
Kiedy w 1996 roku w głowach muzyka Masayi Matsuury i rysownika Rodneya Greenblata zakiełkował pomysł na grę z rapsującym psem, nikt chyba nie przypuszczał, że panowie staną się w pewnym sensie prekursorami gier rytmiczno – muzycznych. W ciągu kolejnych lat rozpoczyna się boom na tego typu produkcje. Konami wydaje automat z tanecznym Dance Dance Revolution, na Dreamcaście Ulala w roztańczonym szale odpiera inwazję kosmitów w Space Channel 5, a Harmonix wypluwa kultowe Frequency. Z czasem zwykłe wciskanie klawiszy ewoluowało na tyle, że do gier zaczęto ochoczo dołączać dedykowane sprzęty. Czego to nie mieliśmy i na czym to nie graliśmy w gronie bliskich znajomych – plastikowe gitary, bębny, marakasy, a nawet deck pozwalający poczuć się jak rasowy DJ. Spoglądając za siebie, wcale nie tak daleko, na horyzoncie widzę jeszcze Ratatanki, czyli duchowych następców Pataponów. Nie bez powodu przebąkuję o obu tych tytułach, przy dziś omawianym, ponieważ łączy je jedno nazwisko, mianowicie Hiroyuki Kotani.
Kotani wielokrotnie podkreślał, iż w swoich grach przede wszystkim stawia na prostotę, pewną gameplayową powściągliwość, która w głębi tak naprawdę skrywa spore pokłady grywalności. W Devil Dice wcielaliśmy się w maciupeńkiego diabełka, który toczył na planszy kostki do gry tak, aby ścianki o tych samych wartościach ze sobą sąsiadowały. Intuicyjne zasady, acz wymagające logicznego podejścia. We wspomnianych bojowych oczkach pod przyciskami geometrycznymi kryły się cztery komendy, które wybijane na bębnach w różnej konfiguracji, wydawały inne rozkazy armii naszych plemiennych ślepek. Mad Maestro! również podąża tą prostolinijną filozofią, a na dodatek zapuszcza się w rejony melodyjnie rzadko eksploatowane przez twórców – bierze na tapetę muzykę klasyczną, a na Twoje barki zrzuca dyrygowanie orkiestrą symfoniczną. Warto zaznaczyć, że nie była to pierwsza próba poskromienia muzykantów, bo już na pierwszej Plejstacji wcielaliśmy się w kapelmistrza w grze The Maestro Music, która do zabawy wykorzystywała specjalny kontroler w kształcie batuty. Szalony Mistrz także posiada asa w rękawie i wykorzystuje pewien gimmick oferowany przez DualShock 2.

Ale po kolei. Źle się dzieje w państwie duńskim, znaczy się w miasteczku Bravo Town. Władze miasta zdecydowały się na haniebny krok i postanowiły zburzyć piękną, zabytkową salę koncertową będącą obecnie siedzibą lokalnej grupy muzycznej Bravo Youth Orchestra. Na jej czele stoi młody, dobrze rokujący dyrygent o swojsko brzmiącym imieniu Takt – to właśnie w nim ostatnia oraz jedyna nadzieja na pokrzyżowanie planów przedstawicielom ratusza. Musi więc swoją maestrią zachwycić okolicznych mieszkańców, by ci tłumnie walili na jego koncerty, a i przy okazji dobrze byłoby zwerbować kolejnych, tutejszych instrumentalistów do swojej trupy. Wypadałoby przecież pokazać samorządowym gagatkom, że siła przyjaźni jest w stanie pokonać każdą przeszkodę. Swoje wsparcie zaoferuje także wróżka Symphony, Twoja przewodniczka tudzież strażniczka gmachu przez lata zaklęta w statuę.

Czy gwizdanie na ludzi uchodzi za taktowne?
Żeby jednak ruszyć na wyprawę w obronie wiekowej ostoi kultury należy poznać oraz opanować tajniki sztuki dyrygenckiej. Wyobraź sobie kwadrat obrócony o dziewięćdziesiąt stopni. Usuń jego boki i pozostaw tylko wierzchołki. To właśnie między tymi czterema punktami (czasem trzema) przemieszcza się w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara błękitna kuleczka. Twoim zadaniem jest po prostu tapnięcie knefla w momencie ich styku, ale cały knif polega na tym, że musisz wdusić jakikolwiek przycisk geometryczny z odpowiednią siłą, co przełoży się zarazem na głośność z jaką plumkać będą grajkowie. Niebieska obwódka wokół takiego pola oznacza delikatne muśnięcie klawisza, zielony okrąg mówi o normalnym klepnięciu, zaś czerwony kolor na obrzeżach sygnalizuje krzepkie naciśnięcie guziora. Proste? Jeszcze jak, aczkolwiek na uwadze trzeba mieć także zachowanie odpowiedniego tempa, a przyśpieszenie bądź spowolnienie takowego rozpoznasz po płynnie zmieniającej się odległości między punkcikami.

Idealne dyrygowanie szybko przybliży do sukcesu
Masz więc realny wpływ na to jak dźwięcznie utwór będzie dochodzić do Twoich uszu – pacnij w klawisz z opóźnieniem lub pośpiechem, a adekwatnie do tego zareagują muzycy fałszując, brzdąkając oraz wydając ze swoich instrumentów kakofoniczny, nieskładny jazgot. Takie niezdarne nuty nie przysporzą Ci jednak ani estymy, ani tabunu pięknych dziewczyn. Swój pokaz zobowiązany jesteś utrzymać na odpowiednio wysokim poziomie o czym informuje tzw. pasek Tension Meter. Zapełnij go w całości i wytrwaj w tym stanie (Angel Mode) do końca kawałka, a zbierzesz gromkie brawa, zaliczając tym samym etap. Popełnij jednak kilka błędów, a wówczas z niebiańskiej euforii spadniesz w diabelską otchłań (Devil Mode), w której tylko bezbłędne prowadzenie podopiecznych wprowadzi Cię z powrotem na szczyt. Oj, nabawisz się bolących paluszków jak i zmęczonych przedramion. Burzliwość hiciorów, ich wartkość oraz energetyczność, smukłe przekształcenia miarowości sprawią, iż kolorowe obwódki nierzadko w szaleńczy sposób będą zmieniać swoje barwy, a w takich intensywnych chwilach nietrudno o pomyłkę. Produkcja momentami nie pobłaża, zatem częste potknięcia mogą szybko zakończyć koncert. Na całe szczęście twórcy wyciągają pomocną dłoń i w opcjach za pomocą suwaków możesz ustawić pod własne, indywidualne preferencje, to w jakich widełkach system ma odczytać konkretny stopień nacisku.

Czasem wcisnąć trzeba będzie dodatkowo strzałkę kierunkową
W zależności od tego jak sprawnie idzie Ci dyrygowanie muzykami, każda scenka zacznie aktywnie zmieniać się w tle, zaś finał zakończy się sukcesem bądź porażką. A to ryneczek wypełni się kwiatami lub drzewami, a to niebo spochmurnieje zanosząc się na burzę, więc tylko czystą grą przepędzisz ciemne obłoki. Od Twoich umiejętności zależeć będzie czy spóźnialski lowelas nie dostanie kosza od swojej wybranki serca, a dandysowaty dyktator mody ucieszy się z udanego performensu. Obrazki na ekranie zmieniają się dynamicznie, scenerie żyją własnym życiem – gdzieś tam budynki pobujają się do podkładu, jakieś dupcie w dziwnych kreacjach koślawym chodem przejdą przed nosem. I to momentami jest zbyt ekspresyjnie ukazane – dzięki najazdom kamery albo zbliżeniom, drugoplanowe postacie lubią zlewać się z interfejsem, rozpraszać i skutecznie wybijać z rytmu. Sama grafika choć prosta, utrzymana jest w kreskówkowym, komiksowym tonie, co koreluje z ogólnym humorystycznym, lekkim akcentem gry. Wizualnych wodotrysków niestety nie ma, choć czasem trafi się jakiś smaczek, ot jak choćby pioruny ładnie rozświetlające taflę wody, w której odbija się otoczenie.

Skoro wcielamy się w młodego, pełnego pasji dyrygenta, rzeczą wiadomą jest, że nie będziemy machać wirtualnym patykiem do taktu roztańczonym chłoptasiom z Backstreet Boys bądź N’Sync. Mad Maestro! daje Ci sposobność zapoznania się z kąskami napisanymi przez wielkich kompozytorów. Mozart, Strauss, Czajkowski to tylko kilka renomowanych nazwisk, które bez wątpienia zapisały się złotymi zgłoskami w dziejach muzyki klasycznej. A co takiego ciekawego kryje się na playliście? Czarujące smyczkowe serenady, orkiestrowe uwertury w tym takie wspaniałości jak fragment IX Symfonii Beethovena, Wejście Gladiatorów czy Orfeusz w piekle. Nic Ci to nie mówi? Cóż, mnie z początku również nie mówiło, ale jeśli zamruczysz w głowie melodię z Ody do radości, muzykę kojarzoną z występem cyrkowym czy żywiołowym kankanem to już coś nie coś się rozjaśni, prawda? Większość utworów to kompozycje słynne, toteż bez obaw można podejść do zabawy – nie ma wymówki, że nie znam. Tym bardziej, że jest w czym wybierać, bowiem trzydzieści cztery nagrania to całkiem sympatyczna setlista jak na taką tematykę.

Połowa drużyny zebrana
Nie spodziewałem się, że Mad Maestro! swoją oryginalną koncepcją tak po prostu mnie zauroczy. Jest w tym pewne, świeże, rześkie podejście do gatunku gier rytmicznych, niebędące zwykłym, suchym zero – jedynkowym naparzaniem po kneflach. Niemniej to produkcja z serii easy to learn, hard to master, a wyczesanie dobrej noty wymaga nie lada umiejętności. Aczkolwiek dziecko Kotani’ego boryka się z paradoksalnym zbalansowaniem poziomu trudności. Jeśli pykając na łatwym trybie otrzymujesz gorsze oceny względem normalnego i o zgrozo nie jesteś w stanie ukończyć wieńczącego grę widowiska, to albo coś jest nie halo z systemem albo masz słabego skilla. Jedenaście plansz to przygotowany dla Ciebie zestaw, wystarczający na zaledwie kilka godzin zabawy, ale za to zabawy, która najzwyczajniej w świecie rajcuje. Mimo wszystko warto pochylić się nad odblokowaniem ukrytych klasyków – odpowiednio dobre machanie batutą (tylko na normalu) aktywuje tzw. medley mode wplatając do występu bonusowy kawałek opierający się tylko i wyłącznie na utrzymaniu tempa. Zaliczenie tegoż z kolei otworzy przed Tobą wrota do mini-gierki, tym samym uzupełniając „nutatnik” o kolejny muzyczny kąsek pod warunkiem, że i tę z powodzeniem dociągniesz do końca.

Jedna z prostszych minigierek. Niektóre wymagają utrzymania tempa, inne zmuszają do wciskania stosownych klawiszy geometrycznych
Jak widać życie koncertmistrza nie jest łatwe, o czym na własnej skórze przekonał się Takt. Koleszka nie cieszył się zbytnią popularnością na zachodzie, w przeciwieństwie do rynku japońskiego, gdzie doczekał się czterech odsłon na swoją cześć. Aż dziw, że w erze PlayStation 3 Sony nie przypomniało sobie o Mad Maestro! dostosowując rozgrywkę do kontrolerów Move. Dziś jedynym śladem po tym ciekawym eksperymencie jest ukryty w Astro Bot robocik jako żyw przypominający naszego dyrygenta w pełnym jego rynsztunku. Pomimo wad można sprawdzić tego rarytaska, choćby wraz z najmłodszymi* i z uwagi na walory edukacyjne. Frak nie jest dołączany do gry, więc należy sprawić sobie go we własnym zakresie.

* Tryb child mode pozwala na bezstresową zabawę, gdzie pod uwagę brane jest tylko tempo, bez wykorzystania siły nacisku, a błędy nie kończą się napisem game over.