Gramy na Gazie! | AtariBlast! – Video (recenzja, przejście gry, ciekawostki)

Zapraszamy na kolejną kosmiczną podróż Larka i Borsuka poza granicę ludzkiej wytrzymałości i wyobraźni. Nasi niestrudzeni retro wojownicy zasiądą tym razem za sterami najnowocześniejszego i najpiękniejszego myśliwca atariańskiej floty zwanego AtariBlast! W tym wpisie zadamy sobie pytanie, czy ta widowiskowa i urzekająca podróż poprzez najróżniejsze rozpikselizowane światy okaże się niezapomniana? Czy ta pełna emocji walka z najeźdźcami z kosmosu będzie się śniła naszym bohaterom po nocach? Najlepiej tak mocno, by popuścili z wrażenia?! Wszystkiego dowiecie się w dzisiejszym odcinku Gramy na Gazie!


STAR BLASTS

czyli NIEOFICJALNE INTRO DO ATARIBLAST!

Japoński plakat Gwiezdnych Wojen. Fajny! Zapraszam na seans będący intrem do AtariBlast!.

Tu tuturururu, tutururururum tu tuturu tuturu, pam parampam pam! W rytm wspaniałej i pompatycznej muzyki pojawiają się powoli – wielkie żółte napisy: Star Blasts! Na tle spowitego czernią kosmosu świecą się one niczym psu jajca! Klimat stworzył się niesamowity, dostałem gęsiej skórki, czujecie to?! Widzicie to? John Williams wywija swoją batutą, aż spocił się biedaczysko, a orkiestra wchodzi często w melancholijne, wręcz bohaterskie tony! Słyszycie to?! Pyrym pyrym pyrym pyrym, papapapa, papapa, papapa! Ja słyszę! A wy jak nie słyszycie to kurwa podziękujcie Acta 2, bo jakby nie ta cudowna ustawa to bym wam tutaj puścił tę nutę… Taraaaaa, jebudu, tadadada, powoli kamera kieruje się na jakiś wielki gwiezdny krążownik, który ostrzeliwuje inny galaktyczny frachtowiec. Jebudu, trutututu, dostał! Wielki wybuch rozświetla ekran waszych monitorów i telewizorów, napięcie rośnie!

Początkowy pościg identyczny jak w Nowej Nadziei.

Jakieś roboty maszerują korytarzem, jakieś retro cyborgi, stare rzęchy, niemodne, nieatrakcyjne, z ery przedatarowskiej! Fuuuj, jeden złoty model, chyba dla kobiet zrobiony, damski towarzysz, irytujący droid! A dlaczego dla kobiet? Bardzo ma długi… język i ciągle gada, gada i gada. Wkurzający blaszak! Aaa, teraz już wiem czemu gęba mu się nie zamyka – pranie idzie zrobić i się chwali! Pralka jedzie koło niego, taka mała, niczym Frania, fajna samobieżna, ze światełkami, tylko mało ładowna. Wrzuciłbym tam ze cztery pary swoich gaci i by była pełna. Co do jucha Wacława?! Ta pralka gwiżdże? Co tu się wyrabia?! To nie pralka jednak, sorry chłopy, to robot karzeł! No co się patrzycie? Robota karła nie wdzieliśta? Maleńki kurdupel, konus taki blaszany, nie wyrósł biedaczysko i na dodatek niemowa, dlatego gwiżdże. Ahaaa, noooo tak, oni sobie gadają ze sobą. Ich gwiezdna fregata mocno się trzęsie, dostaje łupnia że hej, więc ekran waszego TV też się trzęsie, to nie usterki… Widocznie wielki krążownik nie odpuszcza pogoni! Nagle raz, dwa, trzy, cztery! Beatlesy wskakują na scenę z pięknymi bokobrodami i pistoletami laserowymi! Ubrani w najmodniejsze mundury z lat 70-tych ubiegłego stulecia i opływowe hełmy. Kobiety szaleją na widowni, rzucają stanikami, faceci rzucają gaciami! Szaleństwo, Beatlesy zaczynają śpiewać!

Help, I need somebody
Help, not just anybody
Help, you know I need someone, help!

Kurdelebele, na razie ciągle identiko! Roboty są, żołnierze także…

Sorry potwory! To nie Beatlesy tylko kosmiczni komandosi, popieprzyło mi się chłopaki… Wybaczcie! Jednak jak się przyjrzeć to podobieństwo do Beatlesów uderzające. Zmyliły mnie ich bokobrody i fachowe pulowerki. No, w sumie to nawet fajnie, że zaśpiewali, przeboje czwórki z Liverpoolu są nieśmiertelne i ponoć dobre na wszystko. Nawet na oblężenie kosmicznej fregaty! Wróćmy do naszych żołnierzy kosmosu. Mają ochraniać najsławniejszą w galaktyce Księżniczkę, Która Leje. Że kogo niby? Jaką księżniczkę?! No, nie znacie? Może przypomnę wam jej galaktyczny tytuł w pełni – Księżniczka, Która Leje Jak Chłop! Normalnie na stojąco?! Tak! Co tu się wyprawia? Przekupy na gwiezdnych targach gadają, że ponoć to facet jest, w przebraniu. Dobra, ale ciul z tym czy ma kutasa, czy nie?! Nieważne. Księżniczką galaktyki jest i trzeba ją chronić! No i nasi Beatlesi, tfu, komandosi kosmosu stoją na baczność i dziarsko ją chronią! Dodając sobie otuchy piosenką:

Help me if you can, I’m feeling down
And I do appreciate you being round
Help me get my feet back on the ground
Won’t you please, please help me…

Beatlesy, tfu, co ja gadam, ochrona księżniczki w akcji!

Co ich pogięło?! Oni się tą nutą przeca zdołują na maksa! Ktoś włączył wyrównanie ciśnień w śluzie powietrznej. Czyżby abordaż statku naszej Księżniczki? Komando Beatlesów przełyka nerwowo ślinę, grdyki im chodzą ze strachu. Nagle, jebudu, pif i paf, drzwi od śluzy pękają, lasery blastery! Pizg, jebudu, opary dymu jakieś, nic nie widać do cholery! Zza drzwi wylewa się stado człekokształtnych plemników! Materdyjo, kto pisał scenariusz?! Nie, przepraszam, pomyłka, to jakieś roboty całe na biało! Celne oko mają, pizg z lasera i Beatlesy leżą martwe wszystkie! Pozostał ino smród ich spalonych pejsów… Robotami plemnikami dowodzi jakiś tutejszy dyktator w czarnym pancerzu! Groźny skurczybyk z wyglądu, straszny trochę, brrr… To okrutny Dechu Wada mający wadę oddechu. No fakt, zgadza się, ma dużą wadę, nawet muzykę zagłusza… Człek ci on czy maszyna? Na razie nie wiadomo… Może się wyjaśni później? Najważniejsze, że przybył porwać Księżniczkę! Może będzie jaki gwałt czy coś w ten deseń, zacieram ręce! Ale jaja, nasze roboty konusy z początku opowieści (damski złoty i karzeł pralka) uchodzą jednak z życiem! Roboty z życiem, eee, jakby to poprawnie rzec – ooo, mam – nie zostały zdezintegrowane, zezłomowane! Prawda, że lepiej brzmi? Wpadają do kajuty Księżniczki, Która Leje i razem z nią śpiewają. Przez holonet o zasięgu wszechświatowym, wołanie o pomoc nadają! Ratunku! Może ktoś usłyszy ich krzyki i wyruszy im na ratunek?

Help, I need somebody
Help, not just anybody
Help, you know I need someone, help!

Dechu Wada to okrutny galaktyczny zbir! Widać to nawet na ruskim plakacie…

I usłyszał! Największy bohater galaktyki, najlepszy pilot we wszechświecie, nieustraszony Pilot Czasu! Eony temu zwany Ostatnim Pilotem na Ziemi, opiewany w legendach, mitach i szkolnych zeszytach… Wsłuchał się w piękny śpiew Księżniczki, Która Leje i jej robotów przydupasów. Przecież nie mógł zostawić ich w potrzebie! Odpalił silniki swojego najnowocześniejszego myśliwca F-500 Stealth, włączył kamuflaż i powoli szykował się do startu ze swojego tajnego garażu, gdzieś na pierścieniach Saturna. Jednak coś go tknęło kiedy po raz kolejny oglądał VID przesłany mu przez Księżniczkę – ukazujący atak Dechu Wady i jego robotów (albo w przebraniu chłopów – tego jeszcze też nie wiemy..). Jedna rzecz nie dawała mu spokoju… Szukał dobrego ujęcia kamery, wypatrywał chwil przed atakiem, kiedy Księżniczka jest sama w swojej kwaterze…. O teraz! Będzie mógł w końcu podziwiać jej wdzięki, po prostu pieprzony lubieżnik z niego! – Fajne koki ma ta mała myszka! – pomyślał, kiedy ją zobaczył. – Podoba mi się. O idzie do łazienki, pewnie będzie brała prysznic. Hehehehe, eeee, skręciła do kibla? Dobra, tego nie muszę oglądać, już wyłączam, kultura przede wszystkim! A może jednak poświntuszę i popatrzę? Przeca nikt nie widzi… Ki diabeł?! Do jucha Wacława! Co tu się wyprawia?! Ona szcza na stojąco? What the fuck?! Pierdolę taki interes, nigdzie nie lecę! Borsuk, Larek! Sami sobie ratujcie tę księżniczkę, psia jej mać!

Pilot Czasu już prawie startował swoim gwiezdnym myśliwcem! (Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie)


ZZA KULIS I CIEKAWOSTKI

Garaż Pilota Czasu z wyglądu przypomina statek AtariBlast! A na poważnie, kto zgadnie co to?

METRAŻ. Ups i narobiło się… Pilot Czasu tym razem nie zdecydował się pomóc nam w rozgrywce i nie wyruszył na pomoc księżniczce w potrzebie… W zupełności go rozumiemy, chłopak zapracowany jak mało kto w całej galaktyce, więc wybiera najpiękniejsze panny, a kaszaloty zostawia takim tetrykom jak my… No cóż zrobić, nikt nie mówił, że zawsze będzie z górki, stąd długość odcinka prezentującego przejście AtariBlast! znacznie nam się wydłużyła. Po prostu bez pomocy Pilota Czasu szło nam jak po grudzie… Kurdelebele, zwykła (chociaż niezwykła) strzelanina zajęła nam prawie dwie godziny? Jak to możliwe? Głównie z powodu wyjątkowo dużego chaosu oraz losowości tego tytułu. Nie jest to gra, którą da się wyryć na blaszkę i przez to parokrotnie zawiedliśmy. Zresztą co ja wam będę tutaj opowiadał – marsz do oglądania Tetryków w Kosmosie!

NAJWIĘKSZY I NAJLEPSZY? Masakra! Kawał gry z tego AtariBlast! Długaśna, dokładnie 15 etapów wypełnionych non stop akcją, hordami wroga oraz przede wszystkim świetną grafiką w niesamowitej kolorystyce i kapitalną muzyką! To bez wątpienia jeden z najładniejszych shmupów w historii Małego Atari, dodatkowo naprawdę pomysłowy, gdyż na przemian prezentuje nam rozgrywkę horyzontalną i wertykalną. Jak widzicie, na razie czytacie same superlatywy, więc może powiedzmy sobie bez ogródek – to najlepszy 8-bitowy shmup ever! Buhehehe, kurdelebele, bardzo chciałbym żeby tak właśnie było, ale niestety nie jest. O tym jednak przeczytacie w recenzji umieszczonej gdzieś pod koniec artykułu..

Tetrycy w Kosmosie. Polski plakat, a na nim kto? Borsuk? Larek?! Jakiś dziadyga droid!

PAUL LAY „PLAYSOFT”. Jacy magicy stoją za tą dosyć udaną próbą dostarczenia największej i najbardziej rozbudowanej 8-bitowej strzelanki? Bardzo utalentowani czarodzieje! Pierwszy z nich to znany i lubiany na scenie Małego Atari – Paul Lay, który w swoim dorobku twórczym posiada między innymi kapitalną konwersję Scramble (2018) z automatów arcade, którą polecam każdemu miłośnikowi Atari. Oprócz tego mega hitu (przynajmniej dla mnie) zapisał się jeszcze w mojej pamięci takimi grami jak: Blowsub (2015) – bardzo kolorowa jednoekranowa rozpierducha z okrętami podwodnymi, Strictly Gone Bananas (2014) – szalona gra taneczna z pląsającym bananem (sic!), a także jedną starszą produkcją zatytułowana Sprong (1985). Ta ostatnia to hardkorowa platformówka, w której jakimś starym dziadem skaczemy na sprężynowym kijku. Paul był głównym pomysłodawcą i programistą AtariBlast!, jednakże projekt ten nie powstałby bez pomocy innego guru atarowskiej sceny retrogamingu…

Jeżeli ktoś jeszcze nie widział to polecam nadrobić zaległości: SCRAMBLE (2018) – Atari XL/XE – Gramy na Gazie.

HARVEY KONG TIN. Równie wielce zasłużony weteran growej branży, który naprawdę pięknymi zgłoskami zapisał się w historii atarowskich strzelanin. Przypomnę tylko, że maczał on palce w dwóch pamiętnych shmupach z przeszłości, które są jednocześnie jednymi z pierwszych gier w historii Nowej Zelandii. Mowa o kultowej strzelance z helikopterem w roli głównej zwanej Laser Hawk, oraz o jego duchowym następcy czyli grze HawkQuest. Ta druga ponoć łączy w sobie elementy gameplayu Xeviousa i Gauntleta! O tych dwóch bardzo intrygujących strzelaninach poczytacie w następnym odcinku Gramy na Gazie, gdzie wraz z Larkiem będziemy przedstawiać dorobek twórczy trochę zapomnianej, ale popularnej w Polsce firmy Red Rat Software. Na koniec wspomnień o Harveyu napomknę tylko, że od lat współpracuje on z Paulem Layem i uczestniczył także w produkcji wszystkich jego gier. Ten utalentowany nowozelandzki grafik odpowiada głównie za oprawę video gier tego kreatywnego tandemu.

HawkQuest – jeden z hitów Harveya. Ujrzycie go w następnym odcinku GnG.

POGADANKA Z HARVEYEM. Ci z was, którzy znają mój zapał dobrze wiedzą, że nie byłbym sobą, gdybym przed napisaniem tego odcinka, nie wsiadł do naszego prywatnego odrzutowca i nie poleciał do Nowej Zelandii na przeprowadzenie wywiadu z Harveyem Kongiem Tinem! Takie gwiazdy jak on rzadko goszczą na łamach naszej witryny. Oczywiście, jak zawsze trochę was wkręcam, ale nie do końca. Musze się pochwalić, że skontaktowałem się mailowo z tym sympatycznym twórcą gier, a on okazał się na tyle otwartym człowiekiem, że zasypał moją skrzynkę mailową historyjkami związanymi z programowaniem swoich atarowskich przebojów, wspominkami o Red Rat Software oraz historią powstania AtariBlast! Oddajmy mu głos:

Harvey Kong Tin w trakcie telewizyjnego programu wspomina o GTIABlast!

HARVEY: Kilka ciekawostek o AtariBlast!, o których ludzie mogą nie wiedzieć. Na początku powstało demo do New Year Disk 2012, które wyglądało całkowicie odmiennie i nie przypominało obecnej gry. Było ono bardzo proste i nieskomplikowane, ale trzeba przyznać, że własnie tutaj wykiełkowała cała idea. Musze zaznaczyć, że gdyby Paul Playsoft Lay nie widział w akcji polskiego Crownlandu, zapewne nigdy nie podjąłby się próby stworzenia gry na Atari o podobnej jakości grafiki. Nasza strzelanina  początkowo miała nazywać się GTIABlast! (obsługiwała wtedy tylko tryby GTIA) i pod taką nazwą ukazywały się jej pierwsze wersje demonstracyjne. Kiedy dodaliśmy obsługę trybów Antic 2 i 4 wtedy postanowiliśmy zmienić nazwę gry na AtariBlast! W wersjach prototypowych, lecz jeszcze nie grywalnych – umieściliśmy dwie różne ścieżki dźwiękowe, ale nie byliśmy z nich zadowoleni. Finalna edycja gry także występuje w dwóch wariantach muzycznych: pierwsza zawiera tylko muzykę Mikera (Michał Szpilowski) z Flimbo’s Quest, zaś druga posiada różnorodne podkłady muzyczne – zmienne co etap. Wynikło to z faktu, iż na początku nie współpracowaliśmy z nikim, kto by nam stworzył muzykę. Co prawda byliśmy w kontakcie z pewnym jegomościem, lecz szybko porzucił on nasz projekt… Ktoś inny wsparł nas w ostatniej chwili i trzeba to było wszystko na szybko w locie kompilować…

Ekran z wersji demo GTIABlast! z 2013 roku.

Muszę pochwalić Paula, że zarówno GTIABlast!, oraz AtariBlast! to praktycznie całkowicie jego zasługa. W jego głowie narodził się pomysł na grę oraz na wszystkie graficzne cuda jakie w niej zobaczycie. Była to dla niego straszliwa mordęga, nie spodziewał się, że gra rozrośnie się do tak wielkich rozmiarów i będzie miała tak zróżnicowane etapy. Na początku planowaliśmy wydać AtariBlast! na dyskietkach, jednakże ze względu na nikłą dostępność tego nośnika w dzisiejszych czasach, stwierdziliśmy że wybierzemy Flashcart Atarimax zamiast nich. Kiedy Paul dostał w swoje łapska konsole Atari 5200, zadecydował także, że gra zostanie na nią skonwertowana. W AtariBlast! często korzystamy z trybu graficznego 9, do którego obsługi Paul stworzył osobny program, zaś przy projektowaniu całości posługiwaliśmy się edytorem grafiki nazwanym GEd. Mam nadzieję, że retro graczom spodoba się nasza najnowsza gra i na koniec dodam, że zaskoczyła nas ona swoją wielkością! Przecież to miał być malutki projekt, a w trakcie tworzenia zmienił się w ogromną produkcję!

Dziękujemy Harveyu za trochę informacji oraz za ciągłe dostarczanie (wraz z Playsoftem) przebojowych nowości na Atarynę! Wszystkich naszych czytelników, którzy są chętni zobaczenia trochę nowozelandzkiej sceny retro gier – zapraszam na KANAŁ HARVEYA, gdzie znajdziecie kilka ciekawych filmików.

GTIABlast! w wersji demonstracyjnej dla Atari 5200.


ATARIBLAST!

PAUL „PLAYSOFT” LAY (kod, idea) / HARVEY KONG TIN (grafika) 2016

oraz MARIO „EMKAY” KRIX (muzyka)

STRZELANINA / SHMUP

FILM I RECENZJA: ATARI XL/XE, ATARI 5200

Przyjemny ekran tytułowy z opcjami obsługiwanymi dżojem.

OPIS. A co dzisiaj mamy na rozkładzie? Prawie 2 godziny strzelania non stop?! 15 różnorodnych poziomów rozgrywki, wypełnionych nieustanną akcją i tysiącami przeciwników oraz zajadłymi bossami. Pilotowanie myśliwca w pionie i poziomie jednocześnie! Że niby jak? No całkiem nowatorsko, gdyż AtariBlast! to strzelanka, która na przemian wrzuca nam na ekran etapy horyzontalne przeplatane z wertykalnymi! Wow. Dodatkowo każda z plansz jest inspirowana największymi shmupami w historii elektronicznej rozgrywki (i nie tylko shmupami)! Oparta na nich tematycznie zarówno pod względem oprawy graficznej, wyglądu krajobrazu oraz ogólnej stylistyki danego poziomu. Trzeba przyznać szczerze, że naprawdę robi to świetne wrażenie!  Materdyjo, czego my tu nie znajdziemy?! Etapy jakby żywcem wyjęte z takich gier jak: Zaxxon, R-Type, Rescue on Fractalus, Blue Max, Scramble i wiele, wiele innych… Dodatkowo gra wypełniona jest easter eggami niczym ser szwajcarski dziurami! W trakcie lotu spotkamy między innymi: najpopularniejszego włoskiego hydraulika Mario wraz z jego paskudnymi kumplami żółwiami, znanego wielu graczom skocznego Qberta, czy nawet Bounty Boba – herosa gier Miner 2049er i Bounty Bob Strikes Back… Podsumowując – AtariBlast! to wypasiony pod względem oprawy shmup, wzorujący się na największych tuzach gatunku.

Kolejna część Zaxxona? Nie, to AtariBlast!

PLUSY. Przede wszystkim kopara wam opadnie kiedy zobaczycie kapitalną oprawę graficzną tej gry. Powiem szczerze, że wyszedłem na chwilę do toalety zapalić papierosa, kiedy Larek walczył z najeźdźcami z kosmosu i gdy wróciłem to przysiągłbym, że on w tym czasie podmienił swoje Małe Atari na 16-bitowe ST. Popatrzyłem na drugi etap gry, wzorowany na R-Type, podobny także do amigowego Z-Outa i zaniemówiłem! Tak pięknej strzelanki nie widziały moje gały na Małym Atari. Mniej wprawne oko mogłoby naprawdę pomyśleć, że gramy na sprzęcie 16-bitowym, a nie 8!

Wielką zaletą jest także wspomniana przeze mnie wcześniej – różnorodna stylistyka etapów opartych na grach, którym autorzy oddają tu hołd. Z zawartymi w nich charakterystycznymi elementami graficznymi, które zostaną przez starych retro graczy rozpoznane od razu. Wielkie izometryczne, kamienne mury kosmicznej bazy pobudowanej na asteroidzie prosto z Zaxxona, olbrzymie mięsożerne rosiczki znane z R-Type, skaliste szczyty pełne rakiet i lecących meteorytów zaczerpnięte ze Scramble, długie pasy startowe na połaciach zieleni przypominają o Blue Maxie… Wszystkie zawarte tu inspiracje wymieniać można by długo. Powiem szczerze, że samo podziwianie tej gry i sięganie pamięcią do hitów z dzieciństwa powoduje radość. Niekłamaną, szczerą, nostalgiczną radochę! Należy także docenić zróżnicowaną kolorystykę oraz wyborny efekt paralaksy widoczny prawie na każdym poziomie. Gra jest naprawdę wielobarwna i każdy etap przedstawiony został w podobnych kolorach do przeboju, który naśladuje.

A tutaj poziom inspirowany Xeviousem i HawkQuestem.

Dodatkowo Paul i Harvey to prawdziwi magicy, gdyż ilość wrogich pojazdów jednocześnie na ekranie zawstydzała mojego towarzysza, który jakby nie było – uchodzi za jednego z lepszych atarowskich programistów. Jak oni tego dokonali? Nie wiemy. No, ale przecież gra wymaga aż 1MB pamięci, więc pewnie użyto tutaj niezłych sztuczek. Skoro przy sztuczkach jesteśmy to użycie najróżniejszych trybów graficznych w tej samej chwili na jednym ekranie to także jazda bez trzymanki! Ogólnie chłopaki naprawdę ładnie się tutaj zabawili trybami video Małego Atari, gdyż  zmieniają je praktycznie co etap. Pozostając jeszcze przy oprawie video – bardzo podobało mi się graficzne zobrazowanie zdobywanych przez nas punktów, np. wielka liczba 1000, które nagle wyskakuje nam na ekran, by za chwilę zdezintegrować się w pikselowej implozji. To do dawało do całości konsolowego sznytu!

Oprócz grafiki i easter eggów na szczególne uznanie zasługuje muzyka. W każdym z etapów odmienna, w każdym nawiązująca do przeboju, na którym dany poziom jest oparty i za każdym razem przebojowa jak cholera! Moim skromnym zdaniem to jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych na Atari. Oczywiście możecie także trafić na wersję z jednym tylko utworem muzycznym (aranżacja Flimbo’s Quest autorstwa Mikera) – taka ścieżka audio była we wcześniejszej wersji gry. W tej, w którą zagrywaliśmy się z Larkiem – przygrywające nuty godne były Jarre’a czy Whittakera! Brawo!

I znowu polecimy horyzontalnie w pięknych okolicznościach martwej natury.

Dużo już tych zalet wymieniłem, czy możliwe, że o czymś zapomniałem? Szybkość rozgrywki! Jakże fajnie, że mamy tutaj do czynienia z dynamicznym i pełnym werwy shmupem, a nie z przelotem emerytów do kosmicznego dyskontu darmowym środkiem transportu… Nasz gwiezdny myśliwiec szybciutko i sprawnie reaguje na wychylenia dżoja i bardzo szybko zasuwa po nieboskłonie, podobnie jak nasi przeciwnicy. Jako człowiek wychowany na Atari muszę docenić bossów, którzy jakością tyłka nam nie urywają (są bardzo podobni do siebie), ale cieszy mnie fakt, że w ogóle występują. Kto grał w wiele atarowskich shmupów, ten wie – że z „szefami” często bywało na tym komputerze krucho… I na koniec wyliczania plusów napomknę, iż lubię gdy w strzelankach oprócz celów powietrznych mogę likwidować obiekty naziemne i fajnie, że AtariBlast! mi to umożliwia.

W trakcie rozgrywki zobaczymy wiele ciekawych trybów graficznych Atarynki.

MINUSY. Plusów ta gra to ma więcej niźli nasz myśliwiec pocisków w pokładowym minigunie! Czyli co, będzie medal i znak jakości najlepszej atarowskiej strzelaniny? No i niestety tutaj dochodzimy do sedna, kurdelebele, nie będzie żadnego medalu, ani nawet zielonego światła w retrometrze… Jak to możliwe zapytacie? Odpowiem wprost – nie szata zdobi shmupa i nie muza roztapia serce recenzenta… Chociaż mają one znaczący wpływ na pierwsze wrażenie, jednakże AtariBlast! pomimo tylu zalet posiada kilka bardzo poważnych wad. Przede wszystkim jest on mocno średni w najważniejszych aspektach czyli pod względem mechaniki i grywalności. Rozgrywka i sama wymiana ognia z przeciwnikami jest tutaj bardzo chaotyczna i mało satysfakcjonująca! Chaotyczna, gdyż eskadry wroga zalewają nas nieustannymi falami w sposób losowy i nieskoordynowany, nie latają według określonych wcześniej założonych wzorów, jakże charakterystycznych dla shmupów znanych z salonów gier, czy najlepszych przedstawicieli tego gatunku. A może latają tylko nam nie udało się tego zauważyć?

Nasz myśliwiec jest dosyć odporny i na szczęście nie ulega zniszczeniu od jednego pocisku wroga, czy po zderzeniu z pierwszym nieprzyjacielskim pojazdem. Uff, bardzo dobrze, że autorzy wyposażyli go w pasek energii opisujący zarówno poziom tarcz, jak i uszkodzeń kadłuba – bez tego zapewne gra byłaby piekielnie trudna. Jednak do dyspozycji oddano nam tylko jedno życie, wiec z pożądaniem w oczach będziemy wypatrywać serduszek (lub kluczy) uzupełniających naszą energię. Niestety w trakcie rozgrywki nie udało nam się ustalić – od czego zależne jest pojawianie się tych znajdziek. Nieraz znajdowaliśmy takich w etapie multum, by innym razem przelecieć cały poziom bez żadnego uzupełniania energii…

Blue Max prawie jak malowany!

Wrażenie chaosu rozgrywki i nieprzemyślanego gameplayu potęguje zupełnie niezrozumiały dla nas system uzbrojenia i power upów. W trakcie lotu zbieramy różne bronie, różniste, jak rzekłby klasyk – kwadratowe i kuliste. Niektóre z nich są naprawdę pomocne i spopielają jednostki wroga na atomy w tempie ekspresowym! Najlepszym tego przykładem niech będą bardzo mocne i szerokie pociski, które swoim zasięgiem obejmują praktycznie całą szerokość pola widzenia przed nami. Z nimi na wyposażeniu jesteśmy niezwyciężeni! Z drugiej strony trafiają się jednak zupełnie nieprzydatne popierdółki zamiast narzędzi zagłady – jak na przykład pijane naboje, którymi trudno jest cokolwiek trafić! Każdy zdobyczny arsenał jest czasowy i pojawia się na planszy w sposób losowy, po zniszczeniu wrogów lub instalacji naziemnych. Jeżeli po prostu nie mamy szczęścia to w najtrudniejszym momencie danego etapu będziemy strzelać nieprzydatnym szajsem, stracimy przez to wiele energii i niestety nie mamy na to żadnego wpływu…

Power’upy oznaczające arsenał są zobrazowane głównie przez literki, które kolekcjonujemy i możemy przez to zmieniać funkcje naszej broni. Zgarniemy „P” (jak power) to zwiększymy moc naszego działka, symbolem „I” poszerzamy szerokość naszych pocisków i pewnikiem z literek, które pojawiają się nam na drodze każda oznacza jakieś inne ulepszenie (lub pogorszenie) naszego arsenału. Jednakże zanim to rozgryziemy to najprawdopodobniej przejdziemy już AtariBlast! lub się do niego zniechęcimy… W shmupach system power upów powinien być natychmiastowo czytelny dla gracza, inaczej wprowadza tylko mętlik w jego głowie i wywołuje nawyk zbierania wszystkiego… Niestety to nie wszystkie minusy tej efektownej strzelanki, ale resztę przytoczę  dopiero w podsumowaniu tej recenzji…

Marian, ty tutaj?!

KIEDYŚ. Za młodu nie mogłem wyruszyć na odyseję kosmiczną wraz z AtariBlast!, gdyż to całkiem nowa produkcja, która wymaga aż 1MB pamięci RAM. Grubo, no nie! Jakbyście w młodości powiedzieli mi, że do Małej Ataryny będzie można wsadzić tyle pamięci to wysłałbym was do psychiatryka. A tu proszę, proszę, niesamowite! Całkiem niedawno, mój przyjaciel – chirurg Larek zamontował w mojej Atarynie 800XL – Ultimate 1Mb i nawet pokazał tę operację całemu światu na swoim youtubowym kanale. Dzięki temu mogłem w końcu wyruszyć w tą galaktyczną podróż.

TERAZ. I powiem szczerze, że obiecywałem sobie po niej dużo, naprawdę wiele! Szczególnie kiedy ujrzałem oprawę video, zaś piękna muzyka dobiegła do moich uszu… Oczyma wyobraźni dopasowałem grywalność AtariBlast! do jego wyglądu i w głębi ducha – spodziewałem się pogromcy Zybexa, River Raida i Drop Zone, który wciągnie nosem wszystkie 8-bitowe strzelanki. Tak, te z Commodore 64 także. Nie będą mi się tu przecież jakieś Armalyte, Katakisy, czy Enforcery po nocach śniły! AtariBlast! to killer miał być i basta!

Etap z wielkimi żabami jest bardzo fajny, tyle że krótki…

Niestety pomimo niewątpliwej efektowności, wręcz efekciarstwa i nawiązań do wielu świetnych gier, a możliwe właśnie to dzięki temu – AtariBlast! cierpi na bardzo krytyczną wadę. Brakuje mu własnej tożsamości, własnego charakteru, rozpoznawalności oraz przede wszystkim spójności zasad rozgrywki, które mogłyby spowodować, że z uśmiechem na ustach wracalibyśmy do niego. Brakuje mu po prostu grywalności, chwytliwości, która wciągnęłaby gracza niczym odkurzacz i trzymała go mocno za jaja! Absorbowałaby jego uwagę tylko na sobie, aż pobijanie kolejnych rekordów stałoby się przyjemnością, a nie żmudnym obowiązkiem. Zresztą popatrzcie na najnowszy odcinek Gramy na Gazie, gdzie zamiast z wypiekami na twarzy zachwalać wam AtariBlast! – to wolimy opowiadać wam jakieś baśnie tysiąca i jednej Ataryny… Tutaj z moim przyjacielem Larkiem jesteśmy w pełni zgodni, to najładniejsza strzelanka na Małe Atari i jedna z najpiękniejszych gier jednocześnie, jednakże chaotyczna i losowa rozgrywka powodują, że to shmup jednorazowy. Przejdziecie go raz na easy, później ewentualnie na normalu i nigdy do niego nie wrócicie… Chyba, żeby popatrzeć albo pokazać znajomym.


Gramy na Gazie slider

ArSoft CORPORATION i Retro Na Gazie prezentują:

Gramy Na Gazie – ATARIBLAST! (2016) – ATARI XL/XE

LAREK: Zobacz jakie to pikne! Normalnie najładniejsza strzelanka na Atarynę i do tego jak cudnie przygrywa! Jestem pod wrażeniem. Kurcze, tylko o co chodzi z tym systemem uzbrojenia? Hmm, dużo chaosu na ekranie i wrogów jednocześnie. Ooo zobacz Borsuk, widzisz! Marian, Rescue on Fractalus, a nawet plansza ze Scramble wzięta, no i różne tryby graficzne. 

BORSUK: Widzę, widzę! AtariBlast! to prawdziwy hołd dla innych gier, który jednak zapomniał o własnej tożsamości. O, patrz, etap z R-Type to wygląda normalnie jak na Amidze. Kurrrczaczek, chaos na ekranie nieraz tu straszny i arsenał jakiś z tyłka wzięty. Mechanika i grywalność odstają od wykonania. Pokaz możliwości technicznych Małej Ataryny. Do zobaczenia, przyklaśnięcia i podziwiania. Trochę mniej do grania…

Retrometr


STEROWANIE

DŻOJ – latanie, FIRE – strzelanie. OPCJE – wybieramy na ekranie początkowym.

PS1. Screeny z wersji na Atari przygotował Larek, niektóre materiały podesłał Harvey Kong Tin, parę zdjęć z telefonu Borsuka, dodatkowo materiały z filmu Star Wars ze stron filmowych typu Filmweb, IMDB…

PS2. Co maja wspólnego Gwiezdne Wojny z AtariBlast!? Kurcze, no nic! Po prostu akurat taka historyjka wpadła mi do łba i nie chciała wyleźć, więc pojawia się tutaj jako zalążek fabularny. Zresztą, nazwa Retro na Gazie do czegoś zobowiązuje…

Zgodnie z powyższym – Larku zacznij trenować Moon Patrol!

O RetroBorsuk 99 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.