepokojące, czułem się jakbym zagłębiał się we wnętrznościach potwora.

Sturmwind Dreamcast recenzja

Myśląc że bardziej w dupie już nie będę usłyszałem łomot z prawej strony. Ściany pękały i woda zaczęła zalewać tunel. Szybko wypełniała całą przestrzeń i przyniosła ze sobą nowe rodzaje adwersarzy. Niech przyjdą, Lichtblitz właśnie na takie warunki czeka, a ja mam złapane do pomocy dwa drony. Gigantyczne poczwary jakie stają naprzeciwko mnie zarzucają gęsią skórkę na plecy. Podobny do ośmiornicy przedwieczny wyłonił się z morskiej toni tylko po to by dostać wiązkę miedzy oczy i bombę na dzień dobry. Gdy błysk przeminął widziałem że monstrum nadal żyje, swymi mackami oderwał kawał wraku frachtowca z dna i rzucił nim w moją stronę niszcząc mi drony, unik, zmiana broni na Rudel i z całą mocą postanowiłem dobić skurczybyka. Gdy myślałem że to już koniec, pojawiła się mała poświata obok konającego stwora. Hipnotyzujące światełko zwróciło moją uwagę… to była pułapka, zza światełkiem sterczały zębiska kilkukrotnie większe od mojego statku. Ośmiornica z którą właśnie się pojedynkowałem została po prostu pożarta żywcem bez ceregieli przez coś jeszcze bardziej odrażającego.

Wody z tunelu zaczęły spływać w otchłań, a ja leciałem w górę ku światłu… aż bałem się co ono oznacza. Przy pomocy lasera wyrąbałem otwór w pokrywie lodowej, która z trzaskiem jakby góry pękały ustąpiła mi miejsca. Opuściłem to zapomniane przez bogów miejsce i trafiłem w sam środek śnieżycy gdzie mnóstwo jednostek wroga na mnie już czekało. Możliwe że odkryłem właśnie ich bazę której cały nasz sztab nie namierzył w ciągu dekad, to musi być tutaj. Wzbiłem się ponad chmury by stoczyć ostatnią bitwę. Broń przeładowana, zbiornik z bombami pusty, drony rozbite… trudno, w końcu cofać się już i tak nie mam gdzie. Rozpoczyna się wymiana ognia, baza sama w sobie naszpikowana jest ruchomymi elementami zmuszając mnie do różnych manewrów, w tym momencie w samym środku bitwy wybucha w oddali supernowa pożerając cały horyzont…

Sturmwind Dreamcast recenzja

Cholera, żona z niesmakiem włączyła światło w pokoju. Środek nocy jest a ty dalej grasz, ściszyłbyś to, a najlepiej wyłączył i poszedł spać bo jutro do roboty wstajesz a Dreamcast chodzi tak głośno że sąsiedzi się skarżą. Siedziałem tam jak młodziak z tyłkiem na dywanie i padem w dłoni. Znów odpłynąłem, znów Sturmwind mnie zaskoczył. Giereczka z samolocikiem co strzela pewnie powiecie, co ona ma wspólnego z tą historią we wcześniejszych akapitach? Ano ma i to wiele. W jakiś magiczny sposób trzech wirtuozów zamknęło w shmupie masę ciężkiego klimatu hard sci-fi i horror fantasy. Trudno mi było w to uwierzyć, ale tak właśnie jest. Trzech wirtuozów… choć w mniejszych rolach wystąpiło tutaj więcej osób to główne skrzypce grali bracia Graf, Roland jako programista oraz Johannes jako grafik i leveldesigner, do tego dołączył muzyk Nils Feske. Przypomina mi to sytuację z inną mega produkcją z niemieckiej stajni, którą też tylko trzech ludzi doprowadziło do perfekcji, był to Sam’s Journey na Commodore 64. Możliwe że takie zwarte studio jak Duranik, czy Knights of Bytes jest w stanie toczyć wspólną wizję przez cały proces produkcji dzięki czemu wszystko idealnie do siebie pasuje i nie ma miejsca na błędy, czy wyrwaną z kontekstu zawartość. Tym bardziej że to też pasjonaci, którzy są oddani sprawie.

Made on earth

No dobra, doszedłem już do siebie to przejdźmy do rzeczy. Jak ta gra sprawuje się jako… gra? W shmupach szczególnie tych „od fanów do fanów” ja jako gracz niedzielny w tym gatunku obawiam się zazwyczaj jednego – że będą miały popieprzony poziom trudności dla sześciopalczastych Azjatów. Na ogół jest to pójście na łatwiznę i maskowanie niedoborów gry w której jest łącznie 5 plansz i by gracz już po pół godziny nie widział napisów końcowych dowala się mu tak by trzeciej planszy przez tydzień nie przelazł. Tutaj jest zupełnie inaczej, mamy w każdej chwili możliwość zmiany poziomu trudności (easy/normal/hard), a plansz jest 16 i są olbrzymie! Wspomnieć należy, że walczymy w dwóch trybach: pierwszy to normal tu jest 16 plansz jedna po drugiej, masz możliwość robienia save’ów po każdej z nich. Można to traktować trochę jak taki tryb kampanii, co mi się tutaj szczególnie podoba to to, że możesz wybierać sobie już odkryte plansze i dowolnie w nich strzelać zmieniając również poziom trudności, nie musisz za każdym razem jechać na nowo, spodobał ci się jeden level szczególnie? To wal ile wlezie!

Drugi tryb nosi nazwę arcade, tutaj nie ma wyboru plansz, nie ma save i nie ma kontynuacji, zostajesz wrzucony w ciąg 6 plansz następujących po sobie. Musisz je przyjąć na klatę w starym stylu. Jeśli chodzi o poziom trudności to ja jako laik shmupowy muszę przyznać że easy jest dla każdego, natomiast po easy pierwsze co zrobiłem to odpaliłem normal bo miałem mega chcicę na ten tytuł. I co? Również jest do zniesienia jeśli bawisz się w już odkrytych wcześniej planszach, znasz system i wiesz czego się spodziewać. Różnica pomiędzy easy, a normal jaką zauważyłem to jedno życie mniej i ograniczony dostęp do bomb. W hard się jeszcze nie bawiłem, ale to kwestia czasu, tym bardziej że liczę na pucharki…

Sturmwind Dreamcast recenzja

No pucharki, Sturmwind ma taką staroszkolną wersję osiągnięć znaną z dzisiejszych gier, zrób coś konkretnego w zamian za pucharek. Przejście planszy używając tylko Lichtblitz, rozwalenie bossa w limicie czasowym, natrzaskanie progu punktowego itp. Poziom pucharków jest też stopniowy: bronzy, srebra i złota. Złota oczywiście wymagają zmagań na hardzie. Za pucharki otrzymamy bonusy takie jak szkice koncepcyjne i… a zerknijcie do ciekawostek.

Wróćmy do gameplayu, dzieło Duranik nie jest dziwadłem w stylu bullet hell, na ekranie mimo setek rozbłysków, ruchomego tła, masy przeciwników i strzelania nie ma chaosu. Mimo przepychu wszystko ma swoje miejsce, jest zwarte i poukładane, zawsze potrafisz się zorientować w sytuacji. Choć czasem… po prostu zamierasz z wrażenia. Moi sąsiedzi po nocach nie tylko byli katowani odgłosami Dreamcasta, ale i mojej wciąż opadającej szczeny. W tle wszystko żyje, „organiczne” tła się poruszają, zdezelowane galaktyczne konstrukcje dryfują, a w tym jest gdzieś również bezkres kosmosu. Są momenty w których wybuch gwiazdy oślepi i pochłonie całą scenerię. Do tego dodajcie zalewanie plansz wodą, zamiecie śnieżne, przebijanie się przez chmury – bajka. A przy bossach również serce zaczyna mocniej bić. Zarówno galaktyczne konstrukcje na nas nasłane jak i olbrzymie kreatury obcych są wręcz perfekcyjne, nie mam żadnych, nawet najmniejszych zastrzeżeń. Te „organiczne” jak je nazywam poczwary są fenomenalne. Przypominam, że stoi za tym tylko Johannes Graf – jeden człowiek, a tak wiele do powiedzenia. Do tego zanotujmy, że w grze mamy w pełni animowane intro i 2x outro po jednym dla każdego trybu.

Sturmwind Dreamcast recenzja

Jak to wygląda łatwo sobie wyobrazić, chociażby po screenach (choć w ruchu to jednak co innego), a jak brzmi? Zachęcam do odsłuchu flagowego kawałka pod tekstem bo muza zmiata kapcie. Niby jest to typowe „umcy umcy” pasujące do Wipeouta, ale ja pomimo tego że nie gustuję w takich dźwiękach byłem zadowolony. Nie da się jednak ukryć że najlepszy kawałek ze wszystkich jest właśnie w pierwszej planszy, potem wciąż jest dobrze, ale ten kozak pozostaje niepokonany. Rzadko to robię ale tutaj wręcz muszę o tym wspomnieć, muzyka to jedno, ale największą robotę robią dźwięki otoczenia i bitwy! Wybuchy, wyziewy, czy komunikaty nadawane ze sztabu po niemiecku (mówcie co chcecie, ale taka odmiana od angielskiego robi klimat) nadają wszystkiemu ostatecznego szlifu.

The Universe will be ours soon

Nie jestem jakimś wielkim szpecem w tym gatunku, ale jeśli Borsuk który przy mnie pierwszy raz odpalił DC z tym tytułem był wniebowzięty to gwarantuję wam że macie do czynienia z jednym z najlepszych shmupów w historii. Jest tutaj wszystko czego można sobie życzyć, 3 poziomy trudności, 2 tryby rozgrywki, 16 leveli, świetna muza, grywalny system, ponad 100 rodzajów przeciwników i ponad 20 olbrzymich bossów, gra chodzi płynnie, potrafi zaskoczyć i przede wszystkim pozwala odlecieć przed ekranem. Jedyne czego można by sobie życzyć to trybu dla dwóch graczy, bo to gra tylko na jednego bombardiera, wtedy to już w ogóle byłaby bajka. W 2013 roku Duranik pokazał wszystkim, że DC nie tylko nie umarł, ale nadal może wyznaczać trendy, nie to co robione na półgwizdka wcześniejsze shmupy od NG:DevTeam. Na pytanie czy warto kupić Sturmwinda na Dreamcasta odpowiadam: warto kupić Dreamcasta dla Sturmwinda!

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Dreamcast /2018

3 słowa do gracza: Król gatunku i jeden z najlepszych tytułów w grotece Dreamcasta, dla takich gier warto być retrograczem wspierającym scenę. Nic tylko brać i złomować kosmiczne ścierwo!


Ciekawostki:

» choć Sturmwind został ogłoszony na DC pierwszy raz w 2010 roku to jego początki sięgały głębiej bo aż do roku 1997. Wtedy to był jeszcze znany jako Native i był docelowo robiony pod Atari Jaguara CD. Do pobrania było/jest nawet demko tego projektu z jednym grywalnym levelem. Prace nad projektem porzucono, ale podobieństwa widać

Sturmwind Dreamcast recenzja

» jakieś fatum ciąży nad twórcami, wydawca redspotgames wcześniej wydał inne znane schootery na DC takie jak Fast Striker, czy Last Hope, ale Sturmwind był ich ostatnim słowem w tej branży. Duranik po tym hicie nic już nie stworzyło, zdążyli jeszcze wznowić sprzedaż swojej gry z 2004 roku Alpine Games na Atari Lynx i wznowić samego Sturmwinda i od tej pory słuch po nich zaginął. Pozostaje mieć nadzieję, że skoro Duranik to głównie bracia Graf, to nic nie stoi na przeszkodzie by lada chwila wznowili dłubanie nad kolejnymi grami, a może nawet kontynuacją? Przez te 5 lat od premiery Sturmwinda wiele się zmieniło i wzrósł popyt na retro platformach

» widząc astronomiczne ceny jakie osiągała gra na aukcjach twórcy zdecydowali by na gwiazdkę 2016 roku puścić w obieg kolejną partię gry, którą do dziś można kupić np. na playasia. W tym wydaniu nie zmieniono samej gry, jedynie okładka się zmieniła + nadruk na płycie i papier instrukcji. Nie istniało już w tym momencie redspotgames i Duranik wydał to własnymi siłami, kasując loga byłego wydawcy. Gdy już przy tym jesteśmy to ciekawy jest napis na odwrocie pudełka z napisem „Made on earth„, normalnie mnie rozwalił ;)

» poniżej okładki, pierwsze wydanie miało hełm pilota, drugie statek, ale obydwa wydania miały „podwójną okładkę”. Na ostatniej stronie jest wizerunek krakena idącego na solo z naszym pojazdem (ja mam ten motyw docelowo na froncie;):

Sturmwind Dreamcast recenzja

» czas na bajery, po każdym zaliczonym etapie generuje się kod, który możemy wpisać na tej stronie i pochwalić się wynikiem z resztą graczy. Lista rankingowa wciąż działa. Drugi bajer to kompatybilność z adapterem SD (nie wiem czy jakakolwiek inna gra jest z nim kompatybilna), podobno możemy na karty SD zgrywać krótkie filmiki i screeny z gry, a potem odtworzyć na DC’ku – fajny bajer, choć nic więcej. Słyszałem, że był plan by twórcy za pomocą tej funkcji udostępnili dodatkowe levele graczom, ale nie znalazłem informacji by coś faktycznie z tych planów wyszło

» gra jak na pełnoprawnego szpila na DC przystało obsługuje VMU. Nie tylko zapiszemy naszą grę, ale wyświetli nam się również na memorce ikonka broni jakiej aktualnie w grze używamy

» czasem na ułamek sekundy w formie bonusu dla spostrzegawczych graczy pojawiają się elementy z innych gier. Łatwo w zgiełku bitwy je przeoczyć, ale możecie dostrzec np. klocki z tetrisa, czy chłopka z kultowego DropZone. Na screenach w recenzji też zobaczycie jeden taki element ;)

» wyszły dwie edycje limitowane gry, jedna miała nawet pluszaka w postaci ośmiornicy znanej z materiałów promocyjnych. W Borsuczej norze znalazłem drugą limitkę z figurką i OST „505 The Final Score Sturmwind” popatrzcie:

Sturmwind Dreamcast recenzja

» jak wiecie grę tworzyli Niemcy i pojawia się tutaj język niemiecki. Nie trzeba jednak szprechać, gra jest po angielsku, tylko 4 drobne elementy są w języku twórców – nazwy broni, komunikaty „głosowe”, nazwy plansz, część filmików. Są to jedynie drobne szlify, ale dodają charakteru i dla mnie były ciekawą odskocznią od angielskiego


Do posłuchania w trakcie lektury:

Sturmwind OST – Level 1.1

Inne artykuły:

Akta retronagazie.eu | Brzydkie kaczątka Po ostatnim lekko hipsterskim wpisie Daaka o osobliwych blaszakach z PSX'a, powracamy z aktami RnG tym razem w rozszerzonym gronie platformowym. Nie m...
Recenzja | Crazy Taxi Offspring w głośnikach, taryfa lśni, a klient rozsiadł się na tylnej kanapie - pora włączyć licznik i zarobić trochę kasy! Dreamcast ma na sobie ła...
Przegląd | Gry Dragon Ball Z na PS2 Osoba odważnego wojownika z małpim ogonkiem nie jest nam obca. O grach z uniwersum Smoczych Kul pisał już wcześniej nasz Daaku, choć podjął się wtedy ...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox