Gramy Na Gazie | Star Raiders II / The Last Starfighter – Video (recenzja, przejście gry, ciekawostki)

Star Raiders II - gramynagazieKosmos. Ostatnia granica. Załoga statku Gwiazda Wolności podąża z misją wojskową. Poznaje nowe, obce światy i cywilizacje. Śmiało zmierza tam, dokąd nie dotarł żaden człowiek*… Tym razem bohaterowie kolejnego odcinka Gramy Na Gazie wyruszają aż do galaktyki Celos IV na wojnę z okrutnym Imperium Zylonów, którzy podstępnie zaatakowali tamtejszą Atariańską Gwiezdną Federację. Pewnie macie już dość ich podniebnych przygód… Nie odpuszczajcie! W najnowszym odcinku naszego wspaniałego cyklu video przedstawimy grę (a raczej dwie jej wersje), która w momencie premiery zawstydzała i zachwycała jednocześnie. Dzisiaj przed wami – Star Raiders II (aka The Last StarFighter). Zawstydzała wszystkie gry ze świata Gwiezdnych Wojen razem wzięte i inne symulatoro-strzelaniny kosmiczne z tamtego okresu oraz zapewne ich twórców. Wyglądała przy nich niczym Sokół Millenium przy radzieckim Łajkolocie… Zachwycała zaś nas – wszystkich ówczesnych graczy! Bez kitu. Dzisiaj przedstawiamy naprawdę jedną z najlepszych gier w historii Atari XL/XE (spokojnie miłośnicy innych kompów – została wydana na wiele systemów). Nie bujamy! No, może troszkę pobujamy w trakcie brawurowego lotu naszym wielkim kosmicznym frachtowcem o nazwie Liberty Star lub w momencie skoków tego giganta w nad-przestrzeń. A może ktoś inny niż Larek i Borsuk steruje tym kolosalnym statkiem?

Rozpoczynamy naszą space operę! Dla lepszego klimatu proszę o wciśnięcie przycisku PLAY.

Craig Safan – The Last Starfighter – Muzyka z filmu.

GWIAZDA WOLNOŚCI!

(czyli W MAJTKACH NA RATUNEK GALAKTYCE…)

Chris Foss – budowa Gwiazdy Wolności ukończona.

– Mogę przeszkodzić Jego Światłości?! Melduję, że ukończono budowę Gwiazdy Wolności! Nasza najnowocześniejsza gwiezdna fregata, najlepszy kosmiczny myśliwiec, bombowiec i niszczyciel w jednym – zostanie jutro oddana do przeglądu Gwiezdnemu Nadzorcy. Wstępna diagnoza naszych najznamienitszych techników wskazuje gotowość bojową w 100% i brak jakichkolwiek uszkodzeń, ani odchyłów od technicznego projektu! – Dziękuje Atariański Generale, możecie spocząć, może drinka? – Nie, Wasza Cesarska Światłości, jestem na służbie. – Czyli jak mniemam, budowę zakończyliśmy przed czasem i jesteśmy gotowi na ewentualny atak tych paskudnych Zylonów z galaktyki Procyon? Generale czy myślicie, że ten wielki krążownik odeprze skomasowaną agresję wroga, która najprawdopodobniej zostanie skierowana na wszystkie planety naszego układu słonecznego? Poradzi sobie z szybkimi i zwinnymi jak muchy zylońskimi myśliwcami, dobrze opancerzonymi niszczycielami czy generalskimi behemotami? Czy nasz frachtowiec będzie wystarczająco szybki aby przeprowadzić bombardujący kontratak macierzystych planet tej spaczonej i przebrzydłej rasy? Ponoć uruchomili na nich produkcję wojennej armady na szeroką skalę, a my większość środków finansowych, praktycznie całe bogactwo Atariańskiej Federacji i Cesarstwa zainwestowaliśmy tylko w niego?! Przyznaje, że jego rozmiary i technologia jaka została w nim użyta robią wrażenie, ale rozumiesz moje obawy? Czy Gwiazda Wolności zapewni bezpieczeństwo naszej galaktyce i jednocześnie zniszczy wroga?

Chris Foss – Myśliwce Zylonów.

– Ależ Drogi Cesarzu, jestem o tym przekonany! Wyposażyliśmy ją w napęd hiperprzestrzenny, dzięki czemu pomimo swoich gargantuicznych rozmiarów może wykonywać natychmiastowe skoki do każdego zakątka naszej galaktyki. Trzy rodzaje uzbrojenia: pulsacyjne działa laserowe, torpedy jonowe oraz wielogłowicowa wyrzutnia jądrowa zapewnią nam przewagę nad każdym zylońskim przeciwnikiem i nie tylko! Do tego wszystkiego posiada najnowocześniejszy system obronny oparty na barierach plazmowych oraz wielki silnik fotonowy, który może bezpośrednio ładować paliwem na każdej aktywnej gwieździe. W rękach odpowiedniego pilota to prawdziwa maszyna zagłady Wasza Cesarska Światłości! – Miło, mi to słyszeć, Generale! Naprawdę zasłużyłeś na drinka nadzorując budowę tego wspaniałego projektu! Może ziemskiej wódeczki? Polecam! O, jaka mocna… Jestem z ciebie dumny! Jestem dumny z was wszystkich… – A przekonała mnie jednak Wasza Cesarska Mości, gdyż na trzeźwo tego nie powiem… No, teraz to się odważę… Chciałbym zaznaczyć, że mamy jeden, dosyć duży problem. Jakby to ująć, hmm, brakuje nam, cholewcia, pilota! – Że co, do skarlałej gwiazdy?! A nasi najlepsi aeronauci ultrafioletowych szlaków?! – Niestety, Cesarzu, sprawdzaliśmy na symulatorze w cyberprzestrzeni wszystkich najbardziej zasłużonych pilotów w całej flocie, zarówno z wojsk powietrznych jak i sił galaktycznych i dupa blada. Także sławnych najemników, kosmicznych piratów i… Nikt, cholewcia, nie potrafi pilotować tego bydlęcia! Wszyscy wykładają się już na starcie… Zbyt dużą kobyłę chyba zbudowaliśmy Wasza Światłości… – Na czarną dziurę!!! Ty mi nie mów takich rzeczy Generale, bo do inwazji tylko miesiąc pozostał! I kto nas obroni? – Zapraszam Waszmość na pokład Gwiazdy Wolności, w jej przepastnych archiwach mam dane o najznamienitszych pilotach spoza naszej galaktyki. – Spoza? Mówisz poważnie? Chcesz powierzyć naszą najlepszą, największą i najtajniejszą broń w ręce kogoś z innej rasy? A co jeśli będzie szpiegiem? Uprowadzi nasze cacuszko? Przehandluje komuś, gdzieś na rubieżach kosmosu? – Dlatego, wybór tego gagatka, pozostawiam własnie Jego Cesarskości…

Chris Foss – Gwiezdną fregatę budowały wielkie roboty…

– Nie, nie i jeszcze raz nie! Drogi Generale, dotychczasowi kandydaci mi się nie podobają. Następnych pokaż! O, tych dwóch! Przystojniak i małpolud?! Kto to? – Moi faworyci, Wasza Cesarska Światłości. Najprawdopodobniej najlepszy pilot we wszechświecie, najemnik i zawadiaka Han Solo oraz jego przyjaciel Chewbacca. Tani nie będą… – Zaraz, zaraz. A ten małpolud cały taki owłosiony?! – No, w nosie nie ma… – Co ma w nosie? – W nosie nie ma! Włosów! – No, zobacz. Wszędzie kudły, a w nosie brak. Fajnie, też bym tak chciał. Znaczy w nosie nie mieć, bo muszę sobie trymerem ten tego. No wiesz, starość… Kurcze, a jak on tu będzie hasał po pokładzie to wszędzie będą walać się jego kłaki?! Pewnie się leni kocmołuch jeden… – No, niestety Wasza Cesarskość. Odważny i pracowity, ale się leni. – Wiesz dobrze Generale, że nie znoszę obcego włosia na pokładzie! Następni, ale może najpierw jeszcze kolejeczkę machniemy? – Z przyjemnością, przecież Waszmości nie odmówię, uff, cholewcia, mocno kopie! O może Ci dwaj, Wasza Światłości: Komandor Larek i Kapitan Borsuk. Ziemianie. Jeden spokojny, dokładny, precyzyjny. Drugi zaś brawurowy trochę, ale szybki w działaniu. Razem stanowią śmiertelny tandem! – No, nie powiem, pasowaliby. Tylko zaraz, zaraz! Ile oni mają razem lat? Pewnie z dziewięćdziesiąt! Co ty mi tu pilotów tetryków przedstawiasz?! Zawału serca pewnikiem dostaną z przeciążenia. Następnego kandydata dawaj. Ooo, a ten łysy? – To Kapitan Kirk, Wasza Dostojności, prawdziwy weteran podroży międzygwiezdnych… – Przecież widzę, że weteran, tak długo latał, aż wyłysiał! Przeca on jeden starszy od tamtych dwóch razem wziętych! Jaja sobie robisz kochany Generale? Następny. Czemu tego pomijasz? Cofnij mi to zdjęcie natychmiast! – Przepraszam, Wasza Cesarska Światłości, ten trochę, jakby to powiedzieć, nieobliczalny… – Co on tam robi na tym zdjęciu, powiększ?! Odlewa się na wysypisku latających spodków? – To nie jest wysypisko, Wasza Dostojności… – Wysypisko, czy cmentarzysko, przecież widzę setki wraków podniebnych talerzy, zwał jak zwał… – Wasza Cesarskość, on ich wszystkich przed chwilą zestrzelił! – Że co?! – No, dosłownie, tak donoszą nasi najlepsi szpiedzy. Chwilę przed oddaniem moczu na to UFO, zestrzelił takich dokładnie 164! – No co ty gadasz, Generale?! Takiego kozaka mi na końcu przedstawiasz?! – Narwany trochę, Wasza Wyniosłości i nie wiem czy latał gwiezdnymi krążownikami. Chociaż legenda niesie, że nawet toaletę potrafiłby pilotować w przestworzach… – Podoba mi się, dobrze tłucze talerze! Bierzemy go! Jak się zwie? – Prawdziwego jego imienia nikt nie zna, nazywają go Pilotem Czasu, a kiedyś zwali go Ostatnim Pilotem na Ziemi…

Alexander Tomlinson – kolejne trofeum Ostatniego Pilota Na Ziemi.

Obniżał własnie pułap lotu i szykował się do bardzo ekscytującego lądowania. Miał wyćwiczony do perfekcji ten manewr, jednakże za każdym razem kiedy go wykonywał podniecał się, jakby był to jego pierwszy raz. On, Pilot Czasu, zwany kiedyś Ostatnim Pilotem Na Ziemi zapikował pomiędzy dwoma wielkimi, wręcz majestatycznymi wzgórzami utrzymując maksymalny ciąg. Z całym impetem zaatakował korytarz powietrzny pomiędzy nimi, wyhamował i na sam koniec… wysunął delikatnie język. Chwycił ją obiema dłońmi za jej wspaniałe, kształtne i jędrne piersi, które uznawał za wzorcowe na całej Drodze Mlecznej. Ugniatał i ściskał najpiękniejsze bimbały wszechświata całując i liżąc przestrzeń pomiędzy nimi, by za chwilę ponownie wystartować swoimi ustami do sterczących sutków. Wibrował je intensywnie językiem i delikatnie przygryzał, dokładnie tak jak tego pragnęła. Uwielbiał widok, kiedy odginała głowę do tyłu i jej złote loki spływały po aksamitnych, delikatnych ramionach. Czubkami palców smyrał antenki, w które rozkosz zmieniła jej sutki, i nie przestając całować jej brzucha ciągle obniżał pułap swojego lotu, aż do doliny, gdzie zamierzał wylądować. Nagle JEBUDU! – Czyżbym już doszedł? – pomyślał z przerażeniem, kiedy nagle z portalu czasoprzestrzennego pod sufitem wyskoczyła para kosmitów i popsuła mu grę wstępną! Jedną ręką podciągnął opuszczone do kolan majtki, zaś drugą chwycił za magnum skrywane na nocnej szafce. Jego piękna nimfa, z przerażającym krzykiem uciekła do łazienki. Popatrzył tylko z uśmiechem na jej znikające za rogiem kształtne pośladki, wycelował spluwę w przybyszów i bez namysłu nacisnął spust! 

Boris Vallejo – ukochana naszego herosa piękna niczym Barbarella.

Brak JEBUDU?! – Ktoś zatrzymał czas, czy pieprzona telekineza? – pomyślał kiedy kula miękko i bezdźwięcznie spadła na fioletową pościel jego miłosnego łoża…. – Chwilunia, panie debeściak pilot! My tu w interesach! – zagaiły go dwa wysokie, około dwumetrowe, humanoidalne i podobne do gadów stwory. – Słucham?! – zapytał ze złością – i co to za zwyczaje, kurna drzwi nie macie?! W nocy mi się tu przez sufit wpieprzacie?! Na dodatek w sam środek igraszek z moją ukochaną? Dołączyć, żeście się chcieli czy co?! Łby zaraz odstrzelę! – rzucił ostro wkurwiony, jednak nie wystrzelił ponownie, gdyż rozpoznał w nich przedstawicieli Atariańskiej Gwiezdnej Federacji z oddalonej o miliony lat świetlnych galaktyki hipersłońca – Celosa IV. Bardzo bogata, antyczna rasa uznanych we wszechświecie kreatorów najlepszych kosmicznych wehikułów. Nie odłożył jednak broni, gdyż wyczuł od swoich gości znajomą woń alkoholu. – Nie wierzę… – pomyślał, kiedy udało mu się ją rozpoznać. – Polska wódka! Skąd oni ja dorwali na tym swoim zadupiu?! Widocznie, bajecznie bogate sukinkoty, pewnie jakieś ichnie szychy… – Dobra, teraz macie moją uwagę! – rzucił przez zęby. – Potrzebujemy pilota. Najlepszego z najlepszych, A pan, ponoć takim jest, Panie Pilocie Czasu? Zgadza się? Dobrze trafiliśmy? – zapytał, ten wyższy, jakby z koroną na głowie. – Zgadza się. Misja? Cele? Pojazd? Wynagrodzenie?! – zapytał ostro – Chcę je usłyszeć zanim odłożę gnata! – Obrona naszej galaktyki, zniszczenie Zylonów, największy gwiezdny krążownik we wszechświecie Gwiazda Wolności i milion gobloidów – wyrecytował naprędce spocony Cesarz, a ten ubrany jak Generał złapał się za głowę… – Najwidoczniej milion gobloidów to u nich gruuuuba kasa! – pomyślał i zapytał – Ile to będzie w ziemskich kredytach? – Po dzisiejszym kursie, około miliard – rzucił jeden z nich załamanym głosem. – Połowa tego co pozostało w skarbcu… – Biorę! – wolał szybko zaklepać taką fuchę, pomimo, że ci dwaj wyglądali dla niego trochę jak jacyś przebierańcy… Opuścił broń, ale pozostał czujny, na wszelki wypadek. – Jeżeli to co mówią to prawda – jestem ustawiony do końca życia – uśmiechnął się do siebie w myślach.

Przedstawiciele Atariańskiej Gwiezdnej Federacji (kadr z filmu The Last Starfighter).

Kiedy podali sobie dłonie celem zaakceptowania umowy… nastąpiło ponowne JEBUDU! Tym razem prosto z portalu, którym przybyli goście. – Uwaga, uwaga – rozległ się żeński, mechaniczny głos – Flota Zylonów zaatakowała nasz układ planetarny. Szwadrony wroga zmierzają do wszystkich planet wokół Celosa IV! Wskazany natychmiastowy powrót na pokład statku! – To Anstazja! Komputer pokładowy Gwiazdy Wolności – wyjaśnił zaskoczony Generał. – Czyżby Zylonowie przyspieszyli atak? – zapytał zdruzgotany Cesarz. – Najwidoczniej! Cholewcia, nie mamy czasu! Inwazja rozpoczęta! Pilocie jesteś z nami? – Raz kozie śmierć – pomyślał i chwycił ich mocno pod pachy, jednak coś sobie przypomniał – Zaczekajcie, może ubiorę chociaż mundur… Nie zdążył jednak dokończyć, kiedy portal wciągnął ich całą trójkę wgłąb siebie i wypluł na mostku kapitańskim największej gwiezdnej fregaty jaką kiedykolwiek widział… – Nie ma czasu, dzielimy role – wykrzyczał do gadów zbierając się z podłogi. – Ja dowodzę, steruję, atakuję. Wy wykonujecie wszystkie moje rozkazy! Najpierw instrukcja obsługi, oczywiście w wersji uproszczonej na ekran monitora. Pędem! Tylko nie po gadziemu, po angielsku, albo najlepiej po polsku, będzie szybciej! – Po polsku? – zapytali wybałuszając oczyska. – Polską wódę chlejecie, a polskiego nie znacie?! Ja pierniczę… – Anastazja, poszukaj polskiego w bazie galaktycznych języków i konwertuj na niego podstawy sterowania! – zagrzmiał ostro Generał. – Dzięki, mam! – Ostatni Pilot Na Ziemi skupił się na centralnym monitorze – dajcie mi chwilkę na zapoznanie…

Chris Foss – Zylońskie behemoty. Atak wroga rozpoczęty!

– Tutaj wajcha do sterowania, tu włączanie silników, wytracanie pędu, wolant dział pokładowych wyposażony w spusty… Bla, bla, bla, nieważne…. Obsługa tarcz obronnych przy tamtym pulpicie i przy nim przycisk do skoku w nadprzestrzeń, zaś zmiana uzbrojenia przy przeciwległej konsolecie. Co za dureń to projektował?! Sam nie dam rady wszystkim sterować! – rzucił zdenerwowany Pilot do swoich łuskowych towarzyszy. – Cesarzu, obsługujesz bariery plazmowe i hipernapęd. Zająć miejsce! Generale, ty uzupełniasz amunicję i zmieniasz dostępne uzbrojenie. W try miga do swojego pulpitu! – wykrzyczał do nich głosem nie pozostawiającym miejsca na sprzeciw. – Ooo, wreszcie znalazłem – rzucił do siebie zadowolony – Silniki startowe! Maksymalny ciąg i cała naprzód chłopaki! Lubicie Zylonów? Wy pewnie nie, ja zaś w sumie nawet ich nie znam… Wystarczy mi jednak, że ich niszczyciele mają kształt latających spodków… Patrzyli na niego z podziwem w oczach i przerażeniem jednocześnie. Hop, siup, bez treningu wystartował sobie Gwiazdą Wolności! Tak zwyczajnie, po prostu jakby robił to na co dzień… To nic, że dopiero co pojawił się na jej pokładzie i pierwszy raz trzymał w rękach jej ster… Zaśmiali się głośno, swoim gardłowym chichotem – A nie mówiłem, że najlepszy?! – krzyknął do Generała dumny z siebie Cesarz. – Wasza Cesarska Światłość nigdy się, cholewcia, nie myli! – odparł naprawdę uradowany Generał. – W co ja się do cholery znowu wplątałem?! – pomyślał przez chwilę Ostatni Pilot Na Ziemi, jednak gdzieś w duszy ucieszył się na nową przygodę. Możliwe, że największą z dotychczasowych… Kiedy zobaczył swoje odbicie w olbrzymiej, przedniej szybie kokpitu, zaśmiał się głośno – Tego jeszcze nie grali… W samych majtkach na ratunek galaktyce!

Chris Foss – Udało się! Gwiazda Wolności startuje do boju!

Nasz główny bohater wie jak się wkręcić na każdą kosmiczną rozpierduchę! On pewnie jest zadowolony, ale czy jego ukochana? Bidulka pewnie skarży się koleżankom, że znowu poleciał w kosmos ścigać się ze swoimi kumplami najnowocześniejszymi kosmicznymi brykami. Wiecie, jak to już jest z tymi chłopami… Jedni spędzają czas grając w jakieś popierdółkowate retro gry, inni kochają obwód swojego bicepsa oraz wypasione BMW, zaś prawdziwi herosi szpanują na dzielni najnowszym międzygalaktycznym frachtowcem. Grunt, że każdy ma jakieś hobby, bez którego życie byłoby dosyć nudne. No, na nudę na pewno nie narzeka Ostatni Pilot Na Ziemi i co rusz wpada nam w jakieś tarapaty! Mam nadzieję, że wyjdzie z tego cało oraz, że nie zanudziłem was tym dosyć długim prologiem, który w znacznym stopniu przybliża wam wojenny konflikt jaki ma miejsce w Star Raiders II. Całą historyjkę tradycyjnie ubarwiłem grafikami sławnych artystów, szeroko pojętego science fiction, z naciskiem na mojego faworyta Chrisa Fossa, któremu ostatnio zgotowaliście bardzo ciepłe przyjęcie. Oczywiście dopasowałem ich dzieła do przedstawionej opowiastki. Zanim przejdziemy do gwoździa programu – czyli seansu ostatniego odcinka Gramy Na Gazie, tradycyjnie wyliczanka, czyli:


ZZA KULIS + CIEKAWOSTKI

Jeszcze wincyj sprzętu profesorek przytargał! Na TV Star Raiders II.

WIELCY MIŁOŚNICY. Musicie wiedzieć, że zarówno Larek jak i ja jesteśmy wielkimi miłośnikami science-fiction oraz przedstawianej w dzisiejszym odcinku naszego programu gry – czyli Star Raiders II. Dorwaliśmy ją w swoje młodzieńcze łapska jeszcze pod tytułem The Last Starfighter w latach 80-tych poprzedniego stulecia. Teraz może wydawać się wam to wszystko mocno zagmatwane, ale nie martwcie się – postaram się w trakcie tego wpisu wyjaśnić wszystkie zawiłości i dlaczego ogrywamy na filmie dwie, praktycznie identyczne kosmiczne strzelaniny pod innymi tytułami. Liczę także na wsparcie w komentarzach przyjaciół Atarowców, którzy pewnie podobnie do nas zarwali dla tej wybitnej produkcji niejedną nockę. Zobaczycie także na filmie, jak mój druh, skubany, chwali się oryginałem Star Raiders II, który posiada na kartridżu w oryginalnym kartoniku, którego nie naruszył upływ czasu. Świetny egzemplarz kolekcjonerski!

NOWY KONWERTER I GRABBER. Zapewne pamiętacie także, iż w trakcie naszego ostatniego Turnieju, który prezentowaliśmy wam w Gramy na Gazie, awarii uległ sprzęt odpowiadający za zapis naszych małoatarowskich rozgrywek – czyli grabber video. Chcąc uniknąć takich niedogodności w przyszłości, mój towarzysz w bojach i reżyser w jednej osobie – Profesor Larek postanowił sprowadzić z kraju kwitnącej wiśni czyli Japonii jego zastępce. Jego najnowsze cacuszko o nazwie bodajże Framemeister to prawdziwy majster! Zachwalał mi oczywiście jego możliwości, pokazywał ile rodzajów wejść video obsługuje i jeżeli będziecie chętni to pewnie z przyjemnością przygotowałby jego recenzję na swoim youtubowym kanale. Od siebie dodam, że sprzęt spisał się rewelacyjnie, obraz z naszego Atari XEGS poprzez to ustrojstwo wyglądał na wielgachnym LCD-ku niczym w Full HD! Normalnie AtariStation 4! No, może trochę przesadzam, ale tylko trochę. Z całego serca polecam ten świetny kawałek sprzętu, który możecie podziwiać na zdjęciu poniżej. Dodam na koniec, że bardzo podobał mi się pilot do tego urządzenia – wszystko w krzaczkach…

Nowy przyjaciel Larka – konwerter video prosto z Japonii. Ponoć niezły kozak!

DWIE GRY? Przejdźmy jednak do wyjaśnienia całego galimatiasu z podwójnym nazewnictwem ogrywanych przez nas gier. Dla purystów trzeba zaznaczyć, że na pierwszy rzut oka obie produkcje wyglądają identycznie, jednakże są w nich obecne znaczne różnice w samej rozgrywce, sterowaniu, nazewnictwie – o wszystkim przeczytacie w recenzji poniżej. Wróćmy jednak do przyczyny dlaczego tak się stało? Do genezy. Nie jesteśmy do końca pewni, ale po przeprowadzeniu delikatnego śledztwa w temacie – wydaje nam się, że wszystko tak naprawdę zaczęło się od wydanego w 1984 roku przez Universal Studio przygodowego filmu science fiction o tytule…

OSTATNI GWIEZDNY WOJOWNIK. The Last Starfighter w reżyserii Nicka Castle’a, dzieła wyraźnie inspirowanego Gwiezdnymi Wojnami, przedstawiającego historię młodego chłopca imieniem Alex, będącego wielkim miłośnikiem gier video. Szczególnie do gustu przypadł naszemu młodzieńcowi automat arcade z grą Ostatni Gwiezdny Wojownik, w którą zagrywa się on do upadłego i marzy jednocześnie o kosmicznych podróżach czy niesamowitych przygodach. Nie zdaje sobie jednak on sprawy z faktu, że pobijając niebotycznie wyśrubowany rekord punktowy i przechodząc grę – przechodzi jednocześnie prawdziwy egzamin na Gwiezdnego Wojownika! Zdaje test, któremu poddała go Gwiezdna Liga Rylan – obcej rasy kosmitów będącej w potrzebie. Poszukują oni wybawcy, który poprowadzi ich galaktyczną flotę i najlepszy z jej statków tytułowego Starfightera do walki ze złowrogim Imperium Ko-Dan, z którymi toczą oni odwieczny konflikt zbrojny. Film jak na swoje lata był całkiem nowatorskim przedsięwzięciem, wypełnionym na szeroką skalę nowoczesnymi efektami CGI (druga taka produkcja po pamiętnym Tronie, która tak bardzo stawia na efekty komputerowe) przedstawiającymi głównie widowiskowe kosmiczne bitwy. Wszystko to podlane przyjemnym sosem kina przygodowo – familijnego, z wyraźną inspiracją naszego bohatera Lukiem Skywalkerem i zakotwiczone w zdobywających coraz większą popularność grach video było wręcz przepisem na sukces.

Główny bohater filmu w akcji na automacie arcade.

Niestety szablonowy do bólu scenariusz i efekty specjalne, które już w dniu premiery były przeterminowane w stosunku do Gwiezdnych Wojen spowodowały, że film okazał się finansowym fiaskiem. Nawet dla mnie, wielkiego miłośnika Kina Nowej Przygody i wielu filmowych przebojów z lat 80-tych nie było to dzieło wyjątkowe. Po prostu przyjemny średniak do obejrzenia i zapomnienia, któremu daleko było do hitów tamtego okresu pokroju E.T czy mojego ulubionego The Goonies. Film dzisiaj uzyskał status dzieła poniekąd kultowego i nie został zapomniany przez fanów na tyle, że wspomina się często o jego reboocie – najprawdopodobniej w postaci serialu. Jeżeli macie ochotę i znacie język angielski oraz chcielibyście wybrać się na nostalgiczną, gwiezdna przygodę – film w całości dostępny jest na youtube. Ja zapamiętałem z niego najbardziej – epicką i klimatyczną oraz wpadająca w ucho muzykę skomponowaną przez Craiga Safana, którą możecie wysłuchać jako ścieżkę dźwiękową do tego wpisu.

Plakat z filmu. Naprawdę udany.

AUTOMAT ARCADE. Możliwe, że będąca wówczas na topie firma Atari uczestniczyła w produkcji powyższego filmu od samego początku. Całkiem możliwe, że dołączyła dopiero w jej trakcie widząc potencjalny przebój i postanowiła wykorzystać swoje osiągnięcia na polu atomatów arcade – promując zarówno film jak i swoją najnowszą grę. Faktem jest jednak, że premiera kinowego „blockbuster’a” miała się zbiec jednocześnie z wprowadzeniem do salonów gier najnowszego, super nowoczesnego atarowskiego automatu. Obiecano go nawet wszystkim widzom w trakcie napisów końcowych i miał on nie odbiegać od wizji przedstawionej na dużym ekranie. Prototyp gry, zatytułowanej identycznie jak dzieło kinowe, był już nawet na ukończeniu w 75% i jak na lata powstania prezentował się wybornie! Pierwszoosobowa kosmiczna strzelanina – oparta na wyprzedzającej swoje czasy, cieniowanej grafice poligonalnej – w której to w przestrzeni kosmicznej prowadzimy zaciekłe starcia z jednostkami nieprzyjaciela prezentowała się prawie jak efekty specjalne z filmu i rozpalała wyobraźnię! Niewątpliwe byłby to wielki przebój, przykrywający czapką podobne pod względem grywalności, jednakże oparte tylko na wektorach poprzednie hity od Atari pokroju BattleZone czy Star Wars. Co jednak stanowiło problem? Miejska legenda głosi, że koszty produkcji. Ponoć jeden egzemplarz tego cudeńka kosztowałby tylko 10 000 dolców… Trochę za dużo, nawet jak na majętne wówczas Atari, więc cały projekt został skasowany i wyrzucony do kosza. Jednak nie martwcie się, możecie dzisiaj zagrać w tą grę! A wszystko dzięki firmie Rogue Synapse, która w 2006 roku odtworzyła nieukończony prototyp gry, dokończyła go i udostępniła za darmo na swojej witrynie. Jakby ktoś był chętny ściągnąć pełną wersję tego niewydanego przeboju zapraszam tutaj. Do jego uruchomienia wystarczy Windows, my zaś zaprezentujemy go w dzisiejszym odcinku Gramy Na Gazie. Żeby narobić wam jeszcze apetytu, poniżej możecie podziwiać także sam automat, który Rogue Synapse zbudowało na podstawie wersji filmowej i zachowanej dokumentacji. Teraz już w pełni sprawny i grywalny! Świetna, archeologiczna robota panowie. Popatrzcie tylko, jakie cacko miało powstać już w 1984 roku – pozamiatałby konkurencję!

Automat The Last Starfighter odbudowany po latach. Grafika robiła wrażenie!

THE LAST STARFIGHTER. Atari miało jednak ukrytego asa w rękawie! Równolegle, po cichu, pracowało nad wydaniem Ostatniego Gwiezdnego Wojownika na komputery ośmiobitowe czyli Atari XL/XE i ten projekt zakończył się wielkim sukcesem. W 1984 roku, czyli wraz z premierą filmu, powstała bardzo emocjonująca strzelanina 3D z zacięciem symulacyjnym, z widokiem z kokpitu naszego kosmicznego frachtowca. Bardzo kolorowa, płynna i dynamiczna, pełna emocjonujących podniebnych starć z myśliwcami czy niszczycielami Imperium Ko-Dan. Zawstydzająca w momencie powstania wszystkie małobitowe gry tego typu i gwarantująca graczowi zupełnie nowe, nieznane wcześniej doznania. Dodatkowo oparta na fabularnym pierwowzorze, wraz z całym nazewnictwem zaczerpniętym z filmowego uniwersum. Powiem więcej, nie czuliśmy się tutaj jakbyśmy uczestniczyli w fabule The Last Starfighter, a raczej w prawdziwych Gwiezdnych Wojnach, niech to posłuży wam za najlepszą rekomendację! No i tu chyba leży pies pogrzebany. Skoro jednak Atari dostarczyło hit, to po co wydawać go pod nazwą kinowej produkcji, która okazała się niewypałem? No właśnie! Gra była zbyt dobra, żeby kojarzoną ją z filmem Nicka Castle. Więc może wstrzymać się z premierą, albo zmienić nazwę? I tak się też stało. The Last Starfighter w wersji na Atarynę nigdy nie został oficjalnie wydany, gra została przemianowana na kontynuację bardzo dobrego i popularnego przeboju Star Raiders, zaś programiści zaprzęgnięci do wprowadzenia ulepszeń i rozbudowania rozgrywki. Na szczęście dla graczy i niefartem dla wydawcy The Last Starfighter wyciekł na piracki rynek i zdobył olbrzymią popularność! Za młodu nawet nie wiedziałem, że istnieje jej oficjalne, rozbudowane wydanie zatytułowane…

Strona tytułowa i intro The Last Starfighter nawiązują do filmu.

STAR RAIDERS II. Rok czasu zajęło twórcom wprowadzanie zmian w kodzie Ostatniego Gwiezdnego Wojownika i już w 1985 roku został on oficjalnie wydany pod nazwą Star Raiders II. Całą fabułę osadzono oczywiście we wszechświecie znanym z wydanego w 1979 roku Star Raiders, pozmieniano nazwy układów gwiezdnych, wszystkich planet, zwaśnionych stron konfliktu. Imperium Ko-Dan zastąpiono Imperium Zylonów, Gwiezdną Ligę Rylan zmieniono na Atariańską Federację. Wzbogacono sterowanie naszym statkiem, nazwanym tym razem dla niepoznaki Gwiazdą Wolności (Liberty Star) o obsługę dodatkowych funkcji z klawiatury komputera, przez co sama rozgrywka bardziej przypomina zarządzanie statkiem z poziomu jej kapitana. Wprowadzono zmiany w rozgrywce, w kosmosie pojawiły się kosmiczne stacje naprawcze i całość zyskała bardziej taktycznego sznytu. O wszystkich zmianach napiszę w recenzji w rubryce opisującej różnice pomiędzy obiema wersjami. Możecie je także zobaczyć na naszym filmiku, gdzie z Larkiem je omawiamy. Na szczęście wielka miodność gry oraz jej główne założenia rozgrywki zostały nienaruszone i od teraz wszyscy posiadacze Małego Atari mogli nacieszyć się tym wybitnym tytułem. Poprzez wprowadzone zmiany naprawdę wzrosła immersja w zarządzaniu naszym kosmicznym krążownikiem. Brawo!

Ekran startowy Star Raiders II.

KONWERSJE. Gra okazała się wielkim sukcesem i została skonwertowana na wiele popularnych w przeszłości mikrokomputerów: ZX Spectrum, Amstrad oraz Commodore 64. Nie byłbym sobą, gdybym nie przyjrzał im się bliżej i muszę powiedzieć, że trzymają one rożny poziom. Jako wzorzec, papierek lakmusowy przyjmuje tutaj najlepszą wersję na Atarynę XL/XE. Mamy w niej do czynienia z najlepiej odwzorowanymi powierzchniami planet, nad którymi latamy. Walka i przesuw ekranu są tutaj najpłynniejsze i najbardziej dynamiczne ze wszystkich edycji tego przeboju, zaś oprawa graficzna najbardziej korowa – wybuchy przeciwników cieszą zarówno oko i ucho. Oprawa dźwiękowa zdecydowanie najładniej brzmi na moim pierwszym komputerze.

Drugim w kolejności pod względem jakości jest port wydany na Amstrada, gdzie także zauważamy płynny i szybki przesuw ekranu, całkiem dobrze odzwierciedlone eksplozje i niestety, dużo brzydszy krajobraz. Gra wygląda gorzej niż pierwowzór, ale myślę, że posiadacze tego komputera mogą być z niej zadowoleni. Kokpit naszego statku jest tutaj odmiennie do wersji atarowskiej – umiejscowiony u góry ekranu, co może na początku trochę dezorientować. Irytować może także fakt, że akcja rozgrywa się tylko w małym okienku w stosunku do wielkości ekranu telewizora. O efektach dźwiękowych napomknę tylko, że brzmią gorzej od oryginału

Star Raiders II na Amstrada to porządna gra.

Zadziwiająco dobrze przedstawia się konwersja na ZX Spectrum. Oczywiście mamy tutaj typową dla tego komputerka grafikę, dosyć barwną, jednakże z występującym i nie lubianym przeze mnie mieszaniem kolorów charakterystycznym dla tego sprzętu. Podoba mi się za to szybkość rozgrywki i jej płynność oraz powierzchnie planet, szczególnie wodnej – oczywiście biorąc pod uwagę możliwości poczciwego Spektrusia. Dźwięk niestety jest już tragiczny, przynajmniej w przypadku wersji, którą miałem przyjemność ujrzeć w akcji. Konsoleta naszej kosmicznej bryki znajduje się także na górze ekranu.

Na Spectrum wyszła bardzo dobra konwersja w stosunku do mocy sprzętu.

Niestety najgorzej zrealizowano konwersję na Commodore 64. Niestety, gdyż pomimo, że jestem miłośnikiem Atari, to popularną Komodę także posiadam i darzę sympatią. HUD odwzorowany podobnie jak w oryginale i zobrazowany na dole ekranu – to jedyne wspólne cechy tych edycji. Graficy spaprali robotę i tytuł prezentuje się bardzo podobnie do wersji spectrumowej, a nawet i gorzej! Beznadziejny horyzont, koszmarne jednoklatkowe wybuchy, duża statyczność gwiazd w tle, mało dynamiczna wymiana ognia. Do tego zatrważająco mała liczba kolorów oraz pierdzące odgłosy wystrzałów lasera. Hej, Commodorka stać na więcej! Zdecydowanie najgorsza wersja Star Raiders II – nie polecam. Za wszystkimi konwersjami stoi studio Electric Dreams i wypuściło je bodajże wszystkie w roku 1987. Jeżeli miałbym oceniać wyżej wymienione porty to: wersje na ZX Spectrum i Amstrada otrzymałyby ode mnie ocenę co najmniej dobrą – żółte światło w retrometrze, a może i więcej bo podobnych gier ze świecą szukać w ich grotece. Niestety w stosunku do portu na Komodę musiałbym być bardziej krytyczny, czerwone światełko w naszej oceniaczce – oznaczające słabą grę. Naprawdę po macoszemu odwalona programistyczna chałtura, a potencjał sprzętu pozwalał tutaj oczekiwać zdecydowanie lepszych doznań.

Konwersja na Commodore 64 to niestety porażka.

PIERWSZE STAR RAIDERS. Należałoby jeszcze dla młodszych czytelników napomknąć o kultowym prekursorze wszelkich first person space shooterów / symulatorów – czyli o części pierwszej Star Raiders. Ta zaprojektowana przez Douga Neubauera bardzo rozbudowana wówczas produkcja już w 1979 roku przemierzała gwiezdne szlaki i stanowiła inspiracje dla późniejszych wybitnych przedstawicieli tego gatunku pokroju sławnego Elite, ogromnego światem Frontiera czy pamiętnej serii Wing Commander. Przez wielu znawców branży jest uznawana za jedną z największych perełek w historii elektronicznej rozrywki, a Uniwersytet Stanford umieścił ją nawet na drugim miejscu w liście 10 Najważniejszych Gier Wszechczasów! Gra była absolutnym przebojem i koniem pociągowym napędzającym sprzedaż pierwszych mikrokomputerów Atari. Po prostu rewolucyjny i rozbudowany exclusive, udanie prezentujący nie spotykaną wcześniej swobodę akcji w przestworzach – kosmiczne starcia zobrazowane z trybu pierwszosobowego z możliwością lotu w każdym kierunku z dołożonymi do tego elementami taktycznymi. Gracz dostawał do dyspozycji gwiezdną mapę z zaznaczonymi na niej flotyllami przeciwnika, czy nawet przyjacielskimi bazami, w których mógł naprawiać uszkodzenia swojego statku, uzupełniać paliwo czy amunicję. Weźcie pod uwagę antyczny wręcz dla naszej branży rok produkcji tego hitu i sami przyznacie, że wyprzedził on swoje czasy i zdefiniował nieznany nikomu wcześniej nowy gatunek gier. Zasłużenie został bardzo ciepło przyjęty przez krytykę oraz prasę branżową, a zachwytów nad nim nie było końca. Wtedy Atari naprawdę było pionierską firmą! W młodości nigdy nie zagłębiałem się w rozgrywkę tego klasyka, gdyż był on dla mnie po prostu zbyt skomplikowany. Wiecie, jako młodzian lubiłem prostsze w założeniach tytuły. Jednak wiem, że jeden z naszych czytelników, niejaki Sikor, jest wielkim wielbicielem tej produkcji i może w komentarzach przybliży nam niezapomniane wrażenia, jakich dostarczyła mu pierwsza cześć Star Raiders? Gra została także wydana na konsole Atari 2600/5200 oraz na 16-bitowe Atari czyli maszynki serii ST/STE. Wspomnę na koniec jeszcze o nieudanym remaku zatytułowanym tożsamo, który nie podbił serc posiadaczy PS3, X360 i PC w roku 2011. Został on mocno zlinczowany w recenzjach, ale może ktoś z czytelników miał z nim styczność?

Star Raiders – pionier gatunku kosmicznych symulatorów / strzelanin.

SKASOWANE STAR RAIDERS II. Żeby wam jeszcze bardziej namieszać w głowach przygotowałem dla was jeszcze jedną niespodziankę! Otóż w 2015 roku, pewien jegomość,  niejaki Aric Wilmunder wylansował się na internecie, że w przeszłości pracował dla Atari nad prawdziwym sequelem Star Raiders, którego gameplayowe założenia były bardzo wierne oryginałowi. Na dowód powyższego wrzucił do sieci zarówno filmiki z rozgrywki jak i grywalną wersję niewydanego programu. Atari po przemianowaniu The Last Starfightera w Star Raiders II nie było zainteresowane upublicznieniem tego projektu, a szkoda, bo przecież mogli go wydać jako spin-off czy z innym podtytułem. Myślę, że gracze by tylko na tym skorzystali, gdyż rozwija on w znacznym stopniu założenia z pierwowzoru. Tym razem wszelkie kosmiczne myśliwce czy inne pojazdy są już przedstawione w prostej grafice 3D zamiast pikseli (niektóre bardzo przypominają imperialne Tie-Fightery) – przy ciągłym zachowaniu swobody międzyplanetarnych wojaży. Co więcej, możemy tutaj toczyć z nimi pojedynki nad powierzchniami planet, które także są wektorowymi bryłami. Pewnie fakt, że gra nie jest tak efektowna, natychmiastowa i grywalna jak prezentowane poniżej w naszym filmiku oficjalnie wydane Star Raiders II spowodował, że Atari nie chciało inwestować więcej w dzieło Wilmundera. Na dodatek na inne domowe systemy zdążył ukazać się legendarny Elite (1985), który po prostu wystrzelił w próżnię całą ówczesną konkurencję i dla wielu graczy stał się idealnym i jedynie słusznym synonimem gwiezdnej wędrówki na krańce wszechświata…

Skasowana wersja Star Raiders II. Czy dobrze? Oceńcie sami.

Kurrrczaczek, widzę panowie i panie, że obszerny wpis nam się tutaj szykuje, a jeszcze nawet nie przeszedłem do recenzji dzisiejszego smakowitego dania głównego… Na tym kończymy przydługie Zza kulis + ciekawostki i chybcikiem przeskakujemy do najważniejszego. Zapraszam na recenzję Star Raiders II (aka The Last Starfighter) – czyli gry, którą tak namiętnie ogrywaliśmy z moim współgospodarzem Gramy Na GazieKomandorem Larkiem. Zaznaczę, że recenzja będzie nakierowana na lepszą i bardziej dopracowaną grę czyli Star Raiders II, a w momentach, które będą wymagały doprecyzowania względem Ostatniego Gwiezdnego Wojownika pojawi się odpowiedni akapit.


STAR RAIDERS II / THE LAST STARFIGHTER

ATARI (1985 / 1984) / ELECTRIC DREAMS (1987)

STRZELANINA KOSMICZNA 3D / SYMULATOR

FILM DOTYCZY WERSJI NA: ATARI XL/XE

Także na: Commodore 64, ZX Spectrum, Amstrad

Star Raiders II – okładka gry.

OPIS. Zawiązanie fabularne Star Raiders II macie do przeczytania na wstępie mojego wpisu, w którym dowiecie się jakim cudem nasz bohater wpakował się na kosmiczny krążownik Gwiazdę Wolności i o co w tym wszystkim chodzi. No, może troszkę wszystko ubarwiłem i pikantnie przyprawiłem, ale tylko troszkę. Wcielamy się tutaj w rolę kapitana międzyplanetarnego okrętu bojowego i naszym zadaniem jest obrona systemu gwiezdnego Celos IV i Atariańskiej Federacji przed zakusami wrogiego Imperium Zylońskiego z galaktyki Procyon. Ta kosmiczna rasa zdobywców ma chrapkę na nasze planetarne włości i zamierza je podbić poprzez całkowitą anihilację mieszkańców wszystkich naszych planet i późniejszą ich kolonizację. W tym celu uruchomili oni w swoich bazach wojskowych na podbitych przez nich światach, zakrojoną na szeroką skalę produkcję wojennej armady, którą bezustannie kierują na nasze terytorium. Szwadrony złożone głównie z małych lecz bardzo zwrotnych myśliwców, niszczycieli przypominających wyglądem UFO oraz wielkich generalskich krążowników zwanych przeze mnie behemotami – próbują wtargnąć w naszą przestrzeń powietrzną i zniszczyć wszystkie miasta naszej federacji. Jeżeli im się to uda – ponosimy klęskę. Aby temu zapobiec musimy bronić naszych planet tocząc zaciekłe pojedynki na ich powierzchni ze skomasowanymi siłami wroga, za pomocą narzędzi zagłady w jakie wyposażono nasz statek. Laserowe działo pulsacyjne przyda się na małych przeciwników, torpedy jonowe na większych gabarytami niemilców, zaś bomby jądrowe posłużą do zniszczenia wrogich centrów dowodzenia.

Gwiezdna mapa – widok naszego układu planetarnego wraz z niezbędnymi informacjami.

Zbombardowanie wszystkich baz wojskowych Zylonów w ich układzie słonecznym jest głównym celem gry, gdyż wtedy ustanie produkcja ich floty i pozostanie nam tylko wybić do nogi panoszące się po kosmosie wrogie ścierwo. Federacja uratowana, misja kompletna i wszyscy szczęśliwi! Nasz statek oczywiście został wyposażony w hipernapęd, za pomocą którego szybko podróżujemy po gwiezdnej mapie przedstawiającej zarówno naszą jak i wrogą galaktykę. Latamy więc po całym dostępnym nam wszechświecie, toczymy emocjonujące pojedynki zarówno nad planetami jak i w kosmicznej próżni, niejednokrotnie przeprowadzamy naloty bombowe na wroga i oczywiście dbamy o to, aby nie zezłomowano naszej Gwiazdy Wolności. W kokpicie możemy zdiagnozować stan naszej fregaty: poziom jej energii, naładowanie tarcz ochronnych czy ilość amunicji jaka nam pozostała. W zawieszonych na orbitach specjalnych kosmicznych stacjach możemy dokonywać wszelkich napraw statku, ładować jego energię czy bariery ochronne oraz uzupełniać amunicję. Uwaga wróg także może zezłomować nasze kosmiczne warsztaty! Oprócz tego energię pojazdu możemy doładowywać na gwiazdach każdej z galaktyk, pamiętając jednak o fakcie, że ogromnie wysoka temperatura może stopić nasz kadłub. Ładujemy się chwilkę i w nogi – hop, siup w tunel przestrzenny! Wszystko to oczywiście przedstawione z kokpitu naszego krążownika, z pełną swobodą ruchów w trakcie wymiany ognia! Zapytam teraz nieśmiało, które gry przed Star Raiders II pozwalały na takie atrakcje? Dodatkowo…

Tylna okładka gry.

PLUSY. Oprawa graficzna naprawdę robi świetne wrażenie, oczywiście biorąc pod uwagę rok, w którym ona powstała czyli 1984! Grafika jest praktycznie identyczna zarówno w The Last Starfighter jak i Star Raiders II z minimalnymi różnicami. Dzięki temu, że wszystkie obiekty latające są tutaj zbudowane z dwuwymiarowych pikseli – cała rozgrywka jest bardzo płynna, zaś akcja dynamiczna i nie zauważymy tutaj żadnych spadków klatek animacji. Gra jest bardzo barwna, a kolory soczyste. Także wybuchy robią bombowe wręcz wrażenie, niejednokrotnie ucieszycie się na widok trafionego w skrzydło zylońskiego myśliwca, ciągnącego za sobą warkocz ognia, który po chwili rozbłyśnie na nieboskłonie niczym fajerwerk w sylwestrową noc. Ha, niektórzy twierdzą nawet, że gra jest nazbyt efekciarska. Panowie to nie dokument na Discovery Science tylko pełna akcji kosmiczna strzelanka. Tak ma być – epicko i filmowo!

Piękna panorama ziemskiej planety i filmowy pojedynek z myśliwcami!

Swego czasu wielkie wrażenie na mnie robiły różnorodne krajobrazy planet, które odwiedzamy. Zbliżony do ziemskiego, piękny horyzont startowej planety albo pustynne wydmy, zielona dżungla czy pomarańczowo-czerwona magma to tylko niektóre z nich. Pejzaże innych światów, nad którymi będziemy wykręcać podniebne piruety – po prostu urzekały. Dźwięk także świetnie oddaje atmosferę walki w przestrzeni kosmicznej, bardzo dobrze dobrano odgłosy: strzałów z laserów, torped dosięgających celu, niskotonowego buczenia plazmowych ataków niszczycieli, czy w szczególności przelotu myśliwców nad naszą głową. Dźwięki wszelkich eksplozji czy skoków w nadprzestrzeń kapitalnie budują gwiezdno – wojenny klimat! Podłączając Atarynę do dobrego zestawu grającego i zwiększając głośność na full przenosimy się wręcz na pokład Gwiazdy Wolności. Podsumowując – po prostu za młodu, jak i teraz nie mogłem się nadziwić, jak wybornie wykonana jest to gra!

Świt nad magmowym światem, walka trwa bez wytchnienia…

Stopień rozbudowania produkcji także zadowala i potęguje immersję w dowodzeniu naszym kilkusettonowym, gwiezdnym krążownikiem. Świetnie przedstawiono kokpit i wszelkie umieszczone na nim wskaźniki niezbędne nam do skutecznego zarządzania jego zasobami. Także obecność niby zbędnych ekraników monitorujących stan naszej niebiańskiej korwety, a będących tylko upiększaczami to także bardzo fajny, budujący klimat smaczek. Wszystko to pozwala się poczuć jakbyśmy naprawdę siedzieli wewnątrz tego mechanicznego smoka przestworzy! Możliwość przegrzania laserów, radar taktyczny śledzący wroga, który w przypadku SR II możemy zmienić na przekrój naszego statku z wykazem aktywnych tarcz, czy odmienne celowniki dla każdej broni potęgują wrażenie realności. Krytyczność sytuacji, w której znaleźliśmy się uwydatniają także uszkodzenia naszej fregaty, jakie może ona odnieść w trakcie bojów! Zniszczenie jednego z silników wpływające na sterowność, awaria radaru – który zaczyna wariować, uszkodzenie dział pokładowych – jesteśmy wtedy bezbronni, popsucie się radia – brak komunikatów o działaniach floty wroga… Prawda, że fajne patenty? Filmowo wręcz przedstawiono animację włączenia hipernapędu niczym w Sokole Millennium czy ładnie zaprojektowano przejrzystą mapę galaktyki z niezbędnymi danymi: o planetach z ich koordynatami, o liczebności wojsk. To wszystko do kupy powoduje, że chcemy latać, zwiedzać i walczyć o ten piękny wycinek wszechświata!

Uwaga Chewie! Wchodzimy w nadprzestrzeń!

Jak już jesteśmy przy walce to należy dodać, iż jest ona bardzo emocjonująca. Szczególnie starcia z myśliwcami Imperium Zylonów przysparzają wiele radości i powodują wzrost adrenaliny u grającego. Przeciwnicy non stop wykonują różnorakie manewry, uniki, kluczą po niebie próbując zgubić nasz celownik i oczywiście odgryzają się strzelając do nas laserowymi wiązkami. Kiedy jednak uda nam się ich zwyciężyć, uśmiech rozszerzy maksymalnie nasze lico, gdyż chyba jeszcze w żadnej wcześniejszej grze, walka w przestrzeni kosmicznej nie była przedstawiona w lepszy i bardziej satysfakcjonujący sposób. Pojedynki z trzema rodzajami fruwających talerzy – niszczycieli (różnią się kolorem i odpornością zarazem), wymagają już odmiennej taktyki. Nasze torpedy są powolne i musimy z wyprzedzeniem wystrzelić je w tych bardzo zwrotnych drani. Najlepszym manewrem na nich jest pojedynkowanie się z nimi tuż nad miastem, które próbują w międzyczasie zdezintegrować. Szczególnie jest to skuteczne w przypadku The Last Starfighter. Ich broń, wspomniane przeze mnie wcześniej – promienie plazmy powodują znaczne uszkodzenia naszych tarcz i pancerza, więc musimy bardziej kontrolować energię, która nam pozostała i w razie zagrożenia salwować się ucieczką.

Walka z niszczycielem, UFO, nie należy do łatwych.

Rzadko spotykane generalskie pancerniki – behemoty to dopiero naprawdę poważne wyzwanie! Parę wystrzałów z ich wielkiego działa jonowego powoduje zezłomowanie naszej fregaty. Jednocześnie to najlepiej punktowani wrogowie, wiec jeżeli na końcu gry w podsumowaniu chcemy osiągnąć najwyższy stopień wojskowy – warto ich śledzić i niszczyć. Przyjemne doznania towarzyszą także przelotom bombardującym nad wrogimi planetami, kiedy za pomocą wyrzutni głowic jądrowych niszczymy bazy dowodzenia krwiożerczych Zylonów. Naszych celów na powierzchni jest zazwyczaj bardzo dużo, więc musimy się tutaj szybko uwijać i zaplanować jak najszybszą trasę przelotu, gdyż w międzyczasie nieustannie jesteśmy pod ostrzałem wroga. Czy nasze osłony i pancerz wytrzymają kiedy my zabawiamy się w pana życia i śmierci? Bardzo przyjemne uczucie, kiedy odpłacamy się z nawiązką agresorom i jedną salwą odbieramy pewnikiem życie tysiącom jego żołnierzy…

Nalot bombowy rozpoczęty, spopielić bazy ukryte w dżungli! To rozkaz!

MINUSY. Jeżeli mam być szczery, gra nie posiada dla mnie praktycznie żadnych wad i jest jednym z najlepszych tytułów w jakie grałem w swojej karierze 8-bitowego gracza. Jednakże na upartego moglibyśmy się doczepić tutaj do dwóch spraw. Po pierwsze mała liczba rodzajów atakujących nas jednostek przeciwnika. Tylko trzy typy kosmicznych statków (plus rożne kolory niszczycieli) to dla dzisiejszych graczy jest z pewnością za mało. Musicie jednak wziąć pod uwagę stopień rozbudowania gry oraz fakt, że wyszła ona na platformy 8-bitowe i wtedy pewnie sami się zdziwicie jak twórcy zmieścili to wszystko w tych kilkudziesięciu kilobajtach pamięci? Za minus można by także uznać, masochistyczny wręcz poziom trudności Star Raiders II w przypadku jej najwyższego, trzeciego stopnia wyzwania. Wielokrotnie próbowałem zniszczyć Zylonów na tym poziomie i z powodu bardzo szybkiego tempa rozgrywki (produkcja eskadr wroga jest bardzo przyspieszona, atakują nas zdecydowanie liczebniej i poruszają się szybciej po układach planetarnych), oraz obecności tylko jednej stacji naprawczej – nigdy mi się to nie udało. Kiedy skupimy się na niszczycielskim wypadzie na orbitę nieprzyjaciela celem szybkiego zniszczenia jego baz – przeciwnik w tym czasie – bardzo szybko wytrzebi nasze miasta… Zaczniemy bronić jakiejś planety, okazuje się, że pieprzonych Zylonów przybyło całe mrowie i walka trwa dobrych kilka/kilkanaście minut! Wtedy na innych naszych planetach nie będzie już o co walczyć, zostaną zgliszcza i kratery…

Zwycięstwo! Twój awans i statystyki gwiezdnej służby.

Wydawało mi się wręcz niemożliwe pokonanie gry na trzecim poziomie trudności i myślałem, że jest ona po prostu w tym wypadku źle zbalansowana. Jednakże przecież gra na „najtrudniejszym” nie jest obowiązkowa tylko opcjonalna – więc to raczej szukanie przeze mnie dziury w całym… Później, już kiedy zdążyliśmy nagrać Gramy Na Gazie – dotarł w nasze łapska filmik przedstawiający wyczyny pewnego gracza, zakończone w tym wypadku sukcesem. Czyli jest to wykonalne, brawo! Całość możecie obejrzeć TUTAJ. W przypadku rozgrywki w The Last Starfighter, najwyższy poziom trudności gry jest łatwiejszy do ukończenia, gdyż wrogów przed wtargnięciem w nasz układ słoneczny ogranicza dodatkowo technologiczna bariera/granica wykonana przez naszą cywilizacje. Jest to zgodne z filmem. Eskadry przeciwników muszą najpierw wypalić w niej dziurę (zdolne do tego są tylko ich największe jednostki – flagowe statki generalskie) i dopiero przez nią mogą zalać nasze terytorium. Łatwiej jest więc kontrolować obecność i liczebność wrogich jednostek w centrum naszego układu słonecznego. Na naszym filmiku chcieliśmy przejść dla was zarówno Star Raiders II (na 1 poziomie) oraz The Last Starfighter (na 3 poziomie). Sprawdźcie, czy nam się udało?!

Dziura w galaktycznej barierze! Wróg próbuje przedostać się na nasze terytorium.

RÓŻNICE. Zmiany w obu wersjach tej wspaniałej gry przedstawię poniżej w formie wyliczanki. Zacznę od wcześniejszego i mniej rozbudowanego…

The Last Starfighter. Wszelkie nazewnictwo (strony konfliktu, planety, statki) zaczerpnięto z hollywoodzkiego filmu. Obecność galaktycznej bariery/granicy (frontier), ograniczającej zdolności bojowe wroga, zgodnej z filmem. Uproszczenia – poprzez na przykład brak naprawczych stacji kosmicznych. Wszystkie naprawy, uzupełnienie energii i amunicji wykonujemy poprzez wchodzenie na orbitę jednego z dwóch obecnych w grze słońc. Występuje tutaj tylko radar taktyczny, brak monitora diagnostyki naszych tarcz, gdyż te w tej wersji nie występują. Obsługa z klawiatury uproszczona tylko do zmiany broni i wchodzenia w mapę galaktyki. Uszkodzenia statku są komunikowane nam tylko poprzez informację system malfunction (musimy sami dociec co nam się popsuło). Minimalnie odmienne sterowanie gwiezdnym krążownikiem. W The Last Starfighter jest on wyposażony w silniki wsteczne i możemy cofać się nad powierzchnią planety, ułatwia to naloty bombardujące. Gwiazdy są jakby przyklejone do nieboskłonu, co powoduje mniejsze wrażenie trójwymiarowości gry. Kokpit jest fioletowego koloru. Gry mają także odmienne ekrany oznaczające porażkę lub zwycięstwo.

Procyon – układ planetarny wroga.

Star Raiders II. Wszelkie nazwy zaczerpnięte z uniwersum Star Raiders. Brak bariery/granicy. Rozbudowanie złożoności rozgrywki i zarządzania statkiem poprzez wprowadzenie kosmicznych stacji naprawczych – na których uzupełnimy energię, amunicję i naprawimy uszkodzenia. Stacje te mogą zostać zaatakowane i zniszczone przez Zylonów, a my możemy ich bronić. Na słońcach uzupełnimy tylko energię statku i tutaj zdecydowanie szybciej możemy roztopić naszą fregatę w wysokiej temperaturze. Wprowadzono system tarcz, które możemy włączać oraz wyłączać, i które przejmują na siebie część uszkodzeń zadawanych przez wrogie jednostki. Skoki w nadprzestrzeń najlepiej wykonywać przy wyłączonych barierach, gdyż tracimy wtedy mniej energii na taką podróż. Radar taktyczny możemy przełączać na diagnostyczny. Bardziej realistyczne zachowanie frachtowca w powietrzu, gdyż możemy tylko wyhamować lot, a nie cofać się na wstecznym. Powoduje to trudniejsze bombardowanie, jeżeli pominiemy bazę wroga – musimy oblecieć planetę i zrobić ponowne podejście. Realistyczne zachowanie gwiazd na niebie, co powoduje lepsze uczucie pędu i wrażenie pełnej trójwymiarowości nieba. Szara deska rozdzielcza naszej korwety.

Kosmiczne stacje naprawcze występują tylko w Star Raiders II.

KIEDYŚ. Pamiętam jakby to było dziś, kiedy pierwszy raz odpaliłem Ostatniego Gwiezdnego Wojownika i poczułem się niczym Han Solo, czy inny bohater Gwiezdnych Wojen. Co za uczucie, jaka rozpierducha, ale wrażenia! Szczęka, noga, mózg na ścianie. Niestety w czasach bez internetu, bez instrukcji nie wiedziałem do końca jaki jest cel gry i chyba nie udało mi się jej ukończyć, chociaż rozgryzłem dużo zasad. Wiecie, byłem wtedy młodym borsuczkiem jeszcze i mój angielski był początkujący. Doceniłem jakość produkcji, ale wydała mi się ona zbyt skomplikowana dla takiego gówniarza. Jeżeli już poznamy o co w niej chodzi, wydaje się dosyć prosta do wygrania. Star Raiders II nigdy w młodości nie wpadło w moje łapy, może i dobrze, bo tutaj bez klawiszologii to wcale bym nie pograł…

Starcia mogą odbywać się także w kosmicznej próżni.

TERAZ. Zdecydowanie więcej czasu poświęciłem bardziej rozbudowanemu Star Raiders II. Przeczytałem instrukcję i wciągnąłem się niesamowicie w wir walki, w tą galaktyczną bitwę! Obydwie wersje tego przeboju sponiewierały mnie jak za młodu, oszołomiły oprawą graficzną, efektownością podniebnych starć i miodnością rozgrywki. Mając za sobą ograne setki małobitowych gier, wreszcie należycie mogłem docenić cudotwórczość autorów tych hitów. Jak oni to wszystko wepchnęli na Atarynę w jednym pliku? Na dodatek w sposób tak udany połączyli efektowną strzelaninę z grą taktyczną? Jeszcze jak pięknie to wszystko wygląda na moim wysłużonym kineskopowym telewizorku! Łapałem się na tym, że myślałem cały czas o rozgrywce i nawet w trakcie jedzenia kolacji planowałem kosmiczny rajd na najwyższym poziomie trudności. Co najpierw? Atakować wroga, bronić moich planet, w jaki sposób najszybciej uwijać się po galaktykach?

Galaktyka miodu w takim małym kartridżu… Kto by pomyślał?

Mój entuzjazm przelałem na ten ogromny niczym Gwiazda Wolności wpis. Możliwe, że dla niektórych zbyt długi, ale musicie mnie zrozumieć. Star Raiders II (aka The Last Starfighter) z buta wtargnęło do mojego prywatnego rankingu najlepszych 10 gier na Atari, a całkiem możliwe, że i do Top 10 wszechczasów i wszechsystemów. Dobrze wiecie, że jestem wielkim miłośnikiem science fiction, a w szczególności kosmicznych oper, więc jak mam nie kochać tych gier? Obydwie wersje zasługują na medal bez dwóch zdań! Spełniły one moje szczenięce marzenia i dzięki nim mogłem poczuć się niczym Han Solo i Kapitan Kirk razem wzięci. Mogłem się poczuć niczym kapitan statku. Nie takiego zwyczajnego pływającego po morzach i oceanach… Tylko tego dryfującego po kosmicznych bezkresach wszechświata mojej wyobraźni…

ArSoft CORPORATION i Retro Na Gazie prezentują:

Gramy Na Gazie – Star Raiders II / The Last Starfighter (1985 / 1984) – ATARI XL/XE

STAR RAIDERS II / THE LAST STARFIGHTER

(ATARI XL/XE)

Retrometr

Kapitanie witaj na pokładzie swojego gwiezdnego krążownika!

Jedna z najlepszych małobitowych gier we wszechświecie.

Efektowna, dynamiczna, złożona i prosta zarazem. Bardzo grywalna do dziś!


* – wstęp inspirowany serialem Star Trek Następne Pokolenie.

STEROWANIE

The Last Starfighter. DŻOJ – sterowanie oraz latanie naszym statkiem, FIRE – strzał z wybranej broni, SELECT – zmiana uzbrojenia na wielogłowicowe wyrzutnie jądrowe (zmiana z laserów na torpedy dokonuje się automatycznie w zależności od rodzaju wroga, który nas atakuje), SPACJA – gwiezdna mapa, FIRE na mapie – skok w nadprzestrzeń i podróż do wybranej destynacji. ESC / P – pauza, kapitan idzie się wypróżnić.

Star Raiders II. DŻOJ – sterowanie i latanie Gwiazdą Wolności, FIRE – napieprzanie z broni, W – zmiana narzędzi zagłady na bomby jądrowe (lasery na torpedy zmieniają się automatycznie w zależności od przeciwnika), T – zmiana radaru z taktycznego na diagnostyczny, S – włączanie i wyłączanie tarcz ochronnych, SPACJA – gwiezdna mapa, FIRE na mapie – hiperskok do wybranego celu. ESC / P – pauza, kapitan idzie coś przekąsić.

Inne artykuły:

Retro Rozmaitości | Maj 2018 Maj minął, grille już na dobre rozpalone podobnie jak retro sprzęty, które znów zapodają masą dobroci. Tak jak zapowiedziałem w urodzinowym wpisie z...
Recenzja Konkursowa | Punch and Judy (Commodore) Dosłownie na ostatnią chwilę jeden z konkursowiczów postanowił zwiększyć swoje szansę na wygraną i zaatakował mnie kolejną recenzją konkursową. Komodz...
Recenzja | Batman: Return of the Joker Pierwszy Batman, spod dłuta Sunsoftu, był jedną z moich najulubieńszych gier dzieciństwa na poczciwego Pegasusa. Z resztą, do dziś utrzymuje się w ści...
O RetroBorsuk 60 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.