Recenzje | Shity na Atari XL/XE: Riot, Barbarian, Upiór, Droga Wojownika

Dzisiejsza recenzje są pewnego rodzaju ostrzeżeniem. Tak, ostrzeżeniem – zazwyczaj chwalę gry na Atari, ale dzisiaj nie będzie tak różowo, więc ostrzegam lojalnie: czytacie na własną odpowiedzialność, gdyż… dzisiaj zaprezentuję wam trochę shitów, kitów, słabizn, crapów… Niestety wszystkie z dzisiejszych gier to polskie produkcje, a dodatkowo należą do dwóch gatunków, których najbardziej brakuje na Atarynie: bijatyk jeden na jednego i chodzonych mordobić.


RIOT

DOMAIN SOFTWARE (1992)

CHODZONA BIJATYKA / BEAT’EM UP

Prawie jak Van Damme! Okładka trochę koślawa…

Na początek zacytuję „Tajemnice Atari” – a właściwie reklamę gry w nich zawartą: Riot – w tłumaczeniu na język polski “uliczna zadyma” – jest typową grą karate wzbogaconą o nowe techniki zadawania ciosów przeciwnikom. Można uderzyć napastnika łokciem, kopnąć od przodu lub od tyłu, uklęknąć, uderzyć pięścią w stronę, w którą zwrócona jest twarz bohatera. Utrudnieniem dla gracza jest różny sposób poruszania się kolejnych napastników. Należy więc wpierw rozpoznać ruchy przeciwnika, by następnie zaskoczyć go serią ciosów. Emocje podczas walki nie słabną, gdyż przez cały czas należy kontrolować na monitorze własną linię życia i linie życia napastników, którzy nierzadko są silniejsi od samego bohatera. Mniej cierpliwi i nieodporni na przyjmowanie porażek mogą zapewnić sobie nieśmiertelność, jeśli wpiszą na początku programu hasło “Życie to walka”.” Tu macie źródło.

Kopniaki jednak już nie takie efektowne jak u belgijskiego aktora…

Któż o zdrowych zmysłach po takim opisie nie kupiłby kasety (bogatsi gracze pewnie dyskietki) z takim rarytasem? Gra ukazała się w 1992 roku i miała zawojować rynek. I początkowo nawet nieźle się sprzedawała. Reklama dźwignią handlu – jak mawiają – a bracia Sellinger, twórcy gry (Domain Software) wydawałoby się odwalili kawał dobrej roboty. No właśnie, wydawałoby się… O ile pamiętam (nie mogę trafić na oryginalną kasetę, którą mam w swoich zasobach) instrukcja mówi o złym sąsiedztwie i konieczności ukarania bandytów. Idziemy ulicą i naparzamy się z przeciwnikami (maksymalnie dwóch na raz), przy czym naszą bronią są wyłącznie pięści i kolana (kopnięcie wygląda jak przygięcie nogi). Wszystko w stosunkowo ślamazarnym tempie. Plusem jest efekt „dobicia” przeciwnika – schylamy się nad nim (joy w dół i fire) i wyciągamy z wroga resztkę energii. Po zabiciu oprychów (gdy znikną z ekranu) idziemy dalej i dalej… W sumie nudne to jak flaki z olejem…

Czy wobec tego gra jest beznadziejna? Do końca nie, postacie są duże i dość ładnie narysowane, mamy sporo przeciwników, różnią się oni wyglądem, ilością energii, a niektórzy mają nawet dodatkową broń (pałka albo pistolet w dalszych etapach). Naszą zaś jedyną bronią są ręce – i co ciekawe – najlepiej walić na odlew z lewej i prawej. Taktyki tu nie opiszę, bo nie ma czego: łupu-cupu-jeb-jeb, schylamy się wykańczając jednego przeciwnika, odwracamy się łupu-cupu-bęc-jebudu, wykańczamy drugiego, czekamy aż znikną z ekranu i dalej w prawo – ot cała filozofia. Za każdego bydlaka (lub uderzenie – nieważne) – dostajemy punkty, a za każde 10 000 dodatkowe życie.

Cios w jajka zawsze skuteczny i niebezpieczny!

Ważne, aby obserwować pasek energii – własnej i przeciwnika. Gdy przeciwnik pada a ma mało energii to przedłużamy jego agonię (dajemy mu uklęknąć, a potem dalej joy w dół i fire). Jest pewien minimalny poziom naszego zdrowia, który wraz z czasem się odnawia. I tak w kółko. Aha, większość przeciwników nie potrafi nas uderzyć, gdy jesteśmy na klęczkach. Kolejne poziomy zwiększają tylko rodzaj i ilość „trudnych” wrogów. Za młodu nigdy nie przeszedłem gry do końca – zbytnio mnie irytowała. Obecnie też, ale ciekawiło mnie, czy ma zakończenie. I ma – można je znaleźć na youtube, ale niestety niewarte jest tych  czterdziestu minut katorgi, jaką jest przejście gry Riot.

Cóż mogę powiedzieć na koniec, mimo niezłego silnika gra została spartolona! Z ciekawości sprawdziłem kiedy powstał „Franko – Crazy Revenge” na Amigę, gdyż wydawało mi się, że Riot mógł się nią inspirować – ale się pomyliłem, Franio jest dwa lata młodszy. Mimo dobrych zapowiedzi i niezłego silnika muszę tej grze wystawić ocenę „Zara będę” – straszliwe nudy, gracie na własną odpowiedzialność…

Retrometr


BARBARIAN

L.K. AVALON (1993)

BIJATYKA

Przynajmniej okładka prawdziwie barbarzyńska!

Któż z Atarowców w 1993 roku nie skusiłby się na słynnego Barbarzyńcę? Produkt dostępny na większości platform był ówcześnie niedostępny dla naszego ukochanego komputerka. Osobiście po części obwiniam o to Jacka Tramiela (szybkie wycofanie się ze wsparcia dla 8-mio bitowego Atari, co mocno zarżnęło produkcje konwersji na Małe Atari, zresztą można sobie to sprawdzić w internecie po datach wydawania największych hitów z automatów arcade na Atarynę, choć były też i inne czynniki. W każdym razie rynek Atarowców w tym czasie nie rozpieszczał…

Fiolet, fiolet widzę, widzę fiolet! Avalon zaszalał z kolorystyką…

I właśnie nadszedł słynny rok 1993. Dlaczego słynny? Bo w reklamach pojawił się… „Barbarian” na małe Atari. Sygnowany przez L.K. Avalon sugerował dobrą jakość (choć wtedy już nie było tak różowo jeżeli chodzi o poziom ich produkcji), więc większość z nas rzuciła się na program jak sępy na padlinę… Pierwsze wrażenie: no mogło być lepiej, ale jest całkiem całkiem, znaczy okey. Chociaż tylko wtedy, gdy się miało monitor mono, kolorystyka gry jest bardzo dziwna, wszystko utrzymane w odcieniach jednej barwy (oczywiście zmienne co planszę). Po chwili już było wiadomo, że atarowski Barbarzyńca jest mocno niedopracowany. Mimo kilku różnych teł i całkiem sporej (jak na wielkość postaci) ilości ciosów – okazywało się, że jest to tytuł zgoła niegrywalny. Stonowana grafika jest raczej nieczytelna, zaś pojedynki z komputerem to istna katorga (szybkość i częstotliwość ataków oponenta po prostu powala, dosłownie i w przenośni). Nieco lepiej jak się gra we dwie osoby, ale „jajek” wymiana ciosów żelastwem (kopniaki też są) nie urywa. Muzyka także jest mocno nijaka i nie zapada w pomięć. Według mnie gra spaprana na maksa, ale…

Wersja demo pokazywała jednak, że można zrobić ładnego Barbarzyńcę…

Pewnie powiecie, że Atari nie dałoby rady? No cóż, śmiem wątpić. Powiem szczerze, że powstało nawet tech demo, na którym widać, jak to mogło fajnie wyglądać. Szkoda, że ta wersja nie została dokończona, gdyż nawet z tymi ciosami zawartymi w wersji Avalonu gra dawałaby radę i byłaby po prostu miodniejsza od oficjalnego wydawnictwa. A tak powstał niegrywalny krap z zapożyczonym logiem i kiepską grafiką. Może nie trzeba tej gry omijać szerokim łukiem, ale z czystym sumieniem daję mocne czerwone światło.

Retrometr


DROGA WOJOWNIKA

A.S.F. (1993)

CHODZONA BIJATYKA / KOMNATÓWKA

Mamy kandydata na najbrzydszą okładkę w historii Atari. Ktoś zna brzydsze?

Kolejnym tytułem opisywanym dzisiaj jest „Droga Wojownika” prosto od A.S.F.  Właściwa gra poprzedzona była, co jest rzadkością w przypadku gier ośmiobitowych – klimatycznym demem, jakby trailerem. Możemy się w nim dowiedzieć o rozgrywce, zapoznać się z wrogami i spojrzeć jak wyglądają ciosy. Naszym bohaterem jest Telven Wojownik, postać muskularna niczym Conan Barbarzyńca grany przez Arnolda Shwarzzeneggera. Posiada on potężny miecz, którym walczyć będzie z rzeszą przeciwników przemierzając kolejne lokacje, aby zmierzyć się ostatecznie ze złym czarnoksiężnikiem. Powiem szczerze, że demo zrobiło na wszystkich świetne wrażenie! Duże i wyraźne postacie zapowiadały wspaniałą pozycję na nasze Małe Atari, co więcej – akcja miała być wartka, a walka miodna!

Klimacik w demie / trailerze jest przedni! Czyżby hit?

Tak się też zapowiada sam początek gry. Dopóty wszystko wygląda pięknie, dopóki nie zaczniemy grać i nie spotkamy pierwszego przeciwnika. Autorzy pozwolili sobie na dużą dozę humoru wprowadzając sentencję rozpoczynającą rozgrywkę: „Be quick or be dead!!!” („Bądź szybki albo będziesz martwy!”). Notabene jest to jedyny tekst po angielsku w polskiej grze i nie mam pojęcia po co? (Może autorzy uwielbiali Iron Maiden? – przypisek Borsuka). Dlaczego tak piszę? No cóż, nasz Telven był chyba u chirurga plastycznego, który pomógł mu uzyskać taki wygląd, albo strasznie przesadził z koksowaniem sterydów. Masę mięśniową to on ma zacną, ale porusza się strasznie wolno!

Niestety kit. Walka i miodność po prostu słabe, a grafika całkiem, całkiem.

Po wspaniałych zapowiedziach w demie gry – otrzymujemy w rzeczywistości system walki oparty na dosłownie trzech ciosach! Okey, w sumie byłoby to do wybaczenia, gdyby nasza postać poruszała się sprawnie i żwawo. Niestety nasz heros, podobnie jak przeciwnicy – opił się chyba zbyt dużą ilością gorzały i wyruszył w bój na dużym kacu, ciężko powłócząc nogami. Wszyscy tu człapią… Walczy chyba tylko z przyzwyczajenia lub przymusu, choć powolne ciosy ciężko nazwać walką. W dziwny sposób przypomina mi opisywanego wcześniej Riota, choć jest chyba jeszcze mniej dynamiczny od niego. Ta gra ma jedynie dwa plusy: duże postacie z ładną animacją oraz humorystyczne respawnowanie się zabitych wrogów jako szkielety. Niestety moja ocena to, czerwone światło… A sam gameplay możecie obejrzeć w jednym z odcinków Gramy na Gazie.

Retrometr


UPIÓR

L.K. AVALON (1992)

CHODZONA BIJATYKA / KOMNATÓWKA

Ten upiór mógłby straszyć dzieci! Naprawdę trochę przerażający…

Jeśli nie macie mnie jeszcze dosyć, albo dzisiejszych krapiszczy – to pójdźmy na całość! Jest jeszcze jedna, bardzo szczególna gra rioto-podobna, a raczej z emelentami bijatyki, za to wydana wcześniej. Niby inny klimat, ale sposób walki jakby podobny. Chodzi o niesławną grę „Upiór”. Tutaj chociaż autorzy nas ostrzegają w nazwie – ta gra jest upiorna, nie da się tego ukryć… Przeciwnicy są wielcy, sama postać przypomina trochę bohatera kultowego Draconusa i została ubrana w zielone coś, to chyba ma być mundur, ale do końca nie jestem tego pewien.

Na screenach gra wygląda całkiem fajnie.

Wystarczy, że się zbliżymy do potwora i możemy go kopać lub nawalać piąstkami i wygląda to jakby nasza postać była nietykalna. Kreatury też nam odpowiadają na ciosy tylko, nie zaprezentowano u postaci żadnych reakcji na zadawane uderzenia, po spadku energii można tylko wywnioskować, że dostaliśmy łupnia, bądź przeciwnik oberwał. W odróżnieniu od opisywanych wcześniej gier nasz gieroj może skakać, w komnatach występują elementy platformowe, ale jest to niewielka pociecha. Po kilku chwilach grania po prostu ma się dość, jest zbyt nudno! Riot chociaż usiłował dać namiastkę adrenaliny, tu nawet tego brakuje. Jedyne, co trochę ratuje tę grę – to mimo wszystko dosyć ładna grafika, a szczególne wrażenie robią ogromne potwory. Chyba tylko dlatego w latach świetności trochę w nią pograłem, ale teraz… Raczej szkoda czasu. Dlatego Upiór otrzymuje czerwony retrometr, gdyby nie to dałbym mu zaraz będę.

Nawet platformy i znajdźki są tu obecne. A walka? Dajcie spokój…

Retrometr


Na zakończenie dzisiejszego wpisu napiszę tylko, że zarzucano mi, że większość opisów robię chwaląc Atari. W ogóle część osób zarzuca atarowcom „klapki na oczach”, więc niech ten odcinek będzie nieco przekorny – pokazując, że jednak nie wszystko złoto co się świeci. Do tego przeglądu wybrałem raczej znane gry, aby mi nie zarzucono, że specjalnie wyszukuję jakieś nieznane nikomu szajsy. Na szczęście jest cała masa innych gier, które są o wiele lepsze od wskazanych tutaj. Gorsze pomińmy na razie milczeniem, a wy potraktujcie ten wpis „ku przestrodze”.

Autor: Paweł „Sikor” Sikorski

PS1. Screeny dostarczył autor lub pochodzą z Atarimanii.

PS2. Gameplay z trzech powyższych gier znajdziecie w tych odcinkach Gramy na Gazie LIVE: Przegląd Gier Firmy A.S.F oraz Przegląd Gier Firmy L.K. Avalon. Zapraszamy do seansu!

Sikor to atarowiec z krwi i kości. Miłośnik wszelakiego sprzętu Atari, filmów z Japońskim Godzillą oraz starego SF. Zasadniczo w opisach opiera się wyłącznie o sprzęt Atari, choć czasem nie pogardzi czym innym. Działa głównie na 8-bit, ale konsole nie są mu obce... lubi czasem popykać na maszynach Arcade, ale gry na PC go nie pociągają...