Relacja | RETROnizacja First Edition – Pawłowice Śląskie

Wycieńczony Borsuk wita wszystkich retromaniaków po tygodniowej rekonwalescencji! Tyle czasu właśnie potrzebowałem aby dojść do siebie po najbardziej udanej, nie bójmy się tego powiedzieć, retroimprezie na jakiej byłem w swoim krótkim żywocie. RETROnizacja, bo o niej mowa, swojska impreza miłośników starszych mikrokomputerów i konsol, którą zorganizował Renton w Pawłowicach Śląskich 21 kwietnia okazała się strzałem w dziesiątkę i dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń! Jeszcze fajniejszych wspomnień od jakże udanego SACP, na którym to byłem na początku tego roku. Przyjacielska atmosfera, serdeczni i mili ludzie z chęcią udostępniający zwiedzającym swoje retrozabawki, prawdziwi pasjonaci mogący o nich opowiadać godzinami. Dosłownie zatrzęsienie różnistego sprzętu wylewającego się ze wszystkich stanowisk, komputerowe i konsolowe rarytasy, growe frykasy, pieczone kiełbasy, turniejowe zmagania i rozmowy prawie do rana! Kto nie był niech żałuje, zaś ja sam na potrzeby tego wpisu musiałem zrobić rozpiskę wszystkich atrakcji, posegregować w dyńce wydarzenia, a kiedy zajrzałem do folderów zdjęć w telefonie złapałem się za głowę… Oj, działo się Panie i Panowie, Osiedlowy Dom Kultury cofnął się w czasie na ponad dobę do lat 80-tych i 90-tych ubiegłego stulecia, zaś tłumy obecnych najprawdopodobniej zaskoczyły nawet samego organizatora. Szczególnie cieszyła duża obecność kobiet i dzieci. Naprawdę serce rośnie kiedy młodzi chwytają bakcyla retrogrania czy bawią się maszynkami naszej młodości, a na pięknie panie zawsze jest miło popatrzeć! Sam poznałem tamu wielu fantastycznych ludzi i poczułem jakbyśmy znali się już dobry kawał czasu – wspólne hobby niewątpliwie łączy i pomaga nawiązywać przyjaźnie. Dobra, koniec tego wstępu i tak mam wątpliwości, czy ktoś przeczyta cały ten wpis – jedziemy na RETROnizację!

RETRONIZACJA – JEDZIEMY? JAK NIE, JAK TAK!

Rozkładamy się z rana! Larkowa dopieszczona Ataryna 800XL. Jego najlepsza gra „Laura” także robiła furorę na RETROnizacji!

Yerzmyey’a słuchaliśmy w drodze powrotnej. Album „Microsongs” pasuje jako tło muzyczne do wpisu.

Kiedy Renton ogłosił na różnych forach datę organizacji tego zlotu – pomyślałem, kurcze, fajnie by było tam się pojawić, a kiedy napomknął, że będzie organizował tam nawet turniej Sensible World of Soccer na projektorze – wiedziałem, że muszę tam być! Z pomocą przyszedł mi Larek, który będąc u mnie oznajmił, że się wybiera i jeżeli chcę jechać to mogę się z nim zabrać. Wstępnie potwierdziłem, ale skonsultowałem sprawę z repip’em, któremu wypadła rodzinna impreza – zdrówka dla brata życzę – no cóż, sam będę „reprezentował” Retro Na Gazie, ale nie takie rzeczy się w życiu robiło. Potwierdziłem Larkowi wyjazd, spakowałem starego kineskopowego kloca, Amisię CD32, i trochę innych gratów. Dowiedziałem się mailowo, że Renton poszukuje nagród na igrzyska, zajrzałem do naszej redakcyjnej szafy, upominków to nam starczy jeszcze na konkursy do końca świata, więc czemu go nie wspomóc? Do wora! Szczerze, to podnieciłem się tak bardzo, że w nocy przed wyjazdem nie mogłem usnąć! No, myślałem także o ponętnych kształtach pewnej piękności… O Amidze także, i o Atari, i może jakieś nowości z gier na Commodorka sobie zobaczę..  Dziecięca zajawka lepsza niż po zażyciu pana Tik Taka w 80-tych!

Larek przyjechał po mnie swoim odpicowanym DeLorean’em i kiedy załadowaliśmy go bagażami po brzegi ustawił datę w wehikule czasu na końcówkę lat 80-tych. Nie oponowałem, w końcu to moje najlepsze wspomnienia. Zastanawiałem się tylko skąd wytrzasnął do cholery tyle plutonu by cofnąć nas, aż o trzydzieści lat? Czyżby ruscy płacili mu za rosyjskie wydanie „Laury” tym drogocennym pierwiastkiem, albo po drodze do mnie wykradł go z elektrowni jądrowej? Hmm, nieważne, kiedy świat zawirował w około już byliśmy w tunelu czasoprzestrzennym! Larek okazał się bardzo dobrym kompanem, także podróż w jego towarzystwie przez te dekady minęła jak w oka mgnieniu. Rozmawialiśmy o grach, życiu, pracy, kobietach, rodzinie, o Atari i nawet się nie obejrzałem, a już wyhamowaliśmy z piskiem opon przed Osiedlowym Domem Kultury w Pawłowicach Śląskich, który był celem naszej podróży. Chciałbym tutaj podziękować Larkowi za transport i miłe towarzystwo, polubiłem tego programistycznego mistrza od początku naszej znajomości. Dobry druh.

NA MIEJSCU Z SAMEGO RANA

Skromne stanowisko Retro Na Gazie. Amiga CD32 i oczywiście Turrican II. Gameboy SP oraz PSP ze składankami retro.

Lokalizacja przybytku, w którym miał odbywać się zlot podobnych nam wariatów była bardzo przyjemna. Umiejscowiona w centrum małego osiedla, jednakże pełna zieleni. Fajnie, naprawdę fajnie – lubię klimat małych miejscowości, a że pogoda także dopisywała – od razu mi się tutaj spodobało. Wyruszyliśmy na rekonesans – od frontu drzwi ośrodka zamknięte na cztery spusty! Zanim się wypakujemy sprawdźmy najpierw czy ktoś już tutaj rezyduje? Jacyś strudzeni wędrowcy, którzy przyjechali dzień wcześniej? Zachodzimy od tyłu i pukamy w zamknięte tylne wrota. Cicho, głucho, tylko śpiew ptaków o poranku. Może jesteśmy za wcześnie? Po dłuższej chwili drzwi uchylają się skrzypiąc niemiłosiernie i powoli wchodzimy w powitą ciemnością salę naszej przyszłej pikselowej biesiady. W półmroku zauważam materace i lezące na nich nieruchome kształty. Nagle jeden z nich wstaje i rzuca się na nas chwiejnym krokiem bulgocząc coś w niezrozumiałym dialekcie. Zombiak – myślę – i już miałem go spacyfikować moim wielgachnym arcade stickiem, lecz Larek w ostatniej chwili zdołał mnie powstrzymać. To jeden z biesiadników – Marek „Za dychu” z Białegostoku, który okazuje się bardzo zakręconym, jednakże nieszkodliwym jegomościem – przytargał nawet na zlot swojego Xbox’a pełnego emulatorów wszelakich. Kurcze, prawdziwy maniak, taki szmat drogi, a zajechał! Dalsze zombiaki także okazują się sympatycznymi ludźmi – Ediman prowadzący kanał z retro grami na youtube „RetroSfetro” czy znany mi już z poprzednich zlotów amigowiec Vato.

Xbox Marka z Białegostoku pełen emulatorów. Świetna jakość obrazu i prosta obsługa. Od Amigi, poprzez konsole po automaty arcade!

No czyli dobrze trafiliśmy! Możemy się rozkładać, a „zombiaki” niech powoli dochodzą do siebie. Wracamy do samochodu po sprzęty, kiedy spotykamy organizatora – Rentona – z bandą ochroniarzy, która także okazuje się zbzikowanymi hobbystami. Przybijamy piątki ze wszystkimi. Renton, jak przystało na gospodarza jest bardzo otwartym i towarzyskim człowiekiem – powoli zaczyna robić się swojsko! Zajmujemy z moim kompanem stoły obok siebie, będzie raźniej, zresztą ja i tak mam dzisiaj w planach eskapady po rożnych sprzętach! Chciałbym zobaczyć jakieś nowości na Amigę czy Commodore 64 (na Atari to już znam), pograć na ZX Spectrum czy Amstradzie, którego raz w życiu tylko widziałem na oczy. Zaplanowałem sobie także udział w turniejach Sensibla i River Raid, a nie wiedziałem czy na wszystko starczy mi czasu… Nasze stanowiska możecie zobaczyć powyżej, od siebie dodam, że więcej tego turrican’owego kontrolera nie biorę ze sobą, bo za ciężki i ma nieoznaczone przyciski. Zwiedzającym mylił się autofire z fire i szybko się zniechęcali, kiedy nie było mnie w pobliżu, aby wytłumaczyć im tą subtelną różnicę. Kwadrans po nas zaczęła zjeżdżać reszta miłośników klasycznych sprzętów do grania i sala RETROnizacji zaczęła się powoli zapełniać. Poniżej przejdę do opisu wydarzeń według systemów tamże obecnych, żebyście mogli bardziej połapać się w relacji, gdyż gościłem się tam do syta u wielu uprzejmych biesiadników. Zaznaczam, że jeżeli kogoś ksywkę przekręcę to niechcący i przepraszam, jeżeli kogoś sprzęt opiszę złą cyferką, także się kajam. Hardwar’u, soft’u i ludzi była tam pełna hala, a moja głowa waży tylko 5 kilo…


ATARI XL/XE

Bocianu – twórca świetnej wariacji Pac-Mana – PAC MAD i jego Atari 130XE oraz ZX Spectrum 48.

Najpopularniejszymi platformami obecnymi na party było Małe Atari oraz Amiga. Atarynka była obecna tutaj we wszelakich odmianach, czarnej i ślicznej 800XL, białej serii XE – głównie 130XE, jednakże wszystkie one posiadały jedną umilającą czas i życie cechę. Podobnie zresztą jak wszelkie inne mikrokomputery obecne na sali – cechowało je bardzo duże rozbudowanie peryferiów. Praktycznie każdy z obecnych tu sprzętów był wyposażony w czytnik umożliwiający szybkie wgrywanie gier i programów. Czy to za pomocą wszelakich kart SD (SIO2SD dla Atari, SD2IEC dla C64), lub kartridży, których nazwy nie wspomnę albo pendrivów, gotek’ów czy dysków twardych. W dzisiejszych latach, kiedy ludzie mają mniej czasu niż kiedyś, takie rozszerzenia to standard na retro scenie. W przypadku zlotów są one praktycznie nieodzowne. Zmiana gry trwa kilka sekund i każdy z uczestników może w krótkim czasie przypomnieć sobie swój ulubiony hit z młodości. Zapewne wiele ze sprzętów miało także rozbudowane inne parametry typu – wielkość wbudowanej pamięci czy rozszerzenia możliwości graficznych – jak wyposażona w VBXE i 1MB ram’u 8 osiemseta Larka albo wypasiona Amiga 4000 będąca własnością Quad’a, która emulowała nawet Macintosh’a czy inne jabłko. Jednakże, kto by to wszystko spamiętał… Dla mnie tamtego dnia najważniejsze było mięsko – czyli gry – zarówno nieśmiertelna klasyka jak i nowości, których chciałem zobaczyć jak najwięcej. Wróćmy jednak do Atari.

Montezuma’s Revenge nigdy się nie zestarzeje! Panama Joe zachwyca po dziś dzień.

Na ostatnim Silesianie bardzo dużo czasu poświeciłem temu sprzętowi, gdzie Larek zaprezentował mi wiele udanych nowości na mój pierwszy komputer. Tym razem postanowiłem dać mu trochę oddechu i stwierdziłem więcej czasu spożytkować na inne systemy. Jednakże na imprezie było tak wielu miłośników Atari, że z każdym moim krokiem trafiałem na dobrze znane mi tytuły, które w młodości rozgrzewały mnie do czerwoności, a także na nieznane mi wcześniej ciekawostki. Jedna z najlepszych gier w historii naszej branży – czyli zręcznościowo-przygodowa platformówka Montezuma’s Revenge umilała graczom czas na wielu monitorach. Świadczy to, że nie tylko dla mnie jest to jeden z największych przebojów młodości – po prostu tytuł ten po dziś dzień posiada wspaniałą grywalność i czas, który upłynął od jego premiery wcale go nie nadgryzł! Niektóre hity po latach okazują się niegrywalne, sterowanie leży i kwiczy czy poziom trudności okazuje się niemożliwy – jednak przygody Panamy Joe po dziś dzień nie straciły nic ze swojego uroku. Kolejnym wielkim tytułem tutaj obecnym, który jednak na Małej Atarynie jest nowością wydaną w tym roku był Stunt Car Racer. Atarowska konwersja tych wielce rajcownych kaskaderskich wyścigów potężnych samochodów na podniebnych rampach zwyczajnie zachwyca. Bez kitu – jest to najlepsza ośmiobitowa wersja tego przeboju. Duża płynność wektorowej grafiki plus kolorystyka żywcem przeniesiona z dużo potężniejszej Amigi i mamy wielki hit! Muszę poświęcić tej grze kiedyś więcej miejsca na RnG, gdyż w latach szczenięcych ogrywaliśmy ją z moim kuzynem Krzysztofem zarówno na Komodzie jak i na Przyjaciółce. A Boulder Dash’a znacie? No każdy zna. Żadna wielka retro gralnia nie może obyć się bez tego klasyka – logiczne przygody Rockford’a, to ciągle żelazny i bardzo grywalny gość wszelkich nostalgicznych spotkań.

Stunt Car Racer (2018) – naprawdę się na Atari udał!

Na RETROnizacji miałem także przyjemność spotkać, lecz nie udało się porozmawiać – innego atarowskiego twórcę gier – Bocianu, który stworzył bardzo grywalną, szybką i kolorową wariację Pac-Mana zatytułowaną Pac Mad (2017). Grę znałem już wcześniej i nieskromnie powiem, że zjada ona na śniadanie atarowską beznadziejną konwersję oryginału na Atari 2600. Z Bocianu – w ogóle fajna historia, gdyż miał stanowisko obok mojego. Patrzę przychodzi sobie facet, z wyglądu podobny do Wojtka Zientary, rozkłada swoje cacuszka: Atari 130XE z fikuśnymi padami i maleńkie ZX Spectrum 48, bez słowa odpala zjadanie kropek w labiryncie i ze skupieniem poświęca się grze. Później zatraca się w jednym z pierwszych i najlepszym zarazem taktycznym przeboju sf – Laser Squad i znowu bez zająknięcia wykonuje kolejne misje. Wciągnięty maksymalnie! Fajny gość myślę, ale przecież nie muszę każdego tutaj ciągnąć za język, więc nie przeszkadzam mu wcale, bo i tak na nudę nie narzekam. Później, po fakcie dowiaduje się od Larka, że to był właśnie autor Pac Mad’a! Cholercia, gdybym wiedział to pewnie zagaiłbym go rozmową na temat jego gry, czy nawet namówił na mały wywiadzik… Dobra, Bocianu, teraz już wiem jak wyglądasz, na następnej retroimprezie, czy tego chcesz czy nie, zostaniesz przez Borsuka zaatakowany!

Robix (2010) – szybka, płynna, grywalna strzelanina na Atari XL/XE.

Z przyjemnością patrzyłem jak Larek po raz kolejny prezentuje swoje ukochane dziecko, czyli przygodowo-zręcznościowy przebój Laurę wszystkim zainteresowanym, a było ich bez liku! Co chwila, ktoś gościł na jego stanowisku, ogrywał i zachwycał się zaimplementowanymi w niej pomysłami, zaś autor z cierpliwością i pasją opowiadał o jej przygodach. Naprawdę bardzo przyjemnie popatrzeć jak twórca cieszy się z sukcesu swojego dzieła. Laura gościła także na wielu innych atarowskich stanowiskach, gdyż wielu graczy kupiło sobie wydaną niedawno angielską edycję gry i kontynuowało jej przygodę na swoim komputerze. Stwierdziłem, że nie będę gorszy i także dokonałem zakupu – jednakże w moim przypadku – angielskie wydanie Laury zostanie przeznaczone na konkurs dla użytkowników – z okazji 3-lecia naszej strony, który to ogłosimy w połowie maja. W wolnej chwili, wiedząc, że narzekam na małą ilość dobrych atarowskich strzelanin, zaprezentował mi jedną z nowości (wiecie dla mnie nowości w przypadku takich sprzętów, to gry wydane po 2000 roku…) – bardzo ciekawie wyglądającego i płynnego shooter’a Robix, gdzie uzbrojony robot walczy z rojami zmutowanych insektów. Ekran z gry możecie podziwiać powyżej, ja zaś dodaję ten tytuł do listy do ogrania!

Stanowisko VATO. Po prawej trening w River Raid na Atari XE, po lewej Amiga 1200 z International Karate +.

Naprawdę jednak ciepło na sercu zrobiło mi się, kiedy na atarowskim stanowisku zameldował się retroSZPUNTAfan z dwoma dzieciakami – synem Michałem i chrześniakiem Kajetanem, którzy widać, że miłość do retro mają wpajaną od narodzin i zagrywali się non stop w przeróżne gry z opcją dla dwóch graczy. Normalnie zawodowi wyjadacze! Na stanowisku mojego druha przez kilkadziesiąt minut pojedynkowali się w proste, lecz wciągające wyścigi motorów-linii, żywcem wyjęte z klasycznego filmu sf – Tron Stevena Lisberger’a. Jak się później okazało, ta nieznana mi wcześniej gra nosi nazwę Line Kiler i jest autorstwa właśnie „profesora”, jak z estymą określali Larka inni zlotowicze. Ten to ma łeb! Później chłopcy zagrywali się jeszcze do upadłego w bardzo dobrą atarowską konwersję Gauntlet’a, która jak widziałem także przypadła im do gustu. Mi przypomniały się szczenięce lata, kiedy to z kuzynem przemierzaliśmy te mroczne lochy pełne potworów. Przygoda zajmowała całą kasetę w normal’u, gdyż poziomy były dogrywane. Kaseta się nam skończyła, a Gauntlet jeszcze nie! Smuteczek.

Uśmialiśmy się także do rozpuku z prezentacji Tetrisa w wysokiej rozdzielczości, którego nazwy nie pamiętam, gdzie klocków musicie szukać z lupą, zaś ułożenie ich w jednej linii zajęłoby wam około dniówki… Obdarowany przez naszą redakcję złotym medalem przebojowy Yoomp! i jego wspaniała muzyka hipnotyzowała wielu śmiałków, którzy wpadali w syndrom jeszcze jednego poziomu, nie mogąc oderwać się od swoich ekranów i uwolnić z nałogu tej fantastycznej produkcji. Oczywiście na takiej imprezie nie mogło zabraknąć protoplasty wszelkich strzelanin czyli kapitalnego River Raid. Tym bardziej, że wieczorem miał się odbywać turniej w tego nieśmiertelnego killera i wielu graczy trenowało z zaciśniętymi zębami! Także inna gra z samolotem w roli głównej – prosta, ale wciągająca, napisana w Basic’u jednoprzyciskówka Samolocik (1990) – polegająca na zrzucaniu spacją bomb na budynki – gościła na wielu komputerach. W nią także na koniec imprezy przewidziano konkursowe rozgrywki! Fajnie.


AMIGA

Piękna Amiga 400 z soczystymi kolorkami. Tutaj odbywały się bitwy w klona Dyna Balster.

Po moim ukochanym pierwszym komputerze czas na Przyjaciółkę. Chronologicznie wróćmy jednak do początku RETROnizacji – praktycznie moje pierwsze kroki na imprezie skierowałem do amigowców, celem ogrania możliwe jak największej ilości nowości, gdyż będąc posiadaczem AmigiCD32 jestem zdany tylko na kolekcje gier, które wychodzą na dyskach cd. Wszelkie świeżynki przeważnie mnie omijają. Zaatakowałem więc Vato, którego znałem już wcześniej, kiedy ten racząc się winem zagrywał się w nową edycję jednej z najlepszych platformówek czyli Giana Sisters Special Edition wydaną przez PixelGlass w 2016 roku. Wow! Nie wiedziałem nawet, że takie cudeńko ujrzało światło dzienne kiedy byłem w hibernacji! Dalej pod względem rozgrywki są to klasyczne siostry – jednak ubrane teraz w bardzo ładne, nowe graficzne szaty wyraźnie inspirowane wcześniejszą wersją tego przeboju z Nintendo DS. Dziewczyny prezentują się smakowicie, mają zupełnie nowe fryzury i ciuchy, także wszelkie platformy, pułapki, potwory zostały odrestaurowane i upiększone z artyzmem. Do tego gra posiada animowane intro i całkiem możliwe, że outro. Grywalność z tego co widzę, także pozostała niezmieniona i dalej jest to najlepsza obok oryginału wariacja na temat Super Mario Bros. Tak dobra, że pośród braci komputerowej nikt za hydraulikami nie tęskni. Klasyczne wydanie Giana Sisters także było wielce ogrywane zarówno na Commodore 64 jak i nawet u mnie na mojej Amisi. Jeden z naszych stałych bywalców strony – Wojt, zaskoczył mnie bardzo, gdyż okazał się tak wytrawnym znawcą tego przeboju, że przy mnie zaliczył prawie jego speedrun’a. Dosłownie biegł bez opamiętania przez poziomy znając na pamięć rozmieszczenie wszelkich przeszkadzajek czy sekretów ukrytych w grze. No, ja też byłem w to dobry w latach 90-tych, ale to co zrobił Wojt spowodowało, że długo zbierałem szczękę z ziemi! Gratuluję umiejętności.

Trailer Giana Sisters S.E – normalnie ciaaaarrryyy! Oj, trzeba będzie to jakoś ograć.

Później mistrz Giany zapragnął sobie przypomnieć inną super szybką i bardzo kolorową platformówkę Tearaway Thomas (1992)  i pomyślałem sobie w duchu – kurka, jak on tutaj też będzie tak wymiatał, to pakuje się i wracam do mojej nory, sprzedaje wszystkie retro sprzęty i gram ze wstydu tylko na PS4… Możliwe, że poprzez zbyt duże martwe strefy w moim arcade sticku, który nie nadaje się do tak szybkich gier mój kolega nie mógł rozwinąć skrzydeł, ale i tak przyjemnie było sobie przypomnieć tą mało znaną ale wciągającą grę. Polecam jeżeli ktoś nie miał styczności. Zostawiłem Wojta i jego przyjaciela sam na sam z moim sprzętem odpalając im jednego z najlepszych amigowych shmupów na dwóch graczy czyli Banshee od Bitmapowych Braci i wróciłem do Vato, który w międzyczasie uruchomił International Karate +. Czy jest tu ktoś, kto nie zna tej wspaniałej bijatyki, w której pojedynkuje się trzech świetnie animowanych zawodników? No, tak myślałem, znają wszyscy! Na moje pytanie do niego o jakieś nowości na Amigę, zbył mnie krótko, że mam tu IK+, to jest nowość i żebym sobie pograł… Sam zaś zasiadł do trenowania atarowskiego River Raid. Pomyślałem z uśmiechem na ustach, że ja w tej grze wszystkie kulki tarczą nawet odbijałem, no ale nie dałem po sobie poznać, że zbywa mnie jak leszcza, co Amigę pierwszy raz na oczy widział :-). Później dopiero okazało się, że przestała mu działać rozszerzona pamięć, czy jakieś inny układ w jego A1200 i po prostu nie mógł mi nic bardziej wymagającego uruchomić. Zrozumiałem wtedy całkowicie jego zakłopotanie i wszystko stało się jasne. Dobra to szukam dalej kogoś, kto ma jakieś gry wydane po 2000 roku…

Przyjaciółka QUAD’a – seksowna i elegancka Amiga 4000! Szarpałbym jak Reksio szynkę, jak to mówią małolaty…

Amig tam było na kopy, klasyczne pięćsetki, bardzo dużo tysiąc dwusetek z wbudowanymi twardymi dyskami czy burżujskich potworów oznaczonych symbolem cztery tysiące. Upatrzyłem sobie właśnie taką A400o u niejakiego Quad’a, bardzo miłego i uprzejmego człowieka i poprosiłem o prezentację jego potwora. Naprawdę fajny kawał sprzętu z procesorem Power PC potrafiący czynić cuda i pewnie efekty specjalne z Terminatora 2 by mi zrenderowała ta maszyna, ale nowych amigowych przebojów Quad nie posiadał. Kurczę, obiegłem parę stanowisk i lipa – same klasyki. No nic, musiałem obejść się smakiem, ale mam prośbę na następny zlot! Jeżeli ktoś z amigowców byłby na tyle uprzejmy i zainstalował u siebie jakieś warte uwagi nowości wydane po roku 2000 to będę zobowiązany i z przyjemnością je ogram. A w co jeszcze zagrywano się na Przyjaciółkach? O tytułach, o których wspominałem przy okazji relacji z SACP – tylko napomknę: najlepsze run’n guny czyli Turrican II i Ruff’n Tumble, klasyki dwuwymiarowych mordobić czyli rożne części Mortal Kombat oraz Body Blows Galactic, zręcznościowy symulator oddziału Cannon Fodder. Najbardziej emocjonujące wyścigi, szczególnie w opcji na 2 graczy – czyli nieśmiertelna seria Lotus Turbo Challenge albo niezapomniana, wektorowa podróż do innego świata w Another World. Żaden amigowy spęd nie obejdzie się bez tych niezapomnianych tytułów.

Goro zaprasza na pieszczoty! Cztery ręce nie w kij dmuchał. Dziewczyny lubią Mortal Kombat? A1200 RENTONA i projektor.

Co jeszcze rzuciło mi się w moje borsucze oczy i uszy? Bardzo dobry, kolorowy i jajcarski platformer o młodym jaskiniowcu czyli B.C Kid, który zadziwiająco dobrze przetrwał próbę czasu. Na jednej z A4000 ciągle odbywały się niezliczone pojedynki w Dyna Blaster czy jakiś jego klon, pomiędzy pewnym sympatycznym małżeństwem. Pewnie stawką było, kto w tygodniu zmywa gary… Nie zna ktoś tej gry lub Bomberman’a? Maksymalnie cztery chłopki pojedynkują się na labiryntowej planszy podrzucając sobie wybuchowe niespodzianki czyli bomby. Do tego zbierają rożne power up’y i dopałki polepszające zasięg wybuchów czy szybkość poruszania. Kto przeżyje ten mistrz! Starsi wiekiem gracze pewnie pamiętają, że w latach 90-tych to Amiga właśnie – była królem wszelakich flipperów. Nie żaden Zen Pinball na PS4 tylko najlepsze pinballe od Digital Ilussions: Pinball Dreams, Pinball Fantasies czy Slam Tilt zachwycały różnorodnością stołów, świetną tematyką, szybkim scrollingiem, fizyką kulki czy kapitalną oprawą audio i video. Oczywiście produkcje te były tutaj katowane do bólu! Wojt’owi zaprezentowałem Jim Power in Mutant Planet – bardzo ładnego i dobrego reprezentanta mojego ulubionego gatunku chodzonych strzelanek ze świetną grafiką i muzyką, która to gra spotkała się z jego dużą aprobatą. Zauważyłem także dwójkę zapaleńców pojedynkujących się dosłownie do krwi w Crazy Football czyli adaptację fantasy futbolu amerykańskiego – pełną wikingów, potworów, obcinania głów i ciosów wręcz. Przyłożenie głową przeciwnika zamiast piłką jest punktowane? No ba! Ja zawsze wolałem Speedball’a 2 w klimatach science fiction, ale jak widać nawet ta niedoceniana przeze mnie gra ma swoich wiernych fanów. Byłbym laikiem nie wspominając jednak, że najczęściej grano w Sensible Soccer, gdyż przygotowania do rywalizacji trwały pełną parą na wielu stanowiskach! Jednak o pojedynkach w najlepszą piłkę nożną wszechświata i okolic napiszę więcej w części turniejowej.


COMMODORE 64

Przepiękna niebieska Komoda od SZPUNCIORA w akcji! Kajetan i Michał grają w Wizard of Wor. Dawidzie – rządzisz na dzielni tym błękitem i arcade stickiem!

Kiedy zobaczyłem, że na RETROnizację przybywa Nekroskop ze swoimi Komodami ucieszyłem się, gdyż wiedziałem, że na pewno pokaże mi jakieś nowości na swoją ulubioną maszynkę! Ma chłop do mnie cierpliwość – za to go bardzo lubię i szanuję, poza tym to bardzo pozytywny maniak, który już niejednokrotnie pomagał mi wcześniej (na przykład mailowo ogarnąć SD2IEC). Kiedy zaś na salę wkroczył retroSZPUNTAfan, ze swoją małoletnią rozbrykaną brygadą – zrobiło się weselej, gdyż równy z niego chłop i polubiłem go już na ostatnim party. Dodatkowo mieliśmy ze sobą do wyrównania porachunki w Sensibla, ale o tym później… Naprawdę przepięknego Komodorka przywiózł ze sobą Szpunta, zresztą popatrzcie na zdjęcie powyżej – aż ogarnęła mnie nagła ochota, aby pomalować mój domowy egzemplarz?! Wrażenie robił też jego nowy arcade stick z motywami z Kapitana Tsubasy i SWOS’a, tylko podobnie jak w przypadku mojego kustomizowanego kontrolera – nie był on wystarczająco precyzyjny do uczestnictwa na nim w zmaganiach turniejowych. Największe wrażenie robiły jednak młodzieniaszki, o których wspomniałem wcześniej, zagrywające się od razu po rozłożeniu sprzętu w świetną kooperacyjną, arenową strzelaninę z widokiem z góry – Wizard of Wor. Dużo dobrego słyszałem o tej grze w przeszłości, jednakże tytuł ten zupełnie wyleciał z mojej pamięci i naprawdę zachodzę w głowę dlaczego nigdy tego nie ograliśmy z moim kuzynem. Widok z góry, labirynt wypełniony potworami i dwóch śmiałków uzbrojonych w magiczne różdżki by zabić je wszystkie – absolutny must have dla dwóch graczy!

Commodore 64 NEKROSKOPA i jedna z nowości – zręcznościówka Lumber Jack.

W trakcie imprezy odbyliśmy parę rozmów z Dawidem na tematy około commodorowe oraz sensiblowe. Ja polecałem mu zajrzeć na stronę Psytronik Software, którzy do tej pory produkują pięknie wydane, nowe gry na C-64 i chwaliłem się mu własną kolekcją oryginałów. Zaś on pokazywał mi zdjęcia swoich limitowanych sprzętów czy tablic pamiątkowych upamiętniających kilkudziesięciolecie jego ulubionego komputera, albo uwielbianą przez niego grę – popularną w naszym kraju platformową strzelaninę – Flimbo’s Quest. Śmialiśmy się, że na nasze retro hobby wydajemy prawie tyle, co kobiety na ciuchy i torebki, ale jak one nie zrozumieją nas w tym temacie, tak i my nie musimy rozumieć niektórych ich potrzeb. Grunt, żeby wspierały nas nieraz w naszych świrniętych zajawkach i nie traktowały jakbyśmy uciekli z psychiatryka! Pozdrawiam tutaj wszystkie piękne panie. A brzydkie? Takich nie ma, tylko wina czasem brak jak mawia klasyk… Cała familia Dawida to maniacy piłki nożnej, więc nie mogło się tutaj obyć bez grania w najlepszą gałę na Komcia czyli MicroProse Soccer.

Koniec przynudzania, wróćmy do nowych wydawnictw, które ograłem u Nekroskop’a! Na pierwszy głód zostałem poczęstowany bardzo ładną graficznie, aczkolwiek dosyć prostą w założeniach i obsłudze grą – prezentującą nam dzień z życia drwala – Lumber Jack. Centralnym punktem rozgrywki jest tutaj drzewo, które musi ściąć nasz pracowity bohater, my zaś operujemy joy’em tylko w kierunkach lewo i prawo nakazując Jackowi rąbanie analogicznej strony pnia. Uważać musimy jednak na gałęzie, które jeżeli walną nas w łepetynę powodują zgon naszej postaci oraz na wskaźnik siły naszego brodacza – nie możemy dać mu leniuchować, gdyż tylko rytmiczna praca przynosi wymierne korzyści jak mawiają zatrudnieni w tartaku specjaliści. Bardzo prosta w założeniach gra, co nie oznacza, że łatwa. Podejmowaliśmy w parę osób próbę pobicia najlepszego wyniku, jednak efekty naszej rąbanki były marne. Trzeba na pewno potrenować i będzie lepiej. Polecam.

Wymagający Hessian (C-64) okazał się być czymś więcej niż tylko chodzoną strzelaniną.

Następna w kolejce czekała na mnie gra o lataniu na lotni, której to nazwy zapomniałem i proszę o przypomnienie w komentarzach (dziękuje za info – tytuł gry Flyboy). Także charakteryzowała się porządną oprawą graficzną i dosyć prostą mechaniką. Lotnikiem lecimy nad miastem, ciągle w lewo kierując dżojstickiem omijamy wszelakie drzewa i wieżowce, zaś przyciskiem fire wznosimy się. Po drodze zbieramy rożnego rodzaju bonusy punktowe. Grywalność tytułu jest całkiem duża i wyraźnie widać tutaj inspirację androidowym hitem Flappy Bird. Dosyć prostoty myślę, chce teraz coś dużego, jakąś wysoko budżetową produkcję i zapytuję Nekroskop’a czy posiada jakieś nowości od Psytronika? Okazuje się, że ma w zbiorach Hessian (2016) i już na starcie wita nas bardzo klimatyczna strona tytułowa z głową mechanicznego smoka. Sama gra zaskakuje mnie, gdyż spodziewałem się tutaj porządnej strzelaniny run’n gun, a dostałem najprawdziwszą grę action adventure klimatem przypominającą pamiętnego Flashback’a. A to niespodzianka! Mamy tutaj dialogi, ekwipunek, szeroki zakres ruchu postaci, tylko kurczę, nie przeczytaliśmy instrukcji i po zebraniu pistoletu nie wiedzieliśmy nawet jak się w niego wyposażyć… Możliwe całkiem, że nie mieliśmy do niego amunicji i wszelkie napotkane po drodze wrogie roboty i obcy szybko słali nas do piachu. To będzie na pewno wielka gra, z bardzo dużą mapą i rozbudowaną rozgrywką, więc trzeba się w nią zaopatrzyć i kiedyś na spokojnie spróbować sił w domowym zaciszu. Polecam!

Enforcer – kolejna perełka do bogatej kolekcji shmup’ów na Commodore 64.

Kolejnym wybornym tytułem jaki ląduje w paszczy Komody jest bardzo dynamiczna i trudna zarazem kosmiczna strzelanina pod tytułem Enforcer (1992) będąca nieoficjalnym sequelem kultowego Katakis. Pod względem grafiki oraz muzyki jest to absolutnie pierwsza liga tytułów na Commodore 64 – co wcale mnie nie dziwi, gdyż stoi za nią sam Manfred Trenz czyli twórca Turrican’a! W takim przypadku także nie dziwi fakt, że sterujemy tutaj kosmicznym myśliwcem żywcem wyjętym z latanych etapów największego dzieła autora. Nasz statek dysponuje szerokim zakresem śmiercionośnych broni, zbieranych za pomocą przemyślanego systemu dopalaczy, w tle przewijają się urzekające gwiezdne krajobrazy, zaś na nasze życie czekają zarówno eskadry mniejszych wrogich pojazdów jak i olbrzymi bossowie. Enforcer ląduje na mojej liście do ogrania i opisania. Grałbym bez wytchnienia, tylko, że po początku widzę, że poziom trudności na pewno odetchnąć by mi nie dał. Nawet na chwilkę…

Power Glove – Commodore ma swojego Mega Mana. Piękne wydanie i wielka gra.

U pewnego młodego wiekiem miłośnika Komcia – Bartka (młody chłopak około 20-tki, który nie dość, że zajawkę na retro sprzęty ma olbrzymią, co spowodowało moje zdziwienie, to jeszcze sam przy nich majsterkuje – szacunek!) – dorwałem w moje łapską kolejną wielką produkcję, którą zawsze chciałem zobaczyć w akcji. Power Glove bo o niej mowa, to zapewne wielka obszarowo, komnatowa metroidvania w klimatach hard sf. Jej główny bohater z wyglądu przypomina Mega Mana i podobnie jak niebieski blaszak pruje pociskami z energetycznej rękawicy w złowrogą faunę, którą spotyka w kosmicznych jaskiniach oraz skacze po napotkanych platformach. Gra ma bardzo dobre i czułe sterowanie, bardzo czytelną grafikę wykonaną z kunsztem oraz wysoki poziom trudności. Ginąłem bardzo często! Jeden z tych tytułów, który będzie wymagał nauczenia się na pamięć rozkładu wszystkich pomieszczeń labiryntu – czyli zapewne gra na parę tygodni do wymasterowania. Niczym dzisiejsze indycze odpowiedniki pokroju Axiom Verge czy Sundered. No, ale kto mówił, że 8-bitowa gra ma starczać na krótko? No właśnie. Power Glove dostępny jest także na inne platformy – Amigę czy nawet PC. Także gorąco polecam!


COMMODORE 16

Rarytas – Commodore 16 NEKROSKOP’a- na to pamięciowe maleństwo ciągle wychodzą nowe gry!

Jakież było moje zdziwienie kiedy Nekroskop wyciągnął ze swojego magicznego wora pełnego prezentów Commodore 16 i zaczął go z uśmiechem na ustach podłączać. Ha, tego młodszego i dosyć ograniczonego sprzętowo brata popularnej Komody nigdy nie miałem w swoich łapskach! Ciekawy byłem co potrafi maszynka wyposażona oryginalnie tylko w 16 kilobajtów podręcznej pamięci (egzemplarz ze zlotu miał 64 KB), ponoć bez wspomagania sprzętowego „duszków” czy scrollingu? Przedstawiono mi na nim trzy nowe tytuły, których wydawcą jest, a jakże Psytronik Software i powiem krótko – bardzo duże zaskoczenie! Co prawda jedna z poniższych gier nie przypadła mi do gustu, ale dwie były bardzo dobre.

Majesty of Sprites – świetna i ładna platformówka na Commodore 16!

Majesty of Sprites (2015) – to naprawdę ładna i klimatyczna platformówka, w której poruszamy się naszą czarodziejką po 13 wielkich i odmiennych wystrojem poziomach – między innymi: pradawny las, kolorowe jaskinie, miasto w przyszłości. Zbieramy porozrzucane na planszy serca i diamenty, zabijamy wrogów poprzez wskakiwanie im na głowę lub czarami z magicznej różdżki, których ilość jednak mamy ograniczoną. Gra na filmiku charakteryzuje się płynnym scrollingiem, jednak wersja, w którą grałem miała dziwny przesuw ekranu, który następował w połowie komnaty. Możliwe, że zależne to jest od komputera, na którym zostanie odpalona gra, gdyż jest ona kompatybilna jeszcze z Commodore Plus 4, nowszym odpowiednikiem C-16. Całość jest naprawdę bardzo grywalna i wciągająca – zapewne jest to jedna z najlepszych gier jakie powstały na tą platformę, zresztą do uruchomienia wymaga 64 kilobajtów pamięci. Grałbym!

Adventures in Time – kolejny fachowy, lecz trudny platformer na C16.

Adventures in Time (2010) to kolejna z gier, która bardzo mi się spodobała. W tej podzielonej na ekrany i wymagającej bardzo precyzyjnych skoków platformówce, poruszamy się dziwnym, żółtym bąblem wyposażonym tylko w nogi, które umożliwiają mu oddawanie bardzo długich skoków. W trakcie szybowania w powietrzu mamy pełną kontrolę nad bohaterem i możemy naprawdę precyzyjnie nim sterować. Co z tego, skoro poziom trudności jest tutaj ogromny! Dziury, zapadliny, śmiercionośna woda i poruszające się paskudniki uprzykrzają nam życie niemiłosiernie. Niejednokrotnie jesteśmy zmuszani wymijać w locie poruszających się przeciwników wykonując perfekcyjne co do piksela skoki nad przepaściami. I to już na pierwszych ekranach rozgrywki… Pomimo dużego wyzwania jakie niesie ze sobą – pozostawia bardzo pozytywne wrażenie. Grafiki i muzyki nie powstydziłby się Commodore 64! Także grałbym.

Slipstream (C-16) – strzelanina z celownikiem w klimatycznej oprawie.

Slipstream (2017) – pomimo świetnej prezentacji, wykonanych z pietyzmem ekranów przerywnikowych czy atrakcyjnej, polygonowej grafiki 3D – niestety nie przypadł mi do gustu. Możliwe, że przez to, że grałem na jednym joysticku, a pewnie lepiej byłoby na dwóch osobnych kontrolerach, bo ponoć taką funkcję obsługuje. Jest to strzelanina na szynach, w której jednocześnie kontrolujemy nasz podobny do ptaka samolot i jego celownik. I tutaj właśnie wychodzi na jaw największa bolączka gry. Takie sterowanie się nie sprawdza. Ruchami dżoja kierujemy ptakiem i musimy wymijać nadlatujące pociski oraz wrogów, zaś kiedy wdusimy przycisk – strzelamy i poruszamy celownikiem, zaś samolot pozostaje nieruchomy. Naprawdę trudno jest ogarnąć taką mechanikę, a sytuacji nie ułatwia wcale perspektywa gry i duży chaos na ekranie. Scrolling także nie jest wyborny, ale może to właśnie wina C-16 i możliwe, że Slipstream odpalony na szybszym komputerze rozwija skrzydła. Ponoć są nawet bossowie, ale nie doszedłem.


ZX SPECTRUM

Legendarny Laser Squad na ZX Spectrum w akcji.

Jeden z pierwszych mikrokomputerów jaki pojawił się w Polsce czyli kultowe ZX Spectrum także gościło na RETROnizacji! Za młodu widziałem tylko takie cudo u kolegi, zaś tutaj pojawiły się dwa urocze maleństwa – Spektrusie 48, wielkości tabliczki czekolady i wyposażone w gumowe przyciski oraz (jakżeby inaczej) w możliwość wczytywania programów z zewnętrznego nośnika pamięci. Najprawdziwsze retro spotyka dzisiejszą technologię. Wcześniej wspomniałem wam już o Laserowym Oddziale, którego namiętnie ogrywał Bocianu i która to gra na trwale przeszła do historii elektronicznej rozrywki. Jest to naprawdę rozbudowana strategia turowa, w której wcielamy się w dowódcę komandosów przyszłości i wykonujemy nimi szereg niebezpiecznych misji. Polegających głównie na anihilacji wroga, wykradzeniu danych i tym podobnych podnoszących adrenalinę akcji. Rzekłbym, że Laser Squad to retro ojciec takich pamiętnych serii jak UFO/X-Com, zresztą stoi za nimi ten sam autor – Julian Gollop. Legenda ta wyszła na wiele innych platform: C64, Amiga, Atari ST i jeżeli ktoś jej nie zna – niech leci nadrabiać zaległości. Na tym samym stanowisku widziałem także bardzo dobrą konwersję klasycznego shmup’a z salonów gier – czyli R-Type, która zrobiła na mnie także bardzo pozytywne wrażenie.

Drugi egzemplarz Gumiaka wypatrzyłem u szczupłego chłopaka w koszulce Segi, który na moją prośbę o możliwość pogrania – bez zająknięcia oddał mi swojego pupila pod kontrolę. Tylko bez skojarzeń! Szkoda, że nie miał żadnych nowości, bo chętnie zobaczyłbym jak na Spektrusiu wyglądają takie hity jak Abe’s Odyssey, Mighty Final Fight czy Ninja Gaiden. To nie żart, te gry naprawdę wyszły na komputer Clive’a Sinclaira! Jeżeli czytasz mnie kolego z Segą na klacie – proszę o uzupełnienie groteki o jakieś nowości. Z góry dziękuję!

Prawda, że maleństwo? Do tego ma gumowe przyciski. Nie zalewam! Kultowe ZX Spectrum 48 w akcji i komnatówka Monty Mole.

Zawsze chciałem pograć i zobaczyć w akcji dwa wielkie hity z automatów arcade, które ponoć właśnie na ZX’a doczekały się najlepszych 8-bitowych konwersji czyli samobójczą misję żołnierza zielonych beretów w Green Beret oraz podniebne skoki zbierającego bomby Bomb Jack’a. I pomimo jakże charakterystycznej dla tego sprzętu, mało kolorowej grafiki – nie zawiodłem się na powyższych hitach! Green Beret to naprawdę wierna rozgrywką oryginałowi wersja, z bardzo podobnymi postaciami, ściśle odwzorowanymi etapami i dużym natężeniem akcji. Tak dużym, że za bardzo nie radziłem sobie, będąc wyposażonym w joystick bodajże marki Quickshot oparty na gumkach, nie mikroprzełącznikach. Szlachtowanie wrogów wymaga precyzji, a w dżojach z gumami skosy zawsze kiepsko wchodziły… Bomb Jack to także bardzo wierna i grywalna adaptacja biorąc pod uwagę ograniczenia sprzętu. W odróżnieniu od dużo ładniejszych wersji na C64 czy Atari to właśnie na ZX Spectrum mamy zachowane proporcje postaci zgodne z automatowym oryginałem. To, co w wersjach na potężniejsze maszyny sprawia trudność, lub jest niewykonalne – czyli przeskoczenie nad głową przeszkadzajki umiejscowionej na najwyższej platformie – tutaj przychodzi równie łatwo jak w salonie gier. I nie ma się co śmiać, dla graczy przyzwyczajonych do oryginału – wada wersji C64 / Atari jest istotną zmianą w rozgrywce – wpływająca na kolejność zbierania rozrzuconych bomb. Detekcja kolizji w wydaniu spektrumowym także jest rzetelna, zaś sama rozgrywka przez to bardzo płynna. Dla mnie najlepsza wersja na komputery 8-bit i dopiero 16-bitowy amigowy Bomb Jack odebrał jej palmę pierwszeństwa wśród konwersji komputerowych. Przechodząc jeszcze kilkakrotnie obok tego miejsca zauważyłem także bardzo udaną edycję Boulder Dash’a i byłem miło zaskoczony jej jakością – całkiem kolorowa i zbliżona do oryginału – tylko ekran rozgrywki jakby mniejszy. Właściciel zagrywał się w przygody Krecika Monty’ego. Monty Mole to wciągająca multiekranowa komnatówka od Gremlin Graphics, na jakie w tamtych czasach była moda. Posiadała naprawdę fajną mechanikę skoków naszego bohatera i sam zagrywałem się w niektóre z części tej serii na C-64. Serii, gdyż krecik był bardzo popularny, wystąpił w aż sześciu częściach swoich przygód (jeszcze między innymi: Monty on the Run czy Auf Wiedersehen Monty). Polecam


PC-DOS

Po prawej bohater działu czyli PC z odpalonym Norton Commanderem, po lewej Amiga 500 z Pinball Dreams

Retro party bez PC-ta z DOS-em? No bez jaj! To nie byłoby fair… Pamiętacie jeszcze te zamierzchłe czasy, kiedy to PC-ty nie miały systemu Windows, a do ich obsługi używano głównie tego niebieskiego programu powyżej czyli Norton Commander’a? Ja bardzo dobrze je pamiętam, gdyż właśnie po szkole średniej przesiadłem się z Amigi na Piecyk i dobrze zaznajomiłem się z ówczesnymi DOS-owymi hitami. Raptor, Tyrian, Doom, Duke Nukem, BlackThorne, Quake i wiele innych przebojów Później już na Okienkach nastała złota era RPG i setki godzin spędzone przy Baldur’s Gate 1 i 2, Fallout 1 i 2 czy Planescape Torment. Teraz już wcale nie gram na „komputerach osobistych”, ale sentyment do tamtych czasów pozostał.

Stolik z jednym takim egzemplarzem zauważyłem kiedy ktoś z graczy przedzierał się przez piekielne zastępy demonów w klasycznym Doom’ie, kątem oka zauważyłem jak kosmiczny marine rozpryskuje beholdera na ścianie strzałem z dwururki uciekając jednocześnie przed goniącym go wielkim jak stodoła cyberdemonem! Ależ ten kamień milowy ma klimat! (wiem, wiem Wolfenstein był pierwszy, a może to Ultima Underworld wprowadziła na tą skalę widok z pierwszej osoby, hę?). Dywagacje nad tym faktem trwają do dziś, jednakże jedno jest pewne – Doom zrewolucjonizował naszą branżę i wprowadził gry FPS na salony oraz dotarł do dużo szerszego grona odbiorców, niż jego poprzednik, który dał początek nowemu, jakże popularnemu do dziś gatunkowi gier. Dzisiaj z każdej strony atakują nas nowe strzelaniny pierwszo-osobowe i gdyby nie protoplaści od ID Software – cała historia gier mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Zaznaczam, iż rebooty Doom’a i Wolf’a wydane na obecne systemy także bardzo mi się podobają i wcale ich nie neguję. Wydaje mi się nawet, że cały ten gatunek ma się dzisiaj znowu tak dobrze jak w połowie lat 90-tych.

Master of Magic PC – najlepsza gra wszech czasów dla Ediman’a „Retro Sfetro”?

Zresztą o PeCecie i pamiętnych grach na niego porozmawialiśmy sobie dużo z Edimanem „RetroSfetro”, który podobnie jak ja uwielbiał first person shootery. Przypominaliśmy sobie zarówno te dobrze znane przeboje jak powyższe plus: Blood, Heretic, Hexen oraz te bardziej zapomniane: Redneck Rampage, WitchHaven czy Shadow Warrior (też wyszedł reboot i to dwie części polskiej produkcji!). Ediman okazał się wielkim miłośnikiem wszelakich symulatorów lotu i mógłby o nich opowiadać godzinami oraz wręcz wyznawcą religii Master of Magic, kultowej strategii fantasy od Microprose Software. Piękne czasy to były i sam wspominam setki godzin spędzonych przy innych grach tego pokroju na PC: Herosi, WarCrafty czy StarCraft. Zapraszam na kanał „RetroSfetro” gdzie prowadzący pokazuje wiele ze swoich ulubionych gier na różne platformy. Linki znajdziecie na końcu wpisu.

Dangerous Dave (PC-DOS) intryguje.

Zauważyłem także, że właściciel wystawionego komputera często zagrywał się także w intrygującą mnie platformówkę, której wcześniej nie widziały moje gały. Jak się okazało była to także gra jednego z autorów Doom’a – sławnego Johna Romero. Dangerous Dave to przyjemna produkcja łącząca w sobie: cechy Super Mario Bros (skakanie i zbieranie diamentów oraz rury służące do przemieszczania) z własnymi ulepszeniami w stylu dodatkowych przedmiotów zwiększających zdolności protagonisty. Pistolet czy odrzutowy plecak umilają znacząco rozgrywkę. Szkoda, że całość nie jest płynnie przesuwana, tylko dzieli rozgrywkę na komnaty, co nie pasuje trochę do jej dynamiki. Retro granie ma jedną wielką zaletę – gier na wszelkie sprzęty wyszła taka masa, że nawet po latach człowiek zaskakiwany jest jakąś perełką z przeszłości!


ATARI FALCON

Biały kruk – Atari Falcon RETROFANA z jakimś programem muzycznym i kontrolerem od Atari Jaguar. Obok jakiś model Atari ST.

Nie lada niespodziankę sprawił wszystkim obecnym RetroFan przywożąc na zlot bardzo zadbany model 32-bitowego Atari Falcona. Ten następca Dużej Ataryny z serii ST nigdy wcześniej nie był przeze mnie widziany na żywo i tylko na portalach aukcyjnych podziwiałem jakie zaporowy ceny osiąga. Z samym Atari ST miałem w życiu do czynienia, gdyż posiadał go mój przyjaciel z młodości Legion i to dzięki wspaniałym grom jakie zobaczyłem na tym dobrym sprzęcie kupiłem później… Amigę, na którą były one jeszcze lepsze! Przeskok graficzny pomiędzy 8 a 16-bit, jaki zobaczyłem wówczas – jest dla mnie do tej pory jednym z największych skoków jakościowych w historii gier video. Wróćmy jednak do Sokoła, gdyż bardzo mnie zaciekawiło czy RetroFan zaprezentuje nam jakieś ekskluzywne tytuły na ten naprawdę rzadki okaz. No i zaprezentował, grać w nie nie grałem, zresztą nie pamiętam, żeby RetroFan kogokolwiek dopuścił do kontrolera :-). Czuję się jednak zaspokojony.

Racer 2 – ekskluzywne wyścigi na atarowskiego Sokoła. Bardzo dobra grafika.

Na pierwszy ogień poszła całkiem udana i nowa, gdyż wydana w 2014 roku wyścigówka o prostym tytule Racer 2. Ma ona bardzo zręcznościowy charakter, zbliżony klimatem do Lotusa, ładnie wykonane trasy w rożnych pejzażach: zielone pola, pustynne wydmy, śnieżne zaspy czy nawet podróż po Las Vegas (wspomogłem się filmikiem RetroFana na jego kanale, aby zobaczyć więcej rozgrywki). Nie wiem jakie tryby wyścigów są tutaj dostępne i czy jest opcja dla dwóch graczy? Szybkość pędu samochodu jest porządnie odwzorowana, po drodze zbieramy monety, które mogą dawać jakieś bonusy, zaś sama grafika jest renderowana i do tego zaopatrzona w dobrej jakości tekstury. Wszystko byłoby tip top, tylko nieraz grze jakby brakowało klatek animacji, przydałoby się ich więcej zarówno dla naszej bryki jak i konkurentów. Do muzyki nie mogę się nic przyczepić, pasuje do wyścigów i od razu wpada w ucho. Racer 2 to naprawdę dobra pozycja z zacięciem na bardzo dobrą i po prostu trzeba by w nią dłużej pograć, aby w pełni ocenić.

Painium Disaster – pionowy i kolorowy do bólu shmup (Falcon)

Kolejna produkcja będąca tytułem na wyłączność dla Atari Falcona, którą ujrzałem to pionowa strzelanina stateczkiem – Painium Disaster z 1997 roku. Na początku ucieszyłem się, gdyż shmupy to także jeden z moich ulubionych gatunków i spodobała mi się całkiem wysoka rozdzielczość grafiki. Jednakże ludzi odpowiedzialnych za kolorystykę tego produktu powinno się wysłać karnie na galery! Zresztą popatrzcie tylko na zrzut ekranu, ta gra jest wręcz przekolorowana, zaś barwy jakie zostały tutaj użyte mają niesamowicie pstrokaty odcień. Trzeba naprawdę wpatrywać się w monitor aby odróżnić wroga od tła, czy nawet znaleźć swój statek. Jeszcze rozumiem jakby krajobraz lub wszelkie obiekty, które tu występują były szczytem designu i artyzmu, zaś sama grywalność wznosiła się na wyżyny – ale niestety tak nie jest. Zaryzykuję stwierdzenie, że stare, ale jare Wings of Death i jego kontynuacja Lethal Excess na Atari ST są zdecydowanie lepsze w każdym z tych aspektów. Lubię klimaty psychodeliczne, ale czytelność w shmup’ach jest równie ważna, co dobra grafika. Autorom Painium Disaster na pewno jednak udała się nazwa! Bolesna katastrofa dla gracza…

Llama Zap – jajcarski klon Defendera z bardzo dobrą grafiką.

Na szczęście kolejna strzelanina, tym razem horyzontalna wariacja na temat Defendera, będące pewnie oficjalną (lub nie?) kontynuacją kultowego w pewnych kręgach Attack of the Mutant Camels wynagrodziła mi męki związane z poprzednikiem. Llama Zap jest także bardzo kolorowa, lecz już w ramach zdrowego rozsądku, zaś nasz duży statek płynnie porusza się po scrollowanym w obie strony ekranie, z ciekawym efektem parallaxy w tle. Naszym celem jest eksterminacja wszystkich wrogów na planszy, którzy to przyjmują różne formy. Od małych samolotów do szybkiego spopielenia, po wielkie kroczące wielbłądy czy inne plujące śliną lamy. Podobnie do Ataku Zmutowanych Wielbłądów grę cechuje zwichrowane poczucie humoru, co czyni ją całkiem ciekawą jazdą bez dodatkowych używek. A z nimi? Nie będę ryzykował! Ze screenów, znalezionych w sieci wnioskuje, że oprócz planszy startowej w dżungli zwiedzimy jeszcze etapy kosmiczne, nad księżycowym zbiornikiem wodnym czy w planetarnych jaskiniach. Sama wymiana ognia z przeciwnikami mogłaby być dynamiczniejsza, ale i tak chętnie pograłbym w Llama Zap.

Ogólnie cieszę się, że zobaczyłem Atari Falcon w akcji, z tego co się orientuje nikt specjalnie dla gier tej maszyny nie kupował, miała pewnie wiele innych ciekawszych zastosowań. Strzelam – tworzenie muzyki albo skład DTP, Calamus? Sami developerzy nie rozpieszczali sokolników dostarczając im znikome ilości rozrywkowego softu wykorzystującego w pełni możliwości ich zabawek.


AMSTRAD / SCHNEIDER CPC

Stanowisko STOOPI’ego i jego Amstrad Schneider CPC6128. Solidna i przemyślana konstrukcja. Chciałbym!

Amstrady, pod względem wyglądu i projektu całej konstrukcji zawsze uważałem za najbardziej solidne i eleganckie spośród całej gamy komputerów 8-bitowych. Były, jakby to powiedzieć najbardziej szlacheckie, zaś ciemne kolory w jakich przeważnie występowały dodawały im tylko szyku. Fakt, że w młodości nigdy z żadnym nie obcowałem, widziałem tylko na obrazkach w Bajtku czy internecie, dodawał całej sprawie pikanterii i traktowałem te mikrokomputery wręcz jako egzotyki! Pamiętacie jak na relacji z SACP napisałem, że widziałem takiego jednego, lecz z braku czasu nie miałem możliwości wziąć go w swoje łapska? Teraz nadrobiłem te zaległości dzięki Stoopi’emu – właścicielowi cudeńka z obrazka. Z dużą dozą cierpliwości prezentował mi nowe (i nie tylko) gry na Amstrada i myślę, że był zadowolony z mojego zachwytu. Co chwilę wgrywał mi nowe programy i wołał do swojego stanowiska. Super facet i zaskoczenie – amigowiec. Biesiadujmy!

Baba’s Palace (Amstrad) – platformer połączony z Sokobanem. Trzeba się nagłówkować!

Stoopi zaatakował mnie z grubej rury! Baba’s Palace to nie dość, że gra na wyłączność dla CPC to jeszcze absolutna nowość z jesieni 2017 roku. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że świetnie wygląda, zaś widok z boku zmylił mnie zupełnie i byłem pewien, że to gra platformowa. Zresztą popatrzcie na filmik, postać wyglądająca niczym mnich z Klasztoru Shaolin, do tego groźnie wyglądające paskudniki! Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest to jakby platformowy Sokoban! Hmm, takiego połączenia jeszcze nie widziałem. Gospodarz musiał wytłumaczyć mi najpierw zasady, gdyż byłem nieco zagubiony. Nasz bohater wcale nie potrafi skakać, na szczęście wspina się po drabinach i jest na tyle silny aby przesuwać bloki skalne. „Przeciwników” widocznych na ekranie, musimy zebrać wszystkich, aby otworzyło nam się przejście do kolejnego jednoekranowego etapu. Możemy jednak tego dokonać tylko przechodząc przez nich będąc na tym samym poziomie. Kiedy na wroga spadniemy to po prostu chodzimy po nim. Często i gęsto musimy planować nasze ruchy, układać ze skał wieże zrzucając je z wyższych platform, aby dostać się do niedostępnych miejsc lub zasłaniać nimi zdradliwe dziury. Najpierw trzeba poznać mechanikę gry, a później sporo wygimnastykować swój mózg! Ta bardzo fajna łamigłówka ubarwiona jest przepiękną grafiką i powodującą mimowolne nucenie muzyką. Skomplikowany przebój mający 100 etapów!

SwitchBlade (Amstrad) – bardzo porządna konwersja.

SwitchBlade (1992) – ta dobra, ale nie wybitna gra od Gremlinów – komnatowa naparzanka w klimatach postapo – była mi już wcześniej bardzo dobrze znana. Obydwie części tej gry ogrywałem wcześniej na Amidze i szczerze to preferowałem sequel. W pierwowzorze zawsze irytowała mnie dziwnie rozwiązana walka – ciosy jakie zadaje nasz rambopodobny wojownik zależne są od długości przytrzymywania przycisku ataku. Krótkie naciśnięcie – cios pięścią, dłuższe – silna podcinka, najdłuższe – mocarny kopniak. Zaskoczony jednak byłem jakością tej wersji! Wrażenie robiła grafika, jakby w podwyższonej rozdzielczości przypominająca nawet amigową. Szkoda trochę, że sama kolorystyka gry jest uboga, ale to nie wina Amstrada – po prostu SwitchBlad’y taką już mają… Jeżeli polubicie jej mechanikę będziecie się dobrze bawić, ja doceniam jakość konwersji.

Magica (Amstrad) – Bubble Bobble spotyka czary mary!

Po powiewie klasyki znowu rzucono mi na żer smakowitą nowość! Magica (2016) – prawdopodobnie kolejny amstradowy exclusive to bardzo rozrywkowa i wciągająca pozycja. Zasady rozgrywki zostały żywcem wyjęte z takiego klasyka jak Bubble Bobble i wpasowane w atmosferę czarów, magii i baśniowego fantasy. To mi się podoba! Nasza czarodziejka za pomocą swojej magicznej różdżki musi pokonać wszystkie złośliwe stwory na planszy, żeby uzyskać dostęp do kolejnej. Wystrzelony czar tylko ogłusza monstra, zaś my musimy dodatkowo strącić je wszystkie z planszy dotykając ich kiedy nasz czar jeszcze działa. Likwidacji zaczarowanych stworów możemy dokonywać grupowo dostając za to różne przedmioty i bonusy punktowe. Przeciwników jest całe multum: gnomy, diabły, zasłaniający się tarczą rycerze czy latające wróżki. Oprawa video jest bardzo czytelna i pomimo, że wszystko jest malutkie widać dbałość o szczegóły. Przygrywają tu także słodkie, krótkie muzyczki w sam raz dla dzieciaków. Nasza heroina także bardzo zgrabnie reaguje na wychylenia joysticka. Oj, grałbym w te magiczne czary mary, szczególnie w kooperacji!

R-Type 128K Remake – jest gruuuubo! Grafika, kolory, muzyka – najlepsza wersja na 8 bitów.

Na koniec zostawiłem marzenie wszelkich pilotów gwiezdnych myśliwców czyli odświeżoną wersję mega klasyki. R-Type 128K Remake wydany w 2012 roku posyła niszczycielską wiązkę plazmy we wszystkie inne 8-bitowe wersje tego zasłużonego dla gatunku hitu! Co ja będę pisał, tylko popatrzcie na zamieszczony filmik. Gra w stosunku do pierwotnej amstradowej wersji z poczwarki przeobraziła się w motyla. Doszły soczyste kolory, świetna ścieżka dźwiękowa i dużo większa dynamika. Poziom trudności wersji automatowej także został zachowany, więc nie pamiętając rozmieszczenia wrogich eskadr i bez treningu – ginąłem szybko. Za szybko, ale z uśmiechem na ustach. No, nie obyło się bez wad – minimalnie poprawiłbym tutaj scrolling, ale chyba twórcy i tak wycisnęli tutaj wszelkie sprzętowe soki niczym gąbkę. Brawo!

Rod-Land (Amstrad) – ładna, ale powolna konwersja.

Na koniec zerknąłem jeszcze na dwie bardzo dobrze kojarzone przeze mnie gry z innych platform. Świetny baśniowy platformer Rod-Land, którego kapitalną wersję ogrywałem jako nastolatek na Amidze oraz logiczno-zręcznościowy Salomon’s Key, przy którym spędziłem dużo czasu na Commodore 64. Więc miałem tutaj dobre rozeznanie. Rod-Land w wersji na CPC w bezruchu wygląda fantastycznie i kolorowo, jednakże kiedy zaczniemy grać wszystko odbywa się jakby w zwolnionym tempie. Czyżby brakowało mocy na udźwignięcie takiej grafiki? Pewnie użytkownicy Amstrada są zadowoleni z tej wersji i trzeba docenić, że to tylko 8-bit. Jednakże ja jestem spaczony tutaj wspaniałą edycją na Przyjaciółkę. Jeżeli ktoś nie zna – zachęcam do zabawy, szczególnie dla dwóch graczy. W przypadku Salomon’s Key nie znalazłem żadnych uchybień, fachowa wersja pomysłowej gry platformowej, gdzie nasz czarodziej magią przywołuje i dezintegruje bloki skalne próbując ominąć pułapki, krwiożercze bestie i dostać się do wyjścia. Gra od znanej mi wersji różniła się tylko odmienną paletą barw. Kurczę, muszę przypomnieć sobie tą wymagającą pozycję!

Retronizacja 2018 relacja

Żeby nie było, że wszystko wymyśliłem! RETROnizacja z boku. Integracja pokoleń – piękne!

Na tym zakończyła się moja przygoda z Amstradem i jakie mam wrażenia? Jak najbardziej pozytywne! Wspomniałem wcześniej, że z wyglądu to dla mnie arystokrata wśród prekursorów domowej komputeryzacji, zaś zaprezentowane mi gry wywołały u mnie chorobę zdiagnozowaną przez lekarza jako amstradówkę… Na moje oko rozdzielczość grafiki w tym zacnym sprzęcie jest minimalnie wyższa od innych 8-bitowców (niech mnie poprawią specjaliści jeśli się mylę) i przynajmniej nowe tytuły – wywodzące się głównie z Hiszpanii i Włoch, gdzie była duża baza użytkowników tego sprzętu – wywołują u mnie duży efekt pożądania. Wiem, że jest tu także masa gier zakorzenionych w spectrumowej stylistyce, z minimalistyczną paletą barw i mało płynnym przesuwem ekranu – co nie każdemu może odpowiadać. Pod względem muzyki i dźwięków maszynka także nie odbiega od małobitowych standardów, chociaż moje uszy zbytnio przyzwyczaiły się do POKEY’a czy SID’a. Krótko – super sprzęcik i bardzo chciałbym Amstrada, szczególnie w wersji 6128, ale na niego potrzeba zapewne banknotów tyle co w Monopolu…. Chyba, czas zacząć robić miejsce w kolekcji i sprzedać jakiś nieużywany „złom”. Napalonym!

Inne artykuły:

Nora | 8-bitowe HITY #2 Witam wszystkich retro maniaków po dłuższej lub krótszej przerwie (nie wiem jak to Naczelny wrzuca…) (jak poprawię wszystkie Twoje błędy - Nacz.Os. Re...
Akta retronagazie.eu | Szybcy się wściekli Konkursowe akta nadjechały z impetem, choć nieco spóźnione (korki były). Część z Was pewnie pamięta mini konkurs z okazji 2 urodzin RnG, dotyczył ymy...
Recenzja | Galerians Adin, dwa, tri, czetyrie. Kolejne, niby bezładnie ułożone literki układają się w słowa. Słowa w ciąg wyrazów tworząc zdania i nadając im konkretny sen...
O RetroBorsuk 68 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.