Książka | Mortal Kombat. Flawless Victory

Mortal Kombat. O grze słyszał każdy, chyba że ktoś niczym Diogenes z Synopy pół życia przesiedział w beczce. Mortal Kombat był wszędzie – na konsolach, Amigach, PCetach, handheldach i w TV, gdzie wszelkiej maści spece od najbardziej beznadziejnego kierunku w historii studiów pt. „filozofia” rozprawiali o zagrożeniach płynących z wyrywania rąk, głów i serc wielkości kilku pikseli. A dziś, po blisko 35 latach od premiery, pojawia się książka traktująca o smoczym turnieju. Bo ten kult wciąż żyje i ma się dobrze. Zapraszam do lektury!

Griftera początki z Mortalem.

Z Mortal Kombat miałem do czynienia po raz pierwszy w roku 1994, gdy znajomy z podstawówki przyniósł cztery dyskietki mówiąc – „to najnowsza gra z giełdy”. Tomek wtedy w bijatyki nie grał, nie znał ich. O Mortal Kombat nawet nie słyszał, bo wtedy nawet nie kupował regularnie czasopism gamingowych (nie licząc okazjonalnie magazynu Top Secret). Dlatego pierwszy kontakt z drugim Mortal Kombat (pierwszy poznałem nieco później) był absolutnym szokiem, porównywalnym do tego, gdy pacholęciem będąc, uświadamiasz sobie, że dziewczynki nie mają siusiaków. Albo jak ci mówią, że pieniądze z pierwszej komunii są na lokacie w banku RODZICBANK. Szok. Niedowierzanie. Turbulencje w czaszce.

Bo jak to tak? Walisz piąchą w łeb kolesia, a ten wylatuje na trzy metry w górę, krwawiąc obficie? A na koniec wrzucasz go do kwasu, nadziewasz na kolce albo… to była zgroza absolutna… wyrywasz mu ręce, by z jego kikutów sikała obficie krew? Ale jak to tak można panie majster? To było dla mnie coś nowego. Skończył się czas słodkich pierdzieluchów w rodzaju „Street Fighter”. W końcu ktoś zauważył, że jak komuś dasz w zęby, to krew się musi polać, a nie, że koleś stoi i nad głową latają mu kolorowe gwiazdki.

Do czytania czy oglądania?

Na kolejnych stronach prześledzimy w telegraficznym skrócie całą historię serii, na przestrzeni 35 lat. Seria zaliczała przez ten czas absolutne wyżyny, ale i niebezpiecznie sięgała dna (szczególnie ze swymi dwoma spin-offami, trzeci był super!). No i warto wspomnieć, że zaliczyła dwa restarty universum, a pod koniec mieszała nawet przyszłość z przeszłością, wprowadzając te same postaci, tylko, że z różnych epok czasowych. Galimatias? A i owszem. Tutaj dostaniecie wspomniany „telegraficzny skrót”. Laik i tak „nie zakuma nic”, ale jeśli ktoś ogrywał serię poczuje się jak w domu. Plus.

Uroczo wyglądają szkice koncepcyjne końcowych wykończeń, niczym z rysunków uczniów z podstawówki, gdzie postacie są zbudowane niczym z zapałek. I te „zapałeczki” odrywają sobie głowy, kroją się, miażdżą, siekają. Ku chwale Shao Kahna! Przypomina mi się sytuacja, gdy w podstawówce na lekcji biologii zamiast słuchać o pączkowaniu, czy seksualnym życiu kretów, sam rysowałem podobne pierdoły w zeszycie. Okazało się też, że John Tobias był całkiem utalentowanym rysownikiem. Nie tylko pokazał nam piękne, kolorowe szkice poszczególnych wojowników, ale później odpowiedzialny był też za tworzenie komiksów, które dodawane były dla ludzi, którzy zamawiali preordery danej gry, czy były później do wygrania w konkursach. Zważywszy, że nie można było ich kupić nigdzie indziej, dzisiaj są białymi krukami na rynku amerykańskim.

Nie wiem, czy dobrym pomysłem był zestaw opisów Fatality, które pojawiły się przy danej postaci. Dla laika, który nigdy w gry nie grał, nic to nie powie (ja to sobie w myślach wizualizowałem, widząc kolejne wyrywane serca, ręce, mózgi, penisy… a nie, te ostatnie to nie). Dostanie tylko same nazwy. Gdyby dodać do nich przynajmniej miniaturowe screenshoty (jak np. kiedyś w konsolowym magazynie Neo#3, pokazujące fatale z automatowej wersji „Mortal Kombat 4”) przedstawiające ten spektakl śmierci, z pewnością byłaby to wartość dodana.

Autor powinien, jednak mocniej poszaleć z treścią (co jest dla mnie największym zarzutem książki). Dowiemy się co prawda, jakie jest ulubione Fatality Eda Boona, ale takich ciekawostek jest zdecydowanie za mało. Na Raydena – więcej treści mocium panie! Duże zdjęcia ze starszych odsłon (na pół strony) to też przesada. Bije po oczach niska rozdzielczość tamtych gier, a piksele gryzą w dupę mocniej niż mucha tze-tze.

Say My Name!

Z tej pozycji dowiecie się, jak miały się nazywać pierwotnie poszczególne postacie serii. Kitana miała na imię zupełnie inaczej. Shang Tsung też. Nawet Johnny Cage (inaczej niż Jasiek Klatka? Dziś sobie tego nie wyobrażamy). Także Kano (nie wiem, co by później powiedział na to pewien polski kangurek?). Fajnie widzieć, jak wyglądały pierwsze szkice postaci, które później zostały „doszlifowane” i 30 lat później wciąż mają swoje miejsce w serii. To tylko świadczy o niebywałym kunszcie developerów, którzy w latach 90 zwyczajnie zarządzili.

Autor przedstawia nam tutaj wszystkie znaczące dla serii postaci tak kochane przez graczy (nie rozumiem jednak pomieszanej chronologii, np. Liu Kang jest na samym końcu książki, zamiast być na początku). Spokojnie, wszyscy ukochani przez was wojownicy będą. Dostaniecie nie tylko ich liczne koncepcyjne szkice, co ich kompletny rynsztunek (wszelakie gacie po tacie). Szkice koncepcyjne 12 masek? Jak najbardziej. Kilkanaście różnych kapeluszy Kung Lao? Do wyboru, do koloru.

Zapomnijcie o wszelkiej maści parówach, jak Kai, Jarek (postać-pośmiewisko serii), czy Reiko (postać-pośmiewisko serii do potęgi drugiej). Autor nie opisuje też największych balasów z późniejszych części jak Mavado, Moloch, Havik, Drahmin, Darrius, czy Hsu Hao, który chyba czmychnął ze słynnego klubu „Błękitna Ostryga” z serii „Akademia Policyjna” (pamiętacie te tańce?). Zauważyłem tylko jedną pomyłkę w doborze postaci. Brak kozackiego Strykera!

To totalne nieporozumienie i autor książki zasługuje na solidne pieszczoty jego taserem. Nauczyłby się, że fajnych postaci się nie pomija. Spokojnie można byłoby zastąpić nim Geresa, który pojawił się dopiero w części jedenastej i był średnio ciekawą postacią (pięknie skończył żywot!). No i gdzie do cholery przerażający Kollector? Tu, aż się prosi o kilka dodatkowych stron, jakie części ciała on zbiera. Brrrr…

 

Krwi trochę na stronach jest, więc raczej swoim 10-letnim dzieciakom książki nie pokazujcie. Co ja gadam? Pewnie już dawno obejrzeli to na You Tube, bądź sami wykonali wszystkie Fatality w domu. Więc na pierwszą komunię prezent jak najbardziej wskazany.

Jak książka wygląda?

Spokojnie – daleko jej do wyglądu Baraki. To raczej wymuskany Johnny Cage z najlepszych lat jego świetności. 304 strony pięknego, kredowego papieru, w twardej oprawie, ze zszywanymi stronami. Uważajcie na format 33×24 cm – tutaj już musicie posiadać odpowiednio wysoką i szeroką półkę – to naprawdę gargantuiczna wizualnie pozycja. Wydawnictwo Gamebook pod okiem Zbigniewa Jankowskiego (szef wszystkich szefów i redaktor prowadzący) wydało pozycję na licencji Insight Edition ze Stanów Zjednoczonych. Autorem książki jest Ian Flynn, pisarz i scenarzysta komiksów, gier wideo, czy seriali telewizyjnych. Do dziś najbardziej znany z pracy nad marką o jeżu Sonicu.

A nad polską edycją pracowało jeszcze kilkoro osób, które trzeba teraz docenić. Marcin Moń – tłumacz i pisarz wykonał pierwszorzędną robotę (nie znalazłem żadnego błędu!). Konsultantami merytorycznymi byli znawcy serii – Andrzej Bazylczuk i Tomasz Szwedek, więc o wpadkach nie mogło być mowy – chłopaki widać, że znali dobrze serię. A skoro już dziękuję niczym w oscarowym przemówieniu muszę pozdrowić też Pawła Michalczyka (redakcja książki) i Urszulę Drabińską (korekta). Dobra robota ekipo!

Kupić? Nie kupić?

Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam. Dostajesz przepięknie wydaną książkę, z fantastycznymi grafikami, ale z małą liczbą treści. To pozycja raczej do oglądania niż czytania i poznawania historii. Zupełnie nie dla laików, którzy Mortal Kombat nie znają, gdyż zainteresowania raczej u nich większego nie wzbudzi (a i od spoilerów się roi, więc szkoda sobie psuć zabawę, jeśli ktoś tych pozycji jeszcze nie ograł). Natomiast miłośnicy Mortala powinni książkę na półce postawić. Pokażecie tym samym swoją miłość do serii. A teraz lecę wyrwać kilka serduszek i łapek.

Tomasz Żamojtuk
„Grifter”

Retrometr