Recenzje | Ballistic Interceptor, Bombastic!, Caverns of Mars, Hyperblast! (Atari XL/XE)

Szorty, czyli króciaczki. Recenzje dotyczą gier na Atari XL/XE, krótkich i niekoniecznie dobrych, ale łączy je jedno – postać Pilota Czasu. Chciałbym wam zaproponować króciutkie formy recenzji, cztery do pięciu gier na artykuł, w formie cyklu, każdy z jakąś myślą przewodnią. Jeśli dzisiejsze opisy spodobają się sympatykom Retro na Gazie, nie wykluczam kolejnych części. Każda z opisywanych w cyklu gier to będzie jakaś drobnostka, niby nic nie znacząca w natłoku produkcji. Ale przy każdej chciałbym napisać coś od siebie,  oczywiście jeżeli cykl się przyjmie. Może pojawią się w nim inni autorzy? Wiem, Borsuk już robił coś takiego swego czasu (Jaskinie, Podróże), ale wybierał jednak dosyć długie gierki… A tu z założenia mają być krótkie, co nie oznacza, że kiepskie. Proszę, napiszcie w komentarzach, co o tym sądzicie…


BALLISTIC INTERCEPTOR

General Masters Corporation, 1983

Z PAMIĘTNIKA PILOTA CZASU

To było na pierwszym roku. Wiadomo, że nie dopuszczali nas wtedy do maszyn. Trenowaliśmy na różnych symulatorach. Na jednym z nich sprawdzali naszą celność i szybkość reakcji. Broniliśmy się przed lecącymi pociskami.

– No, frajerzy – podpuszczali nas – kto ogarnie pięć tysięcy dostanie tydzień urlopu!

– Noż kurde, będzie mi tu trep pierdzielił – pomyślałem i siadłem do symulatora. Po chwili ogarnąłem sterowanie – góra/dół, strzał. – Te dupki myślą, że takim dziadostwem mnie załatwią. Zobaczymy!

Pierwszy tysiąc miałem po chwili, pięć moment później… Przy trzydziestu wszyscy stanęli z tyłu. W końcu mi przerwali – dostałem trzy tygodnie urlopu, a nie jeden… Ponoć nikt wcześniej, ani później tak daleko nie dotarł, ani nie wykręcił takiego wyniku…

Trening Pilota Czasu w Ballistic Interceptor zniechęcał kadetów oprawą…

Gra Ballistic Interceptor jest prostą strzelaniną w trybie tekstowym. Jesteśmy statkiem broniącym barierę przed promieniowaniem radioaktywnym. W naszym kierunku cały czas lecą napromieniowane rakiety, każdy kontakt tego pocisku z naszą barierą zbliża nas do strefy radioaktywnej. Kontakt z tą strefą oznacza stratę życia. Z punktu technicznego gra nie powala, pociski poruszają się co znak, graficznie szału nie ma. Wszystko wskazuje na to, że gra jest w kompilowanym Basicu, całość ratuje mnogość pocisków pojawiających się jednocześnie na ekranie. Daję czerwone światło w retrometrze, chociaż lekką szansę można grze dać. Nie jest beznadziejna, ale gracie na własne ryzyko.

Retrometr


BOMBASTIC! / BOMB BLAST IT!

English Software, 1983

Z PAMIĘTNIKA PILOTA CZASU

Zadanie było pozornie proste. Jako operator działka miałem zdetonować jedną z czterech bomb, które znajdowały się w blisko przeciwnika i go wykończyć Na początku trenowaliśmy na symulatorze z komputerem, to było łatwe. Potem rywalizowaliśmy z wcześniejszymi rocznikami.

Dopóty, dopóki nie stanąłem w szranki z wieloletnim mistrzem – nikt nie zwracał na nas uwagi. Zaczęliśmy od poziomu „0”, skończyliśmy na „9”. Psubrat niezły był, ale nie ze mną te numery. Cztery bomby co chwilę kryły się we mgle na środku pola rozgrywki, aby nagle ulec detonacji tuż przy jego polu ochronnym.

– Co jest, ku… – zaczął mój przeciwnik, gdy po raz kolejny bomba wybuchała przy jego stanowisku. Do tej pory załatwiał każdego w pięć minut.  A nasza rozgrywka trwała już blisko dwie godziny…

No cóż, tego dnia nasza akademia gwiezdnych pilotów dostała nowego mistrza. Pozostał niepobity aż do jej ukończenia, a opisywany trening przydał się w moich późniejszych akcjach…

Walka na detonację bomb. Mgła wojny utrudnia pojedynek.

Gra została wydana w 1983 roku przez firmę English Software pod tytułem Bombastic! No cóż, tytuł przekształca się potem w Bomb Blast It!, więc wydaje mi się, że tu nie popisali się autorzy okładki i tak już zostało. Samą instrukcję możemy podejrzeć jak zwykle na Atarimanii. Firma znana jest z wydawania wielu pozycji budżetowych, zarówno tych lepszych, jak i tych zupełnie niegrywalnych…

A jak sprawa ma się z omawianą grą? No cóż, widać, że jest to budżetowa produkcja, ale gra się w nią całkiem przyjemnie. Nasze zadanie polega na przepchnięciu bomby (mamy ich cztery) za pomocą strzałów w stronę przeciwnika i zdetonowaniu jej przy jego barierze ochronnej. W ten sposób niszczymy wroga. Niby proste, ale przeciwnik dysponuje tą samą bronią i dąży do naszej eksterminacji. Aby zdetonować ładunek musi on otrzymać odpowiednią dawkę energii (nasze strzały), a wybucha wtedy, gdy energia przekroczy jego masę krytyczną… Sama gra ma dziesięć poziomów (0-9) oraz tryb gry dwuosobowej, któryszczególnie ten drugi polecam. Biorąc pod uwagę rok powstania tytułu i mimo ubogich efektów gra się w niego całkiem przyjemnie. Wraz z poziomem trudności zmienia się prędkość rozgrywki oraz zostaje wprowadzona mgła wojny czyli zasłonięcie części pola rozgrywki (głównie bomb). Przymykając oko na pewne niedogodności śmiało można dać pomarańczowe światełko na retrometrze, szczególnie w przypadku pojedynków z nielubianym kolegą. Lub seksowną przyjaciółką!

Retrometr


CAVERNS OF MARS

Atari, 1981

Niezła rozpierducha pod powierzchnią Marsa widoczna już na okładce!

Z PAMIĘTNIKA PILOTA CZASU

Zapewne pamiętacie moją misję w kopalniach MARSA? No psia jego mać, odlatując z tej zakazanej dziury z niezłą niunia nawet nie przypuszczałem, że zaraz tam wrócę. Kto by pomyślał, ci pierdzieleni Komivianie…

– Pilocie, w tobie całą nadzieja! Góra Olimpu to był ich przyczółek… – głos prezesa konsorcjum URANII był załamany – tylko ty jesteś w stanie nam pomóc…

– Ale – zacząłem, po czym machnąłem ręką. Na emeryturę jestem jeszcze za młody…

Kiedy wróciłem na Marsa w pierwszej chwili nie mogłem poznać planety. Wiele skupisk miejskich w Strefach Nowej Ery – jak miejscowi nazywali miasteczka z sztuczną atmosferą – było doszczętnie zniszczonych… Gotowi na ekspansję Komivianie czaili się wyłącznie w jaskiniach. Wiecie jak to jest na Marsie – zimno, paskudnie i dodatkowo same zajebiste dziury po kilka kilometrów wgłąb powierzchni… Właśnie tam była ich baza, ich magazyny pocisków, rakiet i napędzające wszystko reaktory jądrowe. Wyjście było jedno – albo zniszczę to wszystko, albo… No właśnie, nie było alternatywy. Noż kurde, znowu musiało trafić na mnie… A taką miałem chęć na odpoczynek w ramionach mojej księżniczki… Przez chwilę miałem nawet dylemat czy czasami nie dokonam masowego zabójstwa marsjańskich tubylców.. Jednak przecież do cholery, Obcy nie oszczędziliby nikogo z ziemskiej kolonii!

Witamy ponownie na Czerwonym Globie…

To co dostałem dla swojej misji było sterowne niczym dziurawa beczka na pełnym morzu… Stary, toporny w obsłudze transportowiec wydobywczy – zero zwrotności, zero precyzji lotu i paliwożerny na hektolitry… Dobrze, że komiviańskie łajzy używają tego samego paliwa – inaczej utknąłbym na samym początku misji. Komu w drogę, temu czas… Odpaliłem mego rzęcha, sprawdziłem dwa zardzewiałe działka na flankach tej kolubryny i ruszyłem w dół…

Po dotarciu do reaktora szybko aktywowałem destrukcję. Teraz w górę… Zapierniczaj, złomie, nie mam czasu na czułości… Kur… Nie teraz… Dobrze, ciągnij… Szybciej w prawo, do dołu! W lewo i w górę! Potrzebuję pędu, potrzebuję pełnej mocy! Szybciej!

 

Gra Caverns of Mars należy do grona gier nieśmiertelnych, czyli takich, które się nie starzeją. Została wydana w 1981 roku przez Atari, a programistą był Greg Christensen, odpowiedzialny jeszcze tylko za dwie inne produkcje… Caverns of Mars II – taka powolna wariacja Scramble, oraz Phobos wydane przez Antic Software w 1982 roku. Tę grę mogę śmiało polecić, widać, że jest robiona na silniku pierwszej części Jaskiń Marsa. Nasze zadanie jest jasne: dolecieć na sam dół jamy, niszcząc po drodze wszelakie przejawy obcej cywilizacji. Pamiętać przy tym należy, aby tankować swój pojazd, poprzez rozbicie pojemników z kosmicznym paliwem.

Rozgrywka to jakby pionowe Scramble z lotem w dół! Nowatorskie.

Gra zasadniczo podzielona jest na sektory, które zwiększają powoli poziom trudności gry. Najpierw lecimy w dół, niszcząc to, co mamy po drodze, zapamiętując ukształtowanie terenu. Potem odpieramy atak wroga w strefie bazy (na szczęście kosmici latają tankowcami więc uzupełnimy paliwo), starając się nie uderzyć we wrogie pojazdy. Kolejną częścią jest precyzyjne wylądowanie na reaktorze, który zamienia się wtedy bombę. No wiadomo, Pilot Czasu podłożył ładunki wybuchowe w oka mgnieniu… Teraz należy szybko spierniczać do wyjścia, inaczej ugotujemy się wraz z cholerną jaskinią w chwili wybuchu. Aby tego dokonać musimy mieć odpowiednia ilość paliwa i pamiętać plan jaskini, położenie sufitów, stalaktytów – bo cenne sekundy umykają… Końcowa ucieczka to był mocno nowatorski pomysł w latach premiery gry. Instrukcja tradycyjnie na Atarimanii.

Cóż mogę dodać? Grywalność tytułu jest całkiem dobra, Borsuk powie, że jest on zbyt łatwy, ale mógłby z Larkiem zlecieć ponownie do marsjańskich pieczar w kolejnym odcinku Gramy na Gazie? Nasz sukces w dużej mierze zależy od wybranego poziomu trudności, najwyższe potęgują zastrzyk adrenaliny. Biorąc pod uwagę wczesny rok powstania tej produkcji, oraz jej minimalne wymagania (wystarczy tylko Atari 400, czyli 16Kb pamięci RAM) – śmiało daję zielone światło w retrometrze. Nie przyznam medalu, bo jednak pewne niedociągnięcia czujemy w trakcie tej prostej rozgrywki. A jakie? Oceńcie sami.

Retrometr


HYPERBLAST!

English Software, 1983

Hyperblast był wydawany na składankach największych hitów English Software.

Z PAMIĘTNIKA PILOTA CZASU

To była jedna z moich pierwszych misji po ukończeniu Akademii. Zwykła, patrolowa popierdółka, jakich wiele zleca się młodym adeptom kosmicznych lotów. Nudna jak flaki z olejem… I wtedy się zaczęło. Tak, to byli ONI! Właśnie ONI! Atakowali w grupach po sześć myśliwców. Ich statki przypominały ziemskie motyle, przynajmniej mi się tak to kojarzyło… Tylko cholera nigdy wcześniej nie widziałem strzelających motyli… Kurde, a to co za gnioty? Cienkie jakieś, a jakie zwinne… Kurde, mój KMO (Kosmiczny Myśliwiec Obserwacyjny) ledwo nadążał z unikami w lewo i prawo… Dobrze, że mam sprawne działka. Miały co prawda służyć do rozbijania kosmicznych meteorów, ale okazały się wielce pomocne na te kosmiczne paskudy! Nie powiem, pot spływał wtedy po moich jajach ze strachu…

Kolejna eskadra. Czemu to ścierwo tak zjadliwie naciera? Znowu szóstkami? Jest w tym jakaś logika? Trafiłem na niezapowiedziany atak na naszą bazę? Czy jakieś wrogie manewry? Hmm… Cholera nawet nie zdałem sobie sprawy, że to był właściwie mój chrzest bojowy w kosmosie… Co prawda wiele ćwiczyłem wcześniej na symulatorach lotu, ale… TO nie to samo! Szybko odbiłem w prawo, ubijając dwa okazy tego kosmicznego ścierwa. Kurde, z lewej leci kolejny! Nie zdążę! Jebudu – moje boczne osłony są mocniejsze od jego pancerza! Tadadadam, kolejny wróg zniszczony…

Hyperblast to prosty klon Galagi.

Kiedy wróciłem do bazy czekała na mnie niespodzianka. – Co jest? – pomyślałem wychodząc z KMO… Cała obsada bazy na lądowisku? – Chyba im zameldowałem o niebezpieczeństwie? – przeszło mi przez myśl. – Kurwa, za nieprzestrzeganie regulaminu idzie się do paki! Mogę zapomnieć o pilotażu… – Chłopie, jesteś niesamowity! – powitały mnie gromkie brawa! – Ale…- zacząłem niepewnie. – Wybiłeś ich wszystkich, i to tym gratem! Zanim się przygotowaliśmy do obrony. A już spisaliśmy cię na straty, przecież jesteś totalnym nowicjuszem…

Jak się okazało już dawno chodziły pogłoski o ICH przygotowaniach do ataku. Ale nikt nie brał tego serio. Tyle lat pokoju w tej strefie zrobiło swoje… Nasza cywilizacja jest tak bardzo zadufana w sobie, myśląc, że może wszystko i wszędzie…. Widać to nawet po naszych KMO – niby uzbrojone, niby utrzymane w dobrym stanie, ale od lat nie modernizowane. Jak się okazało później – zasadniczo nie mieliśmy nic innego oprócz tych kilkunastu zabytków do naszej dyspozycji. I jak mielibyśmy się bronić? Właściwie dobrze wymierzyli atak, gdybym akurat był na urlopie, a nie na tych dalekich rubieżach kosmosu… Trafili wprawdzie na nowicjusza, ale z duszą wojownika i nutą szaleństwa w genach. Mimo, iż prawie się zesrałem z przerażenia – podołałem! Jak się okazało – w szaleństwie czasem jest metoda… Nikt z miejscowych by nie podołał, żaden rutyniarz nie dałby rady. Zmyliłyby ich różne rodzaje ataków wrogich jednostek… Tylko nawiedzony, młody pilot z Ziemską, słowiańską fantazją mógł tego dokonać!

Znowu walka z kosmicznymi robalami? Brrr…

Kolejna budżetowa produkcja ze stajni English Software. Jest to prosty klon, a właściwie gra inspirowana słynnym hitem Galaga. Polega ona na patrolowaniu kosmosu i odpieraniu ataku wrogich statków. Atakują one zawsze w grupach po sześć, a po uzyskaniu 1200 punktów przechodzimy do kolejnych eskadr… I tak w nieskończoność. Czy to oznacza, że gra jest kiepska? Wręcz przeciwnie, mimo prostoty gra się w nią wyjątkowo dobrze, choć mogłaby być odrobinę trudniejsza. Gra pozwala na wybór kilku opcji (przy pomocy joysticka): ilość graczy (jeden, dwu lub demo) oraz poziom trudności (od jednego do trzech, oddzielnie dla każdego gracza). Przy dwóch playerach gramy naprzemiennie dwoma joystickami, zaś tryb demo jest to samoistne przechodzenie gry przez komputer.

Co ciekawe, samą grę uruchomimy już na poczciwym Atari 400, czyli 16Kb pamięci RAM. Przy tak małych wymaganiach zadziwia różnorodność atakujących nas wrogów oraz fakt, że każda eskadra ma nieco inny algorytm ataku. Mimo wielu uproszczeń rozgrywka jest całkiem emocjonująca i ciekawa. Jak oceniam grę? Grałem w nią przed laty często, gdyż szybko się wczytywała z magnetofonu, i wspominam to całkiem przyjemnie. Podobne odczucia miałem grając po latach. Rozgrywka jest płynna, grafika dosyć kolorowa. Wahając się między pomarańczowym (uproszczenia) a zielonym światłem – daję zielone (z lekkim odcieniem pomarańczy). Gra po prostu pozwala mi się zrelaksować.

Retrometr


Jak się okazało poniewczasie, nie była to moja ostatnia misja w tym miejscu. Czas się dla mnie nie liczy, już nie w tej chwili. A co wydarzyło się potem? To już zupełnie inna historia… Być może poczytacie o niej w innej części pamiętnika…

Autor: Paweł „Sikor” Sikorski

PS. O głównym nurcie przygód Pilota Czasu przeczytacie w następujących artykułach RetroBorsuka i nie tylko.

Ps2. Screeny głównie w wykonaniu autora, materiały dodatkowe tradycyjnie z Atarimanii.

PS3. Wiem, że dla młodszych retromaniaków wpisy o grach zbudowanych z kilku pikseli mogą nie być atrakcyjne. Sikor to jednak dinozaur starszy ode mnie, który lubuje się w początkach 8-bitowego grania oraz konsoli Atari 2600. Myślę, że warto nieraz zagłębić się w prehistorię gier i poczytać jak to wtedy bywało. Stąd uruchamiamy minicykl Dziupla Sikora, do którego zapraszam wszelkich growych archeologów oraz miłośników najprostszych cyfrowych światów. Od tej pory opisujące gry teksty autorstwa Sikora będą lądować w jego dziupli! (Borsuk).