Przegląd | Nowości homebrew na Commodore 64 i Amigę

Tyle się dzieje w świecie retro w obecnych czasach, że ja mam wrażenie, że nawet więcej niż w nextgenowych obszarach. Prawdopodobnie wynika to z tego, że nie interesuję się w ogóle grami na nowoczesne sprzęty. Można by rzec, że popularność retro tematyki rośnie dzięki kilkuset, czy kilku tysiącom zapaleńców, którzy nigdy o swoich ulubionych sprzętach z młodości nie zapomnieli. Tak to się jakoś kręciło, kręciło, że się rozkręciło, i teraz, gdzie nie spojrzymy widzimy nawiązania i powroty do retrosprzętu, retrogier czy innych pixeli. Byłem, na ten przykład, z synem w kinie na filmie „Mój przyjaciel Ufik” i już od pierwszych scen wiadomo było, że coś się tam z retro też pojawi. W napisach początkowych pojawiła się czcionka pixelowa, pierwsze sceny od razu wplatają pikseliki – budzik, który po wyłączeniu się rozpada na małe piksele, trening głównego bohatera, który polega na graniu w VRową rozpikselowaną grę, czy w końcu ZIOM (robot pomagający przetrwać bohaterowi na planecie), którego konsola jest również pixelowata i w rozdzielczości pewnie 300×200. Ale ja nie o tym (o filmie) tutaj chciałem Wam dzisiaj pisać. Oczywiście jako brać growa szukamy informacji o tym, co nowego w światku retro gamingu się dzieje. Są od tego różnego rodzaju portale z newsami, czy pełnymi recenzjami i artykułami (jak choćby nasz), ale wiadomo, że prawdziwe retro to czasopisma (któż nie pamięta przecież Bajtka, Top Secreta, Secret Service czy innych magazynów, które wertowaliśmy od deski do deski). W obecnych czasach zatem również pojawia się postać słowa pisanego i dodatkowo drukowanego. Na naszym rynku mamy choćby kwartalnik KAPlus (bardzo dobra robota) czy nawet komercyjny Pixel (choć tam już bardzo dużo nowożytnych gier, ale też wiele wspominek i felietonów z pixelowych i indyczych rejonów). Jednak moim ulubionym pismem jest anglojęzyczny miesięcznik, który kupuję i czytam od kilku lat – Retro Gamer. To przykład tego, jak tematyka retro rozwija się (i jak długo trwa) na wyspach brytyjskich – czasopismo ma już 200 numerów, więc łatwo policzyć, że trwa już 16 lat (pierwszy numer był wydany na przełomie 2003/2004 roku) – kultura retro na wyspach jest już dosyć stara. Ale ja też nie o tym chciałem tu przecież pisać. Pismo przecież broni się samo – zachęcam, kupcie sobie w jakikolwiek sposób i przeczytajcie (jeśli bywacie na zlotach, to często mam ze sobą kilka numerów i można je przejrzeć przy moim stoliku).

Okładka pierwszego numeru Retro Gamera – to już 13 lat, jak redaktorzy produkują to pismo!

..::Co zatem na talerz wrzucamy?::..

Retro Gamer zawiera mnóstwo felietonów, recenzji, wywiadów z postaciami ze świata gier oraz wiele ciekawych wspominek oraz jeden z działów, który interesuje mnie najbardziej (i pewnie nie tylko mnie) – a poświęcony jest najnowszym grom wydawanym na wszelkie retro sprzęty. I to jest coś, co chciałbym w tym artykule właśnie zamieścić. Kto wie, może i seria się z tego zrobi jak będzie zainteresowanie i natchnienia/weny mi wystarczy. Mianowicie na kilku przedostatnich stronach magazynu, znajduje się dział pod tytułem „Homebrew review”, który, jak nazwa wskazuje, ma za zadanie przegląd tytułów napisanych i wydanych przez domorosłych autorów (czasem zdarzają się tam tytuły napisane/wydane przez większe grupy). Na tych kilku stronach redaktorzy przedstawiają w kilku zdaniach nowe produkcje, podają na jaką platformę gra się ukazała, zamieszczają kilka zrzutów i wystawiają grze ocenę. Dzięki temu można szybko się zorientować w nowo wydanych pozycjach – oczywiście tylko wybranych, bo tytułów co miesiąc pojawia się dużo więcej niż redaktorzy tutaj zamieszczają.

Jako że ja jestem najbardziej wierny dwóm platformom – Commodore 64 oraz Amidze, najbardziej interesują mnie zawsze pozycje wydane na te komputery. Pomyślałem więc, że podzielę się z Wami tym, co z tych dwóch obozów wzięli akurat na tapetę redaktorzy Retro Gamera. Plan jest taki, że z aktualnego numeru, wybieram kilka tytułów (w zależności od ich liczby opisywanej w numerze), z którymi się zapoznaję i piszę dla Was krótką recenzję, okraszając ją kilkoma zrzutami (może jakimś filmikiem z YouTube) i swoją oceną – jednocześnie podając ocenę redaktorów. Coś na kształt Borsukowo-Marechkowej serii video-tekstowych recenzji gier amigowych. Zobaczymy jak wyjdzie, czy forma się Wam spodoba i czy redaktorzy Retro Gamera uraczą nas ciekawymi tytułami, o których warto będzie napisać parę słów i tutaj. Kończę zatem ten przydługi wstęp i przystępujemy do pierwszej porcji tytułów.


Endles Forms Most Beautiful

Rikib80 (lipiec 2019)

COMMODORE 64,

Link do pobrania: klikaj

Ładna graficzka tytułowa gierki – zapowiada dobrą rozrywkę

Na pierwszy ogień idzie zatem EFMB – w wersji na C64, wydana w lipcu 2019 roku. Jest to remake wersji z PC (wydanej w 2012) roku, która to była remakiem oryginalnej wersji wydanej w tym samym roku na ZX Spectrum (niezły wianuszek remaków). Kiedy pierwszy raz włączyłem tą grę, to nie do końca umiałem się w niej połapać. Ale po kilkunastu minutach (i podejrzeniu gameplaya na YouTube) zacząłem ogarniać i… mi się spodobało. W grze chodzi o to, aby naszym bohaterem zebrać widoczne na ekranie elementy – rozmieszczone na 8 poziomach (elementów jest ok 30 – w zależności od etapu). Przy czym pomiędzy poziomami można się poruszać na kilka sposobów – przechodząc poza prawy koniec ekranu – pojawiamy się piętro niżej po lewej stronie, analogicznie przechodząc poza lewy koniec ekranu – pojawiamy się po prawej (wyjście na najniższym poziomie przenosi nas na najwyższy i odwrotnie). Dodatkowo na każdym poziomie jest kilka wyróżniających się fragmentów, na których możemy przejść w górę lub w dół – w zależności od tego czy stoimy na tym fragmencie i wychylimy joy w dół, lub pod tym fragmentem i wychylimy joy w górę. Zebranie wszystkich elementów kończy etap i przenosi nas do kolejnego – zebranie ich natomiast w czasie jednej minuty, daje dodatkowy bonus. Żeby jednak nie było tak łatwo, to w zbieraniu elementów przeszkadzają nam przeciwnicy, którzy pojawiają się praktycznie na każdym poziomie. W każdym etapie są to inni przeciwnicy i każdy w inny sposób reaguje na naszego bohatera i próbuje go wyeliminować. I tak na przykład szczęki – po prostu łażą od jednej strony do drugiej i łatwo ich wyrolować, czołgi – kiedy skierowane są w naszą stronę oddają strzał, który szybko pędzi w naszym kierunku, ale gdy są odwrócone tyłem, to nas „nie widzą”, czy ludzik z kluczem mechanicznym, który, kiedy nas zobaczy to szybko zasuwa w naszym kierunku i tylko ucieczka nas ratuje.

To tutaj toczy się nasza rozgrywka – panowie chyba mają dobrych dentystów, te ich zęby aż przerażają…

Różnych przeciwników jest wiele i bardzo urozmaicają grę, ale również powodują, że każdy kolejny etap jest jeszcze trudniejszy. Na kilku etapach pojawia się jeszcze dodatkowa przeszkoda w postaci „dżdżownicy”, która zasuwa ciągle z dołu ekranu do góry (i z powrotem) pokonując każdy poziom – nie ma innej ucieczki, jak tylko znaleźć się na innym poziomie niż ona w tym samym czasie – co wydaje się łatwe, ale jeśli dodać do tego fakt, że inni przeciwnicy w tym samym czasie również łażą po innych piętrach, a do tego w każdym kolejnym etapie mamy ich różny mix – to już nie jest tak wesoło i łatwo. Podczas rozgrywki nie jesteśmy jednak bezbronni – chociaż broń, to dużo powiedziane, bo nasz bohater niczym nie strzela i nie może bezpośrednio zniszczyć przeciwników. Po zebraniu niektórych elementów z planszy, zamieniają się one w inne, które mają specjalne właściwości. I tak:

– zegarek – ten jest wredny, bo przyspiesza przeciwników, więc mamy jeszcze gorzej 😊

– kulka – daje chwilową nieśmiertelność i możemy przenikać przez wrogów

– bomba – po pewnym czasie (kilka sekund) od jej dotknięcia, następuje detonacja i widzimy wybuch podobny do tego jaki spotykamy w Dyna Blaster – na całą szerokość poziomu, na którym jest bomba – ginie wszystko, również nasz bohater, jeśli akurat znajduje się na tym poziomie

– przekreślone kółeczko – zatrzymuje na chwilę przeciwników, więc mamy chwilkę czasu, by bezproblemowo pozbierać sobie elementy

– serce – dostajemy dodatkowe życie (zaczynamy z 9cioma życiami, ale uwierzcie mi, że nie jest to dużo)

Fajne jest to, że za każdym razem, kiedy zaczynamy grę, to mapy generują się w innych kolorach – czyli mamy wrażenie, że takiej mapy jeszcze nie widzieliśmy. Niby prosty zabieg a dodaje fajnego urozmaicenia. Niby graficznie nie ma tutaj fajerwerków, ale z drugiej strony gra nadrabia grywalnością, a grafika nie przeszkadza i jest czytelna. Zatem wszystko mamy w jak najlepszym porządku. Podczas gry przygrywa nam bardzo fajna muzyczka, która zmienia się co etap – każda z kilku, które nam przygrywają jest bardzo rytmiczna i świetnie nakręca do gry. Aż chce się grać kolejny raz i kolejny. Etapów w grze jest 15, a po nich następuje walka z bossem – wielką pszczołą, którą należy pokonać detonując bombki.

Gra udostępnia kilka trybów – przede wszystkim single player – przy czym do wyboru mamy jedną z dwóch postaci, które różnią się tylko tym, z której strony ekranu się respawnują. Mamy również rozgrywkę w trybie kooperacji – co znacząco ułatwia pokonywanie etapów. A na koniec, mamy to co tygrysy lubią najbardziej, czyli tryb turniejowy – w którym dwóch graczy gra przeciwko sobie. Gra turniejowa polega na tym, że gracze w tym samym czasie zbierają elementy z ekranu – gdy zebrane są wszystkie, to zwycięża ten, kto zebrał najwięcej. Trzeba być jednak ostrożnym, ponieważ kiedy zginiemy (a przecież na ekranie są również przeciwnicy) to licznik zebranych elementów się zeruje – ale tylko temu graczowi, który zginął. Można również zwyciężyć, jeśli przeciwnik pozbędzie się wszystkich swoich żyć. Gra w trybie turniejowym daje naprawdę dużo frajdy i wydaje się być bardzo dobrym pomysłem na jakiś turniej. Słowo na koniec – polecam, warto sobie włączyć i pograć kilka/naście/dziesiąt minut (tak, włączycie na chwilę, a potem nie da się odejść od gry). Ode mnie zielone światełko w retrometrze.

OCENA RETRO GAMER: 88%

MOJA OCENA

Retrometr


Berks 4

Hokuto Force (sierpień 2019)

COMMODORE 64,

Link do pobrania: klikaj

Kolorowo i gęsto od wrogów, nieraz przyjdzie nam się przedzierać przez tego typu etapy i kombinować jak zebrać klucz.

Następna w kolejce jest również gra na C64 – wydana w sierpniu 2019 roku i napisana przez koderów (a raczej kodera) z grupy Hokuto Force. Berks 4, bo o niej mowa, wydana została wcześniej (w marcu 2019 roku) na Atari XL/XE – za obie wersje odpowiada ten sam programista. Gra jest bardzo ciekawym i szybkim shooterem, który pozwoli zabić kilka nudnych chwil. Na czym polega? Ano na zbieraniu kluczy i dostaniu się do wyjścia – w każdym etapie (a jest ich z tego co się orientuję 5) jest do zebrania kilkanaście (albo i więcej) kluczy. Każdy klucz umieszczony jest na innym ekranie mapy i żeby się do niego dostać, trzeba sobie utorować drogę przez ścianki go otaczające. Ścianki zrobione są z kropek, które się rozpadają, po kilkukrotnym strzeleniu do nich. Nasz bohater/statek ma formę kwadracika czy rombu, z którego z prędkością karabinu maszynowego wylatują wystrzeliwane pociski. W zbieraniu kluczy oczywiście przeszkadzają nam przeciwnicy – są ich dwa rodzaje. Jedni to ludziki, które poruszają się po ustalonych sobie ścieżkach, a po strzeleniu do nich znikają. Drudzy to dziwne kolorowe świecidełka, które natomiast zawsze przesuwają się w naszym kierunku i po oberwaniu od nas pociskiem tylko się deaktywują na moment, aby później znowu się zacząć poruszać w naszą stronę. Jest to ważne, aby to rozpracować, ponieważ często, torując sobie drogę do klucza, zapominamy o tym, że te przebrzydłe bydlaki pędzą (no może to za dużo powiedziane, bo poruszają się dość wolno) do nas i wracając już po zdobyciu klucza możemy się na nich natknąć – trzeba będzie wtedy torować sobie drogę w inną stronę – nierzadko jednak będzie tam na nas czyhać już inny gagatek.

Zebrane wszystkie klucze świata pierwszego, kodzik do drugiego – lecimy dalej…

Grafika w grze jest prosta, ale czytelna – sama gra (jak i jej grafika) przypomina nieco Robotrona – choć Berks 4 jest dużo bardziej dynamiczny. Podczas rozgrywki towarzyszą nam dźwięki wystrzałów i wybuchów, muzyka gra nam tylko podczas ładnego logo w intrze (i tu słychać choć przez chwilę fajnego SID-a) oraz podczas ekranu startowego – tutaj natomiast jest prosta i radosna. Bardzo podoba mi się również obrazek tytułowy – widać tutaj scenowe doświadczenie twórców gry. Po każdym etapie – czyli po zebraniu wszystkich kluczy oraz udaniu się do odsłoniętego wyjścia – uzyskujemy kod, który pozwala rozpocząć kolejną rozgrywkę od danego etapu. Jeśli chodzi o grywalność, to jest tutaj nie najgorzej. Totalny odmóżdżacz, ale na pewno nie taki z gatunku prostych – trzeba się ciut namachać i nakombinować, jak wyprowadzić przeciwników w pole. Natomiast z naszego działa wylatuje tak wiele pocisków, że gdyby na podłogę sypały się łuski, to trzeba by je wywozić ciężarówkami – i to jest to co mi się bardzo podoba w tej grze. Prujesz z karabinu, załatwiasz kogo się da, torujesz sobie drogę do kluczyka i… powtarzasz to tak długo aż przejdziesz etap. Albo zginiesz. Aż piękne w swojej prostocie – dla tych co lubili Robotrona, gra na pewno będzie fajną pozycją. Ja bawiłem się przednio i choć prostota (graficzna, muzyczna i gameplajowa) aż się wylewa z ekranu, to śmiało mogę dać zielone światło.

MOJA OCENA

Retrometr


Landfill

clebin (sierpień 2019)

AMIGA (1MB),

Link do pobrania: klikaj

Taki ładny krajobraz a tak zaśmiecony… 1200 punktów to mój wynik, ktoś podejmie próbę?

Kolejna w zestawieniu jest Amigowa pozycja. Gra napisana jest przez jedną osobę – niejakiego clebina, który opublikował informację o tym tytule na amigowym portalu EAB w sierpniu tego roku. W komentarzach w tym wątku pojawiają się głównie pochwały, ludziom się podoba. A jak w moim przypadku? Najpierw zacznijmy od tego, na czym polega gra. Jest to swego rodzaju wariacja na znane tematy – Tetrisa (mamy studnię, do której spadają klocki) oraz gier w stylu „match 3” (czyli polegających na połączeniu trzech takich samych symboli). Niby temat znany już od wielu lat, ale czuć tutaj jednak powiew świeżości. Po pierwsze, do studni spada zawsze jeden klocek – jakiś symbol. Po drugie, nie łączymy tutaj trzech takich samych klocków, a dwa, które w jakiś sposób do siebie pasują. Na przykład słoiczek dżemu i tost, tost i toster, toster i wtyczka, wtyczka i gniazdko… i tak dalej. Za każde dobrze połączone pary uzyskujemy punkty, czasem uda się połączyć trzy przedmioty razem (ale nie w rzędzie, tylko dwa w pionie i dwa w poziomie) – wtedy dostajemy więcej punktów. Spytacie – co w tym trudnego? Ano może to, że co kilka udanych połączeń par, pojawia się informacja o tym, że od teraz dostępny jest nowy symbol, który można połączyć z jednym z poprzednich. No i jeszcze do tego co jakiś czas klocki zwiększają swoją prędkość – to wszystko w połączeniu powoduje, że po pewnym czasie rozgrywka staje się dość trudna – trzeba po pierwsze pamiętać, który symbol pasuje do którego i do tego jeszcze się w miarę szybko w tym orientować, bo zanim sobie przypomnimy to symbol jest już w połowie drogi na dno studni. Staje się więc ciekawie i całkiem grywalnie. Do tego dochodzi fajna przygrywająca muzyczka i kilka ciekawych obrazków w tle (statycznych), które składają się na grafikę. A, i zapomniałbym, są jeszcze różne tryby rozgrywek – które urozmaicają grę – albo prędkością, albo rozmiarem studni i dodatkowymi bonusami punktowymi w zależności od tego, w którym miejscu studni wykonamy połączenie symboli. Wszystko to składa się na dość ciekawą rozrywkę, którą możecie sobie zapewnić na dowolnej Amidze wyposażonej w 1MB pamięci – zatem poczciwe pięćsetki też mogą sobie z tą grą swobodnie poradzić. Spędziłem przy tej grze dobre kilkadziesiąt minut i bawiłem się dobrze – wydaje się, że można wykorzystać ją jako turniejową gierkę albo do wspólnej zabawy z dzieckiem. Mocne żółte światło!

OCENA RETRO GAMER: 86%

MOJA OCENA

Retrometr

Na koniec zostawiłem jeszcze trzy tytuły na Commodore 64, które ukazały się w ramach konkursu SEUCK Compo 2019. Jak sama nazwa wskazuje, konkurs polega na tym, by stworzyć grę w narzędziu SEUCK (Shoot ‘Em Up Construction Kit), które zostało stworzone lata temu przez Sensible Software. Narzędzie to jest dedykowane, jak widać w nazwie, tworzeniu gier z gatunku strzelankowego. Natomiast od jakiegoś czasu twórcy korzystający z tego narzędzia prześcigają się w pomysłach, jak złamać ten schemat i przygotować coś, co nie jest strzelanką. I często im się to udaje – więc powstają różnego rodzaju tytuły, niektóre mniej a niektóre bardziej grywalne. W ramach wspomnianego konkursu zostało zgłoszonych 13 tytułów. Wszystkie zostały umieszczone na czterech specjalnie przygotowanych dyskietkach – do pobrania tutaj. Zaprezentuję tutaj krótko trzy pierwsze miejsca. Zatem jedziemy.


Miejsce III – Fulgur

Alf Yngve

Link do pobrania: klikaj

Gra z kategorii strzelanek pionowych – przy czym zastosowano tutaj ciekawe rozwiązanie, jeśli chodzi o sterowanie. Sterujemy nie jednym a dwoma statkami, które początkowo lecą w zwartym szyku jeden nad drugim. Niebieski statek leci blisko ziemi i może się rozbić o wystające z ziemi przeszkody – strzela tylko przed siebie. Zielony statek leci wyżej, nie rozbija się o przeszkody naziemne i może strzelać w dowolnym kierunku (w tą stronę, w którą akurat wychylony jest joystick). Jeśli rozbijemy jeden ze statków, to psuje się szyk – i statki są umieszczone w różnych miejscach – co powoduje, że sterowanie nimi jest utrudnione (trzeba odpowiednio koordynować oddalone od siebie maszyny). Ciekawy pomysł, który powoduje, że gra nie jest łatwa. Grafika – prosta, czasem niewyraźna i trudno zorientować się co jest co. Muzyki nie mamy w grze, są tylko efekty dźwiękowe – bardzo proste. Jeśli ktoś lubi strzelanki, to postrzela chwilę (a może i dłuższą chwilę). Mi nie przypadło jednak do gustu – są lepsze produkcje na C64, dlatego ja daję czerwone światło – choć jak widać w turnieju gra zajęła miejsce trzecie.

MOJA OCENA

Retrometr


Miejsce II – Legion of the Damned 3

Jon Wells

Link do pobrania: klikaj

Jedna z gier (ale nie jedyna), w których autor odszedł od standardowego przeznaczenia narzędzia i nie wykonał strzelanki, a grę z gatunku run’n’gun. Mamy tutaj historię wojowniczki, która musi znaleźć kamień runiczny, który ma złowrogi wpływ na królestwo. Kamień chroniony jest przez demona, którego wojowniczka spotyka na końcu swojej przygody. Po zabiciu demona musi jeszcze dodatkowo zniszczyć kamień, aby uratować królestwo od działania złego zaklęcia. Ot i cała historia. Gra to, jak wspomniałem, run’n’gun, w którym przesuwamy się w lewo (niewiele jest gier, w których poruszamy się właśnie w tą stronę). Na swojej drodze wojowniczka napotyka różnych przeciwników, którzy próbują ją unicestwić – a wojowniczka może się im odwdzięczyć przy użyciu swojego oręża, a czasem pomocne będą jej również czary czy smoki, na których może się poruszać. Graficznie gra prezentuje się nawet nieźle, muzyka rytmiczna i bardzo dopasowana do rozgrywki, uzupełniona jest efektami dźwiękowymi podczas gry. Grało mi się dobrze, choć denerwowała mnie niedokładna detekcja kolizji – nie spodziewałbym się, że zahaczając głową o piksele reprezentujące rzekę, będę ginąć – ale jeśli już się do tego przyzwyczaiłem i zacząłem na to uważać, było ok. Gra nie jest zbyt długa – jej przejście zajmie komuś, kto jest obeznany z tego typu rozgrywkami, około 15 minut. Na zakończenie dostajemy jeszcze fajne outerko, które wiadomo, że cieszy, bo oznacza, że ukończyłeś kolejną grę. W całości jest to całkiem przyjemna produkcja, która dostaje ode mnie żółte światełko.

MOJA OCENA

Retrometr


Miejsce I – Pagoda Warrior 2

Stefano „Mc.Valdemar” Canali

Link do pobrania: klikaj

Kolejna w zestawieniu gra, która nie jest shooterem, a jest grą platformową – nie ma tutaj skoków, bo z tego co się orientuję to w SEUCK się ich nie da osiągnąć, więc pomiędzy platformami poruszamy się zawsze przy użyciu drabin. W grze sterujemy postacią w kształcie balonika (tak, to jest jakiś ninja, ale mi przypomina po prostu balonik) i mamy za zadanie przejść cztery różne etapy (pagody) – ogród, podziemia pałacu, biura i dach. W naszej podróży przeszkadzają nam oczywiście przeciwnicy – inni ninjowie, którzy nadciągają z wyższych partii, roślinki, które plują do nas jakimiś trującymi pociskami, czy różne inne śmiercionośne pułapki. Nie jesteśmy jednak bezbronni, mamy do dyspozycji pociski w postaci gwiazdek ninjy, dzięki czemu będziemy mogli się rozprawić z tymi parszywcami. Na koniec naszej podróży przyjdzie nam się zmierzyć z bossem – naszym odwiecznym wrogiem – ogromnym smokiem. Graficznie gra prezentuje się bardzo dobrze, muzycznie – niestety tutaj podczas rozgrywki nie towarzyszy nam żadna muzyka, a dźwięki efektów specjalnych są bardzo słabej jakości i nie urywają tylnej części ciała. Jednakże gameplayowo jest całkiem znośnie, choć gra, podobnie jak i poprzednie, nie należy do długich – zaprawiony w bojach zawodnik poradzi sobie z nią w kilkanaście minut. Gdyby nie to, że jest taka krótka to byłbym skłonny dać zielone światełko, a tak to tylko żółte – bo gra się dobrze.

MOJA OCENA

Retrometr

Podsumowując te trzy produkcje razem trzeba powiedzieć, że są to ciekawe pozycje i można sobie je włączyć, by zobaczyć co z narzędzia, które ma już swoje lata, są w stanie wycisnąć obecnie „programiści”. Jednak nie ma co oczekiwać, rozbudowanej na miarę Sam’s Journey czy Pains’n’Aches rozgrywki od produkcji, które powstały jako zgłoszenie na konkurs i pewnie zostały wyprodukowane w kilkadziesiąt godzin. Niemniej warto docenić chęć twórców i przynajmniej się zapoznać z tymi tytułami. Można również przejrzeć pozostałe tytuły, które zostały zgłoszone na konkurs (na dyskietkach, które są dostępne pod podanym linkiem, znajdują się wszystkie pozycje) – a nuż znajdziecie tam coś ciekawego, co przykuje Waszą uwagę na dłużej. Mi na przykład podobała się jeszcze gra Soccer War, w której pędzimy piłkarzem przez bardzo długie boisko i walczymy z przeciwnikami piłką (tak, strzelanka piłką), aby ostatecznie dobiec do bramki i pokonać bramkarza, tym samym przechodząc do kolejnego etapu. Natomiast całkowicie wynudziła mnie gra Summit Fever, w której zdobywamy szczyt góry – niestety, gra jest nudna i do bólu prosta – ponieważ nie udało mi się w niej zginąć, a po prostu cały czas parłem przed siebie do przodu.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o numer 199 Retro Gamera i produkcje na C64 i Amigę, wymienione w „nowościach robionych przez domorosłych autorów” czyli „homebrew”. W artykule opisanych zostało jeszcze kilka gierek na inne sprzęty, ale ja skupiam się tylko na tych dwóch platformach. Lubię sobie poczytać o tych nowościach, a często odpalam je również u siebie i znajduję w graniu w nie przyjemność. Czekam już niecierpliwie na numer dwusetny Retro Gamera – jakie to artykuły na taką okrągłą liczbę zafundują nam redaktorzy oraz co ciekawego opiszą w artykule z nowościami. Jeśli znajdzie się tam coś ciekawego, to postaram się znowu Wam tutaj przedstawić tytuły na moje ulubione platformy.

Screeny wykorzystane w artykule są mojego autorstwa, wykonane na emulatorach. Prawie wszystkie filmy natomiast pochodzą z kanału YouTube nieocenionego i niestrudzonego Sabremana, któremu dziękuję za to co robi – jego filmy zawsze pokazują nam najświeższe nowości.

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...