Recenzja | Super Mario Sunshine

mario sunshine recenzjaNie jest łatwo być następcą pioniera, wzorca, ulubieńca tłumów i głównego koła zamachowego swego otoczenia. Oto historia hydraulika skazanego na pożarcie w ciemnym kanale.

Poprzednik Sunshine, czyli Super Mario 64 wszedł nie tylko z serią w trójwymiar, on wręcz wprowadził tam całe Nintendo. Stał się najlepiej sprzedającą się grą na ten system i zarobił krocie. Następca, czyli Super Mario Galaxy 1 i 2 był rewolucją nie tylko za sprawą kontrolera ruchowego, ale także nietuzinkowych pomysłów. Gra zaskakiwała na każdym kroku i porwała tłumy zbierając setki nagród, a wg mnie jest po prostu opus magnum gatunku. W tym historycznym ścisku pomiędzy młotem, a kowadłem jest Super Mario Sunshine, który z biegiem czasu różnie znosił to towarzystwo. W dniu premiery był jednak jak na Mariana przystało ogromnie wyczekiwany przez fanów.

„Maybe I should go to the hot spring to relax myself…”

Nim dojdziemy do meritum tych wywodów wróćmy na chwilę do biura Nintendo przed premierą GameCube’a, który wtedy był znany jeszcze pod nazwą Dolphin, a konkretnie do gabinetu szefa wszystkich szefów z Kioto:

– Panie Prezesie przyszedł Pan Marian, który był umówiony w sprawie tego delfina

– niech go Pani wpuści Pani Stasiu

– dzień dobry Panie Prezesie, przyszedłem w sprawie tej nowej skrzyni z rybami co ma być niedługo ogłoszona

– nie rybami tylko ssakami Marian, delfiny to ssaki, a Dolphin to robocza nazwa naszej nowej maszynki do giercowania. Znasz reguły gry, nowa konsola, nowe przygody Mariana, chcę żebyś znów nas zaskoczył. Goomby, księżniczka Piczka, Bowser i reszta z Grzybowego Królestwa już powiadomieni

– ale Panie Prezesie ja już ledwo dyszę! Od lat zasuwam na pełen etat a to na stacjonarce, a to na przenośniaku, wieczorem na umowę śmieciową mam tenis, piłkę nożną, party i inne, a w weekendy muszę chronić dupę w gokartach. Ja już rzygam tym królestwem, dlaczego ten nierób Lucjan nie może czegoś sam zrobić? Hajsu tyle co ja trzepie, a wiecznie za dublera od niechcenia robi

a właśnie Marian, dobry pomysł. Pani Stasiu proszę mnie zawołać Lucjana

– Siemanko Panie Prezesie, słyszałem że Delfin startuje. Mam nadzieję na jakiś awans, wiecznie żyję w cieniu tego grubasa, a haruję jak wół na jego sukces! Da Pan wiarę, że ludzie na mnie mówią „ten zielony Marian”? Na mnie? Te wąsy aż proszą się o czołówkę! Do tego proszę o płatny urlop za straty moralne!

[Marian patrzył z szeroko otwartą japą niedowierzając w to co słyszy, u Pana Prezesa z kolei pojawił się szelmowski uśmiech]

– tak, masz rację Lucjan, pojawiły się tutaj pewne… niesprawiedliwości. Proponuję ci z okazji startu naszego Dolphina wyjazd do jednej z naszych rezydencji. Musisz jedynie podpisać umowę, że zdasz szczegółową relację z tego wypadu i będziemy mogli Ciebie odwiedzić z kamerami. Pamiętaj, cała rezydencja dla Ciebie

– wiedziałem, że można na Pana liczyć Panie Prezesie, gdzie podpisać? Tu? Ok w takim razie zostawiam Panów. Marian wstydź się, znów przytyłeś i masz jakieś niezdrowe kurwiki w oczach. Biedna Piczka, zawsze mówiłem że dla Ciebie to Toad jest jedynie odpowiedni

[Drzwi zamkły się z hukiem, a Marian pozbierał swoją żuchwę z podłogi będąc w stanie wskazującym na erupcję przy najmniejszym bodźcu. Pan Prezes jednak nie pierwszy dzień prowadził firmę…]

– dobrze Marian, teraz Twoja część tortu, lecisz z Piczką na wakacje na rajskie wyspy

Mario Sunshine recenzja

– to ja już Panie Prezesie nic nie rozumiem, a kto będzie robić? Toady? Oni się wysrać sami nie potrafią. Ale jeśli mam jechać na urlop to gdzieś z dala od Królestwa Grzybów, i byle nie do Polski… tam są dziwni ludzie. Gdy byliśmy tam przelotem z targów to na odprawie się mnie pytali, czy ja jestem z tego pegaza co go dmuchają by działał. Nie wiem co oni tam za grzyby mają, ale ja tam nie jadę!

– spokojnie Marian, lecicie na Wyspy Delfinie z dala od grzybów. Musisz jedynie podpisać umowę, że zdasz szczegółową relację z tego wypadu i będziemy mogli Ciebie odwiedzić z kamerami. Pamiętaj, cała wyspa dla Was

– Pan to ma łeb na karku Panie Prezesie, że to wciąż wszystko śmiga, a my jeszcze mamy takie urlopy. Gdzie podpisać? Tu? Ok, jeszcze raz dziękuję!

[Pan Prezes rozsiadł się w fotelu rozkoszując chwilą…]

– Pani Stasiu, Pani mnie zawoła Bowsera i tych ludzi od AGD…

Oto jak powstały Luigi’s Manshion i Super Mario Sunshine, a przynajmniej tak kolega mi mówił… Faktem jest, że najczęstszymi zarzutami w stronę Mario była powtarzalność scenerii i bohaterów. Ludzie nie wdrożeni w temat do dziś twierdzą, że to „wciąż ta sama gra, ten sam chopek, te same grzyby„. Szefostwo Big N wpadło na dosyć życiowy pomysł… wysłało Mario na mały urlop. Na starcie konsoli ukazał się Luigi, a Mario dopiero za nim ruszył z własną grą, która zerwała z dotychczasową miejscówką. Nie mamy Królestwa Grzybów, można powiedzieć, że nie ma goomb i charakterystycznych zielonych rur, nie rozbijamy też łbem cegieł. Pozostało jedynie kilka symbolicznych elementów tak by gracz wiedział, że to wciąż Mario którego kochają i któremu chętnie dadzą swe pieniądze.

„I am F.L.U.D.D. Glad to meet you”

Fabuła nigdy nie była mocną stroną tej serii, więc ograniczę się jedynie do poinformowania Was, że Marian z Piczką przylatują na wypoczynek na Isle Delfino. Już na starcie coś idzie jednak nie tak, jakiś atramentowy brudas wyglądający identycznie jak nasz bohater osrał wyspę przez co słoneczne duszki zwane Shine Sprites ją opuściły. Nasz hydraulik na pucowaniu się jednak zna i wyposażony w F.L.U.D.D (Flash Liquidizer Ultra Dousing Device) rusza wyczyścić te atramentowe ekskrementy. I tu pojawia się największa zmiana w serii, jest nią właśnie F.L.U.D.D, czyli sikawka na wodę. To narzędzie sprawia, że zmienia nam się nieco gameplay, otrzymujemy inne możliwości, nasz wachlarz ruchów ulega zmianie i co za tym idzie ma to też wpływ na zadania i projekty poziomów. W początkowej fazie sikawka ma dwa tryby, które możemy płynnie zmieniać za pomocą jednego przycisku. Jeden jest raczej standardowy jak na takie urządzenie, czyli po prostu lejemy strumieniem wody przed siebie co da nam możliwość precyzyjnego zmywania zanieczyszczeń. Drugi tryb to skierowanie dysz w dół przez co będziemy się czasowo unosić w powietrzu. Da nam też minimalnie wyższy skok, ale przede wszystkim możliwość unoszenia się w powietrzu będzie dla nas najbardziej pożądaną opcją. W dalszej części gry dojdzie nam też moduł dzięki któremu wykonamy mega wysokie skoki lub taki po którym będziemy się szybko poruszać i mknąć niczym rakieta po lądzie i wodzie.

Mario Sunshine recenzja

Nintendo nie byłoby sobą gdyby wpadając na nowy pomysł nie wykorzystało go do granic możliwości w bardzo oryginalny sposób. Czyszczenie sikawką obiektów jest zbyt banalne i oczywiste, całość dostaje skrzydeł przy bossach. Są oni świetnie zaprojektowani i walka z każdym z nich to ciekawe przeżycie. Przykładowo mamy wielkie baterie solarne na których mamy do usunięcia gigantyczne potwory z przyssawkami. Musimy najpierw strumieniem wody sprawić, że ześlizgną się na kraniec platformy, która przez ich ciężar zmieni swe położenie tak, że przekrzywi się niemal pionowo z delikwentem w dole. Nam pozostanie dostanie się jak najszybciej w górę i przywalenie dupskiem z całej siły tak by platforma stała się katapultą, zanim przeciwnik znów przyssa się do podłoża. To tylko jeden z wielu bossów, jest ich trochę, a każdy z nich jest inny i wart miana szefa.

„Listen, I, uh, have a feeling you can help me out again”

Naturalnie nie tylko przy bossach będziemy wykorzystywać w sposób ciekawy naszą nową zabawkę. Będziemy ich używać do pływania po wodzie, ostudzania zgorączkowanych chompów, walki, interakcji z otoczeniem, ale przede wszystkim do przelatywania pomiędzy platformami jak na platformera przystało. Bo co mi zawsze najbardziej się w Marianie podobało to to, że mimo dodawania czegoś nowego, wciąż pozostawał sobą. Wiele serii szło dalej z czasem stając się czymś zupełnie innym, na generacji Sunshine najbardziej widać to było w obozie Sony, gdzie Ratchet & Clank stał się grą run’n’gun, a Jak z Daxterem poszli w kierunku action-adventure, aż żal było patrzeć jak Spyro z czasem stał się slasherem. Dziś można powiedzieć, ze mimo kilku wyjątków cały gatunek klasycznych platformerów wymarł i przeistoczył się w poważniejsze gry pokroju Assasins Creed. Marian jest, był i mam nadzieję będzie platformerem z masą skakania, zbierania, eksploracji, ale i szybkiej akcji podanej w sposób przyjemny za pomocą udziwnionych plansz grających nam na wyobraźni. Taki jest też Sunshine, który niby daje nam otwarty świat, bo sobie sami po planszy biegamy, możemy w pewnym sensie dowolnie wybierać zadania, ale i tak musimy zrobić te przewidziane przez twórców by iść dalej. Stylistyka wyspy jest spójna, ale każdy poziom całkowicie zmienia to jak gramy, nawiedzony hotel pełen iluzji to zupełnie co innego niż park rozrywki z wysokimi i ruchomymi platformami, czy port w którym będziemy śmigać po wodzie na kalmarze. Jest niby fabuła, ale szybko się okazuje, że jest dla picu bo nie o to w grach z Mario chodzi. Ta gra wręcz krzyczy zmieniamy się po to by się rozwijać, ale nie mamy zamiaru zapominać kim jesteśmy i to mi się podoba i dlatego też w odsłonach Galaxy osiągnięto poziom opus magnum gatunku.

Mario Sunshine recenzja

Gdy już mowa o Galaxy to mamy w odsłonie na Gacka zasiane ziarenko z którego właśnie odsłony z Wii wyrosły. Są rozsiane po całej wyspie zadania w których przenosimy się do świata w którym mamy jedynie zawieszone w próżni przeróżne platformy (różny kształt, rozmiar, ruchome, wchodzące w interakcje itp.) po których musimy dojść z punktu A do B, nie korzystając przy tym z fludd’a. W tych zadaniach nagle zdajesz sobie sprawę ile z sikawki korzystasz i jak bardzo wpłynęła ona na styl gry, cholernie ci go brakuje, czułem się mocno nieporadny musząc grać bez niego. W pewnym momencie dochodzi też do nas Yoshi, jest kilka plansz w których nasz zielony kompan się przydaje. Jest z nim trochę problemów bo nie można ot tak po prostu go mieć, mamy jedynie jego jajo i musimy mu dać odpowiedni owoc by się wykluł. Chłop wcina owoce i nimi rzyga na odległość nie tylko we wrogów ale i w bariery, które tylko tak zniszczymy, potrafi też zmieniać przeciwników w platformy i oczywiście ich pożerać. Generalnie mamy sporo pomysłów i różnorodności w gameplay’u, może nie jest to taki worek bez dna jak w Galaxy, ale nie sposób narzekać.

W grze mamy jedną lokację główną, która będzie naszym łącznikiem z innymi lokacjami i w której możemy poszukać znajdziek, do tego 7 rozbudowanych i pełnoprawnych miejscówek + ostatnia lokacja, gdzie czeka na nas finał. Roboty jest dużo, w każdej z 7 plansz mamy minimum 7 zadań do wykonania, a do tego dochodzą dodatkowe sposoby na zdobycie Shine Sprites. Jedną z nich jest zbieranie niebieskich monet, za 10 takich możemy kupić jednego Shine Sprite, ale tutaj lekko przegięto. Tych niebieskich monet jest od cholery i są dobrze poukrywane, trzeba znać lokację na pamięć i oblać wodą każdy obiekt by je wszystkie poznajdywać, mi się szczerze mówiąc nie chciało. Jednak nawet nie robiąc zawartości dodatkowej masz grania na kilkanaście godzin, jest to solidny wynik, gra nie zdąży znudzić, ale i nie kończy się za szybko.Mario Sunshine recenzja

Trochę spraw technicznych, może najpierw sterowanie. By w pełni rozkoszować się graniem w Sunshine i z przyjemnością hasać po kolejnych platformach trzeba opanować fludd’a i kamerę. Nie jest to niestety na początku łatwe, czytałem opinie wielu ludzi i również to potwierdzam, że na początku używanie fludda wydaje się nieintuicyjne i utrudnia grę zamiast ją ułatwiać. Trzeba przywyknąć i go ujarzmić co może zająć chwilkę, może i nawet godzinę co jest sporym minusem bo nie każdy ma tyle cierpliwości. Kolejna techniczna rzecz to strefa audio i tu również nie mam najlepszych wiadomości. Moim zdaniem ścieżka dźwiękowa jest słaba, byle jaka i nie zapadła mi w pamięci. Są tu niby pląsy wakacyjne mające nas odprężać, są efekty dźwiękowe nawiązujące do klasyków (remixy charakterystycznych melodyjek, odgłos monet itp.), ale nic co by chwyciło za jajca. Dodatkowo wspomnieć należy, że jak to u Nintendo często postacie nie przemawiają tylko mamroczą, tekstu tyle co kot napłakał a dialogów nikt nie czyta (choć to że choć w części dialogów jest głos to już sukces). Jest jednak jedna rzecz, która się wybija w pozytywny sposób w tym akapicie, jest to grafika. Grałem korzystając z dobrodziejstw wstecznej kompatybilności Wii oraz kabla component i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem. Wszystko ostre jak brzytwa, kolory ładnie nasycone, gra wyglądała jakby wyszła na WiiU a nie GC, bardzo pozytywne zaskoczenie. Już przy Wave Race: Blue Storm klimat rajskich wysp i pracy wody był na Gacku przez Big N porządnie przerabiany i tu to doświadczenie również owocowało. Pomysłowe projekty poziomów zyskują w tej spójnej stylistycznie i skąpanej w słońcu wyspie.

„The princess is going to be all right, isn’t she?”

Koniec końców pomimo tego, że Sunshine to nie rewolucja na miarę 64 i nie geniusz na miarę obu Galaxy jest to tytuł godny głównego kanonu Mario. Złamano kilka schematów rządzących tym światem, ale dostarczono masę zawartości, która zadowoli każdego fana platformerów. Nowy wynalazek jakim jest fludd się sprawdza w praniu zmieniając gameplay, jednak ma też swój minus jakim jest konieczność przyzwyczajenia się do sterowania, które w pierwszych chwilach z grą jest problematyczne. Grafika nawet dziś potrafi zachwycić, choć muzyka już niekoniecznie. Sunshine to takie trochę brzydkie kaczątko (z wyjątkowo brzydką okładką, która wygląda jak jakaś edycja budżetowa…), wielu ludzi zrzuca go do Tartaru za mało odniesień do Grzybowego Królestwa i twierdzi, ze to nie Mario. Ja jestem innego zdania, to must have na GameCube’a dla fana platformerów, który świeci jasno pomimo kilku drobnych wad.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: GameCube/2017

3 słowa do gracza: nie tak przełomowy jak 64, nie tak dopieszczony jak Galaxy, ale tak samo rajcowny jak każdy Mario powinien być


Ciekawostki:

» Nintendo już wcześniej pracowało nad kolejnym Marianem pod roboczym tytułem Super Mario 64-2 i Super Mario 128, ciekawe ile z tych pomysłów ostatecznie trafiło do Sunshine? Samo Super Mario 128 to też ciekawa sprawa. Projekt ewoluował z czasem, raz były to przymiarki pod nowego Mario, raz demo pokazujące możliwości GameCube’a, był to też poligon doświadczalny dla programistów z którego później korzystało wiele gier na GC i Wii

» SMS to trzecia najlepiej sprzedająca się gra na GameCube (6.31 bańki), przed nim jest tylko Smash Bros. i Mario Kart

» w grze znajdziemy odniesienie do Luigi’s Manshion. W nawiedzonym hotelu jeden z pracowników będzie się zastanawiał, dlaczego ktoś tych duchów po prostu nie wciągnie odkurzaczem

» w kodzie Super Mario 64 można znaleźć jajo Yoshiego, który miał się z nich pojawiać w grze. Ostatecznie w ten sposób pojawia się właśnie w Sunshine

Inne artykuły:

Recenzja | Tony Hawk’s Skateboarding Są takie gry, które były swoistym krokiem milowym i przełomem w gatunku. Resident Evil nie był pierwszym survival horrorem, ale to on spopularyzował g...
Recenzja | Clock Tower 3 Kojarzysz zapewne przyjemniaczka Nemesisa, co? Wiesz, tego wyrośniętego dryblasa o aparycji i twarzy rasowego modela wyjętego niczym z okładki poczytn...
Recenzja | Ty the Tasmanian Tiger Australia – kraj pięknych widoków, niezależności, izolacji od świata i … zwierząt jak z największego koszmaru lub chorej wizji fana mutacji. Mówi Wam ...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox