Ostatni wpis Prezesowej | The Flintstones: The Rescue of Dino & Hoppy, Dick Tracy, Spider-Man: Return of the Sinister Six (NES)

Choć znów zapraszam Was na trzy NES-owe teksty, nie jest to tym razem przedruk. Wszystko jest tak świeże, jak tylko może być retro :D. Wspólnym mianownikiem omawianych tytułów jest fakt, że ogrywałam je jako dzieciak i powróciłam do nich już w sędziwym wieku, czyt. po trzydziestce. Co ważniejsze, całość opiera się także na konkretnej marce – komiksach, kreskówkach. Cóż, tragedii nie ma, ale niektóre elementy zapamiętałam zdecydowanie inaczej.


The Flintstones: The Rescue of Dino & Hoppy (NES)

Choć oglądałam Flintstone’ów często w młodym wieku, nigdy nie była to moja ulubiona kreskówka. Co innego mogłam jednak powiedzieć o grze. Byłam szczęśliwą posiadaczką bundla obydwu części i doskonale pamiętam, jak prosiłam moją matkę, by w nie grała, kiedy byłam chora, bo to była zasadniczo moja jedyna rozrywka podczas leżenia w łóżku. Czasy handheldów oraz mojej aktywności czytelniczej miały dopiero nadejść. W każdym razie, omawiana dzisiaj część to swoisty crossover historii o jaskiniowcach oraz dla dużego kontrastu przybyszów z przyszłości, czyli Jetsonów. Co prawda nie spotykamy całej rodzinki, a jedynie Gazoo i dedykowany poziom, ale zawsze to coś. Jak to wyszło w praniu? Tego dowiecie się z recenzji.

O co zatem cały ambaras? Okazuje się, że naszym bohaterom porwano dwa dinozaury. Dino oraz Hoppy znajdują się daleko stąd i nikt nie jest w stanie ich namierzyć. Do tytułowej rodzinki przybył Dr. Butler, przenosząc się z XXX wieku i porwał zwierzaki, by móc prezentować je w swoim ZOO. Aby na nowo połączyć się z pupilami, trzeba naprawić maszynę przenoszącą w czasie. Przybysz był bowiem tak bezczelny, że przy okazji zniszczył tę należącą do Gazoo i porozrzucał jej części po świecie. Ta dramatyczna historia staje się pretekstem do całej rozgrywki. Pokonanie każdego bossa będzie nam dawało możliwość zdobywania kolejnych części owej maszyny, a w końcu przeniesienia się w czasie i uratowania ancymonów. W grze otrzymujemy mapę, po której w większości podróżujemy liniowo. Co jakiś czas możemy zboczyć, by rozegrać jeden z meczów w ramach minigierki, o czym jeszcze wspomnę w dalszej części tekstu. Same levele jednak musimy przejść od A do Z, aby przejść dalej.

Ale potwór! Dinozaur też niczego sobie

Jako że wcielamy się w jaskiniowca, naszą podstawową bronią jest maczuga. Fred jednak jest całkiem łebski i chętnie korzysta z przedmiotów, które zdobywa podczas rozgrywki. Warto zatem dokładnie eksplorować plansze, gdyż jest na nich poukrywana masa sekretów. Polecam też rozbijanie wszystkich możliwych beczek i pokonywanie wrogów. Kiedy znajdziemy dodatkową, lepszą broń, by z niej skorzystać, używamy punktów, które zapewniają nam monety. O ile podczas samego przechodzenia planszy maczuga sprawdza się świetnie, dużo szybciej zneutralizujemy bossów, obrzucając ich młotkiem lub podstawiając pod nich bomby. Ogólnie gra jest dość prosta i nie nastręcza problemów, więc można grać w pojedynkę, można i z dzieciaczkami, nie powinny się frustrować.

Niewątpliwą zaletą produkcji jest wspaniały klimat. Dosłownie ma się poczucie obcowania z uniwersum kreskówki. Możemy korzystać z dźwigni w kształcie dinozaurów, w tle mamy budynki doskonale nam znane z telewizji. Warto jeszcze wspomnieć o wzmiankowanych przeze mnie grach. Kilka razy możemy wcielić się w jaskiniowego Michaela Jordana i rozegrać mecz koszykówki. Naszym zadaniem jest zdobycie większej ilości punktów niż rywal w przeciągu minuty. W kwestii fauli mamy samowolkę jak w Goal 3, bez problemu możemy atakować i zabierać piłkę. Bez względu na to, czy uda nam się wystąpić jak Jeremy Sochan, czy dostaniemy w czambo, możemy kontynuować grę bez utraty życia.

W tle doskonale widać elementy wskazujące na epokę

Przedstawię Wam jeszcze anegdotkę, która ma już swoje lata, jednak sama poznałam ją dopiero niedawno. Otóż z omawianym tytułem wiąże się pewien internetowy viral. Jeden z użytkowników YouTube’a przeglądał zakupione przez siebie gry. Wśród jego zdobyczy znalazła się tajemnicza gra 7 Grand Dad. Okazała się być hackiem właśnie Flintstone’ów oraz znanego wąsatego hydraulika. Widzieliśmy wiele różnych piratów na konsolce, do moich ulubionych z pewnością należą edycje z Pokemonami chamsko wrzuconymi zamiast głównych bohaterów, jednak takie połączenie wydawało się na tyle absurdalne, że aż dowcipy o nim zaczęły żyć własnym życiem.

Całość bez większych problemów można ukończyć w około 40 minut. Nie jest to najdłuższa produkcja na NES-a, ale jest na tyle różnorodna, że potrafi przykuć do pada na dłużej. Nie ma szału w kwestii zmieniania mechanik czy samego gampelayu, ale nowe elementy wprowadzane są ewolucyjnie, co sprawia, że nie tylko mamy przyjemność z obcowania z tym tytułem, ale najzwyczajniej w świecie cieszą nas małe smaczki. Grafika i muzyka są także bardzo ładne, dlatego nie widzę innego rozwiązania, niż postawienie grze zielonego światła.

Retrometr


Dick Tracy (NES, GameBoy)

Klimat noir ma wielu swoich fanów. Część z nich już na NES-ie mogła znaleźć swoich faworytów. Choć z pewnością przedstawicielem tego kierunku może być przygodówka Deja Vu, bohater tytułowego filmu Dick Tracy pozwalał nam widzieć postać, w którą się wcielaliśmy. Przygody detektywa ukazywały się także jako komiks, więc gry wydawały się oczywistym medium w kolejce. Produkcja wydawała się dość obiecująca pod względem pomysłu, ale można było trochę lepiej zaplanować wykonanie. Prawdopodobnie, jak to się często dzieje, uznano, że popularna marka będzie wystarczająca, by zdobyć użytkowników.

Mamy do czynienia z grą detektywistyczną, w której będzie sporo akcji. Bohater otrzymuje zadanie zlokalizowania i pozbycia się grupy osób, która jest z prawem zdecydowanie na bakier. W tym miejscu należy już wspomnieć o głównych mechanikach, które pojawiają się w produkcji od Realtime Associates. Na początku gry i w dalszych etapach jeździmy samochodem, często też uczestnicząc w pościgach. Musimy namierzyć budynek, w którym może kryć się złoczyńca, uważając przy tym, by nie uszkodzić pojazdu i nie zginąć przed właściwą rozgrywką. Kiedy już dotrzemy do miejsca, które nas interesuje, wysiadamy i wchodzimy do środka. Tam już zmienia się widok, dostrzegamy naszego herosa w żółtym płaszczu i dążymy do wymierzenia sprawiedliwości.

Detektyw na tropie

Wspomnieć także trzeba o cesze, która dla jednych urozmaicała rozgrywkę, zaś innych wyłącznie deprymowała. Jak już padło, nasz bohater jest detektywem. Do jego zadań nie należało jedynie pozbycie się tych złych, ale również ich namierzenie. To oznaczało zbieranie zeznań i czerpanie z dość skromnych poszlak. Jednakże, sama rozgrywka nie była generowana proceduralnie. Kiedy już nauczyliśmy się, gdzie mamy iść i kiedy, nie miała przed nami żadnych tajemnic. Kiedy jednak po raz pierwszy stykaliśmy się z nią, potrafiła porządnie frustrować. Prawdę powiedziawszy, często udawało się coś odkryć metodą prób i błędów, więc przynajmniej nie mieliśmy obawy, że w którejś części bezpowrotnie się zatniemy.

Plusem za to jest sfera audiowizualna. Fani groteki z NES-a znajdą masę lepszych utworów i ciekawszą grafikę, jednak mam wrażenie, że tutaj całość tworzyła doskonały klimat. Czułam się, jakbym faktycznie siedziała w jakimś barze, gdzie wokół unosi się dym papierosowy, a sąsiedzi ze stolików popijają whisky bez coli. Na pewno można było nieco inaczej zaprojektować moment, w którym nasi przeciwnicy po pokonaniu po prostu kręcą się wokół własnej osi i wylatują z planszy. Jednakże, jak wspomniałam, ogólne wrażenie jest tu istotniejsze niż analiza szczegółów. Zachowując wszelkie proporcje, nastrój został oddany co najmniej tak dobrze jak w L.A. Noir, co jest sporym komplementem.

Samochód nieco przypomina karetkę

Znam wiele gier na NES-a niemal na pamięć, a mimo to chętnie do nich wracam. Niestety, Dick Tracy nie należy do tej grupy. Nie chcę, by wybrzmiało, że to zła gra. Jest faktycznie ciekawa i próbuje różnych ścieżek i sposobów na stanowienie o sobie. Co więcej, jest też dość długa – jej przejście zajmuje więcej czasu niż dwóch innych z tego zestawienia razem wziętych. Mimo to jej regrywalność jest niska. Co jakiś czas można do niej wracać, ale przy zbyt częstym kontakcie potrafi nieco znużyć. Do wszystkiego dochodzi jeszcze średnia walka, która przecież stanowi o być albo nie być naszego detektywa. Fajny pomysł, ale przy takim materiale źródłowym można było postarać się o nieco lepszy efekt końcowy.

Retrometr


Spider-Man: Return of the Sinister Six (NES, Game Gear, Sega Master System)

Na koniec chyba najmocniejsza franczyza z przedstawionych w tym tercecie. Spider-Man, czyli przekleństwo arachnofobów, jest nadal na topie, zarówno w kwestii kinematografii, jak i gier. Aż dziw bierze, że taki Batman otrzymał więcej szans na NES-ie, a człowiek-pająk tylko jedną. Czy została ona dobrze wykorzystana? Jeśli mieliście do czynienia z Sinister Six, z pewnością posiadacie na ten temat własną opinię. Moją przedstawię Wam w poniższej krótkiej recenzji.

Zgodnie z podtytułem produkcji, naszym zadaniem jest dopadnięcie każdego spośród sześciu złoczyńców. Oznacza to, że przemierzamy poszczególne levele, na końcu których czekają na nas starcia z antagonistami, na końcu czeka na nas Dr Octopus. Nasz bohater posiada swoje moce. Może uderzać, kopać (robi przy tym taki śmieszy wyskok), ale i wspinać się po ścianach w niektórych miejscach. Sieć zasadniczo ma znaczenie w kontekście logistyki, wspomaga nasze podróżowania, jednak klepać wrogów będziemy już po prostu za pomocą naszych kończyn.

Spider-Man i lewitujący klucz

Muszę przyznać, że gdy byłam dzieckiem, tytuł ten wydawał mi się bardzo trudny. Wspomniany kopniak bohatera sprawiał, że nie zawsze trafiał tam, gdzie chciałam, zaś fatalna zwrotność narażała go dodatkowo na ciosy. Dodatkowo czasami trafialiśmy na elementy ni to logiczne, ni to zręcznościowe. W związku z tym maksymalnie udało mi się dotrzeć do drugiego bossa. Teraz wiem, że to malutka gra. Jeśli poświęcimy na nią 20 minut, nawet będziemy mieć kilka w zapasie. Wówczas jednak ten poziom mnie nieco odstraszał. Nie jest to jednak gra taka jak wiele innych, gdzie przegrywamy przez umiejętności, ewentualnie ich brak. Miałam wrażenie, że sterowanie związane z atakiem i wejściem na ścianę było na tyle skopane, że często na trasie można było tracić nasze punkty życia, tak potrzebne w starciu z szefami.

Podobnie jak w przypadku wcześniejszych gry, znów muszę wskazać na zaletę, jaką jest klimat. Grafika i muzyka sprawiają, że naprawdę ma się poczucie przebywania w miejscu ciemnym, strasznym i niebezpiecznym. Dawniej drugiego bossa autentycznie się bałam. Na każdego oczywiście można było znaleźć dość łatwy sposób, ale wydawali się robić spore wrażenie. Niestety jednak, poza klimatem wiele dobrego się o nich nie powie. Zwykli przeciwnicy nie wyróżniali się szczególnie, zaś muzyki z gry raczej nie będziemy słuchać na YouTubie, tym bardziej, że praktycznie cały czas jest identyczna. Sama, przeszukując różne playlisty z tej maszynki, nie trafiłam jeszcze na któryś kawałek z pajączka.

Ten boss wyrastał nagle z ziemi i autentycznie przerażał!

Gra jest krótka, taka sobie i chyba najsłabsza z zestawienia. Jakoś tak wyszło, że czytając ten tekst widzicie tendencję spadkową. Nie jest to jednak crap zasługujący za czerwień. Myślę, że postawienie żółtego będzie dość uczciwe, jednak jeśli lubicie bohatera, sięgnijcie lepiej po którąś z późniejszych produkcji, choćby i na PlayStation, pozostając w duchu retro.

Retrometr

Screeny pochodzą z MobyGames
O Prezesowa 87 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.